fbpx

70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Carlos Becerra/Bloomberg/Getty

Na krawędzi przepaści

Wenezuela dysponuje największymi zasobami ropy naftowej na świecie. Litr benzyny przez dziesięciolecia kosztował tu parę groszy. Jeszcze kilka dekad temu była krajem o wysokim standardzie życia, potwierdzanym imponującymi na tle innych państw latynoamerykańskich wskaźnikami rozwoju gospodarczego i społecznego.

Pod względem poziomu edukacji, bezpieczeństwa socjalnego, dostępu do szkolnictwa wyższego czy opieki zdrowotnej żadne państwo regionu nie mogło się z nią równać. Co więcej, Wenezuela przez dziesięciolecia stanowiła przykład stabilnej demokracji – a to rzecz bez precedensu w nękanej wojskowymi reżimami Ameryce Łacińskiej lat 70. i 80. Jednak od kilku lat kraj pogrąża się w poważnym kryzysie, nieuchronnie zmierzając w stronę katastrofy gospodarczej i humanitarnej. Rozpaczliwe próby prezydenta Maduro, aby za wszelką cenę utrzymać władzę, doprowadziły do zniszczenia instytucji demokratycznych oraz bojkotu ze strony środowisk międzynarodowych.

Właśnie mija 20 lat od czasu, gdy Hugo Chávez objął władzę i zaczął wprowadzać w życie koncepcję rewolucji boliwariańskiej, kontynuowaną później – w karykaturalnej formie – przez jego następcę Nicolasa Maduro. Dla wielu obserwatorów sprawa jest oczywista: za dzisiejszą katastrofę odpowiedzialny jest socjalizm. Inni doszukują się wytłumaczenia w drastycznym spadku cen ropy naftowej od 2014 r. Czy te diagnozy nie są nadmiernym uproszczeniem?

 

Klątwa ropy naftowej

W Wenezueli znajdują się największe na świecie potwierdzone złoża ropy naftowej liczące 300,9 mld baryłek, co stanowi aż 17,6% rezerw globalnych. Bogactw naturalnych jest tu zresztą znacznie więcej, w tym tak cenne jak gaz ziemny, złoto czy diamenty. Kraj zasłużył sobie na żartobliwe miano „Wenezueli Saudyjskiej”, bo blisko 90% przychodów z eksportu związane jest z przemysłem naftowym. Jednak obfitość ropy naftowej, najważniejszego surowca na świecie, okazała się zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem. Gospodarka pozostaje bowiem całkowicie uzależniona od ropy.

Gwałtowna rozbudowa sektora naftowego spowodowała niedorozwój innych gałęzi gospodarki. Wzrostowi dochodów z ropy towarzyszył jednoczesny spadek we wciąż nieuprzemysłowionym sektorze rolniczym. W latach 20. ubiegłego wieku produkcja rolna stanowiła ok. jednej trzeciej produktu krajowego, ale już w latach 50. jej udział zmniejszył się do jednej dziesiątej. Obecnie rolnictwo przynosi niespełna 3% produktu krajowego, dając zatrudnienie 10% siły roboczej i wykorzystując jedną czwartą powierzchni kraju. Tym samym państwo dysponujące rozległymi i żyznymi polami uprawnymi od dawna nie jest samowystarczalne w zakresie zapewniania żywności swojemu społeczeństwu. Również produkcja w sektorach pozanaftowych pozostaje marginalna, a baza przemysłowa i infrastruktura są przestarzałe, niewydolne i niedoinwestowane.

Wenezuelę podaje się jako przykład gospodarki, której rozwój został ograniczony przez „klątwę surowcową”, zwaną też „paradoksem bogactwa”. Takie zjawisko obserwuje się w gospodarkach krajów posiadających znaczne złoża surowców naturalnych, które odnotowują niespodziewanie niski poziom rozwoju gospodarczego. Nagły intensywny wzrost przychodów w sektorze naftowym wywołał nie tylko wiele nierównowag makroekonomicznych, ale też złudzenie w społeczeństwie, iż bez większego wysiłku można uprzemysłowić kraj poprzez realizację masowych projektów infrastrukturalnych, co prezydent Carlos Andrés Pérez w czasach boomu naftowego  określał jako „rozsiewanie ropy”. Iluzja nieograniczonych przychodów powodowała wzrost wydatków rządowych, których nie pokrywały nowe dochody, co skutkowało ciągłym zadłużaniem się za granicą. Jednocześnie w społeczeństwie utrwalało się przekonanie, że tylko praca w sektorze naftowym może przynieść dobrobyt, podczas gdy wszystkie inne sektory, w tym rolnictwo, były coraz bardziej pozbawione znaczenia i zacofane, a zarówno dobra przemysłowe, jak i żywność sprowadzano z zagranicy, płacąc za nie środkami z rosnących przychodów z ropy.

Kiedy wskutek słabej koniunktury na rynkach międzynarodowych dochód z ropy zaczynał spadać, niełatwo było zmniejszyć wydatki rządowe. W rezultacie rząd stopniowo stawał się coraz bardziej zadłużony. W latach 1970–1994 zadłużenie zagraniczne wzrosło z 9% do 53% produktu krajowego. Gdy ceny ropy i dochody z jej produkcji i eksportu spadły, wywołało to poważny spadek dochodu narodowego przy jednoczesnym wzroście poziomu ubóstwa.

Jednak kryzys gospodarczy, w jakim od 2014 r. pogrąża się Wenezuela, nie jest wywołany wyłącznie spadkiem cen ropy naftowej, a przejściowa poprawa koniunktury niekoniecznie przełoży się na zwiększone tempo wzrostu gospodarki. Spadki cen ropy, nawet poważne, występowały w gospodarce światowej wielokrotnie i nigdy dotąd nie wywoływały tak głębokich perturbacji w żadnym kraju naftowym. Aby zrozumieć, dlaczego akurat w Wenezueli doszło do dramatycznego kryzysu i na ile wynika on ze spadku cen ropy, a na ile z rewolucji boliwariańskiej Hugona Cháveza, cofnijmy się o kilkadziesiąt lat.

 

Hugo Chávez – geniusz rewolucji boliwariańskiej?

Zanim Hugo Chávez doszedł do władzy w 1999 r., właściwie można było mówić o dwóch Wenezuelach. Jedna była krajem bogatym, o wysokich dochodach i rozwoju społecznym sytuującym ją wśród takich gospodarek jak Argentyna czy Meksyk, z poziomem usług publicznych niewiele ustępującym społeczeństwom w krajach rozwiniętych, z dobrymi uniwersytetami i perspektywami rozwoju. Na drugą natomiast składała się część społeczeństwa, która nie znalazła się w uprzywilejowanej grupie osób czerpiących zyski z sektora naftowego, pogrążona w biedzie i zaniedbana, bez dostępu do podstawowej edukacji, żyjąca w tragicznych warunkach w slumsach na obrzeżach miast bądź wioskach bez dróg, wodociągów i elektryczności. Wenezuela, o którą nikt z polityków nigdy się nie upominał i o której głosy nikt nigdy nie zabiegał. To ona z miejsca zakochała się w nowym charyzmatycznym przywódcy, który obiecał jej swoją troskę, uwagę i pieniądze. A nikt tak jak Chávez nie rozumiał jej problemów i oczekiwań – był jednym z nich.

Hugo Chávez urodził się w 1954 r. w ubogiej, wielodzietnej rodzinie nauczycielskiej w maleńkiej miejscowości Sabaneta w środkowych Andach. Nieco wycofany i nieśmiały wśród rówieśników, od wczesnych lat interesował się życiorysem legendarnego wyzwoliciela Ameryki Łacińskiej Simóna Bolívara, co miało decydujący wpływ na jego późniejszą filozofię polityczną.

Chávez wiele wydarzeń ze swojego życia wiązał z datami w działalności Bolívara, coraz bardziej identyfikując się z wielkim Wyzwolicielem i utwierdzając się w poczuciu misji.

Kilka lat później, zaczynając karierę polityczną, powtórzył – nieznacznie tylko zmienione – ślubowanie Bolívara: „Ślubuję Bogu moich ojców, przysięgam mojemu narodowi, przysięgam na mój honor, że moje ramię nigdy nie zadrży, a moja dusza nie spocznie, póki nie zdepczę łańcuchów, które gnębią mój lud z woli bogaczy. Wolne wybory, wolna ziemia i wolny człowiek to horror dla oligarchii”.

Był bardzo religijny, choć stanowczo sprzeciwiał się ludowemu, nazbyt uproszczonemu pojmowaniu religii. Krytykował przedstawianie Chrystusa na kościelnych obrazkach dla ludu, na których jego zdaniem wyglądał On „jak idiota, a nie bojownik i rewolucjonista”. Tej wyniesionej z domu religijności Chávez pozostanie wierny do końca życia, choć z religii katolickiej będzie czerpał przede wszystkim inspiracje rewolucyjne, oscylując w kierunku lekko już wtedy przygasłej latynoamerykańskiej teologii wyzwolenia.

Wówczas jedyną możliwą ścieżką kariery i edukacji dostępną dla zdolnego i ambitnego, ale ubogiego chłopaka z wenezuelskich llanos była kariera wojskowa. Dlatego jako 17-latek Chávez wstąpił do armii, poświęcając pierwsze lata służby nie tylko na ćwiczenia wojskowe i sportowe, ale także na pogłębioną lekturę i próby literackie (do końca życia miał słabość do literatury i pozostał niespełnionym pisarzem). Przypadkiem w opuszczonym samochodzie należącym prawdopodobnie do partyzantów odkrył całą stertę książek Marksa, Lenina i Mao Zedonga, co sprawiło, że stał się wiernym czytelnikiem dzieł socjalistycznych i marksistowskich. Na kształt doktryny, która później posłużyła mu do budowania filozofii politycznej nowej Wenezueli, miały wpływ zarówno poglądy marksisty Federica Brito Figueroi, jak i Jorge Eliécera Gaitána, Fidela Castro, Ernesto Che Guevary, Salvadora Allende oraz innych przedstawicieli latynoamerykańskich ruchów socjalistycznych i komunistycznych. Z kolei Pinocheta krytykował za sięgnięcie po niedemokratyczne metody przejęcia władzy, ale też za wprowadzenie rządów prawicowych, które uznał za zdecydowanie sprzeczne ze swoimi przekonaniami. Wielkie wrażenie na młodym Chávezie wywarła podróż do Peru w 150. rocznicę bitwy pod Ayacucho i spotkanie z lewicowym prezydentem Juanem Velasco Alvarado, od którego otrzymał w prezencie inspirującą książeczkę Peruwiańska Rewolucja Narodowa. Odtąd zawsze miał ją przy sobie. Później – już jako prezydent – wydrukuje miliony egzemplarzy nowej Konstytucji boliwariańskiej, aby każdy Wenezuelczyk mógł ją przeczytać, mieć przy sobie i się z nią identyfikować.

Te wszystkie lektury, obserwacje i doświadczenia stały się punktem wyjścia i silną podstawą do opracowania lewicowo-narodowej doktryny boliwarianizmu, ściśle związanej z filozofią Simóna Bolívara, który pozostał główną inspiracją Cháveza przez całą jego karierę polityczną. Tę karierę rozpoczął w 1983 r., dokładnie w 200. rocznicę urodzin Bolívara, zawiązując wraz z przyjaciółmi ze szkoły kadetów Boliwariańską Armię Rewolucyjną EBR-200, z którą planował realizację boliwarianizmu poprzez obalenie rządu i przejęcie władzy.

Dzieciństwo i młodość Cháveza przypadają na okres stabilności i względnego dobrobytu w Wenezueli. Jednak zarówno kondycja ekonomiczna kraju, jak i kondycja demokracji tylko pozornie pozostawały stabilne. Społeczeństwo boleśnie doświadczyło skutków głębokiego kryzysu zadłużeniowego w latach 80., pogłębianego przez błędy w polityce gospodarczej, na które składała się m.in. niewielka dywersyfikacja przemysłu i eksportu. Ówczesny prezydent Carlos Andrés Pérez w odpowiedzi na kryzys wprowadził drastyczny plan oszczędnościowy pod nazwą Gran Viraje (Wielki Zakręt). Gran Viraje przyczynił się do ostatecznego zerwania dotychczasowych powiązań klientelistycznych, które gwarantowały spokój społeczny w ramach porozumienia między rządem a opozycją, tzw. Punto Fijo. Brak źródeł finansowania wymusił zarzucenie programów społecznych i odejście od dotowania podstawowych dóbr oraz usług publicznych, a to z kolei znalazło przełożenie w wyraźnym wzroście niezadowolenia społecznego. Jednocześnie ujawniła się słabość instytucji demokratycznych. Demokracja wenezuelska nie była oparta na kulturze obywatelskiej, co okazało się poważnym zagrożeniem zwłaszcza w obliczu kryzysu gospodarczego i kłopotów z finansowaniem dotychczasowego układu sił.

Punktem zwrotnym zarówno w historii Wenezueli, jak też w biografii samego Cháveza okazało się Caracazo – gwałtowne zamieszki w stolicy Wenezueli Caracas w 1989 r., które wybuchły w odpowiedzi na drastyczny wzrost cen i niepopularne reformy neoliberalne wprowadzone pod dyktando Międzynarodowego Funduszu Walutowego. „Dziki neoliberalizm” ustanawiany na podstawie konsensusu waszyngtońskiego, którego koszty ponosiły najbiedniejsze warstwy społeczne, skłonił Cháveza, będącego już wówczas podpułkownikiem armii wenezuelskiej, do przeprowadzenia boliwariańskiego zamachu stanu. Nieudaną próbę obalenia rządu podjął w 1992 r. z pomocą konspiracyjnego Boliwariańskiego Ruchu Rewolucyjnego 200 (MBR-200). Trafił do więzienia, ale zdołał jeszcze ogłosić w radiu manifest polityczny, który przyniósł mu rozpoznawalność i ułatwił późniejszą karierę. Już wówczas ujawnił niezwykłą charyzmę, dzięki której będzie potrafił porywać tłumy przez kolejne lata kariery. Natomiast skompromitowany Pérez został odwołany w drodze impeachmentu za działania korupcyjne. Jednak także kolejny prezydent Rafael Caldera (1994–1999) ze swoim programem stabilizacyjnym Agenda Venezuela nie zdołał powstrzymać narastającego niezadowolenia społecznego, polaryzacji i tłumionych dotąd konfliktów klasowych.

Chávez po wyjściu z więzienia rozpoczął kampanię prezydencką, w której obiecywał rozległe reformy społeczne i gospodarcze. Ze swoim przekazem trafił przede wszystkim do klasy robotniczej i biednych mas społecznych, o które nikt dotąd się nie upominał, ale również do rozczarowanych reformami neoliberalnymi przedstawicieli klasy średniej, której poziom życia w ostatniej dekadzie bardzo się pogorszył. W 1998 r. Chávez – postrzegany jako polityczny outsider, krytyk korupcji i północnoamerykańskiego imperializmu – wygrał wybory ze zdecydowaną przewagą.

Mimo silnej retoryki rewolucyjnej i antyimperialistycznej od początku prowadził raczej politykę centrolewicową i umiarkowaną, akceptując neoliberalizm z wieloma podobieństwami do „trzeciej drogi” prezydenta Luli da Silvy w Brazylii i innych licznych rządów ówczesnej lewicy latynoamerykańskiej. Chávez początkowo wierzył, że kapitalizm jest nadal najlepszym modelem gospodarczym dla Wenezueli, stosował się do wytycznych Międzynarodowego Funduszu Walutowego i zachęcał zagraniczne korporacje do inwestycji. Jednocześnie szukał bardziej ludzkiej twarzy kapitalizmu, wdrażając liczne programy społeczne. Wprowadził wiele środków, które miały złagodzić ubóstwo wśród wenezuelskiej klasy robotniczej. Skompromitowane podczas krwawego stłumienia zamieszek Caracazo wojsko wysłał do zagubionych wiosek, gdzie remontowało drogi, szkoły i szpitale oraz pomagało w dostarczaniu podstawowych dóbr żywnościowych. Wprowadził bezpłatną opiekę medyczną i szczepienia, a także zapewnił dostęp do żywności i transportu miejskiego po niskich cenach.

Chávez cieszył się ogromnym poparciem społecznym i potrafił je umiejętnie wykorzystać. Gdy na początku pierwszej kadencji dla przeprowadzenia obiecanej zmiany konstytucji zastosował nieznane wcześniej w Wenezueli narzędzie w postaci referendum, dla swojego projektu uzyskał poparcie rzędu 80%. Podczas całego (14-letniego) okresu sprawowania władzy wygrywał wszystkie – z jednym tylko wyjątkiem – wybory i referenda, których łącznie odbyło się 16. Warto podkreślić, że żadne z nich nie zostało zakwestionowane przez zagranicznych obserwatorów. Po nieudanym incydencie z próbą obalenia rządu w 1993 r. Chávez nigdy później nie sięgał po rozwiązania jawnie niedemokratyczne. Przeciwnie, dbał o przejrzystość wszystkich wyborów, na każdym kroku podkreślając, że niemal cały naród wenezuelski wraz z nim pragnie rewolucji boliwariańskiej.

 

Socjalizm a boliwariański socjalizm XXI w.

Do radykalizacji koncepcji Cháveza doprowadziły próby obalenia rządu i protesty opozycji. Część społeczeństwa, zwłaszcza, choć niewyłącznie, bogaci właściciele i przedsiębiorcy bojący się utraty swoich korzyści i wpływów na scenie politycznej, a później także coraz większa część klasy średniej, pozostawała bardzo niechętna prezydentowi, oskarżając go o centralizację władzy, korupcję i populizm. Krytykowano go za przyjaźń z Fidelem Castro i zarzucano chęć podążania za jednopartyjnym modelem kubańskim. Opozycja formułowała też oskarżenia o sprzyjanie przemocy politycznej, choć podobne oceny zwolennicy Cháveza kierowali jednocześnie w stronę opozycji.

W 2002 r. doszło do masowych protestów, które przerodziły się w zamach stanu popierany przez część środowisk biznesowych, medialnych i niektóre partie polityczne. Jednak wojsko wierne legalnemu rządowi szybko odzyskało pałac prezydencki, a Chávez powrócił do władzy. Wyniki przeprowadzonego w Wenezueli śledztwa wskazywały, że zamach był sponsorowany przez Stany Zjednoczone, co tylko pogłębiło niechęć prezydenta do północnego sąsiada i nasiliło jego antyimperialistyczną retorykę, zresztą z wzajemnością. Opozycja podjęła wtedy próbę odsunięcia Cháveza w wyniku demokratycznego referendum, na którego przeprowadzenie sam się zgodził. Tym razem również otrzymał poparcie, które pozwoliło mu pozostać u władzy przez kolejne lata.

Jednak te próby sprzeciwu spowodowały, że filozofia polityczna Cháveza nabrała innego wymiaru. Porzucił umiarkowane ideologie (np. „trzecią drogę”) i wcześniejszy boliwarianizm, z natury socjaldemokratyczny i łączący elementy kapitalizmu z niewielką dawką socjalizmu. Swój transformacyjny projekt nazwał socjalizmem XXI w. Miał on przynieść równość, wolność, solidarność i sprawiedliwość społeczną. W 2007 r. pisał: „Dla naszej rewolucji boliwariańskiej teoretyczne i praktyczne dziedzictwo Lenina jest niezbędne dla postępu, na drodze ku temu samemu socjalistycznemu horyzontowi”. Jednak w założeniu doktryna socjalizmu XXI w. pozostawała w sprzeczności z marksizmem-leninizmem w wydaniu ZSRR czy Chińskiej Republiki Ludowej, które według niego były zbyt autorytarne i pozbawione cech demokracji uczestniczącej.

Na skutek próby zamachu stanu z 2002 r. w dużym stopniu zmieniła się polityka międzynarodowa Wenezueli. Kraj kosztem relacji z USA zbliżył się do pozostałych państw Ameryki Południowej (z wyjątkiem Kolumbii, z którą do 2010 r. pozostawał w napiętych stosunkach). W 2004 r. Chávez zainicjował utworzenie ugrupowania państw Ameryki Łacińskiej (Alianza Bolivariana para los Pueblos de Nuestra América – ALBA), co miału mu dopomóc w eksporcie rewolucji boliwariańskiej do innych krajów. To Chávez, a nie starzejący się Fidel Castro, stał się symbolem rewolucji i antyimperializmu w Ameryce Łacińskiej. Pozostawał bardzo aktywny na arenie międzynarodowej, biorąc czynny udział w pracach ONZ czy przewodnicząc OPEC. Uruchomił programy pomocowe zapewniające tanią ropę naftową dla biednych grup społecznych nie tylko w krajach regionu, ale też w Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii, co miało podnieść jego popularność, ale też ukazać hipokryzję i nieudolność rządów tych państw. Mając do dyspozycji ogromne zyski z ropy naftowej, uruchamiał kolejne programy pomocy finansowej i medycznej wielu krajom latynoamerykańskim.

Ten etap prezydentury Cháveza wyznaczył nowy kierunek polityki ekonomicznej, w którym zmiany strukturalne w gospodarce miały być łagodzone przez interwencjonizm państwowy, redystrybucję, centralizację i upaństwowienie. Nowej polityce towarzyszył gigantyczny skok światowych cen ropy, co dało olbrzymie wpływy budżetowe i możliwość realizacji programów społecznych. Zapewniły one Chávezowi szerokie poparcie i bezgranicznie oddanie biednych klas na długie lata, również po jego śmierci.

Warto pamiętać, że chociaż sektor publiczny rozrósł się w tym czasie, to gospodarka pozostała rynkowa z dominującym sektorem prywatnym. Osiągnięcie gospodarki centralnie planowanej, jak w przypadku Kuby, nie było nigdy celem Cháveza. Podkreślał rolę demokracji uczestniczącej, którą budował w oparciu o rady gminne i inne rozproszone struktury na prowincji. Sam siebie definiował: „Fidel jest komunistą, ja nie. Jestem socjaldemokratą. Fidel jest marksistą-leninistą. Ja nie. Fidel jest ateistą, ja nie jestem”. Co prawda, skłaniał się ku apologii interwencjonizmu państwowego i nacjonalizacji gospodarki, ale jednocześnie potrafił korzystać z neoliberalizmu i otwartości handlowej oraz inwestycyjnej, przynajmniej w takim zakresie, jaki uznał za korzystny.

Rewolucja boliwariańska Hugona Cháveza i jej popularność w innych krajach regionu wiązała się z wyeksponowaniem nierozwiązanych, tradycyjnych problemów, zwłaszcza rozwarstwienia społecznego i nierówności ekonomicznych pomiędzy klasami. Prezydent kwestionował także bardziej uniwersalne aksjomaty leżące u podstaw współczesnych stosunków międzynarodowych, nie tylko na półkuli zachodniej. Był politykiem antysystemowym, który przygotował projekt rewolucyjnych przemian, będący jawnym wyzwaniem rzuconym Stanom Zjednoczonym, zwłaszcza forsowanemu przez cywilizację Zachodu paradygmatowi liberalnemu. Pod nośnym hasłem walki z imperializmem Stanów Zjednoczonych aktywizował współpracę państw i sił politycznych opierającą się na krytyce północnoamerykańskiej wersji globalizmu, twierdząc, że to aspirujące do roli żandarma światowego porządku Stany Zjednoczone są największym wrogiem i zagrożeniem dla prawdziwej wolności i demokracji. Mimo głoszenia rewolucji boliwariańskiej „pod sztandarem Marksa, Chrystusa i Bolívara” opowiadał się za wprowadzaniem socjalistycznych zmian drogą pokojową i dbał o demokratyczny mandat sprawowania władzy.

W 2010 r. ukazał się głośny raport Organizacji Państw Amerykańskich wskazujący na liczne osiągnięcia rządu Cháveza na polu zwalczania analfabetyzmu, stworzenia sieci podstawowej opieki zdrowotnej, dystrybucji gruntów uprawnych oraz zwłaszcza zmniejszenia ubóstwa. W 2013 r. – gdy Hugo Chávez zmarł na raka – w skrajnej biedzie znajdowało się tylko 23,6% ludności Wenezueli. Odsetek ten znacznie zmniejszył się właśnie podczas jego rządów. W latach 1999–2009 ok. 60% przychodów rządu było przeznaczanych na realizację rozmaitych programów społecznych. Wenezuela znajdowała się w grupie krajów o wysokim poziomie rozwoju, razem z Urugwajem, Meksykiem czy Panamą. Jednocześnie w raporcie zawarto krytykę dążeń autorytarnych i łamania wolności słowa. Niewątpliwie sankcje północnoamerykańskie i ogromna niechęć opozycji, w tym właścicieli prywatnych przedsiębiorstw i mediów, utrudniały Chávezowi przeprowadzenie do końca zaplanowanych reform oraz restrukturyzację zadłużenia zagranicznego. Jednocześnie wiele jego idei legło w gruzach, a rozdawnictwo i populizm uprawiane beztrosko w czasach prosperity okazały się strategią bardzo kosztowną i krótkowzroczną. Nadmierna zależność od ropy pozostawiła kraj niezwykle podatny na zagrożenia, gdy w 2014 r. ceny surowca na rynkach światowych gwałtownie spadły.

 

Wenezuela popełnia samobójstwo?

Namaszczony na następcę Cháveza jego bliski i wierny współpracownik, wcześniej kierowca miejskich autobusów i przywódca związkowy, Nicolás Maduro próbował po śmierci swojego mentora nadal prowadzić Wenezuelę drogą rewolucji boliwariańskiej. Jednak spadek dochodów z eksportu ropy nie był jedynym zagrożeniem dla gospodarki. Szybko okazało się, że wskutek długotrwałego braku inwestycji w modernizację przemysłu i zaniedbań w rolnictwie praktycznie cała gospodarka jest w rozsypce. Nawet kluczowy sektor naftowy był mało produktywny i wymagał ogromnych inwestycji, na które już wówczas brakowało pieniędzy. Przy braku dewiz Wenezuela nie była w stanie płacić za potrzebny import dóbr przemysłowych i żywności, których produkcji już od dawna niemal zaniechano. Spowodowało to ogromne niedobory, a w rezultacie napędziło inflację, wzmacnianą jeszcze nierozsądnym dodrukowywaniem pieniędzy oraz nieustannym podnoszeniem pensji minimalnej dla zyskania poparcia politycznego. Dzisiaj inflacja sięgnęła trudnego do wyobrażenia pułapu 1,3 mln procent, a na koniec 2019 r. może poszybować do 10 mln procent. Takiej hiperinflacji gospodarka światowa nie pamięta.

W dodatku Nicolasowi Maduro brakuje nie tylko charyzmy swojego poprzednika, ale też jakichkolwiek instynktów politycznych czy wyczucia mechanizmów gospodarki. Nie potrafi przyznać się do błędów i uparcie tkwi przy swoich decyzjach, co przy malejących lawinowo przychodach sektora naftowego stało się katastrofalne w skutkach zarówno dla gospodarki, jak i polityki. Jakiekolwiek odstępstwa od obranej drogi utrudnia ogromna korupcja.

W Wenezueli brakuje dziś właściwie wszystkiego. W 2017 r. poziom PKB per capita (według parytetu siły nabywczej) wynosił zaledwie 10 788 dolarów (101. miejsce na liście państw świata), podczas gdy w latach 2007–2014 przekraczał 16 tys. dolarów. Spadek stopy życiowej jest widoczny w wielu obszarach.

89% Wenezuelczyków żyje w biedzie, przy czym aż 69% w skrajnej. Brakuje podstawowych produktów żywnościowych, higienicznych i lekarstw. Coraz częściej zdarzają się przypadki śmierci z powodu głodu bądź chorób całkowicie wyleczalnych.

Minimalna pensja – równowartość 6 dolarów – nie starcza nawet na zakup żywności na kilka dni. Samochody dostawcze, magazyny i sklepy muszą być pilnowane przez policję i wojsko, bo regularnie stają się celem ataku zdeterminowanej, wygłodzonej ludności. Większość przedsiębiorstw i urzędów została zamknięta, a nawet te normalnie działające nie wypłacają pensji pracownikom. Codzienne funkcjonowanie gospodarki i rodzin jest zakłócane przez racjonowanie wody i energii elektrycznej. Od 2015 r. już ponad 3 mln zdesperowanych Wenezuelczyków, często na piechotę i bez paszportów, uciekło z kraju, szukając schronienia w innych państwach. To największy kryzys migracyjny we współczesnej historii regionu.

Od wielu miesięcy w Wenezueli dochodzi do zamieszek społecznych, w których zginęło dotąd ponad 300 osób. Wenezuelczycy domagają się odejścia prezydenta, któremu zarzucają łamanie prawa i wywołanie ogromnego kryzysu. Nicolás Maduro nie dba już o pozory demokracji – bez skrupułów zawiesił działalność niechętnego mu Zgromadzenia Narodowego, powołując bezterminowo własny twór w postaci Konstytuanty. Atakowany przez legalnych parlamentarzystów, rządzi za pomocą dekretów zatwierdzanych przez wierny mu Sąd Najwyższy. Przeciwników politycznych aresztuje i więzi bez wyroków sądowych albo zmusza do opuszczenia kraju. Zgodnie z nową konstytucją przeprowadził wcześniejsze wybory, zbojkotowane przez opozycję i skrytykowane przez obserwatorów zagranicznych głównie z powodu uniemożliwienia oponentom wzięcia w nich czynnego udziału. Wygrał wybory i w styczniu rozpoczął kolejną 6-letnią kadencję, jednak zarówno parlament, jak większość krajów regionu, Stany Zjednoczone i Unia Europejska nie uznają go już za legalnego szefa państwa.

 

Nowy lider?

Przez wiele miesięcy brakowało politycznego przywódcy, który cieszyłby się powszechnym poparciem opozycji i byłby zdolny poprowadzić Wenezuelczyków przeciwko Maduro. Jednocześnie środowisko międzynarodowe wolało uznawać kryzys wenezuelski za problem wewnętrzny tego kraju. Niewielkie sankcje, pozostające zresztą raczej w sferze deklaratywnej, nie wywierały wpływu na Maduro, a żaden kraj nie chciał otwarcie ingerować w sprawy wenezuelskie. Nawet Stany Zjednoczone nie były skłonne do takich kroków, choć od dawna spekulowano na temat możliwości militarnej interwencji. Mimo retoryki antyimperialistycznej i antyamerykanizmu kwitnącego od czasów Hugona Cháveza Stany Zjednoczone wciąż pozostają głównym partnerem handlowym Wenezueli. To przychody z eksportu ropy do USA wciąż finansują dogorywający reżim.

Jednak w wyniku kolejnych aresztowań polityków opozycyjnych i przegrupowań w Zgromadzeniu Narodowym, pozostającym legalnym parlamentem Wenezueli, na jego czele stanął nieznany wcześniej inżynier Juan Guaidó, który przy poparciu większości parlamentarzystów i dużej części społeczeństwa ogłosił się tymczasowym prezydentem do czasu następnych przyspieszonych demokratycznych i wolnych wyborów. W młodym, niekojarzonym ze skorumpowanymi elitami polityku opozycja dostrzegła nowego lidera, zdolnego poprowadzić ich do zwycięstwa. Przez rządy wielu państw niechętnych Maduro, w tym Stany Zjednoczone, Kanadę, i większość państw regionu latynoamerykańskiego oraz Europy (również przez Polskę) Juan Guaidó został uznany za legalnego tymczasowego prezydenta Wenezueli, a jego deklaracja za jedyną szansę na powrót do demokracji bez interwencji militarnej.

Dziesiątki tysięcy zdesperowanych, niesionych nową nadzieją Wenezuelczyków wyszły na ulice, domagając się odejścia znienawidzonego Maduro, a kolejne państwa deklarują uznanie Guaidó za legalnego tymczasowego prezydenta. Zarówno rozpoczęcie drugiej kadencji przez Maduro, jak też pojawienie się nowego lidera opozycji wyzwoliło reakcję domina w kraju i regionie.

Kluczowe znaczenie będzie miała postawa wojska, które dotąd bardzo silnie opowiadało się po stronie dotychczasowego prezydenta. Duża część wojskowych jest ideologicznie przekonana co do słuszności rewolucji boliwariańskiej, gdyż Chávez włożył wiele wysiłku w utrzymanie właściwych postaw w siłach zbrojnych, co uznawał za gwarancję porządku, bezpieczeństwa i swojego sukcesu politycznego. Wysocy funkcjonariusze armii byli wynagradzani za wierność uprzywilejowanym dostępem do deficytowych towarów, intratnymi posadami rządowymi bądź w państwowym gigancie petrochemicznym PDVSA, z których trudno im teraz zrezygnować. Wielu wojskowych jest też uwikłanych w różne nielegalne powiązania z gangami narkotykowymi i obawia się, że w razie zmiany władzy ten korupcyjny proceder może skończyć się aresztowaniami. Guaidó obiecuje amnestię wojskowym, którzy uznają go za tymczasowego prezydenta i zwierzchnika sił zbrojnych. Jednak za wyjątkiem pojedynczych deklaracji armia pozostaje wierna reżimowi Maduro, co na razie wyklucza dalsze porozumienia między rządem a opozycją i grozi wybuchem wojny domowej.

Maduro wciąż cieszy się także poparciem części społeczeństwa. Dlatego podczas gwałtownych protestów ulicznych dochodzi do incydentów pomiędzy jego zwolennikami a przeciwnikami. W ciągu tygodnia zginęło ok. 30 osób, a setki – w tym kilkunastoletnie dzieci – trafiły do aresztu. Nie chcąc przyznać przed światem, że sytuacja gospodarcza jest katastrofalna, Maduro odmówił wpuszczenia na teren Wenezueli konwoju z pomocą humanitarną z Kolumbii, używając wojska do blokady dróg.

Problem wenezuelski przestał być sprawą wewnętrzną regionu, a stał się ważną kwestią międzynarodową i uwydatnił głębokie podziały współczesnego świata. Maduro uznają za legalnego prezydenta rządy Kuby, Boliwii, Nikaragui i Meksyku. Niektóre państwa europejskie, zwłaszcza Włochy, stanowczo blokują przyjęcie przez Komisję Europejską wspólnego stanowiska w sprawie uznania Guaidó. Także Turcja, Iran, Chiny i Rosja otwarcie wspierają wenezuelski reżim. Maduro kilka tygodni wcześniej przywiózł z Moskwy obietnicę inwestycji w wenezuelski przemysł naftowy oraz wydobycie złota i diamentów. Rosjanom spodobała się propozycja udostępnienia portów i lądowisk dla okrętów oraz floty powietrznej.

Zapewne układy Maduro z Rosją przyspieszyły decyzję Donalda Trumpa o konieczności reakcji w sprawie Wenezueli – stąd tak szybkie i jednoznaczne poparcie, jakie zyskał Juan Guaidó ze strony Stanów Zjednoczonych, a w ślad za nimi kolejnych państw. Jednak dopiero objęcie Wenezueli prawdziwymi sankcjami przez USA, zwłaszcza dotyczącymi handlu ropą naftową, będzie prawdziwym gwoździem do trumny tego reżimu.

Uznanie Guaidó przez Trumpa reżim Maduro wykorzystuje w swojej retoryce jako dowód na ścisłe związki lidera opozycji ze znienawidzonym „jankeskim imperializmem”, który planuje przejęcie kontroli nad wenezuelskimi złożami ropy. Tym bardziej że Trump nie wyklucza interwencji zbrojnej. Tymczasem Maduro zwrócił się do papieża Franciszka z prośbą o pomoc w mediacjach, choć jego otwartość na ewentualne rozmowy z opozycją stoi pod znakiem zapytania. I mimo że są to już z pewnością ostatnie chwile wenezuelskiej rewolucji boliwariańskiej, scenariusze przejścia do demokracji mogą być bardzo różne.

 

Tekst został ukończony 7 lutego 2019 r.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter