fot. Philip Fong / AFP / East News
Michał Lubina grudzień 2019

Hongkong nie wierzy łzom

Od czerwca trwa w Hongkongu „rewolucja naszych czasów”. Bardzo chińska i współczesna zarazem. Gdy zaczynały się masowe protesty, świat przecierał oczy ze zdumienia. To kupieckie miasto, do tej pory symbol zarabiania pieniędzy i pragmatyzmu, w spektakularny sposób unicestwia swój wizerunek. Niszcząc stacje metra, siedziby banków i sklepów, demonstranci nie tylko wpędzają Pachnący Port w recesję – unicestwiają także jego markę znaną ze sloganu „światowe miasto Azji”. Robią to całkowicie świadomie.

Artykuł z numeru

Wierzę, wątpię, odchodzę

Wierzę, wątpię, odchodzę

Zaczęło się od zdrady i morderstwa. Rok temu pewna hongkońska para wyjechała na romantyczną wycieczkę na Tajwan. Kiedy jednak kobieta Poon Hiu-wing wyznała, że jest w ciąży z innym, jej partner Chang Tong-kai wpadł w furię i ją zabił. A także ukradł jej karty kredytowe i po powrocie do Hongkongu wyczyścił konta. Przez to wpadł. Gdy został aresztowany, okazało się, że można mu postawić tylko zarzut kradzieży – o morderstwo nie sposób go oskarżyć z powodu braku prawa ekstradycyjnego pomiędzy Hongkongiem a Tajwanem.

Ktoś może spyta: w czym problem? Luka prawna, trzeba ją tylko uzupełnić. I właśnie tak argumentował hongkoński rząd, czyli administracja specjalnego regionu autonomicznego w ramach Chińskiej Republiki Ludowej. Tyle że ani Tajwan, ani Hongkong nie są zwykłymi podmiotami prawa międzynarodowego. Tajwan to bogate, nowoczesne i sprawne, ale nieuznane państwo, z którym stosunki dyplomatyczne utrzymuje tylko kilkanaście stolic (jedyna istotna wśród nich to Watykan). Reszta krajów wybrała Pekin, podporządkowując się jego zasadzie „jednych Chin”, głoszącej, iż można uznawać dyplomatycznie tylko jedno: albo ChRL, albo Tajwan – nigdy obu. Hongkong stanowi od 1997 r. część Chin i w kwestii Tajwanu nie ma wyboru – także on uznaje Tajpej za stolicę zbuntowanej chińskiej prowincji. A to oznacza, że ekstradycja na Tajwan równa się tej do Chin. To zaś zmienia postać rzeczy, inaczej bowiem wygląda proces sądowy na demokratycznym Tajwanie, a całkiem odmiennie socjalistyczna sprawiedliwość w Chinach Ludowych.

Wiedział o tym rząd hongkoński i wiedzieli jego mieszkańcy. Wszyscy oni, podobnie jak Tajwańczycy, są Chińczykami w sensie etnicznym i kulturowym. Choć różnią się, to posługują się tym samym kodem kulturowym, do którego należy unikanie mówienia wprost i wyłapywanie znaczeń z kontekstu. Tak było i w tym przypadku. Oficjalnie chodziło o wymierzenie sprawiedliwości zwyrodniałemu mordercy w nagłośnionej przez media sprawie. Tak naprawdę jednak istotą sprawy było dalsze dokręcanie śruby w powolnym, acz nieuchronnym procesie kontynentalizacji (chińszczenia) Hongkongu.

Brytyjskie fakty dokonane

W 1997 r. Hongkong wrócił do Chin. Gdy Brytyjczycy odrywali go od Pekinu w 1842 r., był pustą skalistą wyspą, jakich wiele na Morzu Południowochińskim. Gdy pod przymusem go zwracali, był już jednym z najważniejszych i najbogatszych miast na świecie. Hongkong stanowi rzadki przypadek kolonii, gdzie nie wykształcił się ruch antykolonialny. Brytyjskie rządy, z wyjątkiem maoistowskich rozrób w 1967 r., były zasadniczo niekwestionowane. Legitymizacja władzy opierała się na argumentach ekonomicznych (ciągły wzrost gospodarczy, rozwój handlu, spedycji, budowy statków, rosnące operacje finansowe itp.), administracyjnych (sprawność urzędów, brak ingerencji w sprawy obywateli – rząd jak „nocny stróż”), z czasem również społecznych (rosnąca opiekuńczość państwa od lat 60.). Największe znaczenie miał jednak fakt, że większość Hongkończyków wyemigrowała bądź wprost uciekła z Chin: wiedząc, że bywało gorzej, nie kwestionowali brytyjskiej władzy. Hongkong okazał się krzyżówką dwóch najlepszych cech połączonych tu kultur: chińskiej dbałości o rodzinę i popierania swoich oraz brytyjskiej troski o dobro publiczne. Te zalety rzadko idą w parze: Chińczycy lekceważą sferę publiczną, na co narzekał już Konfucjusz, a Brytyjczycy są zbyt indywidualistyczni, by dbać o całe rodziny i klany. W Hongkongu te antynomie się spotkały, co dało wspaniały wynik.

Taki stan rzeczy wszystkim odpowiadał, więc w 1982 r. Margaret Thatcher próbowała przedłużyć dzierżawę miasta i miała ku temu argumenty prawne (tylko Nowe Terytoria, przyłączone w 1898 r. na 99-letnią dzierżawę, musiały być de iure zwrócone, resztę Wielka Brytania uzyskała wcześniej w wyniku dzierżawy wieczystej). Ale Deng Xiaoping nie zamierzał negocjować: zagroził, że wojska chińskie mogą się pojawić w Hongkongu nazajutrz. Po dwóch latach Żelazna dama po cichu ustąpiła. Porozumienie to zawarto w najlepszym (albo najgorszym) XIX-wiecznym stylu koncertu mocarstw, nie pytając o nic społeczeństwo. Brytyjska kapitulacja była jednak honorowa: uzgodniono, że przez 50 lat od przekazania Chinom Hongkongu (tj. od 1 lipca 1997 r. do 30 czerwca 2047 r.) Chińczycy zachowają jego odrębność ustrojową zgodnie z zasadą „jeden kraj, dwa systemy”. Władze Hongkongu sprawowałyby więc rządy samodzielnie, z wyjątkiem polityki obronnej i zagranicznej, a Pekin nie miał naruszać hongkońskich swobód obywatelskich.

Hongkończycy do nich przywykli. W czasach brytyjskich rządy gubernatora były formalnie niemal autokratyczne: wybierał on radę ustawodawczą i miał pełnię władzy, ograniczoną tylko przez mianujący go Londyn. Jednak rzadko władał dyktatorsko: przynajmniej od poł. XX w. normą były koncyliacyjne rządy, konsultacje z hongkońską elitą i szanowanie trójpodziału władzy, w tym sądownictwa. Gubernatorzy postępowali tak z pragmatyzmu: gdyby byli zamordystami, mogłoby dojść do zamieszek i londyński rząd by ich odwołał.

Zanim Hongkong przekazano Chinom, zaczęto go demokratyzować również formalnie. Cynik powiedziałby, że Brytyjczycy i tak nie mieli nic do stracenia (tak traktują to Chiny: jako nieprzestrzeganie umowy z 1984 r. mówiącej o zakazie wprowadzania zmian ustrojowych). Idealista odparłby, że takie były czasy, wszak od poł. lat 80. byliśmy świadkami rosnącego znaczenia praw człowieka w polityce Zachodu.

Niezależnie od punktu widzenia faktem jest, że Hongkong w ostatniej dekadzie rządów brytyjskich przeszedł zasadniczą przemianę. Brytyjczycy zaczęli prowadzić politykę faktów dokonanych, by Chinom trudniej było je potem cofnąć. Szczególne przyspieszenie dokonało się w tym zakresie w czasach rządów ostatniego gubernatora Chrisa Pattena. Znacznie poszerzono prawa obywatelskie, zaś część członków rady ustawodawczej zaczęto po trosze wybierać (resztę nadal mianowano) w wolnych wyborach.

Pełzające schińszczenie

I wtedy, w 1997 r., przyszli Chińczycy z kontynentu. Nic, co było dane, nie zostanie odebrane – deklarował wówczas Pekin. Początkowo wydawało się, że rzeczywiście tak będzie. W ustawie zasadniczej wyznaczającej ramy prawne reintegracji Hongkongu zapisano, że „prawa i styl życia” Hongkongu pozostaną bez zmian. Stwierdzono w niej nawet, że wybory szefa egzekutywy (zastąpił gubernatora na czele władz Hongkongu) docelowo będą się odbywać w wyborach powszechnych (art. 45). Dzięki takim posunięciom ChRL udało się powstrzymać panikę, a biznesmeni, wcześniej przenoszący dla bezpieczeństwa kapitał do Vancouver, zaczęli wracać. Hongkong nadal się rozwijał, pozostając pośrednikiem między Chinami a światem, i wciąż był przysłowiową kurą znoszącą złote jaja. Poza tym oczekiwanie zaprowadzenia rewolucyjnej sprawiedliwości przez Chiny Ludowe zaraz po przejęciu Hongkongu było niemądre: Pekin nie działa jak Moskwa, która protesty spacyfikowałaby bez względu na koszty.

Początkowo więc rzeczywiście nie naruszano wolności Hongkongu… Z czasem jednak pewne sprawy zaczęto doprecyzowywać. Zasadę „jeden kraj, dwa systemy” (będącą unikatem w skali świata) Hongkończycy rozumieli jako utrzymanie swego statusu, ale ChRL traktowała jako pragmatyczny środek do przyłączenia dawnej kolonii. Sam pomysł pierwotnie odnosił się do Tajwanu, wobec Hongkongu zastosowano go później i wynikał z politycznej kalkulacji. Krótko mówiąc: dla Chin ważniejszy jest pierwszy człon tej formuły (jedno państwo), dla Hongkongu drugi (dwa systemy). To dlatego Chiny utrzymały zapisy ustawy zasadniczej w formie niejasnej, a fragmenty dotyczące „dwóch systemów” zrównoważone zostały m.in. zastrzeżeniem sobie prawa do ingerencji w razie buntu, secesji lub zamieszek (jeśli administracja Hongkongu nie jest w stanie sama poradzić sobie z problemami wewnętrznymi, może poprosić o interwencję stacjonujący garnizon chiński) oraz wprowadzeniem zakazu działalności politycznej w regionie i kontaktów z hongkońskimi stowarzyszeniami dla zagranicznych organizacji politycznych (art. 23). Jiang Zemin, sekretarz generalny KPCh w latach 90., uspokajał Hongkończyków, że „woda ze studni i woda z rzeki nie mieszają się”, ale jeden z jego podwładnych, Ganghua Wang, precyzował, że „to zawsze jest chińska woda”.

Hongkończycy umieli czytać między wierszami. Gdy więc w 2003 r. administracja regionu postanowiła wprowadzić przepisy wykonawcze art. 23., co mogłoby skutecznie ograniczyć wolności polityczne i doprowadzić do szykan za działalność polityczną, mieszkańcy wyszli na ulicę. Półmilionowy protest doprowadził do wycofania się z tego pomysłu oraz opóźnionego o dwa lata upadku ówczesnego szefa administracji Tung Chee-hwa. Było to zwycięstwo mieszkańców Hongkongu, ale w Pekinie wyciągnięto z tej lekcji wnioski. Od tego momentu ChRL zaczęła intensyfikować chińszczenie systemu politycznego Hongkongu, ale czyniła to stopniowo, po cichu, niemal niezauważalnie… przynajmniej dla zagranicy.

Pierwszym krokiem była zgoda na większą migrację Chińczyków z kontynentu do strefy Hongkongu, gdzie obowiązują kontrole paszportowe (obcokrajowcy, w tym Polacy, mogą wjeżdżać do Hongkongu na paszport, a do Chin kontynentalnych potrzebują już wizy). Aby wyjechać do Hongkongu, Chińczycy z kontynentu muszą uzyskać specjalne pozwolenie, przy czym od 2003 r. pojawiły się pewne ułatwienia. Liczba Chińczyków z pozostałych części ChRL osiadłych w Hongkongu po 1997 r. wzrosła z kilku procent na początku XXI w. do ok. 12% obecnie. Stanowią oni silne lobby propekińskie, głosując na prochińskie partie i karnie przychodząc na lojalistyczne demonstracje (często są dowożeni autobusami). Są za to, podobnie jak za swoje zdradzające awans społeczny maniery (np. wpychanie się do kolejek), bardzo nielubiani: tylko 28% mieszkańców Hongkongu ocenia pozytywnie Chińczyków z kontynentu.

Do tego dochodzi pogłębiająca się integracja gospodarczo-społeczna: budowanie nowych dróg, przejść granicznych, przepraw promów, ściślejsze zespolenie Hongkongu z miastem Shenzhen (m.in. ich giełd), stworzenie nowej kolei Kanton–Hongkong, promocja języka mandaryńskiego (oficjalnego w Chinach) zamiast lokalnego kantońskiego, a przede wszystkim ogłoszenie projektu Wielkiego Obszaru Zatoki (GBA), powstającego megapolis złożonego z Kantonu, Hongkongu, Makau i kilku innych miast Guangdongu (prowincji Kanton). Cel jest jasny: chodzi o roztapianie unikatowości i autonomii Hongkongu, uczynienie z niego zwykłego miasta chińskiego (różniącego się jedynie szczegółami, takimi jak większy udział handlu międzynarodowego).

Powiązane z tym jest sukcesywne uzależnianie różnych aktorów politycznych, gospodarczych i społecznych Hongkongu od Chin. Handel Hongkongu zależy od handlu z Chinami: współpraca z częścią kontynentalną stanowi 50% jego handlu, z perspektywy ChRL to tylko 7% jej handlu. Pekin ma dużo środków, by promować swoje interesy, i hojnie wynagradza lojalnych, obdarzając ich kontraktami i zamówieniami np. w infrastrukturze. Obecnie obóz propekiński w Hongkongu to: urzędnicy wyższego szczebla (w tym szef egzekutywy), część urzędników średniego i niższego szczebla, partia polityczna DAB, biznesmeni robiący interesy w Chinach, w tym większość miejscowych oligarchów (nazywanych tycoon), wśród nich kluczowi wydawcy mediów (kształtujący pozytywny wizerunek Chin), oraz niektóre organizacje sektora społecznego.

Stopniowo ograniczana jest wolność słowa. W 2017 r. hongkońskie uniwersytety przy użyciu siły usunęły tzw. mury demokracji, na których wypisywano antychińskie hasła. Na uczelniach postępuje również dyscyplinowanie środowisk akademickich: nieprzedłużanie umów o pracę, wybór lojalistów na stanowiska decyzyjne, nagonka na prodemokratycznych profesorów czy krytyka wobec wykładowców za „niepilnowanie” zradykalizowanych studentów. Przede wszystkim zaś swobodę wypowiedzi ogranicza się w mediach. Rola „niewidzialnej ręki Pekinu” jest wyraźna: już 8 na 26 mediów pozostaje pod bezpośrednią kontrolą Pekinu. Najbardziej spektakularnym przejęciem było w tym zakresie zakupienie najważniejszego anglojęzycznego dziennika „South China Morning Post” przez Jacka Ma, oligarchę, stronnika Pekinu. Do tego dochodzą inne działania, jak możliwość nieprzedłużania licencji, wycofywanie się reklamodawców, niepokazywanie niektórych wydarzeń, zamykanie krytycznych programów, niewpuszczanie nielubianych zagranicznych reporterów, zwolnienia z pracy miejscowych dziennikarzy, a nawet ich porwania czy pobicia (w tym próba zasztyletowania). To wszystko sprzyja coraz większej autocenzurze. Będące do tej pory ostoją wolności słowa hongkońskie media drastycznie tracą w światowych rankingach. W najbardziej reprezentatywnym z nich, sporządzanym przez Reporterów bez Granic, zajmowały w 2002 r. 18. miejsce na świecie, obecnie są 73. (polskie, dla porównania, plasują się na 59. lokacie).

Z czasem granica między działaniami formalnymi a nieformalnymi Pekinu zaczęła się zacierać. Administracyjnie jego wpływ jest ugruntowany poprzez kontrolę administracji Hongkongu, nadzorowanej przez szefa egzekutywy. Ma on ogromną władzę: nominuje na stanowiska, powołuje sędziów, ma prawo łaski i weta wobec decyzji rady ustawodawczej, a nawet możliwość jej odwołania pod niemal jakimkolwiek pretekstem. Szefa egzekutywy wybiera 1200-osobowy komitet, w którym reprezentowane są wszystkie środowiska (np. korporacje, związki zawodowe itp.). Gdyby wybory były powszechne, mógłby wygrać kandydat niezależny, a przy takim mechanizmie nie ma na to szans. W rezultacie zawsze wygrywa ktoś wskazany przez Pekin i każdy kolejny szef egzekutywy jest coraz bardziej propekiński. Jednak ostatnio KPCh jeszcze bardziej zaostrzyła kurs: w 2017 r. szefem egzekutywy mógł zostać John Tsang, polityk propekiński, ale akceptowany przez mieszkańców. Wybrano jednak ultralojalistkę Carrie Lam.

Do tego dochodziły inne działania formalne: wszczynanie procesów przeciw przywódcom rewolucji parasolkowej: Alex Chow i Joshua Wong zostali skazani na krótkie kary więzienia, nazwano ich pierwszymi więźniami politycznymi w Hongkongu od 1997 r. i nominowano do Pokojowej Nagrody Nobla (ich następców, przywódców zamieszek z 2016 r., skazano już na kilka lat). Chińskie władze odmawiały też rejestracji części kandydatów niepodległościowych w wyborach z 2016 r. do rady ustawodawczej, utrudniały rejestrację kandydatów związanych z rewolucją parasolkową (partia Demosisto), zdelegalizowały proniepodległościową Narodową Partię Hongkongu, wprowadziły nadzwyczajny formularz, w którym kandydat musiał podpisać oświadczenie, że Hongkong jest częścią Chin i nie będzie nawoływał do zmiany tego statusu; na kandydatach tworzących ulotki polityczne wymuszono też autocenzurę (hongkońska poczta uzyskała prawo do opóźnienia dostarczenia broszur o nieodpowiedniej treści, a niektóre osiedla zakazały ich roznoszenia). Szczególnie jawną ingerencją była zaś decyzja Stałego Komitetu OZPL (chińskiego pseudoparlamentu) o stosowaniu prawa chińskiego na końcowej stacji (a więc już w Hongkongu) nowej linii kolejowej biegnącej z kontynentu. Uchwałę tę Stały Komitet podjął, mimo iż żadne ciało administracyjne Hongkongu nie zwróciło się do niego z prośbą o wykładnię przepisów.

Największe oburzenie wywołały z kolei dwa wydarzenia: porwania księgarzy w 2015 r. i machinacje przy wyborach w 2016 r. W tym pierwszym przypadku nagle zniknęło z Hongkongu pięciu księgarzy wydających prace o powiązaniach rodzinno-biznesowych członków Komunistycznej Partii Chin. Czterech z nich odnalazło się potem w chińskich więzieniach. Kolejne chińskie oświadczenia w tej sprawie, podkreślające jej pozapolityczny charakter, w oczach Hongkończyków stanowiły jedynie potwierdzenie starej maksymy księcia Gorczakowa: „Wierzę tylko w zdementowane informacje”.

W przypadku drugiego wydarzenia doszło do licznych machinacji dających Pekinowi wszechwładzę w radzie ustawodawczej. Radę wybierają: wyborcy (35 mandatów), jednostki administracyjne Hongkongu (5 mandatów) oraz funkcjonalne jednostki wyborcze, wyłaniane przez korporacje i miejscowych oligarchów (30 mandatów). Ponieważ hongkoński establishment urzędniczo-biznesowy jest albo propekiński, albo przynajmniej niedrażniący ChRL (bo wie, że gospodarczo przyszłość Hongkongu to tylko Chiny; ChRL bez Hongkongu przetrwa, odwrotnie nie), to połowę miejsc w radzie Pekin ma niemal pewne. Teoretycznie siły demokratyczne mogą zdobyć większość, jednak nie zdarzyło się jeszcze, by uzyskały wszystkie 35 mandatów. Kilka z nich zawsze trafia do chińskich lojalistów. W praktyce gra toczyła się więc nie o większość, ale o mniejszość blokującą, czyli 1/3 wszystkich miejsc, bez której nie przejdą żadne ustawy zmieniające ustrój Hongkongu. W trakcie wyborów i po ich zakończeniu w 2016 r. propekińska większość metodami administracyjnymi powiększyła swoją władzę: po pierwsze, zmieniła granice okręgów wyborczych (gerrymandering), by faworyzować prochińskich kandydatów, i po drugie, usunęła część opozycjonistów: niektórych zdyskwalifikowała przed startem, a innych (sześciu) już po – za niewłaściwe złożenie przysięgi. Ponadto zmniejszono kworum i umożliwiono powtórne zebrania izby w przypadku braku kworum. Dzięki temu wszystkiemu opozycja straciła swój bezpiecznik.

Masowe protesty i akcje flash mob

Opisane wyżej wprowadzanie coraz bardziej autokratycznych rządów to miejscowa odmiana tzw. taktyki salami: odcinania swobód kawałek po kawałku. Świat rzadko to widzi, ale Hongkończycy świetnie ją wyczuwają. To powoduje całkowity brak zaufania obywateli do władz, co w połączeniu z codziennymi gospodarczymi następstwami integracji i migracji z kontynentu – takimi jak wzrost kosztów życia, cen mieszkań i nieruchomości, utrudniony dostęp do szkół i szpitali, przeciążona komunikacja miejska, trudności w znalezieniu pracy – w skrajnych wypadkach prowadzi do masowych protestów.

Po raz pierwszy Hongkończycy masowo wyszli na ulice w 2003 r. Potem powtórzyli sukces, choć w mniejszej skali (bo na ulice wyszło już nie 500 tys., ale 100 tys.), w roku 2011 organizując protest przeciw nowym programom szkolnym (dialektycznie tłumaczącym wielkość Chin i komunizmu oraz małość Zachodu i demokracji; m.in. w podręcznikach określano kompartię jako zespół ludzi bezinteresownie starających się o dobro ludu, a partie polityczne w USA jako powodujące swoimi działaniami cierpienia ludności). Gorzej poszło im podczas tzw. rewolucji parasolkowej (trwającej 79 dni, między wrześniem a grudniem 2014 r.), wielkiej pokojowej okupacji centrum wyspy Hongkong (Central), kiedy domagano się demokratyzacji wyborów szefa egzekutywy. Zachowując pokojowy charakter protestu, demonstranci nic nie uzyskali, co wskazuje się jako przyczynę obecnej radykalizacji.

Dlatego teraz, gdy pozbawiona społecznej legitymizacji rada postanowiła przy PR-owo rozgrywanej historii zamordowanej dziewczyny w ekspresowym tempie przyjąć niejasną w swych zapisach ustawę o ekstradycji (pozwalającą aresztować niemal każdego i wywieźć do ChRL), Hongkończycy uznali to za przekroczenie czerwonej linii. Ustalenia z 1984 r. z Brytyjczykami zabraniały ekstradycji Hongkończyków do Chin. To z tej przyczyny w czerwcu wyszło na ulice 2 mln ludzi (na 7 mln mieszkańców miasta) z wszystkich grup społecznych, w tym biznesu, który się przestraszył, bo robić interesy z Chinami, będąc bezpiecznym w Hongkongu z prawem własności, to jedno, a zostać wywiezionym na kontynent, to coś zupełnie innego. Poparcie było powszechne, nawet prochińscy tycoon nie wypowiadali się przeciw demonstrantom.

Początkowo protestujący domagali się uchylenia ustawy ekstradycyjnej i żądanie to prawie zrealizowano: Carrie Lam zawiesiła ustawę z procedowania, a ostatnio nawet ją wycofała, ale zrobiła to za późno – teraz to za mało. Demonstranci zaczęli domagać się rehabilitacji wizerunkowej poprzednich protestów (kwalifikowanych jako zamieszki, co przy nieuchronności kary – hongkoński system prawny wciąż jest efektywny – sprawia, że jest się czego bać), ukarania brutalnie działającej policji i reformy politycznej. Swoimi nieudolnymi działaniami Lam osiągnęła niebywały rezultat: niemal wszyscy Hongkończycy protestują przeciw jej działaniom.

Szefowa administracji nieumyślnie wpłynęła na wzmocnienie procesu toczącego się od kilku lat: powstawania tożsamości hongkońskiej, może nawet narodzin narodu hongkońskiego. Mieszkańców miasta nikt przez lata nie pytał o zdanie, nie mieli też potrzeby do określania się. Aż wreszcie integracja z Chinami wymusiła ich samoidentyfikację. Zderzenie z etnicznie podobnym, lecz kulturowo zupełnie odmiennym społeczeństwem z kontynentu sprawiło, że Hongkończycy zaczęli stawiać sobie pytania, kim są. W poprzednich wyborach ok. 20% głosowało na partie głoszące lokalizm: przywiązanie do specyfiki Hongkongu, odcinające się od związków z Chinami. Teraz, po masowych protestach, komentatorzy mówią już o zderzeniu dwóch społeczeństw: chińskiego i hongkońskiego.

To zderzenie staje się coraz bardziej brutalne. Od lipca zmienił się charakter demonstracji: z pokojowych gigantycznych marszów na bardziej konfrontacyjne działania (zajęcie lotniska) i potyczki z policją oraz miejscowymi tituszkami. Przyczyną była frustracja z powodu niespełnienia żądań i rosnąca radykalizacja ruchu. Pozorna anarchizacja protestów, wyłaniająca się z relacji medialnych, nie powinna jednak wprowadzać w błąd: demonstranci wiedzą, co robią.

Mówią, że to rewolucja naszych czasów, i tak bez wątpienia jest w wymiarze zewnętrznym – w zakresie używanych środków. Demonstranci w pełni wykorzystują nowe formy komunikacji, przede wszystkim media społecznościowe, za pomocą których skrzykują się na akcje. Głównym źródłem informacji są filmiki na YouTube i twitty. Posługują się szyframi albo kodami, korzystając z wieloznaczności języka kantońskiego i charakterystycznego dla Chińczyków zamiłowania do gier językowych, możliwych dzięki różnej interpretacji tych samych znaków. Tak powstają również ciekawe graffiti. Symbolami ruchu stały się utrudniające identyfikację zasłonięte twarze i używane przeciw policji laserowe wskaźniki, a furorę zrobił filmik o rozbrajaniu pocisków z gazem łzawiącym. Same starcia z policją to rodzaj polityczno-militarnego flash mob (z ang. błyskawiczny tłum): demonstranci, niczym partyzanckie oddziały lotne, umawiają się na akcję np. o godz. 14, atakują, palą i uciekają w różne kierunki, zanim nadbiegnie policja. Protesty nie mają liderów, a kolejne akcje i pomysły powstają spontanicznie na grupach dyskusyjnych, często bez koordynacji ze sobą. Taki pozbawiony przywódców protest jest trudniejszy do stłumienia, bo władza nie może przekupić ani wyłapać liderów. Demonstranci jako swój slogan wykorzystują słowa Bruce’a Lee o wodzie, sugerujące, by porzucić kształt i stać się elastycznymi.

Brak przywódcy nie oznacza jednak braku celów. Te są bardzo dobrze zdefiniowane. Destrukcja, wbrew pozorom, jest skalibrowana, skala przypadkowych zniszczeń jest niska, nieporównywalna np. do tych w Paryżu podczas protestów żółtych kamizelek. Co więcej, jeśli demonstranci coś przypadkowo zdewastują, to są w stanie wystosować publiczne przeprosiny. Zniszczenia są precyzyjne i punktowe: atakowane są Starbucksy (bo córka jednego z zarządzających w Hongkongu tą siecią oligarchów wypowiedziała się przeciw protestom), firmy osób związanych z Chinami, banki (Bank of China) itd. Przede wszystkim dewastowane są stacje metra, gdyż hongkońska kolej podziemna współpracuje z władzami, zamykając stacje, żeby utrudnić dotarcie na demonstracje. W szerszej perspektywie protestujący niszczą fundamenty schińszczonego już Hongkongu, kierując się miejscową odmianą maksymy Bakunina: radość niszczenia jest radością tworzenia. Chodzi o to, by unicestwić podstawy polityczno-gospodarcze obecnego Hongkongu i na ich gruzach odbudować wspólny dom.

To wyraźna agenda polityczna, ubrana w nowoczesne szaty, ale nawiązująca do starego chińskiego wzorca zmiany władzy. W Chinach, kraju „wielu buntów, ale nie rewolucji” (gdyż zmieniała się władza, a nie system), kolejne dynastie powstawały lub upadały na skutek powstań chłopskich (i / lub inwazji zewnętrznych). Jeśli rebelia przegrała, to dla buntowników nie było litości. W przypadku wygranej to elity przechodziły na stronę rebelii, co tłumaczono koncepcją mandatu Nieba, zgodnie z którą Niebiosa cofnęły zgodę na rządzenie aktualnie władającym i dały ją zwycięskim buntownikom. To bardzo elastyczna koncepcja, bo o zamiarach Nieba można się było przekonać dopiero po zakończeniu starcia. Postawieni pod ścianą Hongkończycy rzucili wyzwanie obecnie władającej ich miastem „dynastii” – partii komunistycznej. Wiedzą, czym grozi porażka, więc nie mają nic do stracenia. To wyjaśnia ich determinację, zawziętość i brutalność.

Druga strona tej konfrontacji także odpowiada jednocześnie bardzo po chińsku i nowocześnie. Ciężar walk z demonstrantami bierze na siebie (coraz bardziej znienawidzona) policja, której reputacja została zniszczona (to największa społeczna konsekwencja zamieszek), co likwiduje kolejne zahamowania. Przede wszystkim zaś walczą prochińskie tituszki, wspierane przez kapitał i sprzęt z kontynentu i słusznie przyrównywane do dawnych triad. Do tego dochodzą działania psychologiczne: pomruki z Pekinu, pokazywanie filmików z ćwiczącymi żołnierzami rozpędzającymi tłum i krzyczącymi po kantońsku (językiem wojska jest mandaryński): rozejść się!

***

Pekin jednak nie chce interweniować bezpośrednio w Hongkongu: byłoby to politycznie zbyt kosztowne. Na razie próbuje stosować metodę kija i marchewki.

Z jednej strony rada ustawodawcza zabrania protestującym zasłaniania twarzy, powołując się na prawo kolonialne aż z 1922 r. Jeśli to nie wystarczy, rada może ograniczyć, a nawet wyłączyć internet oraz odwołać listopadowe wybory lokalne. Z drugiej strony zachętą do zaprzestania protestów mają być mieszkania dla młodych. Rada chce wybudować tanie lokale, które rozładują problem horrendalnych czynszów i w efekcie ich niedostępności. W tym celu musi uzyskać od deweloperów miejsce na budowę osiedli. Zarabiający na wysokich cenach nieruchomości deweloperzy nie są tym pomysłem zachwyceni, ale władza ma swoje sposoby, by ich przekonać.

Jeśli to nie przyniesie pożądanego skutku, Pekin zdecyduje się na interwencję siłową, choć będzie chciał to uczynić siłami hongkońskimi (albo przebranymi za nie). W najgorszym zaś razie użyje 12-tys. garnizonu stacjonującego w mieście. To prawie na pewno będzie oznaczać ofiary śmiertelne i pogorszenie się pozycji międzynarodowej Chin, starających się pozyskać neutralność UE w rywalizacji ze Stanami Zjednoczonymi. Ważniejszy jest jednak kontekst regionalny: przed wyborami na Tajwanie (styczeń 2020 r.) opcja siłowa nie wchodzi w grę. Gwarantowałaby bowiem zwycięstwo niepodległościowej partii DPP zamiast prochińskiego Kuomintangu.

Na razie trwa psychologiczne przeciąganie liny, które ma swoje istotne konsekwencje. Ten największy od przejęcia miasta w 1997 r. kryzys zrujnował wizerunek Hongkongu, zaś miasto balansuje na granicy recesji. Szefowa egzekutywy Carrie Lam nie ma już politycznej przyszłości (o czym dobrze wie, ale nie może podać się do dymisji bez zgody Pekinu), administracja jest skompromitowana, a opcja prochińska mocno osłabiona. Bez względu na to, jak skończą się demonstracje, Hongkong nigdy już nie będzie taki sam. Chiny też straciły: ChRL odsłoniła mroczną część swojej natury, przez lata tak dobrze skrywaną przed światem. Przede wszystkim jednak pogrzebała marzenia o zastosowaniu zasady „jeden kraj, dwa systemy” wobec Tajwanu w nieodległej przyszłości. Po tym, co zaszło, nikt w Tajpej nie zgodzi się w najbliższym czasie na pokojowe zjednoczenie. Chinom pozostają tylko rozwiązania siłowe.

_

Korzystałem m.in. z: książki Łukasza Zamęckiego, Sinizacja systemu politycznego Hongkongu (Warszawa 2019), debaty w Klubie Jagiellońskim (Protesty w Hongkongu. Geneza, przebieg, perspektywy, 17 października 2019 r.), artykułów Rafała Tomańskiego w „Business Insider” oraz analiz Michała Bogusza (OSW) i Marcina Przychodniaka (PISM).

 

Kup numer