70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Pod podszewką wojennego piekła

Herr jest świadomy toksycznego napięcia między potrzebą pisania prawdy a niemocą jej odnalezienia.

Wojna w Wietnamie jest prawdopodobnie najbardziej przetworzonym przez popkulturę zorganizowanym konfliktem zbrojnym. Nietrudno znaleźć przyczyny tej dominacji (lata 60. były wszak czasem rozkwitu amerykańskiej sceny muzycznej, a dekadę lub dwie później po doświadczenia tych, którzy przeżyli, sięgnęła hollywoodzka maszyna), ale nie one są tutaj najistotniejsze. Prawdziwie istotne wydają mi się bowiem mechanizmy przekształcania wojennej rzeczywistości. Wszyscy potrafimy wydobyć z pamięci zdjęcia helikopterów lądujących w ogniu. Nierzadko towarzyszy im Cwał Walkirii Wagnera (za sprawą Czasu Apokalipsy Francisa Forda Coppoli) lub psychodeliczny rock końcówki lat 60. Powtarzalność stałych motywów daje nam iluzoryczne przekonanie, że „wiemy, jak tam było”. I właśnie na to udeptane (przez obejrzane filmy i przeczytane świadectwa) pole wkracza książka Michaela Herra – opowieść nie tylko o Wietnamie, ale przede wszystkim o napięciu, jakie towarzyszy triadzie prawda – relacja – reprezentacja. Herr asystował amerykańskim żołnierzom w Wietnamie przez 2 lata (1967–1969). Był jednym z wielu korespondentów wojennych – swoim kolegom po fachu poświęca zresztą osobny rozdział. W pracy rzadko pozwalał sobie na odpoczynek od frontu. „Byłem tam po to, żeby patrzeć” (s. 26). W jego przypadku „patrzenie” było w pełni tożsame z uczestnictwem. To, co widziane (dziesiątki trupów przykrytych niedbale plastikowymi workami), koegzystuje w Depeszach na równych prawach z tym, co zasłyszane (cytaty), i z tym, co wyobrażone (sny, zwidy, delirium). Finalnie tworzy narrację transową, somnambuliczną, ale niepozbawioną pogłębionej refleksji dotyczącej wojny jako zjawiska i wojny jako żywiołu.

W Depeszach na poziomie podstawowym tzw. prawda o wojnie uzależniona jest dosłownie od zajmowanego w tym uniwersum miejsca. Łatwo się domyślić, że piekło, w którym jara się na potęgę, śni koszmary i umiera z łatwością, usytuowane jest w dżungli lub na wzgórzach – to pozycja piechoty i marines – zawsze gotowych na kolejny ostrzał. Inny Wietnam znają generałowie gotowi z uśmiechem na ustach powiedzieć, że w miejscu krwawych walk – Khe Sanh – „codziennie o dziesiątej rano świeci słońce” (s. 174). Ich Wietnam pełen jest egzotycznych knajp, luksusowego alkoholu i lokalnych kobiet gotowych sypiać z przyjacielem i wrogiem. Jeszcze inną wojnę poznają Amerykanie czytający relacje w prasie. Często pisane znad szklaneczki whisky pitej w hotelowym barze. Innym razem wysyłane z epicentrum frontowego piekła. Te trzy obrazy wojny są oczywiście jednymi z wielu. Tym bardziej znamienne, że przepaść między nimi jest tak ogromna. Herr jest świadomy toksycznego napięcia między potrzebą pisania prawdy a niemocą jej odnalezienia. Fałsz wynikający z wielości niemożliwych do pogodzenia perspektyw stara się demaskować w dwójnasób: po prostu opisując sytuacje wyjątkowo absurdalne (jak konferencja prasowa, podczas której dowództwo jawnie zbagatelizowało wszelkie zagrożenia) oraz używając metaforyki podkreślającej sztuczność wielu elementów przedstawianego świata (np. „Całą gębę już miał pomazaną na te nocne zwiady i wyglądał jak zły sen, zupełnie co innego niż te pomalowane buźki, które ledwie parę tygodni wcześniej widziałem w San Francisco, na drugim krańcu tego samego teatru” [s. 11]).

Kluczowa dla tematu reprezentacji jest scena z rozdziału Koledzy, w której do reporterów podchodzi marine, by pokazać im album z własnoręcznie wykonanymi zdjęciami. Duma żołnierza przekonanego o wyjątkowości zebranych w teczce „pamiątek” została skonfrontowana z wiedzą i dystansem Herra, który, przerzucając beznamiętnie fotografie, myśli: „takich albumów w Wietnamie były setki, tysiące, a we wszystkich właściwie to samo” (s. 231). Co więcej, to właśnie te powielane w nieskończoność przez samych żołnierzy obrazy kształtować będą pamięć o wojnie wietnamskiej. Tysiące zdjęć przedstawiających, jak pisze Herr, młodych chłopców z zapalniczkami Zippo, trzymających odciętą głowę „żółtka”, wlekących po ziemi jeńca z Wietkongu czy pozujących przy stercie trupów, zbudują później rezerwuar potwornych, choć oswojonych „pocztówek” z czasów wojny.

Jak zatem jeszcze Herr unika w Depeszach powielania tworzących się przecież już w trakcie wojennych działań stereotypów? Pierwszym sposobem jest oddanie głosu tym, których zdanie nie miało wpływu na kształt konfliktu i nie przenikało też w żaden sposób do publicznego dyskursu – prostym chłopcom z karabinami na plechach. Ich reakcje na kolejne rozkazy czy konstatacje dotyczące ówczesnej sytuacji, mimo wulgarności czy niedbałości językowej, porażają przenikliwością, której nie sposób szukać w wypowiedziach dowództwa. „Człowieku, to jest wszystko jakaś ściema. Jesteśmy tu po to, żeby rozwalać żółtków. Koniec, kropka” (s. 26). Widoczny brak poczucia wyższego celu towarzyszy zresztą wielu, przytaczanym w książce, wypowiedziom amerykańskich żołnierzy niższego szczebla. Drugi sposób można chyba określić najprościej jako połączenie naturalistycznego opisu z zaskakującą metaforyką. Nietypowy mariaż bardzo dobrze ilustruje poniższy cytat: „Cuchnęło: odór moczu, prehistorycznego potu i gnijącego żarcia, fetor spleśniałego płótna i »brudu osobistego«, a do tego mieszanina innych zapachów, które spotykają się tylko w strefie walk. Wielu z nas wierzyło, że zmęczenie i strach też mają swoją woń, tak jak niektóre sny” (s. 151).

Trzeci wreszcie polega na silnej metaforyzacji wojennej rzeczywistości. Herr, dzięki gęstemu stosowaniu metafory, odbiera czytelnikowi możliwość płaskiego czytania Depesz wyłącznie jako sprawozdania wojennego. Przy czym metafora nie pełni tu wyłącznie funkcji ornamentu. Często jest jedynym możliwym nośnikiem informacji – pozwala nazwać stany najtrudniejsze: paraliżujący lęk, traumatyczne momenty szczególnej bliskości śmierci itp. Między innymi dzięki metaforze mamy w Depeszach do czynienia z tekstem, który nie aspiruje do imitowania frontowego doświadczenia (autor z góry zakłada, że to przedsięwzięcie niemożliwe). Można jednak myśleć o nim jako o reprezentacji, pod warunkiem że będzie to reprezentacja w rozumieniu Markowskiego[1]: mająca zdolność kreacji oraz interpretacji opisywanej rzeczywistości.

Obok refleksji dotyczącej sposobów opisywania i przedstawiania wojny sporo też w Depeszach rozpoznań stricte pokoleniowych. Choć błyskawicznie starzejący się chłopcy („Miał twarz, którą widziałem chyba z tysiąc razy w stu różnych obozach i bazach, twarz, z której uszła cała młodość” [s. 22]) pochodzą z różnych środowisk i odebrali lepsze lub (częściej) gorsze wykształcenie, łatwo znaleźć przestrzenie wspólne i ważne dla nich wszystkich. To bez wątpienia muzyka ze Stonesami i Dylanem na pierwszym planie. Teksty rockowych piosenek mieszają się z wersami modlitwy i hasłami bojowymi wypisanymi na hełmach czy kamizelkach. Herr przeprowadza zresztą (zaskakującą na pierwszy rzut oka) analogię między „weteranami wojny” i „weteranami rock & rolla” (s. 299). Niezwykłą umiejętność syntetycznego myślenia potwierdza tezą: „tyle było ofiar lat sześćdziesiątych, wojna tej dekady i jej muzyka od tak dawna czerpały energię z tego samego obwodu, że nawet nie trzeba ich było scalać” (s. 299). Kolejnym wspólnototwórczym elementem było histeryczne poszukiwanie amuletów, relikwii, talizmanów mających gwarantować ocalenie przed pociskiem. W ujęciu reportażysty zjawisko nabiera rangi nowej religijności, paradoksalnie, przypominającej wierzenia sprzed wieków: zakorzenione w konkrecie, często naiwne, ale wyjątkowo żarliwe.

W kilku zdaniach (a czasem nawet słowach) Herr porusza kwestie nader istotne: bezcelowość konfliktu wietnamskiego, uzależnienie żołnierzy od używek, subiektywne i zbiorowe poczucie przynależności i, wbrew wszelkiej logice, wspaniałości wojennego doświadczenia. I na tym właśnie w moim odczuciu polega niezwykłość tego tekstu: z jednej strony dystansującego się od ambicji pokazania, „jak było naprawdę”, z drugiej zaś – nieznośnie zbliżającego się do prawdy o wojnie w Wietnamie. Jeśli tylko chcemy wierzyć, że takowa istnieje.

 

[1] Zob. M.P. Markowski, O reprezentacji, w: Kulturowa teoria literatury. Główne pojęcia i problemy,

red. M.P. Markowski, R. Nycz, Kraków 2006, s. 316–330.

_

Michael Herr

Depesze

tłum. Krzysztof Majer

Wydawnictwo Karakter, Kraków 2016, s. 304

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata