Cisza jest pojęciem przepastnym. Ciszą nazywamy stan skupienia podczas medytacji i stan przerażenia podczas oglądania horroru w szczególnym momencie tuż przed tym, jak wydarzy się coś złego. Cisza może być wytchnieniem i torturą. Mówimy sobie, że cicho należy się zachowywać w bibliotece i w muzeum, ale już w księgarni i muzealnej kawiarence niekoniecznie. W jaki zatem sposób dzielimy przestrzeń na dźwiękowe parcele i kwartały? Jak to możliwe, że jedno słowo używane jest na określenie tak skrajnie różnych zjawisk dźwiękowych? Jak poradzić sobie z tym, że te same dźwięki, np. koncert na festynie, jednym przeszkadzają, a innym się podobają (bo przecież jeszcze musimy poradzić sobie z tym, że mówiąc o ciszy, mówimy nierozerwalnie o „hałasie”, często w kontrze, jakby to był awers i rewers, strona jasna i ciemna)? Innymi słowy, jak pogodzić sprzeczne potrzeby dźwiękowe różnych ludzi, którzy żyją obok siebie?
Koncepcja ciszy nie jest oczywista również dlatego, że nie ma czegoś takiego jak cisza zupełna.
Czasem cisza oznacza dla nas w istocie wypełnienie swojego otoczenia dźwiękami innymi niż te, których doświadczamy na co dzień, np. dźwiękami natury. Po długim dniu pracy w zatłoczonym biurze typu open spacewybieramy się na spacer do lasu albo miejskiego parku, w którym świergoczą ptaki, szeleszczą liście, suche patyczki łamią…