Portret Jaryny Czornohuz
Jaryna Czornohuz luty 2026

Na wyczerpanie

W czasie wojny uświadomiłam sobie, że życie na ziemi jest rajem. Promienie słońca, zielona trawa, wszechogarniające piękno mórz i oceanów, z którego ty i twoi młodzi bracia i siostry jesteście przez rosyjską wojnę przedwcześnie wypędzeni w piekło niebytu.

Artykuł z numeru

Walczę o życie bez strachu

Walczę o życie bez strachu

Podczas gdy młodzi ludzie, dalecy od geopolitycznych realiów współczesności, gdzieś w Europie protestują przeciwko obowiązkowej służbie wojskowej, ja, 30-letnia kobieta z Kijowa, służę prawie sześć lat jako żołnierka na stanowiskach wymagających bezpośredniej obecności na froncie i mających wpływ na działania bojowe: jako sanitariuszka plutonu i operatorka bezzałogowego statku powietrznego. Jak mówią, w największej, pod względem długości frontu i liczby ofiar, wojnie od czasów II wojny światowej.

Każdego dnia budzę się na linii frontu, we wsi, która zrasta się z okolicami Chersonia, słyszę z bliska rosyjską artylerię i nieznośne popiskiwanie „czujki”, wychodzę na zewnątrz, palę papierosa, piję kawę, przyglądam się dymiącym budynkom na tle przemysłowego miasta, a następnie przygotowuję się do nocnego odlotu skrzydlatego quadkoptera w nadziei, że uda mi się skutecznie trafić w wyznaczony przez moich dowódców wrogi cel na drugim, okupowanym, brzegu Dniepru.

Latte w strefie śmierci

Chersoń, który przetrwał okupację i wyzwolenie, a teraz doświadcza codziennej obrony przed kolejnymi próbami przejęcia miasta, w ciągu ostatnich czterech lat zamienił się w zdewastowane miasto postindustrialnej apokalipsy – z witrynami niegdyś zatłoczonych sklepów i restauracji dziś zabitymi deskami; z wyczerpanymi pracownikami zakładów użyteczności publicznej w kamizelkach kuloodpornych zamiatającymi ulice z liści i gruzów budynków; z robotnikami rozciągającymi sieci rybackie ponad drogami, które mają przynajmniej częściowo uchronić kierowców przed zderzeniem z dronami FPV; z odważnymi kierowcami trolejbusów i marszrutek pod ciągłym ostrzałem dronów wożącymi ulicami w ośmiokilometrowej strefie śmierci emerytów i emerytki, którzy zdecydowali się nie ewakuować z miasta na linii frontu, ponieważ nie mają i nie będą mieć u kresu życia innego domu i nie chcą go zostawiać. My, ukraińscy wojskowi, broniący miasta i resztek obwodu chersońskiego, oraz cywile, którzy postanowili żyć w obszarze przyfrontowym i swoimi drobnymi usługami sprawić, że życie żołnierzy będzie bardziej znośne i wygodne, szczerze mówiąc, nie trzymamy się kurczowo życia i nie żyjemy świadomością, że każda nasza noc, podróż, dzień roboczy czy spacer w tej przestrzeni mogą być ostatnimi.

Nawet gdy mój detektor piszczy i pokazuje, jak skrzydło rosyjskiego kamikaze leci w kierunku Chersonia przez Dniepr – i tak idę wypić zaplanowane wcześniej latte do mojej ulubionej chersońskiej kawiarni, położonej w tej samej strefie śmierci. Bo wciąż, mimo wszelkich wysiłków Rosji, wybieram życie bez strachu.

Bez strachu, przez który współczesne dyktatury zamieniają obywateli XXI w. w spłoszonych, pozbawionych praw niewolników sprzed wieków. Wybieram wolność i wiarę, a nie strach, nawet wtedy, gdy wydaje się to irracjonalne lub pozbawione sensu.

Wygląda na to, że my, mieszkańcy terenów przyfrontowych, bez słów zgodziliśmy się udawać, że mamy normalne życie. Nawet kiedy dron zabił pilota awionetki nad garażem na sąsiedniej ulicy albo kiedy rakieta lub bomba kierowana zniszczyła do cna dom z ludźmi w środku. Nawet jeśli jutro możemy być następni. Banalność straszliwej i niewyobrażalnej masowej zbrodni. Słyszałam określenie „loteria śmierci” na rosyjskie ataki rakietowe w ukraińskich miastach daleko od frontu. Zaakceptowaliśmy sytuację, którą w mojej poezji nazywam „pokojowym życiem z wojną”. Stratedzy militarni najprawdopodobniej powiedzieliby, że to przedłużająca się wojna na wyczerpanie. Tak, okazuje się bowiem, że do wojny można się przyzwyczaić. Ba, można nawet przestać wyobrażać sobie życie bez walki i odgłosów nadciągających wojsk, bez rutyny bojowej.

W pierwszym miesiącu inwazji na pełną skalę widziałam tę samą, ale zupełnie inną wojnę – wojnę nastawioną na klęskę i zniszczenie. Przybyła do nas długimi kolumnami pojazdów opancerzonych, które miały zająć cały kraj w trzy dni – tak planowali naiwni okupanci. Wojnę tego formatu, że nawet sobie nie wyobrażałam, iż dotrwam końca 2025 r., a jednak mam szczęście, że póki co żyję. Niektórzy pewnie uznają moje słowa za świętokradztwo lub przechwałki, ale nie ja. Nie czuję urazy do młodych Europejczyków, którzy protestują przeciwko obowiązkowej służbie wojskowej, wyznając bliską mi wiarę w indywidualizm. Jestem świadoma, że dwunasty czy czwarty rok z rzędu każdego dnia żyję w realiach niesłychanego terroru wojny, której celem jest zniszczenie mojego narodu, a którą im trudno sobie nawet wyobrazić, nie wspominając o uwzględnieniu jej zasad i idących za tym zagrożeń. Wojna, która po raz kolejny zmieniła swoje metody, wciąż pozostaje taka sama – tylko w fazie wyczerpania. Jej rosyjscy inicjatorzy niecierpliwie czekają, aż ponownie przejdzie w fazę całkowitego zniszczenia.

Zdaję sobie sprawę – tak się złożyło – że przed rosyjską dyktaturą i katowniami bronimy nie tylko siebie, lecz i Europejczyków. Jednocześnie mam świadomość, że nikt nie potrzebuje mojej ojczyzny oprócz mnie i mi podobnych. Że nikt, oprócz nas samych, ukraińskich żołnierzy, jej nie uratuje, nie uratuje ukraińskiej kultury i państwowości przed całko-witym zniszczeniem, a ukraińskich cywilów przed egzekucjami, deportacjami i piwnicznymi katowniami.

Właśnie opisałam moją główną motywację do pozostania w wojsku szósty rok. Nazywam ją negatywną, ponieważ chodzi o powstrzymanie strasznych, nieodwracalnych skutków wkroczenia wojsk rosyjskich w głąb naszego terytorium. Chodzi o uniemożliwienie naszego zniknięcia jako państwa, a później – narodu. To dla nas podstawa, ale dla kogoś, kto żyje w tymczasowo spokojnych realiach, może brzmieć jak patos. Nie ma w tym pychy, bo nie ma na nią miejsca, gdy jesteś świadkinią śmierci współtowarzysza, twojego rówieśnika, który powinien żyć, jednak oddał życie, twoje zaś z jakiegoś powodu nadal należy do ciebie. Nawet jeśli tylko na jakiś czas. Nawet jeśli to potrwa kilka miesięcy lub kilka lat. Rok życia to naprawdę dużo. Podczas wojny na wyniszczenie.

To nie gra komputerowa

W czasie wojny uświadomiłam sobie, że życie na ziemi jest rajem. Promienie słońca, zielona trawa, wszechogarniające piękno mórz i oceanów, z którego ty i twoi młodzi bracia i siostry jesteście przez rosyjską wojnę przedwcześnie wypędzeni w piekło niebytu. Bardzo często żołnierz musi przeorientować swoją świadomość i dążyć do śmierci, jakby dążył do raju i światłości.

Niektórzy filozofowie twierdzili, że prawda zawsze jest paradoksalna. Trudno znaleźć na świecie zjawisko bardziej paradoksalne w swej istocie niż wojna na wyczerpanie. Chciałabym ujawnić kilka paradoksów.

Pierwszy już nazwałam: światu wydaje się, że po latach nierównej wojny z większym wrogiem powinniśmy być źli, obrażeni i pełni chełpliwej urazy, ale w rzeczywistości czujemy głównie apatię, zmęczenie i samotność. Owszem, po cichu jesteśmy dumni, że udało nam się powstrzymać agresorów, dumni z tego, że ocaliliśmy 70% naszej ziemi. Równocześnie jestem świadoma, że dla historii cztery lata są niczym, a nasza przegrana oznaczać będzie stratę na wieki. A dla żyjących współcześnie – na zawsze. Jeśli przegramy tę egzystencjalną wojnę, która znajduje się w fazie wyniszczenia, wszystkie lata oporu zostaną przez historię ściśnięte w jeden moment, jedno zdanie w podręczniku.

O drugim paradoksie też wspomniałam – żyjemy w codzienności wojny jak w normalnym życiu, wyraźnie zdając sobie sprawę ze wszystkiego, co nam odebrano. Z najważniejszego – z możliwości życia z naszymi rodzinami i dziećmi. Wojna rozbiła setki tysięcy rodzin i robi to nadal każdego dnia. Najbardziej marzę o tym, żeby żyć pod jednym dachem z moją 11-letnią córką przynajmniej do czasu osiągnięcia przez nią dorosłości, a zamiast tego bronię jej możliwości do życia we własnym kraju, w jedynym kraju na świecie, w którym jej język ojczysty jest językiem państwowym. Daleko od rodzinnego miasta, już szósty rok.

Każdego ranka, zanim przygotuję moje drony do lotu, patrzę na mapę DeepState i na czerwony kolor okupacji w pobliżu miejscowości po przeciwnej stronie, gdzie od roku trzymamy obronę. Czerwony kolor rosyjskiej okupacji po-suwa się naprzód i nie jest to gra, w której rundę bitwy o miasto o takiej, a nie innej nazwie można po przegranej zacząć od nowa. Nie – ruch tego czerwonego koloru na mapie to drogi śmierci, usiane ciałami konkretnych osób, wojskowych i cywilów. Utrata miasta jest całkowita i ostateczna, a cena za jego odzyskanie mierzona jest litrami krwi, metrami skóry, godzinami cierpienia rodzin. Liczona jest w straszliwych decyzjach, za które dowódcy będą mieć wyrzuty sumienia i poczucie winy do końca życia.

Patrzę na miejscowości, które jeszcze trzy lata temu stanowiły głębokie tyły. Takie jak Bachmut. Nie wspominając o Pokrowsku czy Myrnohradzie, które z perspektywy frontu wydawały się dalekie jak wieczność. Dziś, właśnie teraz, kiedy piszę ten tekst, są otoczone przez rosyjską armię. Nie może ich zająć, nie może ich opuścić. Wczoraj oglądałam nagranie z jednej z dróg śmierci, kiedy okupant przechodził obok poszarpanych ciał i stosów trupów, wypełnionych naszymi dronami i artylerią – i wołał do Boga, modlił się o wyjście, wzywał innych „pacanów”, żeby nie szli na naszą ziemię za pieniądze. A Bóg ledwie go słyszał, a jeśli już, to przesyłał obraz lokalizacji naszym dronom.

Okupacja jest daleko i blisko jednocześnie. To 15 km ode mnie w linii prostej nad Dnieprem. I co? To tak daleko, że nawet nie da się tego wyobrazić. Dwa różne światy. Zrzucam bomby z drona na pozycję wroga i na terytorium, gdzie znajduje się poligon, na którym w 2020 r. starałam się o beret piechoty morskiej. Co tydzień latam dronem nad ziemiami, na których pozostały domy moich braci z obwodu chersońskiego, gdzie znajdowała się stara powietrzna baza naszej jednostki, gdzie powstał nasz batalion.

W lutym 2022 r., gdy broniliśmy obwodu ługańskiego, a później donieckiego – mojej drugiej, tym razem odnalezionej ojczyzny – czerwony kolor okupacji pochłaniał mapę. Ta ziemia pozostaje mi bliska, bo znam każdą jej drogę i przeżyłam na niej chwile młodości, i zarazem daleka – bo chodzą po niej okupanci, którzy chcą wymazać nas i naszą pamięć o prawdzie. Tak bliska, bo zło, które na niej jest, nieustannie posuwa się naprzód i gdyby mnie schwytano, zostałabym zesłana na okupowane, a jednak rodzime terytorium do katowni. Tak daleka, bo świat niewoli, który ustanowiła rosyjska okupacja, jest nieskończenie odległy od umiłowania wolności, którą noszę w sobie, nawet służąc w wojsku, bo wiem, że Ukraina nie potrafi żyć bez demokracji i wolności. Taka jest nasza natura.

Jest tylko jeden front, ten prawdziwy

Rosyjska wojna na wyczerpanie i wyniszczenie pogrąża nasze społeczeństwo w nieznanych dotąd dychotomiach i pęknięciach, obnaża dylematy etyczne, lustruje ludzkie wybory i rozumienie dobra i zła. Mało kto spodziewał się zaistnienia takich różnic przed inwazją na pełną skalę. Jednak można na to spojrzeć inaczej – skoro my, wojskowi, nadal trzy-mamy front na odcinku ponad 1 tys. km, świadczy to o jedności, której nie tracimy, nawet w sytuacji wewnętrznego konfliktu. Jedność w dezintegracji, jedność mimo nierówności ceny, jaką płacimy za obronę. To najstraszniejszy paradoks wojny na wyczerpanie.

Życie cywila w Ukrainie, na tyłach, diametralnie różni się od życia ukraińskiego żołnierza. Głównym zagrożeniem, z jakim borykają się nasi cywile, jest wspomniana przeze mnie „loteria śmierci” podczas rosyjskich ataków rakietowych. W ich czasie wielu dorosłych i dzieci umierało nocą w łóżkach pod gruzami domów. Zdjęcia tych rodzin z dziećmi za każdym razem rozrywają serce każdemu, kto je widzi. To metoda walki terrorystycznej, którą świadomie wybrały rosyjskie władze i na którą zgodziło się rosyjskie społeczeństwo.

Życie ukraińskiego cywila różni się od życia wojskowego także przez to, że cywil ma swobodę działania i wyboru, możliwość spełnienia zawodowego w wybranej dziedzinie, cywil żyje w rodzinnym kręgu, nawet jeśli ciągle słychać wy-cie syren i trzeba schodzić do schronu w środku nocy. Życie ukraińskiego wojskowego i życie jego bliskich jest mierzone brakiem wyznaczonych terminów służby w wojsku, brakiem rotacji z powodu niewystarczającej liczby ludzi w armii, brakiem możliwości zamieszkania z rodziną i planowania codzienności. Tysiące żołnierzy w tych realiach oddało już swoje życie za innych, za możliwość życia w demokracji i rozwijania swojej tożsamości. Wielu z nas odda za to życie. Nasi bliscy poświęcają swoje zdrowie psychiczne, żyją w ciągłym oczekiwaniu, żalu i bólu po stracie męża lub żony, syna lub córki, brata lub siostry, ojca lub matki, kochanka lub kochanki. Świadomość nierównej ceny płaconej przez żołnierzy i cywilów wywoływała i nadal wywołuje mniejsze lub większe konflikty i dyskusje. W środowiskach intelektualnych wy-pracowano nawet pewną etykę wypowiedzi i zachowania w związku z tym, jak rozmawiać z uczestnikami działań wojennych i ich bliskimi, aby nie zaostrzać nierówności.

Nasza społeczność w Ukrainie osiągnęła konsensus w sprawie nieużywania metafor wojskowych do opisania rzeczywistości dalekiej od rzeczywistego frontu – zgadzamy się, że nie ma czegoś takiego jak „front kulturowy”, „front ekonomiczny”, „front polityczny” czy „geopolityczny”. Ktoś, kto nigdy nie był na jedynym froncie, prawdziwej linii ognia, na której giną ludzie, oddając swoje życie za innych w walce z prawdziwymi uzbrojonymi okupantami, nie może używać zwrotów takich jak „trzymamy front”, „nie dezerterujemy”, ponieważ to nie on utrzymuje front, to nie on ryzykuje, to nie on dezerteruje czy siedzi w okopach, ale rzeczywisty personel wojskowy płaci ogromną cenę za państwo, godząc się na ogromne ograniczenie swoich praw jako istot ludzkich lub po prostu je tolerując. Dlatego używanie przez cywilów takich metafor jak „front ekonomiczny” pomniejsza znaczenie prawdziwej pracy żołnierzy, którzy ryzykują swoim życiem i zdrowiem dla innych obywateli i dla państwa. Za każdym razem gdy słyszę militarne metafory o „frontach kulturowych” w przemówieniach całkiem poważnych badaczy, naukowców czy polityków zagranicą, uśmiecham się ironicznie, ponieważ ich język przypomina mi, jak daleko od naszej rzeczywistości się znajdują i jak bardzo nie zdają sobie sprawy, że etyka ich wypowiedzi jest nieczuła wobec realnego doświadczenia walki i wielkiej ofiary wojska dla państwa.

Demokracja wojenna

Jeśli w czasie pokoju społeczeństwo jest warunkowo i nieświadomie podzielone na klasy według poziomu bogactwa i sukcesu, to w czasie wojny z okupantami społeczeństwo dzieli się głównie na odważniejszych, mniej odważnych i tchórzliwych. Albo na odpowiedzialnych i nieodpowiedzialnych wobec obowiązku obrony państwa. Oraz zaradnych i mniej zaradnych. Czas wojny ujawnia również bardzo bolesną prawdę o demokracji: we współczesnym świecie, w którym sukces i indywidualizm przyćmiły inne wartości, osoby prawdziwie mężne giną jako pierwsze w szeregach armii, tracą przyszłość, której siłą napędową są one i ich ciała. A słabi, którzy nie są gotowi ryzykować dla dobra wspólnego, chowają się za plecami naprawdę silnych, korzystają z owoców ich odwagi. Sami jednak udają, posiadają jedynie insygnia władzy. Prędzej czy później ta świadomość dotyka wszystkich żołnierzy i wystawia na próbę ich moralną wytrzymałość.

Najwierniejsi z nas w pewnym momencie z rozgoryczeniem akceptują, że życie w czasie wojny jest niesprawiedliwe, od-czuwamy głębię tej prawdy milimetr po milimetrze, i wyłącznie pozostaje nam trzymać się myśli: „Robię to, bo nie mogę inaczej w tych czasach. Robię to, bo wiem, że to dla dobra siebie i moich bliskich, a ci, którzy to wykorzystują za moimi plecami – niech się wstydzą”.

Ta dychotomia nierówności w cenie, którą płaci się za podtrzymanie istnienia państwa, niesymetryczna odpowiedzialność za obowiązek jego obrony to główny test systemu, który władze ukraińskie wybrały jako podstawę obrony wraz z rozpoczęciem inwazji na pełną skalę, systemu zwanego „demokracją w czasie wojny”. Ma ona swoje zalety, jest prawdopodobnie bardziej odpowiednia dla społeczeństwa przyzwyczajonego do życia w ustroju demokratycznym, dla którego niezwykle demoralizujące jest dostosowywanie się z powodu ataku okupanta do reżimu autokratycznego. Największą zaletą „demokracji wojennej” są działające gospodarka i wolny rynek, które zapewniają fundusze na funkcjonowanie państwa i pozwalają na minimalną autonomię względem pomocy zagranicznej.

Kolejną wielką zaletą jest iluzja spokojnego życia na dalekich tyłach. Kiedy po raz pierwszy po prawie dwóch latach nieprzerwanego pobytu na froncie przyjechałam do Kijowa na pięć dni, to widok pełnego ludzi, kwitnącego rodzinnego miasta z otwartymi kawiarniami i ukochanymi księgarniami, lśniącymi witrynami sklepowymi i światełkami doprowadził mnie do łez. Ze szczęścia. Czułam, że to nasze zwycięstwo, także moje. Czułam, że obroniliśmy miasto. Myślę o tym wciąż tak samo. Cieszę się, że w moim kraju, dzięki naszym wysiłkom, widać wolność. I póki jestem w wojsku, a czuję tę swobodę na wakacjach czy przepustce, jestem w stanie zapłacić za nią, za siebie, za moje dziecko, swoim czasem i ceną, jaką stanowi narażanie życia.

Trzecią zaletą „demokracji w czasie wojny” jest poczucie względnej stabilizacji i wyciszanie paniki. Uczestnicząc w codzienności, ludzie ulegają złudzeniu, że wszystko jest w porządku, i starają się żyć dalej, nie uciekają, nie poddają się, nie muszą przyzwyczajać się do trudniejszych i bardziej niebezpiecznych warunków życia. I tu parabola „demokracji wojennej” zaczyna się wyginać w drugą stronę – ku negatywom i wadom w porównaniu z rygorem stanu wojennego. Jej główny kłopot wyrasta z tego, od czego zaczęłam, z niewiarygodnego paradoksu: z przymusowego tłumienia praw człowieka w wojsku, od którego zależy obrona i istnienie państwa.

Podstawowym problemem demokratycznego państwa w czasie wojny jest unikanie – istnienie tchórzliwych ignorantów, którym wydaje się, że mają wyłącznie prawa, a obowiązek walki spoczywa na kimś innym. I że władza, zwłaszcza populistyczna, weźmie pod uwagę te jęki ludzi unikających służby i ich krewnych, którzy grają na emocjach. Ci, którzy odpowiadają za obowiązek obrony obywateli, powinni stanowić niczym nieograniczony „milion przydatnych ludzi”, zasób pozbawiony praw, możliwości rotacji, zwolnienia z wojska, posiadania ustalonych warunków służby, życia z rodziną i planowania przyszłości. Oto paradoks: wojsko, od którego pracy zależy przetrwanie państwa, jest w nim najbardziej po-zbawione praw. Politycy nie biorą pod uwagę głosu wojskowych, ponieważ my wciąż stanowimy mniejszość.

Prowadzi to do kolejnej wady „demokracji w czasie wojny”: przy niezwykle kruchej polityce informacyjnej, braku rzetelnych wiadomości przekazywanie prawdziwych komunikatów zależy od przywódców państwa. Każda osoba z Ukrainy, która nie angażuje się w obronę, automatycznie staje się odbiorcą ataku wroga. Rosyjska propaganda, której jeden z celów stanowi sprowokowanie konfliktu wewnętrznego w Ukrainie, aktywnie wykorzystuje tę cechę demokracji: inwestuje ogromne pieniądze w farmy trolli i w ulicznych prowokatorów, aby nastawić Ukraińców, którzy nie angażują się w obronę, i ich rodziny przeciwko własnej armii. Na szczęście te wysiłki Rosjan póki co nie przynoszą większych rezultatów i mogą pochwalić się oni jedynie pewnymi marginalnymi sukcesami z powodu innego paradoksu wojny na wyniszczenie, o którym już wspominałam: jedności w rozpadzie.

Tęsknota za autentycznością

Mimo wielu nieudanych prób odbudowy państwa historia nauczyła nas, że rozłam i konflikty wewnętrzne to najgorszy scenariusz dla przetrwania wojny, w której musimy trzymać się tego, co nas łączy. Powiedziałabym, że zamiast strategii obronnych, które są wdrażane wolniej niż byśmy chcieli, posiadamy coś w rodzaju intuicji obronnej. Wiemy, że każdy powinien wykonywać swoją pracę na swoim miejscu. Zawsze trzeba mówić prawdę, nawet jeśli jest trudna do przełknięcia, zwłaszcza gdy przywódcy państwa nie mają odwagi tego zrobić. Należy szybko zapominać o plotkach i dywagacjach, wyciągając z nich jedynie racjonalną nutę krytyki i wcielając ją w życie. Zbudować kolejną linię dronów, wyprodukować własne bezzałogowe samoloty uderzeniowe i uszczelnić drogi siatkami ochronnymi. Cieszyć się życiem w wolności, nawet jeżeli jest ono pełne osobistego cierpienia i śmierci, bo to i tak jest lepsze niż życie w rosyjskich katowniach czy śmierć w masowych grobach.

Przyzwyczailiśmy się do tej „wolności w niewoli”. Wstąpiłam do wojska zaraz po studiach, przeczuwałam kolejny aktywny etap wojny, działania bojowe to mój zawód i ulubiona praca. Nie wiem, czy sprawdziłabym się wyżej w hierarchii wojskowej, gdzie praca w czasie wojny podobna jest do pracy w czasie pokoju. Wiem na pewno, że kiedy otrzymuję konkretne zadania, na które mam wpływ na placu boju czy jako sanitariuszka, pracuję efektywnie na tyle, na ile pozwalają mi sytuacja i sprzęt, i zawsze jestem zmotywowana. Wciąż mamy ducha walki mimo zapewnień Rosji, że wszyscy najbardziej zmotywowani już odeszli. Wielu moich towarzyszy broni nie planuje rezygnacji, kocha swoją pracę i deklaruje, że bez względu na wszystko pozostaną w wojsku, bo w naszej kompanii i batalionie najważniejsze jest zaufa-nie do siebie i do dowódcy. Choć może to brzmieć nieco idealistycznie, zwłaszcza w sensie wojskowym, jestem przekonana, że zaufanie zawsze działa skuteczniej niż strach.

Głównym czynnikiem napędzającym rosyjskich okupantów jest strach przed dowódcą, który ma prawo strzelać i torturować, oraz przed wspólnikami, którzy mogą ich wrobić. Tym, co sprawia, że ukraińskie wojsko broni się przed większym wrogiem, jest zaufanie do tych, którzy stoją ramię w ramię. Ufam ich uczciwości wobec obowiązku obrony państwa, ufam ich autentyczności, która wyrasta z szacunku dla odwagi, z tego, że wybierają służbę.

Niejednokrotnie odczuwałam też inny paradoks – kiedy opuszczasz front na dłużej, nie na pięć dni, ale na miesiąc, to pod koniec tego trzeciego lub czwartego tygodnia chcesz wrócić na front. W swoim rodzinnym mieście na tyłach tęsknisz za prawdą i autentycznością, której doświadczasz na linii ognia. Tęsknisz za ludźmi, którzy byli z tobą w ryzykownych sytuacjach i przeżyli. Za wspomnieniami o zmarłych, których pamięć żyje w ziemi na froncie. Za tym „ja”, które jest zdolne zaryzykować wszystko dla własnej i wspólnej wolności.

Na tyłach czujesz niepokój, lecz w wiosce na linii ognia z codziennymi eksplozjami i brzęczeniem dronów – niemal medytacyjny balans.

To efekt odkładającego się stresu, odroczonej pamięci. Wszystko to, co psychika żołnierza maskuje i wymazuje na polu walki, ujawnia się w całej krasie, kiedy żołnierz znajduje się na przepustce. Czujesz się rozdarty. I wiesz, że lepiej po prostu walczyć, niż wracać w snach do śmierci.

Ten paradoks jest opisywany w psychologii wojskowej jako jedna z konsekwencji PTSD u żołnierzy, należy się tym zająć na terapii. W wojnie na wyczerpanie, jaka obecnie toczy nasz kraj, ta konsekwencja PTSD nie jest aż tak obciążająca dla armii. Wręcz przeciwnie – może być korzyścią, która zmusza żołnierza i weterana do wykorzystania swojej odporności do samego końca. Brzmi to cynicznie, ale właśnie taka jest wojna rosyjska – cyniczna do granic. Zrozumiałam to dawno temu. Im szybciej ty, jako żołnierz, to zrozumiesz, tym dłużej jesteś w stanie wytrzymać. Miliony razy wyobrażaliśmy sobie straszne sytuacje dotyczące naszych ciał, ciał naszych bliskich i powtarzaliśmy sobie: „Wszystko zniosę”, dodając po cichu: „Bo nie ma innej opcji”.

***

Nie boję się w tej wojnie o siebie. Jak wielu żołnierzy, którzy przeżyli początek wojny na pełną skalę, jestem przyzwyczajona do myślenia o śmierci jako jednym z możliwych scenariuszy – spokojnie. Przecież tyle razy widziałam, jak chowani są moi bracia i siostry. W prawie każdym mieście w Ukrainie mam kogoś, do kogo mogę przyjść i położyć różę na grobie. A ja, 30-latka, czuję się wtedy jak staruszka na cmentarzu, bo większość moich braci i sióstr nie dożyła trzydziestki. Naj-bardziej boję się tego, że moi bliscy będą cierpieć z powodu mojej śmierci.

Należę do pokolenia, które planuje swoją śmierć i ceremonię pogrzebową z wyprzedzeniem, gdy jesteśmy młodzi. Piszemy testamenty, listy pożegnalne i mówimy naszym bliskim, jak chcielibyśmy zostać pochowani lub spaleni. Przyzwyczajamy ich i siebie do tej rzeczywistości. Bo jeśli przedwcześnie odejdziemy ze świata, lepiej w maksymalnym spokoju, lepiej – bez lęku. To rzeczywistość, która szokuje wielu ludzi na Zachodzie. Tak jest, my tego nie wybraliśmy. My tylko zaakceptowaliśmy tę rzeczywistość. Chcę w to wierzyć. Odważnie, nie na próżno. Przecież jeżeli przegramy walkę o istnienie, to lata naszego oporu nie wobec życia, tylko wobec śmierci, lata cierpienia, drobnych uciech pośród apokalipsy i zniszczenia historia skondensuje w kilka nudnych zdań, na końcu których będzie surowy, powierzchowny werdykt „przegrana” wydany przez kogoś, kto nie był świadkiem i nie poniósł strat. To pewnie później będzie przedmiotem zainteresowania wyłącznie historyków.

Na koniec zawsze powtarzam: to ich przemoc, ich przestępstwo, ich zbrodnia, ich okupacja, to jest ich wojna okupacyjna. Wojna jest rosyjska. My się bronimy. Moje wiersze i proza to bynajmniej nie wiersze i proza wojenna. To są wiersze i proza obronna. Bycie ukraińskim żołnierzem w tej sytuacji jest dla mnie jedynym moralnym wyborem. Nawet jeśli będą chcieli nas podbijać przez kolejne dziesięć lat. Życie w wolności i zaufaniu, które wiąże się z cierpieniem w długich latach oporu, jest zdecydowanie przyjemniejsze niż cierpienie przez całe życie w braku wolności i strachu przed okupacją, bez odrobiny tego, co rozumiem przez słowo „życie”.

Tłumaczyła Urszula Pieczek

війна-на-виснаження