70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Arindam Shivaani/NurPhoto/Getty

Prześladowania chrześcijan w Indiach?

Według Open Doors 215 mln chrześcijan cierpi z powodu „silnego lub ekstremalnego” stopnia prześladowań. Wpływowa, założona w Holandii protestancka organizacja uznaje wyznawców tej religii za najbardziej prześladowanych na świecie. Kolejnych doniesień o śmierci za wiarę dostarczają regularnie polskie i zagraniczne media.

Dwudziestego piątego kwietnia 2018 r. CNN podało, że: „Atak na kościół w Nigerii spowodował śmierć 19 osób, w tym dwóch księży”. TVP.info donosiło 3 kwietnia: „Zamach w chrześcijańskiej dzielnicy miasta Kweta na zachodzie Pakistanu”. W ataku, do którego przyznało się tzw. Państwo Islamskie, zginęło czterech wiernych. Jeszcze gorzej było rok wcześniej na północy Afryki 2 6 maja 2017 r. tytuł na portalu wp.pl alarmował: „Atak na chrześcijan w Egipcie. 26 osób nie żyje”. Podobne przykłady można mnożyć.

Przykłady można mnożyć. Zalew takich informacji sprawia wrażenie, że istotnie chrześcijanie stali się głównym celem przemocy ze strony wszelkiej maści ekstremistów. O potrzebie obrony współwyznawców mówią nie tylko media, ale też politycy. Wizerunek chrześcijan jako „najbardziej prześladowanej wspólnoty religijnej na świecie” powtarza choćby najnowsza Strategia Polskiej Polityki Zagranicznej 2017–2022. Zanim przyjmiemy tezę Samuela Huntingtona o zderzeniu cywilizacji, warto przyjrzeć się temu problemowi bliżej. Ciekawy przykład stanowią w tym względzie Indie.

W dorocznym raporcie Open Doors pt. Światowy Indeks Prześladowań 2017 zwracano uwagę, że zjawisko prześladowań nasila się zwłaszcza w Azji, która zaczyna doganiać Bliski Wschód i Afrykę. „Tym, co uderzyło nas w tym roku, jest sytuacja w Azji – mówił przy okazji publikacji badań dyrektor Michel Varton. – Szczególnie powrót nacjonalistycznego hinduizmu czy buddyzmu, które za cel obierają sobie mniejszości, głównie chrześcijan”.

Krajem, gdzie zanotowano największy wzrost prześladowań w 2017 r., były Indie. Choć już w 2016 r. wspięły się po raz pierwszy na wysoką 16. pozycję, rok później zajęły miejsce 11. Mimo że nie zmieściły się w pierwszej dziesiątce niechlubnego rankingu, ich znaczenie jest niebagatelne. Choćby dlatego że mieszka tam zdecydowanie więcej chrześcijan niż łącznie we wszystkich krajach zajmujących gorsze pozycje w zestawieniu. W najbardziej opresyjnych Korei Północnej, Afganistanie czy Pakistanie wyznawcy Chrystusa to niewielka mniejszość. Tymczasem, jak informuje Open Doors, 39 mln z 64 mln indyjskich chrześcijan „cierpi z powodu ciężkich prześladowań”. Według komentarza w filmie zamieszczonym na stronie organizacji: „Zarówno presja społeczna, jak i przemoc wobec chrześcijan rosną. Nacjonalistyczny rząd Indii nie reaguje, aby powstrzymać ataki radykalnych hindusów na chrześcijan”. Czy tak jest na pewno?

 

Chrześcijanie św. Tomasza

Trudno dociec, na jakiej podstawie Open Doors podaje liczbę 64 mln chrześcijan w Indiach. Według ostatniego spisu powszechnego z 2011 r. w kraju tym żyje nieco ponad 28 mln osób wierzących w Chrystusa, o 4 mln więcej niż w cenzusie z 2001 r. Czyni to ich trzecią największą grupą wyznaniową po hindusach i muzułmanach. Ich odsetek w społeczeństwie od lat utrzymuje się na podobnym poziomie ok. 2,3%. Chrześcijanie są skupieni głównie w północno-wschodniej części Indii, w południowych stanach Kerala, Tamilnadu i Goa oraz rozproszeni po głównych ośrodkach miejskich całego kraju. W 3 z 29 stanów indyjskich (Meghalayi, Nagalandzie, Mizoramie) stanowią większość. Chrześcijaństwo w Indiach jest przy tym tak różnorodne jak cała tkanka społeczna tego wieloreligijnego i wielokulturowego kraju. I tak stare jak sama religia.

Kiedy Portugalczycy dotarli do Indii pod koniec XV w. z misją nawracania pogan, ku swemu zdumieniu odkryli, że chrześcijanie byli tam już od dawna. Pierwsi mieli osiedlić się w południowych Indiach jeszcze w czasach apostołów. Wedle powtarzanego uparcie mitu tym, który przyniósł wiarę w Chrystusa już w 52 r. n.e., był św. Tomasz Apostoł. Jego grób można do dziś oglądać w katedrze w Ćennaj (daw. Madras). Niezależnie od prawdziwości tej legendy od pierwszych wieków naszej ery docierali tam duchowni, kupcy i podróżnicy z Bliskiego Wschodu, którzy tworzyli istniejące do dziś Kościoły obrządku wschodniego.

Druga fala rozprzestrzeniania się chrześcijaństwa wiąże się z okresem kolonialnym. Katoliccy Portugalczycy upodobali sobie szczególnie rejon Goa. Co ciekawe, ważną rolę odegrał w tym czasie Gaspar da Gama, Żyd z Poznania na służbie króla portugalskiego, przyjaciel Vasco da Gamy, a jednocześnie pierwszy Polak podróżujący po Indiach. Swoje misje w Indiach rozwijali w kolejnych latach jezuici (choćby Franciszek Ksawery), franciszkanie, dominikanie, wysłannicy władców francuskich, holenderskich czy hiszpańskich. Pod wpływem Europejczyków część lokalnych chrześcijan przyjęła zwierzchnictwo papieża. Tak powstały ważne do dziś Kościoły katolickie: syromalabarski i syromalankarski.

W kolejnych latach pałeczkę chrystianizacji przejęli misjonarze protestanccy – najpierw z Imperium Brytyjskiego czy Niemiec, a od XIX w. z USA. To dzięki ich działalności chrześcijaństwo zadomowiło się w stanach północnych. Biblia była pierwszą książką zapisaną w języku Nagów – wojowniczego plemienia łowców głów. Pod wpływem baptystów porzucili pogańskie rytuały, a włócznie zamienili na gitary, które są dziś nieodłącznym elementem nabożeństw. Swoje misje prowadził też nadal Kościół katolicki, którego współczesną najlepiej znaną twarzą jest św. Matka Teresa z Kalkuty (a tak naprawdę z Albanii). Wizyty papieża Jana Pawła II w Indiach w 1986 i 1999 r. gromadziły na uroczystościach setki tysięcy ludzi.

 

Zagrożenie nacjonalizmem
Założeniami ustrojowymi Indii są świeckość państwa i tolerancja religijna. Nie oznacza to jednak, tak jak w modelu francuskim, rugowania religii z przestrzeni publicznej, ale raczej danie wszystkim wyznawcom równych praw. Konstytucja gwarantuje w art. 25. „wolność sumienia i prawo każdego do wyznawania, praktykowania i propagowania religii”. Choć 80% mieszkańców Indii to hindusi, hinduizm nie pełni funkcji religii państwowej. Nauczanie religii w szkołach publicznych jest zakazane. Oficjalnym świętem i dniem wolnym od pracy są tak Boże Narodzenie i Wielkanoc, jak dzień urodzin Buddy, Guru Nanaka (założyciela sikhizmu) oraz kilka świąt muzułmańskich i hinduskich. Dyskryminacja ze względu na wyznanie jest zakazana. Nie bez powodu hasło Indii, podobnie zresztą jak Unii Europejskiej, to: „Jedność w różnorodności”.

Chrześcijaństwo jest jedną z sześciu religii (obok islamu, buddyzmu, sikhizmu, zoroastrianizmu i dżinizmu), które mają oficjalny status mniejszości, co daje m.in. dostęp do rządowych programów wsparcia. Przedstawiciele tych grup współtworzą Narodową Komisję ds. Mniejszości, która może np. prowadzić dochodzenia wyjaśniające przypadki dyskryminacji religijnej. Całością spraw związanych z różnymi denominacjami i obroną ich praw zajmuje się oddzielne Ministerstwo ds. Mniejszości. Jednocześnie 8 z 29 stanów indyjskich ogranicza możliwość zmiany wiary, zwłaszcza jeśli jest ona dokonywana pod wpływem „przymusu”, „zachęt” lub „oszustwa”. Przykładowo: za zmuszenie kogoś do konwersji w stanie Gudżarat można pójść do więzienia na trzy lata i zapłacić 50 tys. rupii (ok. 780 USD) grzywny, a w Himaczal Pradeś na dwa lata więzienia i / lub zapłacić 25 tys. rupii (390 USD).

Tyle zakłada teoria. W praktyce, jak w każdym kraju, znajdą się też tacy, którym wielokulturowość się nie podoba i którzy dążą do religijnej oraz etnicznej uniformizacji. W Indiach przybiera to szafranowy kolor ideologii hindutvy – hinduskości. Jej wyznawcy chcieliby „Indii dla hindusów”. Skupieni w radykalnych organizacjach, takich jak Narodowy Korpus Ochotników (Rashtriya Swayamsevak Sangh – RSS) czy Bajrang Dal, oskarżają zgromadzenia chrześcijańskie m.in. o masowe konwersje hindusów, co miałoby zagrażać tożsamości kraju. Przykładowo, organizują specjalne rytuały Ghar Wapsi, czyli „powrotu do domu” – rekonwersji na hinduizm, oraz kampanię Bahu Lao, Beti Bachao nawołującą hinduskich mężczyzn do poślubiania niehindusek, by przyciągnąć je do swojej wiary.

Na ideologię hindutva większą uwagę zwrócono w 2014 r., kiedy władzę w kraju przejęła Indyjska Partia Ludowa (Bharatiya Janata Party – BJP) powiązana z RSS. Od tego czasu presja na mniejszości rośnie. Potwierdza to siostra zakonna Maria, którą spotkałem w lutym 2018 r. w drodze z chrześcijańskiego Meghalaya do hinduskiego stanu Assam, gdzie pełniła posługę w miejscowym więzieniu. „Od kilku lat czujemy wzrost społecznej presji i trudniej się nam pracuje. Nie chodzi jednak o specjalną politykę rządu, ważniejsza jest zmiana atmosfery, która rozzuchwala młodzież o skrajnych poglądach do uprzykrzania nam pracy. Młodzi ludzie boją się do nas przychodzić. Religia jest jednak tylko pretekstem do załatwiania swoich spraw i konfliktów” – opowiadała.

W II poł. 2014 r. nastąpiła fala aktów wandalizmu i podpaleń kościołów w Delhi. Także w innych regionach kraju częściej zdarzają się ataki na świątynie, chrześcijańskie szpitale, szkoły czy parafie, zakłócenia nabożeństw oraz świąt. Czasem policja, zamiast aresztować sprawców, zatrzymuje chrześcijańskie ofiary pod zarzutem przeprowadzania konwersji. Tak było choćby w grudniu 2017 r., kiedy grupa nacjonalistów pobiła kolędników w mieście Aligarh, a policja zatrzymała kolędników pod zarzutem prozelityzmu, czyli dążenia do pozyskania nowych wyznawców. Na rosnące kłopoty, zwłaszcza ekonomiczne, wskazuje też ksiądz anglikański Talim sprawujący posługę w wiosce na południu protestanckiej Meghalayi: „Trudniej nam teraz materialnie. Zmiana prawa o otrzymywaniu finansowania z zagranicy komplikuje gromadzenie środków”.

Istotnie od 2010 r. w Indiach obowiązuje specjalna ustawa regulująca otrzymywanie datków z zagranicy. Zabrania tego typu finansowania na działania uznane za „szkodzące interesowi narodowemu”. Ograniczenie dostępu do zagranicznego źródła kapitału w 2017 r. zmusiło do zakończenia działalności w Indiach jedną z większych organizacji chrześcijańskich: Compassion International, która była oskarżana o dokonywanie konwersji na chrześcijaństwo. Prawo to nie zostało jednak wprowadzone, by specjalnie uderzyć w instytucje religijne, ale by ograniczyć finansowanie międzynarodowych NGO-sów ekologicznych (np. Greenpeace’u) i broniących praw człowieka, których działalność hamowała strategiczne inwestycje.

 

Reakcje władz
Choć mowa nienawiści zdarza się w przypadku lokalnych polityków czy aktywistów BJP, premier Indii Narendra Modi jest świadom, że napięcia oraz walki wewnętrzne rozpętałyby machinę zbrodni i zatrzymały szybki rozwój gospodarki, czyli jego priorytet. Obawia się, że informacje o przemocy wobec chrześcijan negatywnie wpływają na wizerunek międzynarodowy kraju, co z kolei może przełożyć się na mniejsze inwestycje, rzadsze przyjazdy turystów czy sankcje gospodarcze. Nie chce też tłumaczyć się przed zagranicznymi partnerami.

Na ryzyko, jakie niesie dla Indii nietolerancja religijna, zwracał uwagę m.in. Barack Obama podczas wizyty w tym kraju w styczniu 2015 r.

Niedawno szkocki poseł do brytyjskiej Izby Gmin wskazywał w debacie parlamentarnej na dyskryminację chrześcijan i sikhów w Indiach, wzywał również premier Theresę May do podniesienia tej kwestii w obecności premiera Narendry Modiego w Londynie na Szczycie Państw Brytyjskiej Wspólnoty Narodów w kwietniu 2018 r. Choć pani premier ostatecznie nie podjęła tematu, nie chcąc drażnić ważnego partnera Wielkiej Brytanii, niezwykle wrażliwe na zagraniczną krytykę Indie coraz częściej stają pod pręgierzem międzynarodowej opinii. Za wzrost przemocy międzyreligijnej krytykują je m.in. Amnesty International, Human Rights Watch czy Departament Stanu USA. Ten ostatni w raporcie za 2017 r. potwierdza, „że religijne mniejszości czują się coraz mniej bezpiecznie w konfrontacji z hinduskimi grupami nacjonalistycznymi angażującymi się w przemoc wobec niehindusów i ich miejsc kultu”.

Wbrew opiniom krytyków, Modi wielokrotnie potępiał ataki na mniejszości religijne czy etniczne. Po raz pierwszy zabrał głos w tej sprawie w lutym 2015 r. na uroczystości Kościoła syromalabarskiego poświęconej ich dwóm świętym. Zapewniał m.in., że jego „rząd nie pozwoli żadnej grupie religijnej, większościowej czy mniejszościowej na wzniecanie nienawiści wobec innych grup”, i bronił wolności religijnej, przypominając słowa indyjskiego filozofa Swamiego Vivekanandy: „Wierzymy nie tylko w uniwersalną tolerancję, ale też uznajemy wszystkie religie za prawdziwe”. W 2016 r. dwukrotnie potępił ataki radykałów hinduistycznych na dyskryminowaną społeczność Dalitów, z których wielu przechodzi na chrześcijaństwo. Dwudziestego marca 2018 r. spotkał się z katolickim kard. Garcią i zapewniał, że „jest premierem wszystkich Indusów, niezależnie od wyznania i wiary”, i podejmie działania, jeśli dowie się o przypadkach ataków na mniejszości. Według „Times of India” pozytywnie odniósł się też do propozycji wizyty papieża Franciszka w Indiach.

Skala prześladowań Open Doors podaje, że w aktach przemocy wobec chrześcijanom na całym świecie w 2016 r. zginęło ok. 1170 ludzi. Ile z tych zbrodni przypada na Indie? Z ostatniego raportu wynika, że „przynajmniej 8 chrześcijan zabito z powodu wiary i co najmniej 50 kościołów (domowych) zostało zaatakowanych i zniszczonych, natomiast w rejonie Goa zniszczono ponad 100 grobów”. Z kolei Departament Stanu USA podaje źródła protestanckie, według których w 2017 r. „doszło do ponad 351 przypadków przemocy wobec chrześcijan i kościołów, w porównaniu do 300 w 2016 r. i 177 w 2015 r.”. Według przytaczanych w raporcie źródeł katolickich takich ataków było 736 w 2017 r. i 348 w 2016 r. Choć każdy z nich budzi oburzenie i powinien być potępiony, warto odnieść dane do skali kraju. W Indiach żyje ponad 1,3 mld ludzi, a przemoc motywowana politycznie, społecznie czy ekonomicznie jest na porządku dziennym. Raport Ministerstwa Spraw Wewnętrznych wskazuje, że tylko w 2015 r. odnotowano 751 konfliktów między grupami religijnymi, które doprowadziły do śmierci 97 osób, a 2264 w ich wyniku zostało rannych. Często trudno w praktyce orzec też, co było rzeczywistym powodem konfliktu. Zdarza się bowiem, że za napięciami międzyreligijnymi stoją w istocie rywalizacja o ziemię, dostęp do specjalnych benefitów rządowych czy zwykłe spory sąsiedzkie.

Najpoważniejszy przypadek ataków na chrześcijan miał miejsce w 2008 r. w stanie Orisa. Według międzynarodowej organizacji z siedzibą w USA Głos Prześladowanych Chrześcijan w atakach hinduistycznych ekstremistów „120 chrześcijan zostało zabitych, a ok. 52 tys. straciło swe domy. Zniszczono także setki kościołów”. Na szczęście ostatnim aktom przemocy daleko do tak poważnego kryzysu. To z reguły odosobnione przypadki, a ich skala nie wskazuje na masowe i zaplanowane działania.

Dla oceny „prześladowań” kluczowe jest przypomnienie definicji przyjętej przez Open Doors. Według organizacji prześladowania to nie tylko zabójstwa czy tortury, ale też sytuacje, „gdy chrześcijanie z powodu swojej wiary tracą miejsca pracy lub środki na utrzymanie; kiedy dzieci z powodu swojej wiary lub wiary rodziców nie mogą dostać się do szkół lub mają ograniczone szanse zdobycia wykształcenia; kiedy chrześcijanie z powodu presji otoczenia lub w obawie o swoje życie muszą opuścić rodzinne strony”.

Czy chrześcijanie w Indiach spełniają zatem te kryteria? Raczej nie. Choć bywają obiektem ataków opisanych powyżej, z pewnością nie należą do grup wykluczonych społecznie, ekonomicznie czy kulturowo. W rzeczywistości stanowią jedną z najlepiej wykształconych, najzamożniejszych i najbardziej wpływowych społeczności w kraju. Pod względem wykształcenia ustępują jedynie małej grupie dżinistów, a jeśli chodzi o bogactwo – społeczności sikhów. Rządowe badania zamożności różnych grup religijnych opublikowane w 2013 r. (sondaż przeprowadzony przez National Sample Survey Organisation – NSSO) pokazały, że średnie wydatki dzienne na osobę wśród chrześcijan to 51,43 rupii, prawie dwa razy więcej niż w przypadku muzułmanów (32,66 rupii) czy hindusów (37,50 rupii) i niewiele mniej od sikhów (55,30 rupii). To stany chrześcijańskie, jak Nagaland czy Kerala, całkowicie rozwiązały problem analfabetyzmu, który dotyczy średnio 25% mieszkańców Indii. Szkoły prowadzone przez misjonarzy należą do najlepszych i najbardziej prestiżowych. Jakość edukacji obok działalności charytatywnej przyciąga do kościołów wielu nowych członków, a co za tym idzie, sprowadza oskarżenia o „nakłanianie” do konwersji.

Chrześcijanie zajmują wysokie pozycje w administracji, biznesie i kulturze, są wśród popularnych gwiazd Bollywood, sportowców i polityków.

Wystarczy wspomnieć, że najsilniejszą osobą w państwie w latach 2004–2014 była chrześcijanka pochodząca z Włoch – Sonia Gandhi, szefowa rządzącej partii Kongresu Narodowego i wdowa po premierze Rajivie Gandhim. Kościoły są ciągle budowane i otwierane. W zacofanym gospodarczo Nagalandzie stanowią w zasadzie jedyne nowo powstające obiekty. Otwarty w 1986 r. kościół katolicki w Kohimie, stolicy stanu, jest drugim co do wielkości w Azji. Konferencja Biskupów Katolickich Indii jest największą tego typu instytucją w Azji pod względem liczby biskupów i czwartą na świecie. Niewykluczone, że w nieodległej przyszłości papieżem zostanie Indus.

 

Najbardziej prześladowana grupa
Przykład Indii pokazuje, wbrew temu, co twierdzi Open Doors, że to niekoniecznie chrześcijanie są najbardziej prześladowaną grupą religijną na świecie. Raczej padają postronną ofiarą innej konfrontacji międzyreligijnej. To bowiem głównie muzułmanie są na celowniku hinduskich radykałów. W nich też wymierzone są zmiany w prawie zaostrzające sankcje za zabijanie krów (w hinduizmie świętych) czy nawet sam handel wołowiną. Tylko w 2017 r. z rąk tzw. obrońców krów (członków radykalnych organizacji hinduskich) zginęło dziesięć osób, głównie muzułmanów. Oskarżenie o „dżihad miłości”, według którego muzułmanie mają poślubiać hinduski, żeby te dokonały konwersji na islam, rozpalają do czerwoności szafranowych ekstremistów. W zamieszkach antymuzułmańskich w Gudżaracie w 2002 r. zginęło ponad tysiąc osób, podobnie jak dziesięć lat wcześniej w Mumbaju. Według rządowego tzw. raportu Sachara z 2006 r. muzułmanie są też najbardziej dyskryminowaną społecznie i ekonomicznie grupą religijną w Indiach. Badania NSSO potwierdziły, że należą do najbiedniejszych, a średnie wydatki rodziny muzułmańskiej stanowią nieco ponad połowę budżetu rodzin chrześcijańskich.

Indie nie są tutaj odosobnionym przypadkiem. Jeśli liczyć jedynie ofiary zamachów terrorystycznych na świecie, szybko okaże się, że najwięcej ofiar ponoszą wyznawcy islamu. Giną nie tylko z rąk ekstremistycznych muzułmanów, ale też przedstawicieli innych religii. Najgłośniejszym przykładem z ostatnich miesięcy jest exodus ok. 700 tys. przedstawicieli muzułmańskiej mniejszości Rohindża z Mjanmy do Bangladeszu. W pogromach urządzanych przez buddyjskich cywilów i wojsko zginąć mogło nawet kilka tysięcy muzułmanów, a zamieszkane przez nich wioski spalono.

Tylko w tym jednym przypadku zginęło zatem więcej muzułmanów niż chrześcijan na całym świecie w 2017 r. To pokazuje też, że rywalizacja o bycie najbardziej prześladowaną grupą religijną nie ma po prostu sensu. Prawdopodobnie nie da się tego dziwnego konkursu definitywnie rozstrzygnąć. Jego wynik może zmieniać się z roku na rok i w zależności od regionu. Członkowie jednej religii mogą być w jednej sytuacji sprawcami przemocy, w innej bywają ofiarami. Ostatecznie religia najczęściej nie jest powodem ataków, lecz przykrywką i potężnym narzędziem do osiągnięcia innych celów politycznych czy ekonomicznych.

W ocenie dyskryminacji chrześcijan warto trzymać się faktów i brać pod uwagę ich skalę oraz lokalne uwarunkowania. Trzeba pamiętać, że czasem informacje o prześladowaniach są zamierzonym działaniem socjotechnicznym poszczególnych organizacji czy polityków, które ma utwierdzić nas w przekonaniu o wojnie religijnej toczonej przeciw zachodniej cywilizacji.

Chociaż w Indiach chrześcijanie odczuwają coraz większą presję ze strony radykałów hinduskich i ich sytuacja robi się faktycznie trudna, jest za wcześnie, by bić na alarm. Przykład ten potwierdza raczej szerszą obserwację: że największym zagrożeniem dla każdej mniejszości jest nacjonalizm, a także przyzwolenie na mowę nienawiści i niesprawność instytucji powołanych do obrony praw mniejszości. Wypada liczyć, że Indie, ufundowane na idei tolerancji i pokojowego współistnienia, wkrótce skorygują niebezpieczny kurs. Jednak ich doświadczenia warto dokładniej śledzić w Europie, która sama ma rosnący problem z zarządzaniem wielokulturowością.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter