70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Zadziwiające milczenie

Polityka „grubej kreski” – która wielu po 1989 r. wydawała się jedyną rozsądną – w jakimś stopniu zawiodła. Miast pożądanego rozpoczęcia wszystkiego od nowa przyniosła chaos i pomieszanie języków. Pewne jest, że Dakowicz nie należy do tych, którzy lekceważą zgubny wpływ „grubej kreski” na obecną kondycję narodu.

Zadziwiające milczenie wokół Afazji polskiej tłumaczę sobie tylko jednym – to „publikacja niewygodna”. Nim jednak postaram się odpowiedzieć na pytanie o to, co jest w niej niewygodnego, kilka informacji o książce Przemysława Dakowicza. To zbiór artykułów zamieszczanych wcześniej na łamach „Gazety Polskiej Codziennej”, co zapewne częściowo wyjaśnia postawę wyczekiwania, jaką przyjęli niektórzy krytycy literatury oraz ludzie mediów (nie chce mi się bowiem wierzyć, że nie zauważyli Afazji… wydanej przez znaną i cenioną oficynę Sic!).

Eseje Dakowicza stanowią zapis chwili agonii państwa, któremu po 123 latach niewoli na krótko pozwolono oddychać wolnością i decydować o sobie. We wrześniu w II Rzeczpospolitą uderzają hitlerowskie Niemcy razem z Armią Czerwoną. Rosja Radziecka rozprawi się później z antykomunistyczną opozycją w Polsce. Jej poplecznicy przez kolejne lata będą kupować duszę starych elit oraz tworzyć nowe autorytety. Dakowicz przywołuje zbrodnie na żołnierzach niepodległościowego podziemia oraz zabiegi wokół powstania „nowego człowieka” – nie czyniąc między nimi różnicy – jako równie dotkliwe dla zachowania narodowej tożsamości.

Od pewnego czasu towarzyszy mi myśl, że II wojnę światową trzeba na nowo opowiedzieć i na nowo odczytać. W tej ostatniej kwestii wypowiedzieć się winni przede wszystkim historycy, literaturoznawcy oraz ludzie sztuki. Wzorem mogłaby być dynamicznie rozwijająca się w naszym kraju refleksja nad Holokaustem. Należałoby spojrzeć na „czasy pogardy” z perspektywy aktualnej wiedzy o wydarzeniach sprzed ponad 70 lat; dramat prozę i poezję, ale też dzieła sztuk wizualnych odczytać przez pryzmat możliwości interpretacyjnych, jakie dają nowe metodologie we współczesnej humanistyce. Tak samo ważne jest sięgnięcie do utworów mniej znanych, poszerzenie kanonu, który jest już nieco zmurszały, a niekiedy daje fałszywe wyobrażenie o tym, co się stało w latach 1939–1945. Na tego typu tekstach (z obszaru literatury fikcjonalnej i niefikcjonalnej) opiera Dakowicz swoje relacje o samobójczej śmierci Witkacego i tragicznych losach prezydenta Stefana Starzyńskiego, opowieść o śmierci Czechowicza oraz płk. Bocianowskiego (protestującego na moście w Kutach przeciwko opuszczeniu kraju przez rząd polski).

W nowym spojrzeniu na „czasy pogardy” dużą rolę do odegrania mają artyści. Mała Zagłada Anny Janko to przykład na to, jak wyminąć niebezpieczeństwa martyrologicznej perspektywy, ale też jak powstrzymać emocje, nie tamując ich zupełnie (warto też przy tej okazji przywołać Obławę w reżyserii Marcina Kryształowicza). Janko mówi o okupacji hitlerowskiej nowocześnie, uruchamiając m.in. narrację typową dla przedstawicieli second generation oraz kategorię traumy (tę samą, którą wykorzystują studia nad Holokaustem). II wojna światowa była bowiem wielką traumą dla narodu polskiego, wydarzeniem fundamentalnym w horyzoncie XX-wiecznych dziejów Polski. Jest to trauma nieprzepracowana, jak twierdzi Janko (PRL bowiem nie stworzył możliwości rozmowy o tragedii powstania, obozów koncentracyjnych, o Wrześniu oraz wyzwoleniu przez Armię Czerwoną i krwawych latach 1945–1949).

Tak jak Mała Zagłada nowoczesna jest również forma Afazji polskiej. Eseje Dakowicza należałoby postawić obok takich prac jak Festung Warschau Elżbiety Janickiej. Obydwie ukazują przeszłość poprzez fakty i przekazy mniej znane, materiały biograficzne, dokumenty i źródła, szukają drogi do ożywienia ludzkich losów, do ofiar pomordowanych przed 70 laty; zapraszają czytelnika do opowieści o konkretnych życiorysach i konkretnych miejscach. I Festung Warschau, i Afazja polska świadczą w imieniu tych, którzy czynić tego nie mogą.

W przypadku utworów Janickiej i Dakowicza mamy do czynienia z tekstami zaangażowanymi, dobitnie zaznaczającymi własny punkt widzenia. Dla niektórych czytelników Dakowicz prezentuje inne (nazbyt radykalne?) postrzeganie peerelowskiego dziedzictwa. Janicka jednego ze źródeł deformacji prawdy o relacjach polsko-żydowskich poszukuje w romantycznym mesjanizmie i narodowo-katolickiej (martyrologicznej) wizji polskości, w obrębie których trudno znaleźć miejsce dla cierpienia żydowskiego. Wedle Dakowicza tym, co zniekształca współczesny obraz nas samych, są złogi komunistycznego kłamstwa. Czytamy w wydanym w 2014 r. Obcowaniu: „Kto chce znać prawdę, musi ją wydrzeć spod ziemi, spod zwałów trwającej czterdzieści pięć lat roboty propagandowej, przykrawających rzeczywistość zgodnie z wymogami sowieckiej propagandy”. Należy więc przekopać się przez pokłady zatrutej pamięci, aksjologicznego chaosu – dziedzictwa, jakie pozostawił po sobie komunizm.

Dakowicz w Afazji polskiej upomina się o sprawy elementarne – nazwanie prześladowcy prześladowcą, a ofiary ofiarą.

Można się zżymać, że wymienia konkretne nazwiska. Że Zygmunta Baumana przywołuje nie tylko w kontekście autorytetu naukowego, ale i niechlubnej przeszłości. Mało eleganckie? Być może. Nie wiem jednak, czy o elegancję toczy się gra. Celem nie jest przesłanianie późniejszych zasług socjologa, ale bezkompromisowe widzenie prawdy, nawet jeśli jest ona okrutna i bolesna. Nie o elegancję też chodzi ani o jej brak, gdy eseista – mówiąc o ceremonii pogrzebowej gen. Wojciecha Jaruzelskiego – krytycznie odnosi się do słów prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Wypowiedź prezydenta uznaje Dakowicz za – świadomą bądź nie – próbę zamazywania prawdy historycznej, rozmywania właściwej oceny postawy dyktatora w czasie stanu wojennego, ale też jego roli we wcześniejszych okresach PRL.

Czy rozliczenie jest dziś jednak możliwe? (Nie wiem, czy wierzy w nie sam Dakowicz). Polityka „grubej kreski” – która wielu po 1989 r. wydawała się jedyną rozsądną – w jakimś stopniu zawiodła. Miast pożądanego rozpoczęcia wszystkiego od nowa przyniosła chaos i pomieszanie języków. Pewne jest, że Dakowicz nie należy do tych, którzy lekceważą zgubny wpływ „grubej kreski” na obecną kondycję narodu.

Powróćmy do postawionego na początku pytania: dlaczego Afazja polska jest jak dotąd zbywana milczeniem? Powodów jest kilka, pochodzą zresztą z różnych sfer i mają różną rangę. Pierwszy już wymieniliśmy: Dakowicz zamieszczał (co tydzień) fragmenty swojej eseistyki w medium „podejrzanym” – „Gazecie Polskiej Codziennej”. Są i przyczyny innego rodzaju – być może nawet donioślejsze. Autor formułuje tezy bez ogródek (w czym wszakże widzę zaletę, a nie słabość). Jedna z nich brzmi – PRL to czas aberracji. Nie da się go włączyć w tradycję myślenia o polskości wyznaczoną przez II Rzeczypospolitą. To ciało obce. Czym jednak był PRL? Dakowicz udziela przede wszystkim odpowiedzi negatywnych, sprowadzających się do wymieniania i charakteryzowania kolejnych przejawów niszczenia przez „czerwoną demokrację” ducha polskości. A mimo to nie sposób zaprzeczyć, że system wprowadzony na bagnetach radzieckich żołnierzy znalazł oddźwięk wśród części społeczeństwa. Zasymilowani Żydzi (Polacy pochodzenia żydowskiego), chłopi, rzemieślnicy i biedne mieszczaństwo, robotnicy uzyskali poczucie podmiotowości. W przypadku dwóch pierwszych grup ich polskość (koncepcja polskości) była daleka od tej, na której koncentruje uwagę Dakowicz (elity rządowe, wojskowe). U typowego chłopa doby międzywojnia podejrzliwość i nieufność wobec dziedzica i władzy egzystowały obok ludowej religijności wzmacniającej niechęć do komunizmu oraz poczucie krzywdy.

Jest w tej i wcześniejszych książkach Dakowicza – jak w poezji Zbigniewa Herberta – wiele empatii dla Polski, którą zniszczono po 1945 r.; wiele współczucia, które w naszej tradycji mamy dla pokonanych. Być może należałoby na lata 1918–1939 spojrzeć z różnych stron, by dostrzec to, o czym mówi Czesław Miłosz w Wyprawie w dwudziestolecie. Być może rzeczywistość PRL w Afazji polskiej należało zniuansować, ale czy udałoby się nam wtedy dostrzec jasno stanowisko autora, a autorowi uniknąć tego, czego się obawia – relatywizacji postaw?

Poezja oraz eseistyka Dakowicza przywraca powagę. Niewiele jej znajdziemy w polskiej literaturze najnowszej u roczników siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i młodszych.

Wszechogarniająca stylistyka buffo, swoisty lęk przed powagą jest jednym ze znaczących wyróżników młodej prozy. Daleko mi do jakiejkolwiek myśli o wystawianiu cenzusu artystom wedle miary tradycyjnej sztuki – tym bardziej ubranej w moralizatorskie szaty. Takie podejście uznaję za zgubne dla wszelkich opowieści o przeszłości, tym bardziej więc dla tych, które zawierają fragmenty trudne do oceny albo bolesne w opisie. Autor Afazji… nie jest jednak tradycjonalistą. Dakowicz umiejętnie korzysta bowiem z XIX-wiecznej tradycji, jakby chciał sprawdzić jej możliwość udźwignięcia XX-wiecznych doświadczeń – fundamentalnych dla narodu. Miast pastiszu, groteski, ironii i przewrotnego humoru eseista wybiera język romantycznej poezji, romantycznej wrażliwości. Posiłkując się romantyczną stylistyką, pyta o kwestie fundamentalne.

Jeśli powaga ma powrócić na obszar młodej sztuki, to za sprawą książek takich jak Afazja polska. Nawet jeśli nie akceptujemy w jakiejś części poglądów ich autora, milczenie nie jest dobrą reakcją. Wbrew pozorom – zwalnia z myślenia.

_

Przemysław Dakowicz

Afazja polska

Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2015, s. 350

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter