Natalia de Barbaro grudzień 2019

W tylnych ławach

Wyobraźcie sobie restaurację, w której panuje zasada, że szefem kuchni nie może zostać kobieta. Firmę, w której kobieta nie może wejść do zarządu. Szkołę, w której nie może być dyrektorem. Nie jadłabym w tej knajpie, nie pracowałabym w takiej firmie, nie posłałabym dziecka do takiej szkoły. A jednak przez dziesiątki lat chodziłam do kościoła, który zabrania kobietom pełnienia funkcji kapłana.

Artykuł z numeru

Wierzę, wątpię, odchodzę

Wierzę, wątpię, odchodzę

Tamtej niedzieli zaparkowałam jak zwykle na parkingu przy krakowskim kościele Franciszkanów. Wąską wybrukowaną uliczką doszłam do pl. Wszystkich Świętych. Tym razem jednak skręciłam w prawo, w Grodzką, zamiast, jak to miałam w zwyczaju przez wiele lat, iść prosto, w stronę gotyckiego kościoła krakowskich Dominikanów.

Po raz pierwszy szłam nie na katolicką mszę, ale na luterańskie nabożeństwo.

*

W latach poprzedzających tamtą niedzielę coraz częściej zdarzało mi się opuszczać msze. Czułam się z tym źle, a mimo to przez długie miesiące odkładałam poważną rozmowę z samą sobą. Najwyraźniej jednak ta rozmowa toczyła się w moich wewnętrznych światach, ponieważ pewnego letniego dnia w zeszłym roku poczułam nagle, że decyzja została podjęta – odchodzę.

Pamiętam dokładnie ten moment – jechałam autostradą pod Krakowem i gdzieś na wysokości krakowskiego os. Bieżanów usłyszałam, jak na głos mówię zdanie: „Ja już nie wrócę do tego kościoła”. Z oczu popłynęły mi łzy; pamiętam ich ciepło.

Odchodziłam z Kościoła katolickiego, ale dalej byłam chrześcijanką.

Tego samego popołudnia napisałam na Messengerze do mojej koleżanki, teolożki, katolickiej feministki Zuzanny Radzik z prośbą o namiar na pastorkę. Wiedziałam, że potrzebuję rozmowy z kobietą-księdzem i że nie znajdę jej w Kościele katolickim. Godzinę później rozmawiałam już z Moniką Zuber, pastorką Kościoła ewangelicko-metodystycznego z Ełku. „Jak mam się zwracać?” – zaczęłam ostrożnie. „Monika” – odpowiedziała. Pamiętam, że stanęła mi wtedy przed oczami ostatnia scena z Truman Show, kiedy Jim Carrey naciska klamkę do innego, prawdziwego świata, którego istnienie przeczuwał, o przedostanie się do którego walczył.

Chociaż wtedy nie rozumiałam, co właściwie się we mnie stało – w dniach poprzedzających tę chwilę nie wydarzyło się nic szczególnego – dzisiaj, kilkanaście miesięcy później, umiem nazwać powody, dla których odeszłam.

*

Spędziłam długie lata w tylnych ławach kościoła. Nawet kiedy siedziałam z przodu, w jakimś sensie siedziałam z tyłu.

Dlaczego? Po pierwsze, byłam kobietą.

Wyobraźcie sobie restaurację, w której oficjalnie panuje zasada, że szefem kuchni nie może zostać kobieta. Może być kelnerką, sprzątaczką, może być kucharką, ale w regulaminie restauracji wyraźnie jest powiedziane, że żeby zostać szefem kuchni, trzeba być mężczyzną. Wyobraźcie sobie firmę, w której kobiety – wedle oficjalnej polityki – nie mogą wejść do zarządu. Szkołę, w której kobieta nie może być dyrektorem. Nie jadłabym w tej knajpie, nie pracowałabym w takiej firmie, nie posłałabym dziecka do takiej szkoły. A jednak przez dziesiątki lat chodziłam do kościoła, który instytucjonalnie zabrania kobietom pełnienia funkcji kapłana, że już o proboszczu, biskupie czy papieżu nie wspomnę. Kobiety stanowią większość ludzi mieszkających w Polsce. Stanowią jeszcze bardziej wyraźną większość wiernych przychodzących co niedzielę do kościołów katolickich w naszym kraju.

Żeby zobaczyć i poczuć, jak głęboko niesprawiedliwe, pozbawione mądrości i niechrystusowe jest to „przykazanie”, musiałam wyjechać daleko i wejść do innego kościoła. Prowadziłam szkolenia dla pracowników organizacji pozarządowych w miasteczku Winnica na Ukrainie. Wczesnym grudniowym wieczorem weszłam do cerkwi. Trwało nabożeństwo. Na kamiennej ambonie stał młody pop i donośnym głosem mówił kazanie. Poniżej, w ciemności rozrzedzonej tylko światłem pojedynczych świec, stał tłum wiernych. Kiedy wpatrzyłam się w ciemność, zobaczyłam, że są to prawie wyłącznie starsze kobiety. I wtedy mnie to uderzyło – kilka tysięcy kilometrów od mojego miasta, na chrześcijańskim nabożeństwie, ale odprawianym w innym obrządku: dlaczego ten młody mężczyzna pogrzmiewa na kilkaset starszych kobiet, mówiąc im, jak mają żyć? Dlaczego one go w pokorze słuchają? Chociaż to one, nie on, przeżyły swoje długie życie, swoje zmagania, wysiłki, porody, poronienia, dziesiątki lat małżeństwa, trudy wychowania dzieci na dobrych ludzi? Dlaczego mężczyzna w wieku mojego młodszego kuzyna poucza kobiety w wieku mojej osiemdziesięcioparoletniej babci? Pamiętam to zdumienie, które przyszło do mnie z tego samego miejsca, z jakiego kilkanaście miesięcy później, na tamtej autostradzie, przyszła decyzja, że nie wrócę do Kościoła katolickiego.

Próbowałam rozmawiać o kapłaństwie kobiet z kilkunastoma księżmi, także erudytami, wykładowcami, profesorami – ludźmi, którzy cytują z pamięci dowolne wersy Starego i Nowego Testamentu, którzy zapełniają uniwersyteckie aule, prowadząc wykłady o łacińskich tytułach, wykładając o Mistrzu Eckharcie, Tertulianie i soborze chalcedońskim. Pytani o kapłaństwo kobiet, zdają się tracić swoje intelektualne moce. Jeden z nich powiedział mi: „Nie przesadzaj”. Inny stwierdził: „Taka tradycja”. Jeszcze inny: „Kobiety są zbyt emocjonalne”. Czekałam na jakiś ciąg dalszy, ale nie nastąpił. Cała głębia intelektualna, świadomość złożoności świata, wyrafinowana argumentacja – dostępna każdemu z tych mężczyzn w salach uniwersyteckich i w panelach dyskusyjnych – nagle znikały. Choć próbowałam drążyć, ze zdumieniem odkrywałam, że drążyć nie ma czego – księża profesorowie nie mieli nic więcej do powiedzenia, bo nie poświęcają sprawie uwagi. Nie muszą. Nie ma mapy tego terenu. Kwestia praw większości wiernych – bo przecież chodzi o prawo, a nie o obowiązek – nie mówimy o tym, żeby jakąś kobietę zmuszać do posługi kapłańskiej, tylko żeby jej to umożliwić; nie mówimy o tym, kto się do czegoś rzekomo mniej bądź bardziej nadaje, tylko o tym, kto decyduje, że jedni mogą stanąć za ołtarzem, a inni nie – no więc ta sprawa, sprawa kapłaństwa kobiet, nie wydaje się poddawana przez księży jakiejkolwiek obróbce intelektualnej.

Kiedy myślę o Kościele katolickim, uderza mnie wykarczowanie z niego, na poziomie strukturalnym, elementu kobiecego. Można by długo debatować, czym jest „pierwiastek kobiecy”, „energia kobieca”, co kobiety wnoszą do świata oraz czy i w jakim stopniu jest to zdeterminowane biologicznie i społecznie. Ale trudno dyskutować z tym, że mężczyźni nie wnoszą tego samego co kobiety – a kobiety nie wnoszą tego samego co mężczyźni. Kobiety stanowią połowę ludzkości – a są prawie całkowicie odcięte od władzy (czyli wpływu) w Kościele katolickim. Grabiąc kobiety z wpływu, Kościół sam się ograbia – z połowy bogactwa, z którego mógłby czerpać. Zakaz kapłaństwa kobiet. Celibat sprawiający, że mężczyźni, którzy są księżmi, nie mają okazji podejmować zadania, jakim jest małżeństwo (w Polsce niestety zastrzeżone dla osób różnej płci). Hierarchiczność, która zawsze oznacza, że ci będący „na górze” po prostu nie słyszą głosu tych „na dole”. Charakterystyczny dla pierwiastka męskiego (według definicji Junga) sposób patrzenia w kategoriach albo-albo. To wszystko zubaża Kościół i, jestem przekonana, wyludnia go.

Kobiety w milczeniu siedzą w kościelnych ławach, spowiadają się, sprzątają na plebanii. Gdzieś na obrzeżach Kościoła rozbrzmiewa głos moich koleżanek i przyjaciółek – katolickich feministek. Ich niestrudzona walka budzi w moim sercu podziw. Ale nie ma we mnie nadziei na zmianę.

Kiedy wpisuję w Google „władze Kościoła w Polsce”, klikam na grafikę, patrzę na kilkudziesięciu identycznie ubranych biskupów – moje trzewia, moja intuicja (zmysł niedoceniany przez hierarchów kościelnych) mówią mi jednoznacznie: ta zmiana nie ma skąd przyjść. Władza nie zrezygnuje z władzy. Jeśli ktoś uważa, że sprawa jest błaha, proponuję następujące ćwiczenie – wyobraźcie sobie, że jest odwrotnie. Tylko kobiety mogą być księżmi, biskupami, papieżami. W wyszukiwarce po wpisaniu „władze Kościoła” wyskakują zdjęcia kilkudziesięciu starszych pań. Czy naprawdę nie poczulibyście, że coś jest grubo nie tak?

*

Drugi powód, dla którego siedziałam w tylnych ławach kościoła, był taki, że jestem drugą żoną swojego męża. Mój mąż, który kilkadziesiąt lat temu wziął jednostronny ślub ze swoją pierwszą żoną – był i jest agnostykiem. Nie mogłam mieć z nim ślubu kościelnego i zostałam niejako wrzucona w status rozwodniczki, a to oznaczało, że wedle kościelnych regulacji żyję w grzechu śmiertelnym. Zakonnik, który przez lata był moim spowiednikiem, spowiadał mnie na Wielkanoc i Boże Narodzenie – co wydaje mi się zabiegiem, z punktu widzenia kościelnych regulacji, półlegalnym. Mogłam iść do komunii pod warunkiem, że w tym okresie powstrzymywałam się od „pożycia”. Kiedy dzisiaj patrzę z pewnej odległości, czuję przede wszystkim zdziwienie. Że co? Że jak? Że moim śmiertelnym grzechem jest moje dobre, wierne, dwudziestokilkuletnie małżeństwo z człowiekiem, który jest miłością mojego życia – przestrzeń najpiękniejszych, ale też najtrudniejszych duchowych praktyk, miejsce, w którym przykazanie miłości wnika w codzienność i staje się praktycznym zadaniem, niestreszczalnym do tego, co można powiedzieć z ambony? Że to miałoby być powodem mojego, za przeproszeniem, wiecznego potępienia? I mogę iść do komunii, tylko jeśli się od mojego męża oddalę? Pamiętam, jak kiedyś próbowałam wytłumaczyć to swojemu synowi. Nie umiałam. Dzisiaj nie umiem też wyjaśnić tego sobie – i nie chcę się tego uczyć. To, że osoby, które są w drugich związkach – i ich partnerzy – nie mogą przystępować do komunii – oceniam dzisiaj jako coś głęboko bezdusznego i, podobnie jak odcinanie kobiet od władzy, niechrystusowego.

W mojej rozmowie z pastorką Moniką najbardziej poruszający był moment, kiedy napisała mi, że mogę pójść na luterańskie nabożeństwo i przystąpić do komunii. „No co ty???” – zdumiałam się. „U nas nie ma listy »niegodnych«” – odpisała. Długo nie mogłam w to uwierzyć. Jestem godna? Mogę? Po prostu mogę iść do komunii? Wolno mi? Dzisiaj, kilkanaście miesięcy później, patrzę na tamto swoje niedowierzanie ze współczuciem. Bo moja osobista prawda, prawda mojego serca, jest taka, że przez wiele lat poczucie umniejszenia, odcięcia od komunii, po prostu sprawiało mi ból. Nie chciałam o nim mówić i nie chciałam go dotykać – ale ból był tam, cały czas. Gdyby ktoś mi powiedział, że kilkaset metrów dalej jest chrześcijański kościół, w którym mogę usiąść w pierwszej ławie, zrobiłabym to wcześniej. Ale nikt mi nie powiedział, a ja, sama nie do końca rozumiem dlaczego, żyłam w świecie, w którym zdawało mi się, że w Polsce mamy tylko jeden Kościół.

Trzeci powód, dla którego odeszłam – nie mniej ważny niż dwa poprzednie – jest dość oczywisty: styk hierarchiczności, odcięcia się Kościoła od kobiet, celibatu i zadufania władz kościelnych wyprodukował i dalej produkuje zbrodnię czynnej pedofilii i zbrodnię jej instytucjonalnego tuszowania. Nie rozwijam tego wątku, ponieważ został pokazany i opisany więcej niż dobitnie.

Czwarty powód to traktowanie moich przyjaciół LGBT.

Kilka tygodni temu spotkałam się, przy komunii, z Arturem Barbarą Kapturkiewicz, działaczem fundacji Wiara i Tęcza dla chrześcijan LGBT+. Wydało mi się znamienne, że razem przystępujemy do komunii w luterańskim kościele; ani dla mnie, ani dla niego nie było miejsca przy katolickim ołtarzu. Zamieniliśmy parę słów po nabożeństwie. Artur Barbara powiedział mi, że jest na tych nabożeństwach „gościnnie”, bo czeka, aż „biskupi się nawrócą”.

Kilka tygodni później abp Jędraszewski wygłosił kazanie o tęczowej zarazie. Kiedy patrzę dzisiaj w swoje serce, nie ma w nim ani krztyny zgody na to, jak przez zdecydowaną większość hierarchów traktowani są moi bracia i siostry LGBT: wykluczanie, odsuwanie od ołtarza, obrażanie, upokarzanie. Czy jest coś dalej od przykazania miłości niż nazwanie człowieka, którego się nawet nie poznało, zarazą?

*

W co dzisiaj wierzę?

Na pewno w metafizyczną naturę świata, nazywaną różnymi słowami i Imionami. Chrześcijaństwo jest bardzo ważnym elementem mojej duchowej tożsamości – ale nie jedynym. Jestem, można powiedzieć, duchowo poliamoryczna. Słucham wykładów buddyjskich mniszek i nauczycieli duchowych, kazań dominikanina Jana Andrzeja Kłoczowskiego. Chodzę na luterańskie nabożeństwa, ale też na kręgi kobiece; od kilkunastu lat jestem joginką. Nie widzę powodu, żeby, jak nakazywałby paradygmat albo-albo, rezygnować z tego, co mnie duchowo karmi, tylko dlatego, że nie jest częścią jakiegoś typowego pakietu. Z ogromną przyjemnością zanurzam się w różnych światach. Używam swojej duchowej intuicji, serca i trzewi, żeby rozstrzygać moralne dylematy prostym tak-tak, nie-nie. Używam struktury swojego wewnętrznego dziecka, tej wewnętrznej struktury, która nie czytała książek ani nie kończyła studiów, ale w ułamku sekundy odróżnia miłość od braku miłości.

Kobieca energia łączenia pozwala mi też widzieć złożoność i wieloznaczność tego, co dostałam od Kościoła katolickiego. Przestrzeń, dosłowną i niedosłowną, w której mogłam szukać swojej duchowości. Przykazanie miłości. Postać Boga, który stał się człowiekiem. Poczucie grzeszności. Poczucie boskiego pierwiastka w sobie samej. Poczucie, że, jako kobieta, nie mogę stać w pierwszym rzędzie. I godność dziecka Bożego, która nie pozwoliła mi się na to wymazanie zgodzić. Wstyd. Poczucie moralnego obowiązku wobec tzw. maluczkich i absolutną pewność, że miłość Boga (kimkolwiek i czymkolwiek jest) unieważnia wszelkie podziały na „maluczkich” i „możnych tego świata”. Dostałam też wieloletnią przyjaźń mojego spowiednika, który pokazał mi inne oblicze Kościoła niż to strącające do piekieł. Kiedy myślę dzisiaj o Kościele katolickim, w moim sercu jest wdzięczność i złość.

Kiedy tamtej niedzieli skręciłam w lewo w Grodzką, po jakichś siedmiu minutach doszłam do luterańskiego kościoła św. Marcina. Weszłam do niego i sięgnęłam po śpiewnik, usiłując odnaleźć pieśń, która miała być śpiewana na rozpoczęcie nabożeństwa. Kiedy podniosłam znad niego wzrok, zobaczyłam coś, co poruszyło mnie do trzewi: za ołtarzem stali mężczyzna i kobieta, oboje w czarnych sutannach. Odprawiali nabożeństwo w dwójkę – pastor i diakonka, Roman i Wiktoria. Tak miało być w prawie każdą niedzielę. Znowu poleciały mi łzy. W Kościele luterańskim słyszę język pozbawiony agresji; język miłości. W dniu kiedy gra WOŚP, na sutannach widzę przyklejone serduszka. Nie czuję, że muszę się przykrawać, brać w cudzysłów, starać się rozumieć rzeczy, na które w moim sercu nie ma zgody.

„Nie mogłaś być w pełni szczęśliwa” – sparafrazował moje zwierzenia dotyczące doświadczenia bycia w Kościele katolickim Roman Pracki, luterański proboszcz, z którym umówiłam się na rozmowę w tydzień po tamtym, pierwszym, nabożeństwie. Nazwał coś, czego przez lata nie umiałam nazwać.

Kup numer