Il.: Arkadiusz Hapka, fot. Artur Zawadzki/Reporter
Małgorzata Szumowska czerwiec 2022

Poczucie kontynuacji

Lubię, gdy metafizyka w kinie wyrasta bezpośrednio z ludzkiego świata, a nie gdzieś obok niego; gdy wyłania się nawet ze skrzeczącej zwyczajności.

Artykuł z numeru

Moje duchowe miejsce

Byłam kiedyś religijna, ale obecnie już nie jestem. Zastanawiam się nawet, czy religia jest w ogóle pozytywnym zjawiskiem. Wydaje mi się, że mimo wszystko tak. Spieram się o to czasem z moim 17-letnim synem, który uważa, że religia ma właściwie same wady. Zdumiewa mnie, jak zmienił się pod tym względem nasz świat. Gdy ja byłam w jego wieku, to upadał komunizm i nie sposób było sobie wyobrazić Polski bez wymiaru religijnego. Dziś wielu nastolatkom natomiast trudno sobie wyobrazić osobiste religijne zaangażowanie. Mam wrażenie, że przyczyniły się do tego rewolucja technologiczna, internet, możliwość weryfikacji informacji, a także przypisywania wszystkiemu prostych, pragmatycznych wyjaśnień. Zasadniczo to pozytywne zjawisko – uczy sceptycyzmu wobec tego, co powie ksiądz, co mówi Kościół – jednak na pewno utrudnia wprowadzanie w tematykę duchową.

Wychowałam się w krakowskim inteligenckim domu, w którym przez pierwsze lata mojego życia nie było mowy o żadnym religijnym wychowaniu. Choć pamiętam, że bywali u nas np. ks. Józef Tischner czy ks. Jan Twardowski. Tischner zapytał mnie, gdy miałam jakieś 10 lat, w co wierzę. Powiedziałam że w Dzeusa, bo bardzo podobały mi się wtedy mity greckie. Moja córka przeżywa teraz podobną fascynację: uważa, że Jezus i Dzeus to właściwie to samo.

W tym czasie jednak mój ojciec Maciej Szumowski nawrócił się, zaczął intensywnie czytać różnych mistyków chrześcijańskich: Mistrza Eckharta, św. Jana od Krzyża. Fascynował się Simone Weil i jej książką Świadomość nadprzyrodzona. Nie on jeden zresztą, bo na wielu ludziach robiły wrażenie jej życiowa bezkompromisowość i intelektualna przenikliwość. Ojciec mnie tym jakoś zainfekował, gdy byłam nastolatką. Potem na własne życzenie się ochrzciłam, chodziłam do krakowskich dominikanów, a moim spowiednikiem był o. Jan Andrzej Kłoczowski. Gdzieś z jego kazań i klimatu tamtego kościoła wyrosła postać księdza w moim filmie W imię, którego grał Andrzej Chyra. Cenię sobie dziś ten okres mistycznego pójścia w głąb. Nie zamknął mnie on, nie zadziałał ograniczająco. Nawet rozbudził pewne poszukiwania, postawił przede mną priorytety duchowe, a nie materialne.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Przełomowy był czas, gdy umarli moi rodzice: jedno po drugim, w krótkim odstępie czasu. Miałam wtedy trochę ponad 30 lat, lecz wciąż czułam się dzieckiem. Po śmierci rodziców znany mi świat zupełnie się rozsypał. Poczułam się całkiem odcięta od religii. Przestałam wierzyć w opatrzność, w to, że ktoś nad nami czuwa, zobaczyłam brutalność życia, jego przypadkowość. Myślenie o troskliwej sile wyższej wydało mi się naiwne i odbierające siłę. W moich filmach chciałam je później podważyć, ukazać fałsz religijnych pocieszeń. To stało się dla mnie motorem napędowym. Jestem nawet wdzięczna religii za to, że dała mi pewną dynamikę, że musiałam się z nią zmagać, walczyć. To doprowadziło mnie do miejsca, w którym jestem teraz.

Co to za miejsce? Na pewno bardzo daleko mi do Kościoła. W Twarzy próbowałam pokazać to zamknięcie i nietolerancję małej narodowo-katolickiej wspólnoty. Choć oczywiście z wielkim podziwem obserwowałam w ostatnich miesiącach powszechne u nas zaangażowanie na rzecz uchodźców z Ukrainy. Czułam się wręcz dumna, że jestem Polką. Miałam wrażenie, że w starych demokracjach, francuskiej czy brytyjskiej, trudniej o takie wielkie zrywy.

Widać jednak na granicy polsko-białoruskiej, że to zaangażowanie kończy się, gdy chodzi o ludzi o innym kolorze skóry, innej religii.

Mam w sobie przestrzeń na poszukiwania duchowe. Wierzę w coś, co można by nazwać jakimś rodzajem energii. Jak zaczynam o tym mówić, to mój syn zaraz łapie się za głowę, co to za ciemnogród… Ale mam takie poczucie, że dana ziemia niesie ze sobą swoją przeszłość, że np. teren dawnego warszawskiego getta ma w sobie jakąś szczególną energię. Wierzę w ciągłość z poprzednimi pokoleniami, w sens, który nosimy w sobie i który nie wyczerpuje się w tu i teraz. Mój syn to podważa, uważa, że myślę życzeniowo, a jedyne, co mamy, to momenty: promień słońca, wypita kawa, przeczytana książka. Może ma rację, a jeśli tak, to z mojej perspektywy sens ludzkiego życia byłby wówczas bardzo ulotny.

W filmie Body/Ciało eksploruję ten obszar „pomiędzy”, gdzie chrześcijańskie rytuały łączą się z tradycją Wschodu (trochę jak u Thomasa Mertona), a nawet ze spirytyzmem, wywoływaniem duchów, ezoteryką, która mnie jest akurat zupełnie obca. Jedna z widzek, młodych osób, powiedziała mi, że dopiero w moim ostatnim polskim filmie Śniegu już nigdy nie będzie wyzwoliłam się z katolickiego kontekstu kulturowego. Że przestałam się już w tym babrać – i to dobrze. W Śniegu… bohaterowie nie wierzą już, że spełnienie leży „gdzieś poza”. Wierzą w to, co uchwytne, cielesne: w masaż, jogę, medytację. One też mogą dać duchową siłę.

Myślę, że ludzie szukają dziś w kinie metafizyki. Wyrosłam na filmach Andrieja Tarkowskiego i do dziś bardzo go podziwiam. Jak powiedział Bergman: on wszedł do pokoju snu, co dotąd nie udało się żadnemu reżyserowi. Połączył modlitwę i poezję, dotyka nas na bardzo głębokim, emocjonalnym poziomie. Wielu widzów szuka w kinie absolutu, kontemplacji, odpoczynku od jazgotu. Stąd np., jak sądzę, oscarowy sukces filmu Drive My Car Ryûsuke Hamaguchiego. Ale to nie jest ostatecznie moja droga. Wolę, gdy metafizyka wyrasta z ludzkiego świata, a nie gdzieś obok niego; gdy wyłania się nawet ze skrzeczącej zwyczajności.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer