fot. archiwum prywatne
Adrian Wesołowski listopad 2019

Tajemniczy strach, nieuzasadniony zachwyt

Po opublikowaniu swoich pierwszych bestsellerów: „Sapiens” oraz „Homo deus”, Yuval Noah Harari stał się bodajże pierwszym historykiem globalnym celebrytą. Wydawałoby się, że powinienem przyklasnąć, widząc, jak Barack Obama i Bill Gates polecają książki kolegi po fachu. Trudno mi jednak zrobić to szczerze, skoro sukces ten znamionuje nie tylko odejście od metody historycznej, ale także porzucenie naukowego myślenia w ogóle.

Artykuł z numeru

Harari. Czy możemy mu zaufać?

Harari. Czy możemy mu zaufać?

Wielu akademików nie zgodziłoby się ze mną. Google Scholar donosi o 1,5 tys. wzmiankach o Sapiens w literaturze naukowej i kolejnym 1 tys. wzmianek o Homo deus (stan na wrzesień b.r.). Harari robi więc w świecie akademii furorę na miarę wielkich autorytetów humanistyki. Jednak pomimo szerokiego zainteresowania głosy specjalistów, którzy komentują jego książki, są niemal wyłącznie krytyczne (i powoli przenikają do szerszej świadomości środowiska naukowego). Harariemu zarzuca się beztroskę w budowaniu wniosków, przesadę i sensacjonalizm. Zwraca się także uwagę na jego „stymulujące, ale bezpodstawne założenia” oraz bezrefleksyjne korzystanie z ekscytujących naukowych haseł, takich jak biotechnologia, nanotechnologia czy sztuczna inteligencja. Podkreśla się wyraźny światopogląd, jaki Harari ujawnia w swoich pracach: wolny od małostkowej dociekliwości entuzjazm wobec technokratycznych fantazji na temat przyszłości.

W swojej recenzji dla „The New Atlantis” John Sexton stwierdza, że Sapiens to książka „fundamentalnie niepoważna, niezasługująca na aprobatę, którą zyskała”. Antropolog Christopher R. Hallpike uważa ją za przykład „infotainment” – gatunku dziennikarstwa poświęconego dostarczaniu rozrywki raczej niż rzetelnej wiedzy. Zamiast traktować książki Harariego serio – twierdzi Hallpike – należy podchodzić do nich jak do „dzikiej intelektualnej przejażdżki przez krajobraz historii naszpikowany sensacyjną spekulacją i kończący się mrożącą krew w żyłach prognozą końca ludzkości”. Ale w takim razie dlaczego się pieklić i nie potraktować Harariego po prostu jako popularyzatora nauki, a nie naukowca?

Gdzie indziej starałem się pokazać („Stan Rzeczy” 2018, nr 14), w jaki sposób Harari miesza rejestry i raz jawi się czytelnikowi jako badacz zdystansowany wobec problemów, które omawia, a innym razem jako entuzjasta danego rozwiązania. Przede wszystkim stawia pytania o kluczowym dla nauki znaczeniu i twierdzi, że na odpowiada, podczas gdy zupełnie ignoruje wymogi naukowego rzemiosła: obiecuje treść wiedzotwórczą, mimo że sprzedaje wiedzoodtwórstwo, czyli popularyzację. Ta pozornie niewielka różnica niesie ze sobą ogromne konsekwencje w świecie globalnych mediów i głębokich specjalizacji. Chociaż Harari to historyk wojskowości, który dopiero z czasem zaczął pisać o psychologii ewolucyjnej i technicznych nowinkach, szeroka publika nie postrzega tych obszarów jako rozbieżnych, ale sądzi często, że ich połączenie zasługuje na kumulatywny autorytet. W uproszczenia i przesady Harariego wierzą więc politycy, biznesowi magnaci, a nawet naukowcy bez wiedzy w dziedzinach, na których wrażenie robią prace takie jak Sapiens czy Homo deus.

Do popularności Harariego przyczynia się również przekonanie, że „miękkie nauki”, czyli humanistykę ogólnie rzecz biorąc, uprawia się łatwo. Często wiedzie ono do absurdalnie przewrotnego wniosku, iż warto ufać komuś, kto jednocześnie rozprawia o kwestiach prehistorycznych, społecznych, biologicznych i futurystycznych. Tymczasem Harari nie tylko rzadko wychodzi poza nowinkarstwo w którejkolwiek z tych dziedzin, ale przede wszystkim zapomina, co to znaczy być historykiem. Prawdopodobnie zrozumieć można pominięcie przez niego źródeł pierwotnych i ograniczenie się do nielicznych syntez jako podstawy wiedzy na temat przeszłości – w końcu jego książki nie mają wymiaru pracy ściśle historycznej. O wiele bardziej problematyczna jest nonszalancja, z jaką Harari buduje teorie wyjaśniające dzieje.

Sapiens wymienia największe „rewolucje” w dziejach człowieka: kognitywną, kiedy wykształciliśmy wyobraźnię; rolniczą, zwaną też neolityczną; unifikacyjną, wskazującą na konsolidację organizmów państwowych; w końcu odkrycie metody naukowej. Według autora 21 lekcji na XXI wiek wzmożone tempo pojawiania się takich „rewolucji” (kolejno: ponad 70 tys. lat, ponad 10 tys., ponad 2 tys. oraz ok. 500 lat temu) wskazuje na nadchodzący przełom, w wyniku którego „ludzie staną się bogami”. W ciągu następnych 100 lat mamy osiągnąć niemal nieśmiertelność i umiejętność samodzielnego tworzenia nowych gatunków. Z kolei w Homo deus wniosek jest ponury. Z ewolucyjnego punktu widzenia – twierdzi Harari – ludzie działają na wzór algorytmów. Dzięki kolejnym „rewolucjom”, a szczególnie tej naukowej, nauczyliśmy się manipulować danymi, które nas tworzą, a więc podważać swoje kulturowe i biologiczne ograniczenia. Jednakże podważanie podstaw swojej egzystencji musi w końcu doprowadzić do katastrofy, która nastanie, kiedy wszelkie poczucie sensu zaniknie bądź będzie wymagać znaczącej redefinicji. Staniemy się bogiem, ale umrzemy jako ludzie – prognozuje izraelski historyk.

Harari nie dostrzega, że nacisk, jaki kładziemy na przemiany przeszłości, a w tym również periodyzacja, którą sam proponuje, to arbitralne kategorie wytworzone na potrzeby uporządkowania naszej wiedzy. Dostrzeganie pośród nich wzoru będzie więc w dużym stopniu powrotem do samego siebie, naiwnym zabiegiem teleologicznym.

Co więcej, widząc w historii kultury zwykłą kontynuację procesu ewolucyjnego, Harari tworzy iluzję linearnego postępu, nie dbając o wszystko, co powiedziano na ten temat w humanistyce przez ostatnich 100 lat.

Dziś wiemy przecież, że podobne przemyślenia nie tylko nie znajdują potwierdzenia w badaniach, ale niosą za sobą groźbę ideologicznej manipulacji.

Budując swoje historiozofie, Harari opiera się na opracowaniach historycznych i doniesieniach o technologicznych innowacjach. Jednak jego centralny argument kuleje. Stara się on bowiem przekonać nas, że powinniśmy dbać o przyszłość, budząc jedynie strach i zachwyt. Wymieniając kolejne imponujące fakty na temat tego, jak daleko zaszliśmy jako gatunek, Harari przygotowuje czytelnika do bezkrytycznego przyjęcia przerażających zwiastunów przyszłości. Powoływanie się na historiografię służy tu legitymizacji zwyczajnych domysłów. Homo deus zawiera szeroki opis tego, jak człowiek przezwyciężył swoje odwieczne ograniczenia (choroby, głód, skrajne ubóstwo), żeby zaraz potem przejść do domniemań: w przyszłości, człowiek „najpewniej” stanie się nieśmiertelny i „prawdoprawdopodobnie” skupi się na osobistym szczęściu. Taki zabieg to jednak nie dowodzenie, ale an argument of wonder, argument z zachwytu, który Szekspirowski Lafeu streszczał w ten sposób: „Powiadają, że czasy cudów minęły (…), nadnaturalne i niewytłumaczone zjawiska przedstawiają jako proste i zwyczajne. Stąd wynika, że opancerzeni rzekomą wiedzą, lekceważymy rzeczy pełne grozy, gdzieśmy powinni ukorzyć się przed tajemniczym strachem” (tłum. E. Porębowicza).

Skoro tak, to skąd nieustająca popularność Harariego? Istotną rolę gra jego celebrytyzm. Niedawna kontrowersja wokół rosyjskiego wydania jego prac potwierdza, że nie chodzi mu o intelektualną parezję, ale o zysk. Dla neoliberalnych elit, reprezentowanych zresztą właśnie przez Obamę i Gatesa, liberalny izraelski homoseksualista corocznie uciekający na łono natury, by prowadzić miesięczną medytację, jest nie lada osobowością. „Naukowy” autorytet Harariego legitymizuje technokratyczne fantazje jego czytelników i opatruje aprobatą humanisty modne prognozy, które przyciągają uwagę na korporacyjnych eventach i podczas TED-talków.

Mimo swoich wad Sapiens i Homo deus zachowują wartość popularyzatorską. W momencie kiedy świat faktycznie stoi na skraju katastrofy klimatycznej, a broń nowej technologii niesie za sobą istotne zagrożenia, uproszczone przesłanie Harariego to oczywiście znacznie cenniejszy głos w debacie publicznej niż coraz popularniejsza pseudonauka.

Kup numer