fot. Issouf Sanogo/AFP/East News
fot. Issouf Sanogo/AFP/East News
Łukasz Kwiatek listopad 2019

Problemy z empatią

Krytykować empatię to tak, jakby rozpowiadać, że się jest przeciw małym kotkom. Intuicyjnie czujemy, że empatia jest czymś dobrym. Potwierdzają to zresztą liczne badania. Ale czy wystarczy ona, by – jak chcieliby niektórzy – rozwiązać wszystkie problemy świata?

Artykuł z numeru

Harari. Czy możemy mu zaufać?

Harari. Czy możemy mu zaufać?

Była jesień 2017 r., na Wanda Metropolitano Atletico rozgrywało derbowy mecz z Realem Madryt. Real był akurat w natarciu. Sergio Ramos właśnie zanurkował do piłki i zdołał oddać strzał głową z bliskiej odległości, ale w tym samym momencie w jego nos trafiła noga obrońcy Atletico Lucasa Hernandeza. Ramos padł na murawę i zwijał się z bólu, a ja spokojnie wpatrywałem się w telewizyjne zbliżenie na jego zakrwawioną twarz i beznamiętnie oglądałem powtórki całego – zapewne bolesnego – zdarzenia. Nie czułem żadnego współczucia, nawet się nie wzdrygnąłem. Zresztą, na pewno nie ja jeden tak zareagowałem. Pod nagraniem tej sytuacji dostępnym w serwisie Youtube roi się od pełnych satysfakcji komentarzy: „wspaniale!”, „zasłużył sobie”, „dobra robota”, „dzięki Bogu!” – dodał ktoś nawet.

Można pomyśleć, że musimy być wszyscy psychopatami, skoro cieszy nas – a przynajmniej nie martwi – widok człowieka z rozbitym nosem, ale prawda jest nieco bardziej złożona. W 2010 r. Grit Hein z uniwersytetu w Zurychu i współpracownicy opisali w czasopiśmie „Neuron” ciekawy eksperyment. Chcieli zbadać, co się dzieje w głowach kibiców drużyny piłkarskiej, gdy obserwują, jak innym osobom zadawany jest ból. Okazało się, że gdy badacze razili prądem osoby noszące koszulki tego samego klubu, któremu kibicowały osoby badane, w ich mózgach aktywowały się ośrodki związane z empatią. Gdy jednak osoby badane obserwowały cierpienie kibiców drużyny rywali, aktywowały się u nich inne obszary mózgu: związane z odczuwaniem przyjemności. Ten efekt występował wyłącznie u mężczyzn – kobiety współczuły cierpiącym niezależnie od ich piłkarskich sympatii.

Nie jestem – ostrożnie rzecz ujmując – miłośnikiem Realu Madryt, zapewne to samo można powiedzieć o autorach przytoczonych komentarzy. Być może gdybym zobaczył wykrzywioną z bólu twarz tego samego Sergio Ramosa przystrojonego w czerwoną koszulkę reprezentacji Hiszpanii, z którą od lat sympatyzuję, współczułbym mu szczerze. Być może zapomniałbym nawet, że w niedawnym finale Ligi Mistrzów celowo doprowadził do kontuzji Mohameda Salaha, największej gwiazdy Liverpoolu. Nie piszę jednak tego wszystkiego tylko po to, żeby dać świadectwo swoim piłkarskim sympatiom. Ta historia przede wszystkim dobrze obrazuje kilka podstawowych problemów, jakie mamy z empatią.

Klej społeczny

Empatia znajduje się w centrum wielu naukowych dyskusji. W tradycji Zachodu jako pierwsi zwrócili na nią uwagę Adam Smith i David Hume. Wprawdzie pisali oni raczej o współczuciu lub sympatii, ale mieli na myśli to, co dzisiaj obejmuje (pochodzący z początku XX w.) termin empatii.

Smith i Hume zauważyli m.in., że ludzie łatwo zarażają się emocjami (a w czasach szkockiego oświecenia nie istniał jeszcze Real Madryt). Jeśli cierpisz na duszy lub ciele, zacznę dzielić z tobą twój ból i przygnębienie, a gdy będziesz śmiał się do rozpuku, mnie samemu trudno będzie opanować śmiech. Podkreślali również, że ma to doniosłe konsekwencje. Gdy przeżywamy z kimś jego ból, to trudniej nam wyrządzić mu jakieś świństwo – kopanie leżącego nie jest czymś, co większości ludzi przychodzi naturalnie. To jednak nie wszystko – jak twierdził Hume, empatia działa niczym kompas moralny, wyznaczając kierunek właściwych działań. Wskazuje dobro i zło. Dlatego rozum nie tylko jest, ale i powinien być „niewolnikiem namiętności”

Filozofowie społeczni i polityczni podkreślali, że empatia jest naszym „klejem społecznym” – buduje więzi, które łączą wiele jednostek w skoordynowane i współpracujące grupy.

Tę intuicję mógł uchwycić już Arystoteles, gdy w Polityce zwracał uwagę na naszą głęboko społeczną naturę – człowiek to takie zwierzę, zauważył, które musi żyć w „państwie”; samodzielność jest cechą bogów i potworów. Są nawet teolodzy, którzy w tych naszych posklejanych empatią społecznych więziach upatrują „Bożego obrazu”, ponieważ także Trójca Święta ma społeczną naturę. Ale jeśli to prawda, to nie tylko my zostaliśmy stworzeni na boskie podobieństwo – wszystkie zwierzęta żyjące w stadach tworzą jakiś rodzaj więzi. Przynajmniej część z tych więzi opiera się na empatii.

Zauważenie tego biologom zaznajomionym z pracami Karola Darwina nie przyszło łatwo, choć jeszcze pod koniec XIX w. Piotr Kropotkin pisał o „pomocy wzajemnej” jako najważniejszej sile działającej w ożywionej przyrodzie. W świecie opisanym przez Darwina na pozór królują rywalizacja i okrucieństwo – empatia czy życzliwość mogą się wydawać przejawem słabości. Nie jest to jednak prawdziwy – a przynajmniej nie pełny – obraz przyrody. Według Kropotkina przyroda, gdy tylko ma okazję, unika konkurencji – przekonuje o tym fakt, że najbardziej rozwinięte gatunki to te, u których wyłoniła się współpraca i altruizm. Wielu biologom Kropotkin otworzył oczy: dostrzegli wreszcie, że produktem ewolucji może być wrodzona skłonność do współpracy i pomagania innym, ponieważ altruistom żyje się w stadzie łatwiej niż członkom tych grup społecznych, które agresja i rywalizacja zżerają od środka.

Mechanizmy współpracy i altruizmu teoretycznie nie muszą zostać nasmarowane empatią, by działały dla dobra praktykujących je osobników oraz ich genów. Mogą opierać się na chłodnej kalkulacji albo zostać „sztywno” zaprogramowane przez dobór naturalny, zwłaszcza gdy altruista poświęca się dla swoich krewnych (którzy współdzielą z nim część genów). Jednak empatia na pewno wszystko ułatwia. Dlatego nie powinno nas dziwić, że dziś odnajdujemy najmocniejsze dowody na obecność empatii u gatunków, u których występuje także koordynacja i współpraca – np. wilków, delfinów czy szympansów.

Teorie i symulacje

Na czym jednak ostatecznie empatia polega? Jakie jest jej umysłowe podłoże? Jakimi kanałami dochodzi do zarażania się emocjami? By odpowiedzieć na te pytania, psychologowie i kognitywiści badają empatyczną synchronizację emocji i jej granice. Mówią w tym kontekście o automatycznym naśladowaniu, imitacji czy „odzwierciedlaniu” (ang. mirroring). Sprawdzają, jak synchronizują się nasze ciała – jak upodabniają się nasze sylwetki i w jaki sposób przybieramy podobne wyrazy twarzy (widok uśmiechniętej twarzy wywołuje automatyczny skurcz odpowiednich mięśni u obserwatora i pojawienie się również u niego uśmiechu) – oraz jak te cielesne zmiany wiążą się z przeżywanymi przez nas emocjami (jeśli wyświetlać będziemy uśmiechnięte twarze osobom badanym, którym zablokujemy mięśnie twarzy, to oni sami odczuwać będą mniej radosny nastrój niż wtedy, gdy będą swobodnie odzwierciedlać uśmiech). Dziś bada się także, jak daleko sięgają takie reakcje. Czy będziemy mimowolnie naśladować mimikę robota, który wygląda jak człowiek, a nawet takiego, który człowieka nie przypomina? (Imitujemy ich wyrazy twarzy tak samo jak ludzi). Czy podobne zachowania występują już u noworodków, czy nabywamy ich wraz z rozwojem osobniczym? (Zdania są podzielone).

Podobne automatyczne procesy identyfikuje się u zwierząt.

Jingzhi Tan i współpracownicy zaobserwowali w 2017 r., że szympansy zwyczajne i bonobo zupełnie spontanicznie pomagają innym osobnikom w zdobyciu pożywienia, nawet jeśli same nic z tego nie mają. Badacze zauważyli jednak ciekawą różnicę: szympansy zwyczajne pomagały w ten sposób wyłącznie członkom swojego stada, bonobo – także osobnikom dla nich obcym.

Równolegle przeprowadzony eksperyment sprawdzał, czy u tych małp występuje zarażanie się ziewaniem. Wyniki były analogiczne: szympansy zwyczajne ziewały na widok zdjęć ziewających małp należących do ich stada, zaś bonobo zarażały się ziewaniem także od obcych.

Neurobiolodzy w poszukiwaniu mechanizmów empatii schodzą jeszcze głębiej. Głównym kandydatem na taki mechanizm są słynne neurony lustrzane – komórki odkryte prawie trzy dekady temu w korze ruchowej makaków, które aktywowały się nie tylko wtedy, gdy małpa chwytała rodzynkę, ale także wtedy, gdy widziała, jak ktoś inny chwyta rodzynkę. Dziś w mózgach ludzi – i innych zwierząt – poszukuje się całych „podzielanych obwodów” neuronalnych, czyli większych obszarów mózgu, które działają jak neurony lustrzane (aktywują się nie tylko, gdy sami coś robimy lub przeżywamy, ale również wtedy, gdy na różne sposoby rejestrujemy, że ktoś inny to robi lub przeżywa).

Odkrycia poczynione w tej dziedzinie zaowocowały propozycjami rozwiązania filozoficznego problemu „czytania w umysłach” innych osób, czyli rozumienia ich stanów mentalnych. Jak to jest, że domyślamy się, iż osoba pędząca na złamanie karku w kierunku autobusu nie chce się spóźnić do pracy? Albo że wiemy, iż ten, kto uderzył się młotkiem w palec i strasznie przeklina, odczuwa ból? Dlaczego tak często działania innych osób wyglądają na zrozumiałe i intencjonalne, a nie na chaotyczne i bezsensowne?

Najpopularniejsze są dwa wyjaśnienia. Pierwsze – określane jako „teoria teorii” – mówi o tym, że budujemy naszą wiedzę o świecie interakcji społecznych na tej samej zasadzie, na jakiej konstruujemy twierdzenia o funkcjonowaniu świata fizycznego. Stawiamy rozmaite hipotezy, uogólniamy obserwacje, formułujemy przewidywania i rewidujemy nasze wyjaśnienia w oparciu o zebrane dane. (Jeśli my sami uderzylibyśmy się młotkiem w palec, to odczuwalibyśmy ból – inni ludzie są podobnie do nas zbudowani, więc w analogicznej sytuacji powinni odczuwać ból. Oto dlaczego krzyczą albo płaczą).

Drugie wyjaśnienie nazywane jest „teorią symulacji”. Głosi ono, że obserwując zachowanie innych, niejako wchodzimy w ich skórę, przeżywamy te same emocje co oni, ponieważ nasze mózgi wykazują podobną aktywność jak mózgi obserwowanych przez nas osób. Gdy one wymachują rękami, aktywuje się także nasza kora ruchowa – czujemy się trochę tak, jakbyśmy sami wymachiwali rękami. Gdy one odczuwają ból i się krzywią, także w naszych mózgach aktywują się ośrodki związane z bólem – choć znacznie słabiej niż u nich. Mechanizm symulacji może opierać się na działaniu neuronów lustrzanych i wyjaśniać, jak działa empatia „emocjonalna”.

Ale sprawy się gmatwają, ponieważ także „teoria teorii” może mieć związek z empatią – zwłaszcza z tym, co określane jest czasem jako „empatia kognitywna”. Rozumie się przez nią umiejętność przyjęcia cudzej perspektywy, postawienia się w sytuacji drugiej osoby na zasadzie swoistego eksperymentu myślowego. Może ona skłaniać do odpowiedniego działania – złamał sobie nogę, więc pewnie go bardzo boli, trzeba ją unieruchomić, a nie od razu stawiać go do pionu – ale nie wymaga założenia, że my sami przeżywamy emocje czy nastrój tej osoby.

Naukowcy i filozofowie toczą dziś spory dotyczące związków pomiędzy empatią emocjonalną i kognitywną. Czy któryś z tych mechanizmów jest bardziej podstawowy – a drugi opiera się na nim? Czy można dysponować jednym, a być pozbawionym drugiego? Czy coś może zaburzać ich funkcjonowanie? Który z nich występuje u zwierząt?

Wydaje się, że minimalnym warunkiem empatii kognitywnej jest umiejętność rozpoznawania się w lustrze – cechują się nią m.in. małpy człowiekowate (szympansy, goryle, orangutany i goryle), ale nie słabiej z nami spokrewnione małpy ogoniaste. Być może dlatego makaki japońskie, które uwielbiają wygrzewać się w ciepłych źródłach, mogą dosłownie utopić wczepione w ich grube futra młode, gdy same zanurzają się po szyję. Małpy te zareagują, gdy usłyszą płacz swoich dzieci, ale wygląda na to, że brak im wyobraźni, by przyjąć cudzą perspektywę. Szympansy nigdy nie dopuściłyby do czegoś podobnego.

Rozbite lustra

Jednak granice między jedną i drugą empatią nie zawsze wydają się jasne. Inną z dziedzin naukowych sporów wokół empatii są badania osób z zaburzeniami ze spektrum autyzmu. Psycholodzy już dawno zauważyli, że autystycy mają problem z przyjmowaniem cudzej perspektywy. Często nie przechodzą tzw. testu fałszywych przekonań, czyli nie potrafią odróżnić zawartości swoich umysłów od zawartości cudzych umysłów (np. nie zdają sobie sprawy z tego, że ktoś może nie wiedzieć tego, co wiedzą oni). Jednocześnie osoby autystyczne nie doszukują się intencjonalności – ruchy animowanych figurek oceniają jako czysto mechaniczne (powiedzą np., że dwie kulki toczyły się po tej samej trajektorii), podczas gdy badani z grupy kontrolnej przypisują im pragnienia czy intencje (ocenią, że jedna kulka uciekała przed drugą). To wskazuje na jakieś kłopoty z empatią poznawczą. Ale autystycy zarazem gorzej radzą sobie z rozpoznawaniem emocji u innych osób i znacznie słabiej je imitują, co sugeruje zaburzenia związane z empatią emocjonalną.

Nie ma jednego powszechnie akceptowanego wyjaśnienia tych zaburzeń – proponowane koncepcje są czasem całkowicie przeciwstawne. Na przykład hipoteza „rozbitych luster” głosi, że u autystów sieci neuronów lustrzanych zostały w jakiś sposób pozrywane albo z jakiegoś powodu nie wykształciły się, dlatego nie może dojść do zarażenia się emocjami ani symulacji mentalnej. Inna hipoteza mówi, że te sieci są hiperaktywne – autystycy rejestrują tak dużo empatycznych bodźców, że nie są sobie z nimi w stanie poradzić, żyją jak gdyby w ciągłym emocjonalnym hałasie, którego starają się za wszelką cenę uniknąć. Nie da się zresztą wykluczyć, że istnieje wiele różnych wersji zaburzeń podpadających pod spektrum autyzmu, opartych na różnych mechanizmach.

Z badań nad autyzmem wywodzi się wiele standardowych narzędzi pomiaru rozmaitych przejawów empatii poznawczej i kognitywnej. Według jednego z najsłynniejszych badaczy tego zaburzenia, Simona Barona-Cohena, każdego człowieka można umieścić w jakimś punkcie dwuwymiarowej skali empatyzacji – systematyzacji. Wysoki wynik na osi empatii oznacza, że dana osoba chętniej przyjmuje cudzą perspektywę, empatyzuje z innymi i poświęca się dla nich (cechuje się więc wyższą empatią emocjonalną oraz poznawczą). Wysoki wynik na skali systematyzacji wiąże się ze zdolnością – oraz skłonnością – do doszukiwania się regularności i wzorców, do katalogowania i bardziej analitycznego myślenia.

Zło znaturalizowane

Przy użyciu specjalnych kwestionariuszy Baron-Cohen zidentyfikował m.in. różnice płciowe: przeciętnie kobiety osiągają niższy wynik na skali systematyzacji niż mężczyźni, ale wyższy niż oni wynik na skali empatyzacji – może to tłumaczyć, dlaczego kobiety empatyzują nawet z kibicami obcej drużyny. Osoby autystyczne znajdują się w specyficznym miejscu: bardzo nisko na skali empatyzacji i bardzo wysoko na skali systematyzacji. Nisko na tej pierwszej według Barona-Cohena mają znajdować się także osoby o rozmaitych zaburzeniach osobowości – psychopatycznych, narcystycznych oraz borderline, ale wszyscy oni osiągają przeciętne wyniki na skali systematyzacji.

Jedną z konsekwencji niskiego poziomu empatii jest słabsze poczucie braterstwa z innymi ludźmi oraz większa łatwość w dehumanizowaniu ich.

Zdaniem Barona-Cohena ludzie o normalnym poziomie empatii nie są zdolni do najgorszych czynów – morderstw, gwałtów, stosowania tortur – ponieważ empatyzowanie z bliźnimi skutecznie im je utrudnia.

Jednak osoby o niskim poziomie empatii nie mają żadnych zahamowań. Z tej grupy trzeba jednak wyłączyć autystów – są tak pochłonięci spotykanymi w świecie regularnościami, że nie za bardzo interesują się innymi ludźmi. Nie robią więc nikomu krzywdy.

Idąc tym tropem, Baron-Cohen skonstruował naturalistyczną koncepcję zła (spopularyzowaną w książce Teoria zła. O empatii i genezie okrucieństwa) – które zrównał po prostu z brakiem empatii. To stąd wynikać mają zarówno małe ludzkie podłości, jak i największe zbrodnie. Dlatego recepta na wykorzenienie zła ze świata ma być prosta – trzeba rozwijać u ludzi zdolność do odczuwania empatii. Ją samą Baron-Cohen nazywa „najcenniejszym ludzkim zasobem” i „garncem złota”, który rodzice mogą przekazać swoim dzieciom. Jego zdaniem poziom empatii jest u ludzi częściowo uwarunkowany genetycznie, ale ma na niego także wpływ wychowanie. Dzieci trzeba więc wychować tak, by pogłębiać ich pokłady empatii.

W obecnych czasach nie jest to rzadko spotykany sposób myślenia. Frans de Waal twierdzi wręcz, że żyjemy w „wieku empatii” (jak głosi tytuł jego książki, wydanej w Polsce w 2019 r.) – po ostatnim kryzysie finansowym, który obnażył wszystkie wady współczesnego kapitalizmu, wielu ludzi, także na szczytach władzy, zaczęło w empatii emocjonalnej widzieć rozwiązanie wszystkich problemów tego świata. Zgubne skutki braku empatii na poziomie lokalnym i międzynarodowym stały się podstawowym motywem przemówień m.in. Baracka Obamy.

Przeciw małym kotkom

Ale czy więcej empatii naprawdę może nas zbawić? Najważniejszym błędem Barona-Cohena jest bagatelizowanie tego, jak bardzo empatia emocjonalna jest stronnicza i jak łatwo nią manipulować, co mało kto skłonny jest przyznać. Krytykować empatię to tak, jakby rozpowiadać, że się jest przeciw małym kotkom – zauważa w niedawno wydanej książce Przeciw empatii psycholog Paul Bloom, jeden z nielicznych, który zebrał się na odwagę.

Bloom przytacza mnóstwo badań udowadniających, że empatyzujemy silniej z ludźmi, którzy mają ten sam kolor skóry i są bardziej atrakcyjni fizycznie, są naszymi krewnymi lub przyjaciółmi – albo, jak już widzieliśmy, są kibicami tej samej drużyny.

Bloom twierdzi także, że błędem jest utożsamianie empatii z moralnością, ponieważ nie zawsze skłania nas ona do dobra. Gdy widzimy żebraka na chodniku, czasami wolimy przejść na drugą stronę. Odwracamy wzrok nie z braku empatii, ale ze względu na nią. Gdybyśmy w ogóle nie empatyzowali z potrzebującym, przeszlibyśmy niewzruszenie obok niego.

Ponadto, jak pisze Bloom, empatia nie potrafi liczyć. Bardziej przejmuje nas śmierć jednej osoby, której twarz zobaczymy w telewizji niż setka ofiar zamachów terrorystycznych na drugim końcu świata.

Jest też wyjątkowo podatna na nadużycia. Kto z nas nie słyszał o tym, że wrzucając pieniądze do koszyka trzymanego na ulicy przez brudne i nieszczęśliwe dziecko, finansujemy grupy przestępcze, które te dzieci zniewalają i zmuszają do żebrania. W efekcie, zamiast wspierać te dzieci, pogarszamy ich los. Nasza empatia wydaje się jednak usatysfakcjonowana. Efekt odwrotny do zamierzonego możemy również uzyskać, gdy angażujemy się w publiczne zbiórki na leczenie. Wiele z nich dotyczy leczenia metodami „naturalnymi”, „niekonwencjonalnymi” lub „eksperymentalnymi”, co sugeruje, że przekazane pieniądze trafią do szarlatanów i znachorów, a nie specjalistycznych klinik. I co gorsza – pokryją koszty śmiertelnie niebezpiecznych zabiegów i procedur. Zamiast choremu pomóc, wspierając takie zbiórki „z dobroci serca”, możemy go szybciej wysłać na cmentarz.

Wreszcie: empatię łatwo wyłączać lub przesterować. Gdy uznajemy kogoś za winnego (ponieważ oszukiwał we wspólnej grze albo niesprawiedliwie podzielił nagrodę), nie empatyzujemy z nim, tylko cieszymy się, jeśli spotka go kara (podobnie jak kibiców naszych rywali czy tego wrednego Sergio Ramosa). Do skrajności doprowadzili tę postawę niektórzy ojcowie i doktorzy Kościoła, którzy stwierdzali, że największą rozkoszą zbawionych jest… oglądanie wiecznych mąk zadawanych duszom tych nieszczęśników, którzy trafili do piekła. Czy dzisiaj nie wykazujemy podobnego sposobu myślenia, gdy wypisujemy na forach internetowych, co należałoby zrobić sadystom, którzy znęcali się nad biednymi zwierzątkami?

Ważniejsi niż drony

Te wszystkie wysuwane wobec empatii zastrzeżenia nie oznaczają oczywiście, że trzeba zrezygnować z wymierzania kar. Przekonują raczej, że jeśli kary mają być sprawiedliwe, to musimy trzymać naszą empatię na smyczy. Inaczej doprowadzi nas ona do linczu albo wojny. Zbrodnie ludobójstwa wynikają przecież nie tylko z braku empatii i dehumanizacji ofiar, ale także z niepohamowanej empatii w stosunku do kogoś, kogo nasi wrogowie – faktycznie lub rzekomo – skrzywdzili. Zresztą, jak przekonuje Bloom, hitlerowcy zbrodniarze niekoniecznie dehumanizowali Żydów w obozach koncentracyjnych. Często ich upokarzali i dręczyli psychicznie, a więc musieli zdawać sobie doskonale sprawę z tego, co czują ofiary.

Z pewnością są sytuacje, gdy empatia prowadzi nas na moralne manowce – np. gdy pod jej wpływem zmieniamy zasady gry (wzruszyła nas historia pewnej pacjentki, więc przesuniemy ją na pierwsze miejsce w kolejce oczekujących na przeszczep serca). Sprawiedliwe zorganizowane społeczeństwo wymaga bardziej bezstronnych zasad, a empatia może być takim samym problemem jak nepotyzm i kumoterstwo.

Być może jednak atak Blooma jest po części przesadzony. Może bierze się z rozmytych granic między empatią poznawczą a emocjonalną (Bloom przestrzega tylko przed tą ostatnią) oraz z częstego mieszania się naszych emocjonalnych reakcji: empatycznej trosce o innych często towarzyszy gniew na zbrodniarzy i moralna odraza ich czynami. Będąc przeciw empatii, Bloom nie jest w końcu przeciwko moralności – apeluje o moralność podszytą racjonalnymi kalkulacjami – na co pewnie przystałoby część twierdzących, że w życiu zbyt rzadko staramy się postawić w sytuacji naszych bliźnich.

Wreszcie, gdy Bloom zauważa kwaśno, że ludzie czasem są mało wydajni w pomaganiu, bo lubią to robić osobiście (ponieważ sprawia im to przyjemność), a przecież nie ma znaczenia, czy paczkę żywności wręczymy głodnemu osobiście, czy dostarczy mu ją dron, to być może pomija jedną istotną kwestię społeczną. Osobiste angażowanie się w akcje charytatywne może silniej służyć rozwijaniu rozmaitych cnót niż regularnie wykonywane przelewy dla zagranicznych fundacji. Może sprawiać, że nie tylko lepiej się poczujemy, ale naprawdę staniemy się lepszymi ludźmi. Lepsi zaś ludzie wydają się równie potrzebni na świecie jak lepsze drony – a może nawet jeszcze bardziej.

Kup numer