Po ulicach tego miasta (jeśli Europejczyk w ogóle może je nazwać miastem) rozbijają się najbrzydszymi samochodami, jakie kiedykolwiek widziała ziemia.
Auta są długie i kanciaste, powietrze ich nie opływa; maska, od olbrzymiego grilla po statuetkę z emblematem marki, raczej wbija się w jego nagrzaną masę i ją taranuje. To nie zwyczajne środki transportu, lecz statementsich kierowców: tak, dzięki technice, której dzieckiem jest ileś-cylindrowy, ukryty pod maską silnik, ten świat należy do mnie. Pokonałem go. Mogę robić, co mi się podoba, a tym, którzy mnie obserwują z perspektywy chodnika – jeśli akurat w San Diego zdarzy się chodnik – zostaje wyłącznie podziwianie, jak to czynię. Ewentualnie do ich uszu może dolecieć muzyka, którą puszczam z radia obok kierownicy, zbiór najnowszych hitów; w notowaniu „Billboardu” z 18 lutego 1989 r. na pierwszym miejscu tychże króluje Paula Abdul (Straight Up), po niej Tone Lōc (Wild Thing), po nim zaś Jon Bon Jovi (Born To Be My Baby).
Węgierski pisarz, który zabije się w San Diego w trzy dni po opublikowaniu przez „Billboard” listy z Paulą Abdul na szczycie – a zabije się tak, jak robią to ci, którzy faktycznie chcą zabić: „(…) kto strzela sobie w pierś, ten nie chce tak na poważnie umrzeć. (…) Kto, według mnie, chce popełnić samobójstwo, ten strzela sobie w usta (…); lufę broni, skierowaną ukośnie ku górze, muszę wpasować w jamę ustną, w taki sposób, żeby otwór pistoletu dotykał podniebienia, wówczas kula to podniebienie natychmiast przebije (…). Kto strzeli sobie w usta, ten umrze. Kto strzeli sobie w pierś, ten w najlepszym razie chciałby umrzeć” – nie spogląda na rozbijające się po ulicach buicki i lincolny z naganą; nie obserwuje z niechęcią rodzącego się właśnie hip-hopu…