70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Krzysztof Mystkowski/KFP/Reporter, oprac.: Tymoteusz Piotrowski

Przekład nie jest kopią

Przekład nie jest tożsamy z oryginałem i nigdy nie będzie idealnie przylegał do tekstu wyjściowego. Nie jest jego kopią, lecz interpretacją, podobnie jak interpretacją jest gra na instrumentach, odtwarzająca partyturę Wariacji Goldbergowskich Bacha czy symfonii Mahlera, albo też jak odegranie roli z Mizantropa czy Króla Leara.

W przypadku odtwarzania dzieł muzycznych czy teatralnych nigdy nie podważa się sensowności kolejnych wykonań. W przypadku kolejnych przekładów znanych dzieł taka pokusa istnieje. A przecież to zajęcia pokrewne, odtwórcze.

Istnieje na przykład 14 przekładów Alicji w Krainie Czarów, i nie zniechęciło to Grzegorza Wasowskiego do zaproponowania własnej, jak pisze: „niewiernej”, za to wersji brawurowej. To jedna z tych książek, które domagają się gimnastyki językowej i pomysłowości. Podobnie też jest z Szekspirem, i mnogość przekładów jest bogactwem, z jakiego może korzystać reżyser, który sam zadecyduje, czy do inscenizacji wybrać wersję Paszkowskiego, Słomczyńskiego czy Barańczaka. Ponowione przekłady pomagają odczytywać teksty na nowo, zwłaszcza te tłumaczone dawno, nie mówiąc już o tym, że zapewniają tym samym nowe życie książkom, które znów budzą zainteresowanie krytyków i publiczności. Prawdą jest i to, że język się starzeje, i utwory tłumaczone np. w manierze młodopolskiej są dzisiaj mało strawne. Podobnie jest w filmach kostiumowych opowiadających o wydarzeniach historycznych, toteż w obrazie o Kleopatrze i Antoniuszu dostrzegamy raczej styl myślenia, obyczajów i mody epoki, w której powstał. Zdarza się, że przekład dzieła należącego do historii literatury jest tak udany, poprzeczka tak wysoko ustawiona, że nie ma następcy, który by podjął wyzwanie. Myślę tu o Gargantui i Pantagruelu Rabelais’go, czy o Wielkim testamencie Vil lona w wersji Boya-Żeleńskiego. Ale już Myśli Pascala w wykonaniu Boya zawierają tak dużo braków, usterek i niezrozumienia tekstu, że nowy przekład wydaje się pożądany.

Każdy nowy przekład jest ryzykiem, rezultat nie jest gwarantowany, czasami okazuje się, że przekład wcześniejszy brzmi znacznie lepiej; warto też pamiętać, że kolejne tłumaczenie nie unieważnia ani nie wyklucza poprzedniego czy poprzednich, lecz z nimi współistnieje, a wybór będzie należał do odbiorcy.

 

*

W przypadku Rękopisu znalezionego w Saragossie Jana Potockiego istnieją okoliczności, które wręcz domagały się nowego przekładu. Wersja sygnowana nazwiskiem Edmunda Chojeckiego z roku 1847 tak mocno wrosła w polskie piśmiennictwo, że część czytelników nawet nie wie lub nie pamięta, że powieść powstała w języku francuskim, ponieważ jej autor nie znał języka polskiego. Ponadto oryginał, który posłużył za podstawę przekładu, zaginął zaraz po ukazaniu się polskiej wersji, i nie zachowało się żadne materialne świadectwo pracy tłumacza. Ale kłopot polega na tym, że Potocki nigdy nie wydał pełnej i ostatecznej wersji powieści. Zachowała się wyłącznie anonimowa, choć autoryzowana edycja petersburska pierwszych 13 dni z roku 1805, która wypłynęła jednak późno, a także dwa tomy wydane przez księgarza Gide’a w latach 1813–1814, które spreparował on na podstawie pierwszych czterech dekameronów, otrzymanych od Potockiego. Polski przekład stał się następnie podstawą niemieckiego wydania, a także edycji Radrizzaniego z roku 1989. Wcześniej, w 1958 r., Roger Caillois wznowił fragmenty Rękopisu… według edycji Gide’a, wydobywając powieść z zapomnienia, ale też generując szereg interpretacji, które błędnie sytuują ją w nurcie powieści fantastycznej. To sprawiło, że Rękopis… miał we Francji reputację dzieła po części apokryficznego. Sytuacja zmieniła się dopiero w roku 2002, kiedy dwaj badacze jego życia i twórczości, François Rosset i Dominique Triaire, odkryli w zbiorze jarocińskim zdeponowanym w Archiwum Państwowym w Poznaniu brakujące ogniwa, sześć dokumentów, które pozwoliły odtworzyć genezę powieści. Według ich rozpoznania istnieją dwie równoprawne wersje powieści, które roboczo nazwali wersją 1804 oraz 1810, nie licząc trzeciej, ponieważ Potocki zaczął pracować nad swoją powieścią w roku 1794, a następnie porzucił ją po napisaniu 200 stron. Zaraz po powrocie z Chin, w roku 1805, zaczął przerabiać piąty dekameron, a następnie zmienił konspekt utworu. Zrezygnował z rozbudowanej konstrukcji szkatułkowej, z barokowego zagmatwania wątków na rzecz struktury bardziej linearnej. Wersja z 1810 r. jest utrzymana w tonacji już nie tak lekkiej i swawolnej, za to w przeciwieństwie do wersji z 1804 r. jest powieścią dokończoną i ma 61 dni.

Przekład Chojeckiego, jakkolwiek sprawny i zakotwiczony w polskim piśmiennictwie, znacząco odbiega od tonacji oryginału. Odznacza się bogactwem językowym, giętkim stylem, barwnością i zmysłowością opisów. Od lat uważamy to za siłę stylu Potockiego, tymczasem jest to w dużej mierze styl jego tłumacza. Czyta się go znakomicie jako dzieło suwerenne, dopóki nie weźmiemy do ręki oryginałów. Wychodzą wtedy na jaw wszelkie nieścisłości, przekłamania, dopiski i amputacje. Dotyczą one zwłaszcza scen erotycznych, zresztą w oryginale dosyć niewinnych, oraz charakterystyki postaci kobiecych. Pod piórem tłumacza opisy te znacznie odbiegają od rejestru językowego i tonacji oryginału. Pojawiają się nieobecne u Potockiego „śnieżne ramiona”, „alabastrowe rączki” czy „lube szczebiotania”. Znikają też równie gorszące rekwizyty jak „pas cnoty” czy „kłódka”, nie ma też mowy o „sztuce miłosnej” czy „bratanicach libertyńskich księży”. Istotne są także różnice dotyczące stylu. Chojecki miał wprawdzie świadomość obranej przez Potockiego konwencji, teatralizacji zapisu, wszechobecnej ironii, ale posłużył się arsenałem środków dosyć obcych frazie Potockiego. Potocki pisze językiem oświeceniowym, zwięzłym, wręcz ascetycznym. Francuski to język intelektualny, zracjonalizowany, precyzyjnie wypowiadający myśli, polski jest z pewnością bardziej obrazowy, ale bywa niezdyscyplinowany, a język polski w tamtej epoce był mniej intelektualnie nośny, mniej w tej mierze rozwinięty niż francuski. Warto jednak pamiętać, że bez pracy Chojeckiego dzieło Potockiego popadłoby w zapomnienie. Podobnie też warto pamiętać, że w Polsce są w obiegu trzy wersje jego przekładu: oryginalna z roku 1847, z poprawkami Lorentowicza z roku 1917 oraz pod redakcją Leszka Kukulskiego z roku 1956, i te edycje mocno się między sobą różnią.

Długo zastanawiałam się nad kształtem językowym, jaki mógłby przybrać dzisiaj Rękopis…. Potocki nie jest naszym współczesnym, ale szereg użytych przez niego rozwiązań stylistycznych i językowych brzmi bardzo nowocześnie, a też i to, co ma nam do powiedzenia, zasługuje na uwagę. Zrezygnowałam zatem ze stylizacji, z historycznej maski, tym bardziej że wersja Chojeckiego zaspokaja taką potrzebę, ale też wybrałam rozwiązanie kompromisowe, starając się respektować realia epoki. Przekład pozycji należącej do klasyki powinien być wypadkową wiedzy o dawnej literaturze i umiejętności odczytania utworu zgodnie z wrażliwością dzisiejszego czytelnika.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter