Pochodzi Pani ze Śląska Cieszyńskiego i pracuje w Instytucie Socjologii UJ. Jest Pani antropolożką, a wcześniej była Pani „polskim antropologiem”. Czy może Pani opowiedzieć o tej przemianie?
Jednym z najważniejszych czynników, które zapoczątkowały proces przemiany z „badacza” w „badaczkę”, było moje macierzyństwo. To ono uruchomiło mój feminizm. W 1987 r. urodziłam córkę, w 1991 r. syna, i dopiero mając własną rodzinę, uzmysłowiłam sobie pewne rzeczy. Bycie matką, gospodynią domową, której trudno realizować karierę akademicką, sprawiło, że zaczęłam widzieć siebie jako kobietę, dostrzegać uwarunkowania, w których funkcjonuję. Wszystko to działo się w latach 90. – a więc w czasie dużych zmian w Polsce, które również na mnie oddziaływały. Inspirowała mnie literatura feministyczna, głównie książki Marii Janion. A już przedtem dominująca polskocentryczno-szlachecko-patriarchalno-nacjonalistyczna narracja, zaczęła się we mnie kruszyć. To był długi proces. Wcześniej postrzegałam siebie jako akademika i byłam „symbolicznym mężczyzną” (honorary man) – jak o ówczesnych antropolożkach pisał mój oksfordzki mentor, Edwin Ardener.
Będąc w domu z dziećmi, wyraźniej zaczęłam też dostrzegać pewne różnice kulturowe. Naturalne dla mnie kwestie, takie jak współdzielenie obowiązków domowych, okazały się nie takie oczywiste dla mojego męża – krakowianina, pochodzącego z mieszczańskiej rodziny.
Czy może Pani opowiedzieć więcej o tych różnicach kulturowych?
Kilka lat temu rozpoczęłam projekt historii mówionej na Śląsku Cieszyńskim prowadzony z krakowską Fundacją Dobra Wola kierowaną przez Alinę Doboszewską. Jednym z tematów była praca kobiet w przemyśle ciężkim w okresie komunizmu, zarówno po polskiej, jak i po czeskiej stronie granicy. W trakcie projektu dowiedziałyśmy się, że w Kuźni Ustroń, bardzo dużym, nieistniejącym już zakładzie, 30% załogi stanowiły kobiety. To naprawdę potężna armia. Po czeskiej stronie Ślązaczki pracowały w kopalniach w Zagłębiu Ostrawsko-Karwińskim. Kobiety opowiadały nam o tym, jak system zmianowy w zakładach wymuszał na ich mężach, którzy pewnie po pracy chętnie zasiedliby z gazetą w fotelu, zaangażowanie w życie rodzinne. Jedna z rozmówczyń opowiadała, że kiedy wracała z pierwszej zmiany, to obiad w domu był już gotowy, a ona po bałaganie w kuchni, który mąż zostawiał, rozpoznawała, co jedli. Jednak fakt, że on ten obiad gotował, to była istotna zmiana.
Dzisiaj wydaje nam się,…