il. Jakub Ferenc
Zośka Papużanka lipiec-sierpień 2023

Generał w mundurze

Cześć, piękna. Nigdy nie widziałem nikogo takiego jak Ty. Muszę powiedzieć, że masz ogromną atrakcyjność w swoim pięknym profilu.

Artykuł z numeru

Wyobraź sobie

Wyobraź sobie

Czytaj także

Ilustracja: Basia Pospischil

Aleksandra Zielińska

Bal gałganiarzy

Cześć, piękna. Nikt tak do mnie nigdy nie napisał. Poprosiłam najstarszą córkę, żeby mi pomogła przyciąć to zdjęcie i coś z nim zrobić, coś podkreślającego ogromną atrakcyjność w profilu, a poniżej profilu jestem już po prostu gruba. Ogromna atrakcyjność. Co on miał na myśli? Czy widać tę ogromność? Podobno są mężczyźni, którym się to podoba. Ale podobno nie ma takich mężczyzn.

Zresztą zdjęcie jest sprzed trzech czy czterech lat. Trochę schudłam ostatnio. Bo znalazłam w internecie przepisy na odchudzanie. W internecie głównie szukam przepisów i wzorów do haftu krzyżykowego, najchętniej jakieś aniołki, obrusy z wzorem świątecznym. Z koleżankami do siebie często dzwonimy, że się powinnyśmy w końcu odwiedzić, lecz nie chce nam się iść nigdzie, trzeba się ubrać, pomalować, za dużo roboty, żeby gdzieś chodzić. Ale ja mu tego wszystkiego nie mogę powiedzieć.

Cześć, piękna. Nikt tak do mnie nigdy nie powiedział, piękna. Ja też nie jestem taka pierwsza lepsza głupia, żeby dla każdego, co mi powie, że mu się podobam, zaraz kieckę zadzierać. Zresztą nie wiem, skąd mam wiedzieć, może bym i zadarła, tylko nikt mi tak nie mówi.

Piękna. Czyli że ja mu się podobam. I żeby go przyjąć do grona znajomych. Przyjęłam. Pokazałam córce.

Ej, no, ale chyba wiesz, że to nie jest naprawdę.

Że nie jestem piękna? No, wiem, nie obrażę się. No i co z tego?

Nie o to chodzi. Tylko że on nie jest naprawdę.

Kto nie jest naprawdę?

On. Nie ma go.

Jak to nie ma?

Nie ma wcale. W ogóle.

Jak to nie ma? Przecież on do mnie pisze.

Kto do ciebie pisze? Znasz go, widziałaś? Robot jakiś do ciebie pisze. Ten facet nie istnieje

po prostu.

Jak to nie istnieje, przecież jest na zdjęciach. Chciał zostać moim przyjacielem.

Jak lis! Lis z Małego Księcia! Musisz go oswoić! – krzyczał młodszy syn z drugiego pokoju.

Jaki lis? Mamo, bądź poważna. On nie może zostać twoim przyjacielem, bo go nie ma!

Nie może tak być. Nie może być, że nie ma kogoś, kto ma zdjęcie.

Zajmij się czymś innym. Ty go znasz w ogóle? Wiesz, kto to jest?

Oczywiście, że wiem. Wiem bardzo dobrze.

Witaj, wspaniała kobieto. Przepraszam, że mnie nie znasz. Moje imię i nazwisko jest Robert McMillian i miasto, z którego pochodzę, to jest Nowy Jork.

Bardzo wiele wiem o nim. Imię jego i nazwisko to jest Robert McMillian i jest generałem armii amerykańskiej. Ma zdjęcia w mundurze. Wiem o nim też, że bardzo mu ładnie w mundurze, a nie każdemu mundur pasuje. Do munduru trzeba mieć pewną atrakcyjność profilu. Wiem też, że jesteśmy w tym samym wieku, to znaczy on jest w tym wieku, w którym ja bym była, gdybym mu powiedziała prawdę o swoim wieku. Ale to nie ma znaczenia, bo on bardzo chciał mnie poznać.

Witaj, kochanie, uważam, że poznanie i przyjaźń byłaby miła i priorytet. Naprawdę podziwiam Twoje fotografie, które mi się podobają. Mam nadzieję, że wkrótce się odezwiesz.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się

Zośka Papużanka

Czytaj także

Ilustracja: Basia Pospischil

Aleksandra Zielińska

Bal gałganiarzy

Grzybnia (łac. mycelium) – ciało grzyba, zbudowane z rozgałęzionych strzępek, wielu bądź jednej, tworzących pod ziemią gęstą sieć połączeń, która służy do komunikacji, transportu zasobów, badania przestrzeni, poszukiwania pokarmu, przygód, innych grzybni w całym tym podziemnym świecie.

Grzybnia, z notatek

Każde wyrusza ze swojego miejsca po nitce, nitkę za sobą ciągnąc i wprowadzając inne w rezonans.

Zuzanna idzie boso po kamiennych schodach, prosto do przystani. Kaliban otwiera drzwi auta i od razu nie podoba mu się ani taksówka, ani kierowca. Zdenka wpatruje się w witrynę osiedlowego sklepu spożywczego i próbuje sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz jadła kokosowe draże. Kostia dotyka zasinionej powieki i w duchu cieszy się, że chociaż łuk brwiowy przestał krwawić. Pierwsza rocznica, odkąd nie ma Filipa.

Życie.

Zuzanna idzie boso po kamiennych schodach, prosto do przystani, choć „przystań” to za duże słowo dla krótkiego molo ze zbutwiałych desek. Trzeba wiedzieć, gdzie stanąć, żeby nie wylądować na jednej z nich, bo owo molo rozewrze szczęki i połknie aż do łydki, kolana albo brody, czego Zuzanna się obawia. Zuzanna bardzo nie lubi jeziora i zepsutego mola. Filip miał się tym zająć, Filip miał wszystko wymienić na wiosnę, ale wiosna zdążyła nadejść, przejść, zmienić się w lato, a Filipa już nie ma. Zuzanna będzie musiała zająć się remontem sama albo po prostu usiądzie na brzegu jeziora i popatrzy, jak molo butwieje do reszty i pokawałkowane, znika pod powierzchnią wody. Potem zniknie dom, myśli sobie Zuzanna, kto wie, może nawet i ona.

Wspaniałe perspektywy, dodaje w duchu i chce uciekać od tego jeziora, ciemnego, połyskującego jak rtęć, gdy jej wzrok przykuwają białe brzuchy ryb.

Kaliban otwiera drzwi auta i od razu nie podobają mu się ani taksówka, ani kierowca. W myślach denerwuje się na asystentkę, którą nazywa „Kaśką” tak jak wszystkie poprzednie, niezależnie od imion pierwotnych. Ona – Kaśka – nie była w stanie załatwić niczego lepszego, choć powinien się cieszyć, że udało się załatwić cokolwiek. Kaliban siada na tylnym siedzeniu i sądzi, że to wystarczający znak, iż nie jest zainteresowany rozmową, ale myli się boleśnie, gdy kolega znajomego od razu wyjeżdża z mocno spersonalizowanym small talkiem, jak gdyby doskonale wiedział, kogo wiezie. Na zewnątrz wieje, od pyłków Kalibanowi już zaczynają łzawić oczy, nawet to szklane, więc prosi o zamknięcie szyb, które chwilę wcześniej pospiesznie otwierał, próbując rozwiać wyimaginowany zapach, jaki go nie opuszcza na równi z dzwonieniem w uszach. Ciągle ma wrażenie, że jego ciało roztacza odór ryb, wybranych z morza nad ranem, gdy pierwsze fale przypływu omywają brzegi wyspy.

Wszystko źle, wszystko najgorzej.

Zdenka wpatruje się w witrynę osiedlowego sklepu spożywczego i próbuje sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz jadła kokosowe draże. Podejrzewa, że mogło to być dawno, a nawet bardzo dawno, celuje w jakieś święta Bożego Narodzenia, które spędzała z bratem i ojcem, i to ojciec właśnie przynosił w kieszeniach korsarze i myślał, że wystarczy, wcześniej rzeczywiście wystarczało, bo dzieci nie miały dużych wymagań, jednak gdy dorosły, wiele się zmieniło. Po egzaminach na doktorat to te draże stanęły jej w gardle, prawie się zakrztusiła, a potem zwróciła je na dywan w ojcowym salonie i wcale nie było jej wstyd, bo zdała, co miała zdać, i mogła wyprowadzić się z domu na zawsze.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się