Podczas gdy młodzi ludzie, dalecy od geopolitycznych realiów współczesności, gdzieś w Europie protestują przeciwko obowiązkowej służbie wojskowej, ja, 30-letnia kobieta z Kijowa, służę prawie sześć lat jako żołnierka na stanowiskach wymagających bezpośredniej obecności na froncie i mających wpływ na działania bojowe: jako sanitariuszka plutonu i operatorka bezzałogowego statku powietrznego. Jak mówią, w największej, pod względem długości frontu i liczby ofiar, wojnie od czasów II wojny światowej.
Każdego dnia budzę się na linii frontu, we wsi, która zrasta się z okolicami Chersonia, słyszę z bliska rosyjską artylerię i nieznośne popiskiwanie „czujki”, wychodzę na zewnątrz, palę papierosa, piję kawę, przyglądam się dymiącym budynkom na tle przemysłowego miasta, a następnie przygotowuję się do nocnego odlotu skrzydlatego quadkoptera w nadziei, że uda mi się skutecznie trafić w wyznaczony przez moich dowódców wrogi cel na drugim, okupowanym, brzegu Dniepru.
Latte w strefie śmierci
Chersoń, który przetrwał okupację i wyzwolenie, a teraz doświadcza codziennej obrony przed kolejnymi próbami przejęcia miasta, w ciągu ostatnich czterech lat zamienił się w zdewastowane miasto postindustrialnej apokalipsy – z witrynami niegdyś zatłoczonych sklepów i restauracji dziś zabitymi deskami; z wyczerpanymi pracownikami zakładów użyteczności publicznej w kamizelkach kuloodpornych zamiatającymi ulice z liści i gruzów budynków; z robotnikami rozciągającymi sieci rybackie ponad drogami, które mają przynajmniej częściowo uchronić kierowców przed zderzeniem z dronami FPV; z odważnymi kierowcami trolejbusów i marszrutek pod ciągłym ostrzałem dronów wożącymi ulicami w ośmiokilometrowej strefie śmierci emerytów i emerytki, którzy zdecydowali się nie ewakuować z miasta na linii frontu, ponieważ nie mają i nie będą mieć u kresu życia innego domu i nie chcą go zostawiać. My, ukraińscy wojskowi, broniący miasta i resztek obwodu chersońskiego, oraz cywile, którzy postanowili żyć w obszarze przyfrontowym i swoimi drobnymi usługami sprawić, że życie żołnierzy będzie bardziej znośne i wygodne, szczerze mówiąc, nie trzymamy się kurczowo życia i nie żyjemy świadomością, że każda nasza noc, podróż, dzień roboczy czy spacer w tej przestrzeni mogą być ostatnimi.
Nawet gdy mój detektor piszczy i pokazuje, jak skrzydło rosyjskiego kamikaze leci w kierunku Chersonia przez Dniepr – i tak idę wypić zaplanowane wcześniej latte do mojej ulubionej chersońskiej kawiarni, położonej w tej samej strefie śmierci. Bo wciąż, mimo wszelkich wysiłków Rosji, wybieram życie bez strachu.
Bez strachu, przez który współczesne dyktatury zamieniają obywateli XXI w. w spłoszonych, pozbawionych praw niewolników sprzed wieków. Wybieram wolność i wiarę, a nie strach, nawet wtedy, gdy wydaje się to irracjonalne lub pozbawione sensu.

