70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Przyczajony tygrys

Parafrazując Charles’a de Gaulle’a można by rzec: „Ciężko jest rządzić krajem, na który składa się 17,5 tys. wysp”. Były producent mebli Joko Widodo udowadnia jednak, że pomimo skomplikowanej geografii i trudnej historii z umiarkowanym optymizmem można patrzeć w przyszłość młodej islamskiej demokracji.

Zgodnie z indonezyjską ordynacją wyborczą, kandydatów na urząd prezydenta mogą zgłaszać partie, które w ostatnich wyborach zdobyły ponad 25% głosów lub ponad 20% mandatów. Dlatego w lipcu 2014 r. do walki o najwyższy urząd w kraju wystartowały tylko dwie osoby. Z jednej strony reprezentant establishmentu, niegdysiejszy mąż córki obalonego w 1999 r. Suharto i gen. Prabowo Subianto. Z drugiej – nadzieja klasy średniej, były producent mebli, burmistrz Surakarty i gubernator Dżakarty Joko Widodo.

Jokowi, jak się go popularnie nazywa, w kampanii przed lipcowymi wyborami kreował się na człowieka spoza układów biznesowo-politycznych. Jego populizm był o tyle wiarygodny, że na każdym kroku podkreślał on zerwanie z bizantyjskimi obyczajami indonezyjskiej polityki i obiecywał nową jakość polityki. Jako gubernator stolicy przez dwa lata kładł nacisk na edukację i walkę z korupcją. Ruszył z budową od lat planowanej szybkiej kolei miejskiej MRT, wprowadził powszechne ubezpieczenia zdrowotne oraz system oceniania urzędników podług ich kompetencji i umiejętności. Za jego kadencji budżet stolicy zwiększył się o trzy czwarte. W kampanii prezydenckiej wykorzystywał też intensywnie media społecznościowe oraz przedkładał bezpośrednie spotkania z wyborcami nad partyjne wiece. Był przekonujący, jako gubernator lubił zakładać prosty strój i odwiedzać biedniejsze dzielnice miasta. Jokowi wygrał przewagą ponad 8 mln głosów. Konkurent złożył raport liczący 136 stron, próbując udowodnić, że przez nieprawidłowości stracił poparcie ok. 21 mln (!) osób. Jednak Sąd Konstytucyjny nie podzielił tych wątpliwości. Trzecie bezpośrednie wybory od czasu obalenia dyktatury przebiegły w zasadniczo pokojowej atmosferze, a w debatach koncentrowano się na polityce, a nie religii, co jest dużym osiągnięciem, jeśli weźmie się pod uwagę polityczną historię Indonezji. „Niespodziewany wzór demokracji” – komentował wybory rozentuzjazmowany „New York Times”.

 

W obliczu oczekiwań

we wrześniu 2014 r., dwa miesiące po wyborach prezydenckich parlament indonezyjski zniósł bezpośrednie wybory burmistrzów miast. „Elegia dla indonezyjskiej demokracji” – pisał „The Diplomat”. W kwietniu 2015 r. Filipiny i Australia żyły sprawą tzw. Gangu Dziewięciu z Bali, na których zamierzano wykonać wyrok śmierci za przemyt narkotyków. Manila była o tyle oburzona, że jedną ze skazanych okazała się młoda Filipinka Mary Jane Veloso, matka dwojga dzieci, której najprawdopodobniej podrzucono narkotyki. „Nie jestem tchórzem” – mówił po egzekucjach do swoich wyborców prezydent, który mierzył się z ogromną presją międzynarodową ze względu na prawo łaski, jakim dysponuje. W tym samym okresie wprowadzono prawo, mające „chronić moralność i kulturę społeczeństwa”, zgodnie z którym w małych sklepach[1] nie można kupić alkoholi mniej niż pięcioprocentowych. W maju zaś Dżakarta dołączyła do niechlubnego grona stolic, na które spłynęło oburzenie światowej opinii publicznej powodowane zawracaniem łodzi z uchodźcami z Mjanmy. Tak miała wyglądać ta obiecywana nowa jakość w Indonezji?

Analitycy skrupulatnie wyliczali, co musi zrobić Jokowi, by Indonezja w końcu wkroczyła na drogę stabilnego i długofalowego rozwoju. Lista była i właściwie nadal jest długa. Maria M. Wiharja z Centrum Studiów Międzynarodowych i Strategicznych na uniwersytecie w Indonezji nieco emfatycznie pisała o tym, że jeśli najludniejszy kraj Azji Południowo-Wschodniej, kluczowa oś w handlu zagranicznym, chce zostać liderem w Wieku Azji, musi „uporządkować dom”, czyli: stworzyć inkluzywne instytucje polityczne, zainwestować w edukację (obecnie na badania i rozwój przeznacza się 0,08% PKB), zunifikować system edukacji między prowincjami, skoncentrować politykę zagraniczną na kwestiach morskich (nielegalne rybołówstwo, słabość floty), pożegnać się z merkantylizmem i protekcjonizmem. Ten ostatni stanowi m.in. poważny problem na forum regionalnej organizacji regionalnej ASEAN, która pod koniec tego roku chce stworzyć Wspólnotę Ekonomiczną. „ASEAN jest niczym bez Indonezji i jeśli Dżakarta czegoś nie zmieni, to utkniemy” – tłumaczył na łamach „FT” Nazir Razack z malezyjskiego banku CIMB. Dla przykładu przywoływane są kolejne posunięcia rządu, blokujące dostęp do lokalnego rynku. „Przypomnieli sobie ostatnio o suwerenności” – powiedział mi polski dyplomata z Dżakarty, tłumacząc zamieszanie związane ze zniesieniem wiz dla Polaków[2].

Z kolei idee niezależności energetycznej i surowcowej mają właściwie ponadpartyjny konsensus. Prawie jedną piątą budżetu przeznacza się na dotacje do cen paliw. Mówienie o „paleniu pieniędzy” w tym kontekście jest jak najbardziej na miejscu. Gdyby zsumować wszystkie gospodarki ASEAN, udział Indonezji stanowi prawie 40%. Nic dziwnego zatem, że oczekiwania są wysokie. Niemniej Jokowi mówiący o obawach przed konkurencją z Singapuru, Malezji czy Tajlandii wyraża uzasadnione lęki większości społeczeństwa. W końcu gospodarka wolnorynkowa w Indonezji to jednak relatywnie młody twór.

Walka z reżimem

Na upadek dyktatury Suharto w 1998 r. miały wpływ liczne czynniki, wywołujące narastające niezadowolenie niemal wszystkich warstw społecznych. Po okresie wzrostu „na kredyt” z początku lat 90. przyszedł tajfun kryzysu azjatyckiego. Gdy premier Malezji wykłócał się z Georgem Sorosem o jego źródła, Indonezja przeżywała najgłębszą zapaść gospodarczą, jaką odnotowano na świecie po II wojnie. Bieda spadła do poziomu niezarejestrowanego od początku poprzedniej dekady. O ile rządowi w Malezji udało się przezwyciężyć trudności, o tyle Suharto był skompromitowany. Do tego doszła katastrofalna susza, podniesienie cen paliw, afery finansowe i – poniekąd – geografia.

Masakra w stolicy Timoru Wschodniego Dili z 1991 r., w której zginęło ok. 250 osób, nie była pierwszą zbrodnią reżimu Suharto na tym terenie. Terror w samym Timorze sięgał jeszcze połowy lat 70., kiedy to Indonezja, w obawie przed ruchem lewicowym, zajęła opuszczoną przez Portugalczyków kolonię, która cieszyła się niezależnością niecałe dwa tygodnie. Nie była to też zbrodnia największa – dość wspomnieć ludobójstwo na komunistach z lat 60., kiedy to wymordowano nawet 2 mln ludzi, przeważnie indonezyjskich Chińczyków[3]. Jednak dramatyczne wydarzenia z Dili okazały się ważne z innego powodu – materiały filmowe dokumentujące brutalność władzy dotarły do zagranicznych mediów, a potem, obchodząc cenzurę – do Indonezji. Obywatele mogli zobaczyć, jak naprawdę funkcjonuje ich rząd. Ujawnienie sposobów rozwiązywania problemów separatyzmu przez władze wpisywało się we wspomniany cykl wydarzeń generujących wzrost niechęci do rządzącego od 1966 r. Suharto. Z kolei ogłoszenie przez Timor niepodległości w wyniku referendum z 1999 r. spowodowało upadek Habibiego, następcy dyktatora (o ironio!), inicjatora referendum oraz buntu wojska, który doprowadził do kolejnego przelewu krwi w regionie. Zakończona ostatecznie sukcesem w 2002 r. walka narodowowyzwoleńcza Timoru Wschodniego zatem nie tylko ukazuje zbrodnie dyktatury Nowego Porządku i problemy młodej demokracji targanej niepewnością czasu transformacji oraz wzrostem przemocy, ale i wpisuje się w stałą historię napięć na linii centrum–peryferie.

Patrząc na ogromną mapę Indonezji (kraj wraz z wodami zajmuje obszar Europy!), od razu rozumiemy dylemat działaczy niepodległościowych po II wojnie światowej: „Jak z tych 17,5 tys. rozsypanych wysepek stworzyć jeden kraj?”. Niepodległa Indonezja rodziła się w powojennym chaosie rewolucji narodowej przeciwko Holandii[4], która nie mogła się pogodzić z dążeniami niepodległościowymi byłej kolonii oraz partyzantkami separatystów, komunistów i islamistów. Do tego dochodziła słabość państwa, wzrost znaczenia wojska i mnogość licznych kultur, ponad 700 języków lokalnych i ogromne odległości, które przy fatalnym stanie infrastruktury do dzisiaj stanowią problem. Przykładowo: podróż 200 km autobusem z Bandungu do położonego na południu Jawy Pangandaran zajmuje aż osiem godzin.

Największy muzułmański kraj na świecie stopniowo popadał w dyktaturę, proces zapoczątkowany przez indonezyjskiego Piłsudskiego – Sukarno, jeszcze w latach 50., a ukończony przez jego następcę Suharto, w formie Orde Baru – Nowego Porządku. Stworzenie zcentralizowanej i popadającej w coraz większy autorytaryzm administracji musiało wywołać reakcję. Lista problemów władz w Dżakarcie obejmowała, oprócz wspomnianego Timoru, separatyzm w konserwatywnym Aceh, ruch narodowowyzwoleńczy Południowych Moluków i w bogatej prowincji Riau (wszystkie na Sumatrze). Za czasów dyktatury rozwiązaniem problemu grożących rozpadem państwa ruchów niepodległościowych były brutalne działania sił bezpieczeństwa i centralizacja. W demokracji lepszym rozwiązaniem okazała się decentralizacja.

Groźba wojny domowej i lokalni liderzy

„Uwielbiam go!” – krzyczy Vanya, gdy przemykamy na jej skuterze pod ogromnym banerem przedstawiającą uśmiechniętego burmistrza Bandungu. Radwan Kamil, popularny Emil, zanim wszedł do polityki, był zdolnym architektem oraz działaczem społecznym. Zainicjował projekt  Indonesia Berkebun, w ramach którego zachęcano do zakładania w miastach ogrodów. To jeden z lokalnych liderów, zawdzięczający władzę głębokiej i ryzykownej reformie administracji państwowej. Demokracja indonezyjska rodziła się bowiem w bólach i krwi – trzech prezydentów w ciągu pięciu lat, prześladowania opozycji, partyjny chaos, przemoc na ulicach (do 2001 r. milion ludzi musiało opuścić swoje domy) i zamieszki na tle religijnym. I w tym samym czasie mozolna próba poluzowania jawajskiego centralizmu tak, by wszystko nie rozpadło się na kawałki. Uchwalone w 1999 r. prawo o samorządzie terytorialnym weszło w życie w 2001 r. Od tego czasu Indonezja podzielona jest na 34 prowincje, z czego pięć posiada specjalny status, jak np. Aceh, które ma swój hymn  i prawo szariatu. Prowincje dzielą się dalej na regencje (420) i miasta (94). Od 2005 r. władzę wykonawcza na każdym szczeblu wybiera się w wyborach powszechnych. Lokalna demokracja złagodziła napięcie w regionach targanych secesjonizmem. Zbliżyła miejscowych włodarzy do ludzi, wyniosła do władzy osoby spoza aparatu: przedsiębiorców, jak wspomniani Jokowi, Emil czy były właściciel sieci sklepów odzieżowych Herry Zudianto, burmistrz Yogyakarty[5]. Jednak lokalna polityka nie jest wolna od korupcji, marnuje się środki, partyjne walki nieraz paraliżują podejmowanie decyzji, niejasne są kompetencje rządów. Nic dziwnego, że niektórym puszczają nerwy. Ostatnio sfrustrowany gubernator Dżakarty Akoh znowu skoncentrował na sobie uwagę mediów kwiecistą wypowiedzą, iż z zarządzaniem Dżakartą jest jak wtedy, gdy „najpierw robisz kupę, a potem budujesz toaletę”[6].

Gdy parlament jesienią 2014 r. przegłosował zniesienie lokalnych wyborów, zawrzało. Zwolennicy argumentowali, że prawie 300 ujawnionych afer z udziałem samorządowców w ciągu 10 lat pokazuje słabości koncepcji elekcji. Inni wskazywali, że jest to próba uniemożliwienia wypłynięcia „drugiego Jokowiego” i zablokowania ważnego kanału rekrutacji przyszłych elit politycznych. Ponad 84% ankietowanych opowiadało się jednak za bezpośrednimi wyborami burmistrzów i gubernatorów. Prezydent jako szef rządu zawetował wejście w życie prawa, którego projekt złożyła niechętna mu opozycja. „Pomieszane to – konstatował »The Economist« jeszcze w 2009 r., analizując efekty reformy samorządowej – ale o niebo lepsze od realnego przed dziesięcioma laty scenariusza rozpadu państwa”. Demokracja indonezyjska, która jeszcze w latach 90. wydawała się mrzonką opozycji, a w okresie transformacji stała na granicy wojny domowej, okrzepła i ze wszystkim swoimi wadami jest najdojrzalsza w regionie. Jokowi zajął się też problemem dotacji do paliwa. Od początku 2015 r. niemal całkowicie je zlikwidowano, zyskując – jak wyliczył minister finansów – ok. 16 mld dolarów (!), które mają zlikwidować deficyt i wesprzeć rządowe programy edukacyjne, zdrowotne, infrastrukturalne. Obyło się bez większych zamieszek, bo ceny ropy na światowych rynkach były tak niskie, że prawie nie zauważono zmian. Po spotkaniu z przedstawicielami Malezji i Tajlandii Dżakarta zgodziła się na przyjęcie części imigrantów z Mjanmy, a dzięki osobistej interwencji prezydenta Filipin i pojawieniu się w ostatniej chwili kobiety podającej się za zleceniodawczynię – uwolniono Mary Jane Veloso.

We wtorek 15 września ministerstwo szkolnictwa Malezji odwołało zajęcia we wszystkich szkołach w kraju. Gęsta zawiesina śmierdzącego smogu, ograniczająca widoczność w Kuala Lumpur do kilkuset metrów, zaczęła być coraz bardziej niebezpieczna dla zdrowia. Ludzie chodzili w maskach, zewsząd apelowano o pozostawanie w miarę możliwości w domu, zaś pod znakiem zapytania stanął wyścig F1 w Singapurze. Sytuacja stała się na tyle krytyczna, że do akcji wkroczyło indonezyjskie wojsko, w efekcie czego 111 osób i siedem firm (w tym, o ironio, jedna malezyjska) zostało oskarżonych o wypalanie na Sumatrze i na Kalimantanie dżungli pod uprawy palmy olejowej, źródło całego zamieszania. Wskazywano jednak, że problem ma charakter bardziej złożony, gdyż część pożarów wybucha samoistnie. Doraźne środki podziałały i już rankiem 19 września w Kuala Lumpur świeciło słońce. Wszyscy po raz kolejny przypomnieli sobie, że problemy Indonezji to jednocześnie problemy regionu. Rok temu, gdy obszar ten też borykał się ze smogiem, w „Jakarta Globe” napisano, iż jednym z indykatorów tego, czy Jokowi odniósł sukces, będzie rozwiązanie tej kwestii w przyszłym roku. Patrząc na niknące w gęstej mgle wieże Petronasu, nie można oczywiście wystawić najlepszej oceny. Istnieją jednak podstawy, by przypuszczać, że młoda islamska demokracja w końcu zasłuży na miano azjatyckiego tygrysa. Gdy patrzy się na to, jaki postęp poczyniono w ostatnich latach oraz jak funkcjonuje obecna administracja, ostrożny optymizm jest chyba uprawniony.


[1] The Economist” pisał, iż prawem dotkniętych zostanie 10 tys. sklepów, zaś BBC podawało, że 70 tys.

[2] Wizy dla obywateli RP ostatecznie zniesiono 1 czerwca 2015 r.

[3] Od samej zbrodni bardziej przerażające jest, jakie miejsce zajmują oprawcy we współczesnej Indonezji, co świetnie ukazuje dokument Scena zbrodni Joshui Oppenheimera nominowany w 2014 r. do Oscara.

[4] W konflikcie z lat 1945–1949 zginęło mniej niż 8 tys. Holendrów i 45–100 tys. Indonezyjczyków.

[5] Yogyakarta i Dżakarta to dwa różne miasta w Indonezji. Ich pomylenie, co zdarzyło się autorowi, gdy pierwszy raz jechał do Indonezji, to tak jak pomieszanie Wrocławia i Włocławka.

[6] Indonezyjski idiom na defekację to buang air besar – dosłownie tłumaczony, znaczy „wylać wielką wodę”. Zastanawiająca subtelność, biorąc pod uwagę fakt, że gubernator często używa publicznie słowa tahi (pol. gówno).

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter