Czy Ukraina w 1991 r. dysponowała potencjałem ekonomicznym wyższym czy niższym od ówczesnej Polski? Jeśli chcemy uzyskać szybką i pewną odpowiedź na to pytanie, zapewne sprawdzimy historyczne dane dotyczące PKB dla obu krajów. Co jednak, jeśli podobnie zapytamy o wolność prasy? Prawdopodobnie znalezienie odpowiedzi wyda się nam trudniejsze, ale niedługa kwerenda w internecie szybko zaproponuje nam konfrontację z innym miernikiem – Indeksem Wolności Prasy.
Intuicyjnie czujemy, jak sądzę, że wielkość gospodarki lepiej nadaje się do liczbowego oszacowania (jako wskaźnik ekonomiczny) niż wolność mediów. Niemniej to mierniki drugiego typu – te nieoczywiste – otaczają nas na każdym kroku. Otwieramy gazetę, gdzie recenzje filmów, spektakli i książek podsumowane są ocenami na punktowej skali, podobnie jak występy piłkarzy w meczach poprzedniej kolejki, okraszone powodzią statystyk i danych. Gdy szukamy restauracji w nieznanym sobie mieście, również kierujemy się liczbami – ocenami poprzednich gości.
Życie codzienne opisywane jest ogromną ilością policzalnych zmiennych i archiwizowanych danych. Antropolodzy mówią nawet o „życiu napędzanym danymi”, rośnie w siłę ruch Quantified Self.
Opaski lub zegarki zbierające biometryczne dane są powszechne, spięte z nimi aplikacje wyliczają zagregowane wyniki stanu zdrowia wtłoczone w jedną liczbę. W sukurs idzie przemysł meblarski, inwestując w „inteligentne łóżka”, które podadzą „wynik snu” jeszcze lepiej i precyzyjniej, utrzymując reżim obliczeń prawie 24 godz. na dobę. Dane nie tylko kochamy zbierać i przez ich pryzmat postrzegać coraz więcej elementów otaczającej rzeczywistości – uwielbiamy też na ich podstawie decydować. „Przepraszam, które danie ma najwięcej punktów rankingowych?” – dowcipkował już wiele lat temu internetowy komiks.
Dyskretny urok kalkulacji
W dyskusjach publicznych powtarzane są frazy o eksplozji danych, o zagrożeniach związanych z ich prywatnością, algorytmicznym podejmowaniu decyzji czy o tzw. sztucznej inteligencji. Pomimo przykładów osaczenia liczbami na każdym niemal kroku sama świadomość zjawiska, a przede wszystkim jego przyczyny i konsekwencje zdają się umykać naszej uwadze i poważniejszej refleksji. Jeśli przyjrzymy się jednak szerzej panoramie, zauważymy szybko, że naszą epokę definiuje kompulsywny ciąg do gromadzenia danych i wyciągania na ich podstawie wniosków. Stoi za tym potężna obietnica epistemologiczna: wierzymy, że dopiero dzięki analizie statystycznej jesteśmy w stanie dostrzec więcej – odkryć ukryte wzorce rzeczywistości, które umykają „gołemu oku”. W tym paradygmacie wiedza uzyskana z tabeli staje się z definicji solidniejsza i bardziej wiarygodna niż ta oparta na kruchych fundamentach jednostkowego doświadczenia, zawodnej intuicji i lokalnej tradycji.
Jednak głód wiedzy nie jest bezinteresowny. Przede wszystkim pożądamy liczb jako narzędzi perswazji i efektywności. Chcemy podejmować decyzje „optymalne”, a pojęcia takie jak data-drivenness, algorithmic decision-making czy benchmarking (słynne już w korporacyjnych klechdach indeksy KPI) służą nam jako drogowskazy. Używamy ich, by nadać naszym poglądom, decyzjom i wyborom certyfikat transparentności i obiektywizmu, ucinając w ten sposób spory. Jeśli „dane tak mówią”, dyskusja wydaje się zakończona.

