Polskie społeczeństwo żyje dziś w poczuciu – uświadomionego bądź nie – strachu przed konwencjonalną wojną, jakiej doświadczają nasi sąsiedzi. A właściwie od lat funkcjonujemy w cieniu wojny hybrydowej z Rosją. To przywołuje międzypokoleniową pamięć o poprzedniej wojnie. Czy w Pańskiej rodzinie także pozostawiła ona swój ślad?
Taka pamięć – mniej lub bardziej nazwana i wypowiadana – jest ważną częścią nie tylko rodzinnej mitologii, ale również osobistej tożsamości. W mojej rodzinie miały miejsce wydarzenia, które pozostawiły trwały ślad w mojej świadomości. Mój dziadek – lekarz i pułkownik Wojska Polskiego – został zamordowany przez Rosjan w Katyniu. Brat mojej matki zginął w niemieckim obozie koncentracyjnym Sachsenhausen. Mój ojciec był żołnierzem Armii Krajowej.
W jaki sposób ukonstytuowało to Pańską tożsamość?
Te doświadczenia zbudowały we mnie coś, co można nazwać „mitologią heroiczną” albo „mitologią ofiary”. Słowo „ofiara” można tu rozumieć na dwa sposoby, bo ofiarą jest ten, kto został skrzywdzony, i ten, kto ofiarował swoje życie ojczyźnie. Ta rodzinna mitologia była we mnie obecna, gdy w czasie stanu wojennego zostałem aresztowany. Wtedy doświadczyłem, paradoksalnie, czegoś w rodzaju ulgi, że od teraz mogę się uważać za członka tej rodziny. Nie od razu zorientowałem się, o co chodzi. Ale odczułem wtedy – patetycznie mówiąc – że mam prawo zaliczać się do swojego rodu.
Heroiczna narracja kształtowała Pańskie oczekiwania wobec samego siebie?
Raczej nakazywała być kimś, kto przyjmuje „polski dekalog” – przekonanie, że należy walczyć i zginąć bohatersko.
Symboliczne znaczenie miało także to, że jeden członek rodziny zginął z rąk Rosjan, drugi z rąk Niemców, co bardzo dobrze pasowało do obrazu Polski jako „Chrystusa Narodów”. Dziś – po głębszej refleksji – mam do tej narodowej narracji dystans, bo dostrzegam w tym pułapkę wpisywania się w rolę krzywdzonych.
Można jednak powiedzieć, że to, czym zajmował się ojciec w czasie wojny, co spotkało wujka i jak zginął dziadek, rzeczywiście wpisuje się w martyrologiczną wersję historii.
Rozumiem, że w Pańskim domu sporo mówiło się o II wojnie światowej i już jako mały chłopiec chłonął Pan te opowieści?
Tak, choć w PRL-u informacja, że dziadek zginął z rąk Rosjan, była zakazana. Nie wolno było o tym głośno mówić. A na pamiątkowej tablicy na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie, poświęconej Zbigniewowi Czarnkowi – bo tak nazywał się mój dziadek – nie wolno było wygrawerować słowa „Katyń”. Na studiach medycznych – to musiał być rok 1969 albo 1970 – mieliśmy obowiązkowe zajęcia polityczne. Gdy tematem była przyjaźń polsko-radziecka, pozwoliłem sobie powiedzieć, że zbrodni w Katyniu nie dokonali Niemcy, lecz Rosjanie. Wszyscy się dziwili, co ja wygaduję. Ja z kolei czułem, że nie mogę milczeć, bo to byłoby nie w porządku wobec własnego dziadka.

