70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Twórca ze szkoły Albrechta Durera, "Hiob siedzący na gnoju", 1509 r. / fot. Rijksmuseum

Ludzka miara cierpienia

Być może nasze rozumienie Boga jest błędne u samych założeń? Może mylimy się, przypisując Mu w naturalnym odruchu cechy, których sami nie posiadamy: wszechmoc, wszechwiedzę, doskonałość? Może ciąży nad naszą wyobraźnią grecka z ducha, tyleż przekonująca, co fałszywa, myśl o tym, że Bóg musi być nieskończony, musi być pełnią.

Historię tę znam w dwóch wariantach i obydwa uważam za równie wstrząsające. Na pierwszy natrafiłem u George’a Steinera w jego opublikowanym wiele lat temu na łamach „Encountera” eseju Postscriptum do tragedii. Źródeł drugiego nie jestem w stanie ustalić, ale z pewnością go nie wymyśliłem. A oto sama historia i jej przeciwstawne warianty. II wojna światowa. Niemcy trzymają starego Żyda oraz jego dzieci. Wyjmują zwój Tory i każą, żeby nań napluł – inaczej zabiją potomstwo. W pierwszym wariancie Żyd pluje na świętą księgę – tak długo, aż zabraknie mu śliny w ustach. Bezcześci swojego Boga, ale ocala dzieci. W wariancie drugim zbiera się z całych sił, aby to zrobić, ale dokonanie bluźnierstwa przekracza jego duchowe i fizyczne możliwości. Na jego oczach Niemcy rozstrzeliwują mu dzieci, jedno po drugim.

Tradycyjnie rozumiana etyka stawia w takich sytuacjach pytanie: kto postąpił dobrze, a kto źle? Czy lepiej jest podeptać swoją największą świętość, ale ocalić bliskich? Czy może zachować duszę, nawet za cenę ich śmierci? Mam mocne wewnętrzne przekonanie, że tego rodzaju pytania nie świadczą dobrze o tradycyjnie pojmowanej etyce. Poza pytaniem o dobro i zło jest bowiem jeszcze pytanie o ludzką miarę cierpienia – oraz o punkt, w którym zostaje ona przekroczona. Do sytuacji skrajnych nakazy normalnie obowiązującej moralności nie mają zastosowania. Kto się w niej znalazł, jest w położeniu nieludzkim również dlatego, że został zwolniony z moralnej odpowiedzialności za swoje czyny. Cokolwiek zrobi – podpowiadają mi zarówno serce, jak i rozum – będzie usprawiedliwiony. Obaj wspomniani Żydzi – zarówno ten, który opluwa Torę, jak i ten, który tego nie czyni – są moim zdaniem niewinni. Ba!, są święci. Na temat ich postępowania nie można wydać żadnego sądu. Możemy tylko płakać i wyć razem z nimi. Wszystko inne jest nadużyciem.

Ten właśnie temat stanowi główną oś Księgi Hioba. To on jest przyczyną jej nieustającej aktualności oraz poznawczego skandalu, jaki nieuchronnie wywołuje, tak wśród ateistów, jak i (zwłaszcza) wśród wierzących. Bo przecież, jak w swojej wydanej niedawno książce Wieczny Hiob zauważa Paweł Śpiewak, „nikt wcześniej w Biblii nie przedstawił Boga w taki sposób”. To tam „po raz pierwszy pojawia się obraz Boga jako jawnego wroga człowieka, znęcającego się nad swoją ofiarą i drwiącego z niej. Przedstawia się Go jako bezpośrednio uwikłanego w zadawanie bólu i ran, boleśniej i głębiej niż ktokolwiek inny. Obraz ten jest tak radykalny, tak potworny, że nie mógł się mieścić w głowach przyjaciół Hioba i zapewne nie mieści się też w naszych” (s. 75–76).

Hiob przypomina wbity w ludzkie ciało cierń. Jego doświadczenie dotyka nas do samego szpiku, nie pozwala zasnąć. Wszystkie teodycee, cała wiara w rozum i jego zdolność trzeźwego przyswajania rzeczywistości rozsypują się, gdy tylko zastanowimy się nieco głębiej nad losem Hioba. Jest tak zwłaszcza dzisiaj, na początku XXI w.

*

Czy Hiob istniał? Czy żył kiedyś człowiek o takim imieniu i czy faktycznie spotkał go opisany w Księdze los? To pozytywistyczne z ducha pytanie nie wydaje mi się rozsądne. Bez względu na to, jakiej udzielimy na nie odpowiedzi, niczego ona realnie nie zmienia. „Był człowiek, który poznał do głębi cierpienie. Jeśli tak zacznie się opowieść, to był naprawdę. Jest naprawdę. Cierpienia pełno jest na świecie, pełno dookoła nas. Więc nie tylko był naprawdę – był samą prawdą” (s. 10). Tak pisała Anna Kamieńska, poetka i matka Śpiewaka, przywoływana zresztą przez syna w omawianej książce. A zatem był człowiek, o którego postępowanie założyli się Bóg z Demonem. Pierwszy wierzył w jego duszę; drugi namawiał, aby poddać ją próbie. Bóg dał się skusić. Wkrótce więc Hiob stracił cały majątek, wszystkie jego dzieci umarły, a on sam zachorował na trąd. „Jak teraz ma się Twoja wiara?” – pytał (pyta) Diabeł, chichocząc.

Wiara Hioba, choć tak mocna, szuka rozumienia. Wszystkie dawne sposoby tłumaczenia Bożych działań – lub zaniechań – okazują się jednak w jego przypadku zawodne. Jak twierdzi Mojżesz Majmonides, „przyjaciele Hioba i on sam są wyrazicielami odmiennych stanowisk filozoficznych. Elifaz wybiera prawo i twierdzi, że Hiob został ukarany za swoje grzechy. Zachowuje tradycyjne przekonanie, powiadając, że sami zapracowujemy na cierpienie złymi postępkami. Wina jest tylko po naszej stronie. Jesteśmy słusznie i dobrze karani. Bildat z kolei mówi, że cierpienia Hioba są sprawdzianem jego charakteru i wiary. W ten oto sposób dostaje szansę pozyskania większej nagrody w przyszłym świecie. A nic nie jest tak ważne jak życie pośmiertne i czekające nas radości u kresu czasu. Zofar mówi: cierpienie jest skutkiem arbitralnej, nieprzewidywalnej woli Boga i nie ma po co zastanawiać się nad jego sensem. Pan dał, Pan wziął. Tylko On wie, dlaczego tak czyni. Z kolei sam Hiob – powiada Majmonides – bliski jest arystotelikom, przyjmując, że istnieje coś takiego jak ogólne przeznaczenie gatunków, ale nie sposób mówić o przeznaczeniu poszczególnych osób. Przyjął taki pogląd, bo stracił wiarę w nagrody i kary. Wszak niczym nie zasłużył na swoje poniżenie. Właściwy pogląd na temat przeznaczenia mają Elihu i Bóg” (s. 20–21).

Właściwy – to znaczy jaki? Czy mamy po prostu przyjąć, że cokolwiek się dzieje, dzieje się za sprawą Boga, a zatem niejako z definicji jest sprawiedliwe? Wyczuwamy intuicyjnie, że to fałszywa odpowiedź, że ta prawdziwa musi brzmieć inaczej. Gdzie jednak jej szukać? Nie wiadomo. Pewne wydaje się tylko, że „zło się Hioba nie trzyma. W takim razie problem zła staje się problemem dla zgromadzenia Pańskiego. Pytać możemy: dlaczego dopuściło ono, by cierpiał niewinny? Dlaczego oddano sługę w ręce Złego? Czy zło nie przyszło od Boga?” (s. 38).

Być może nasze rozumienie Boga jest błędne u samych założeń? Może mylimy się, przypisując Mu w naturalnym odruchu cechy, których sami nie posiadamy: wszechmoc, wszechwiedzę, doskonałość?

Może ciąży nad naszą wyobraźnią grecka z ducha, tyleż przekonująca, co fałszywa, myśl o tym, że Bóg musi być nieskończony, musi być pełnią. A zatem że nie może mieć pragnień, nie może Mu niczego brakować, nie może się zmieniać. Tymczasem – nauczają niektórzy żydowscy mędrcy, kontemplujący sens Księgi Hioba – w rzeczywistości jest zgoła odwrotnie. Bóg pragnie, tęskni, kocha. Nie jest radykalnym zaprzeczeniem Hioba, ale odwrotnie: szalenie go przypomina. „Każdy z nich się zmienia, odkrywa swoją nową postać, każdy ukazuje się inaczej na początku i na końcu poematu. Na początku miał być Bóg kosmiczny, Bóg kar i nagród; na końcu zdawał się uczestniczyć w cierpieniu swojego sługi i był z nim, gdy ten z własnego wyboru kajał się, siedząc w prochu i popiele” (s. 43). Niemiecki historyk filozofii Rüdiger Safranski twierdzi wręcz, że „swoją pobożnością Hiob próbuje złagodzić sprzeczności w samym Bogu. Bierze Boga w obronę przed Nim samym. Chce uchronić Boga przed spadnięciem do poziomu demona natury” (s. 44). Natura i jej prawa nic bowiem nie wiedzą o cierpieniu człowieka i o jego samotności. Nie zna ich również – nie może znać – pełnia, doskonałość. Dlatego „Pan nie może się obejść bez ludzkiej racji, bez tego wybuchu gniewu, emocji, krzyku. Potrzebuje ludzkich słów, ponieważ te są repliką słowa Bożego” (s. 91). Bóg miłościwy, rozkochany w człowieku zmienia się na skutek kontaktu z obiektem swojej miłości. Człowiek staje się dla Niego ważniejszy niż On sam. Tylko – jeżeli to faktycznie prawda – co właściwie się wówczas dzieje?

Jak przypomina Paweł Śpiewak, zwłaszcza „po wojnie wielu wybitnych pisarzy odnalazło mniej pamiętany trop biblijny, zwany po hebrajsku hester panim – zakrycie, ukrycie twarzy. Formuła ta nie wskazuje po prostu na najważniejsze z Bożych atrybutów: niedostępność oraz niezgłębioną odległość między Nim a człowiekiem. (…) Oznacza, że Pan wycofuje się ze zmagań tego świata nie dlatego, że zasady Jego sprawiedliwości są dla ludzi mało warte albo niemożliwe do spełnienia, bądź dlatego, że czuje też się bezradny wobec bezmiaru cierpień, ale dlatego, że chce człowiekowi, ludziom pozostawić więcej wolności, by sami mogli szukać, badać i wewnętrznie dojrzewać do zadanych zasad sprawiedliwości” (s. 155–156).

Bóg ustępuje miejsca, „zwija” się w sobie. Wedle niektórych metafor – chowa się w wewnętrznej komnacie niebios, naraz płaczący i niedostępny. A zatem „to nie On odpowiada za nieszczęścia, Jego milczenie jest w pełni uzasadnione i zrozumiałe – wina spada na istoty ludzkie w nadmiarze obdarzone przez Boga wolnością, która jest nadużywana, niszczona, a co za tym idzie, niszczony jest obraz Boga w nas, ludziach” (s. 158). Miałbym ochotę zapytać tych, którzy w to wierzą: czy cena, którą płacimy za uzyskaną wolność, nie jest aby zbyt wysoka? Czy Boża pedagogika faktycznie powinna sprowadzać się do porzucenia swych dzieci, aby te – odcięte raz na zawsze od Ojca – w końcu dojrzały do pełnej samodzielności? I czy wolność, o której tu mowa, nie okazuje się, koniec końców, pusta w środku? Czy nie jest jaskinią samotności? Porażony cierpieniem człowiek ma święte prawo uważać, że to „Bóg zdaje się odsuwać od siebie swój lud, Bóg oddaje go na pożarcie wrogom, instynktom niszczenia, to Bóg przekracza ludzką granicę cierpliwości i wytrzymałości. (…) Czy i jak można wierzyć w Boga wbrew Niemu? (…) W tym miejscu zaczyna się współczesna Księga Hioba. Spór z Bogiem o Niego samego” (s. 165).

*

Pyta Hiob: „Skąd pochodzi mądrość i gdzie jest siedziba wiedzy?” (Hi 28, 12). Czy może nią być pamięć przeszłości, w szczególności zaś – namysł nad obrazami cierpienia, jakie się w niej zachowały? Wreszcie: czy pamięć ta może być źródłem oczyszczenia, duchowej odnowy?

Paweł Śpiewak odpowiada przecząco na to ostatnie pytanie. „Nie możemy uwierzyć w drugie szczęście Hioba, choć bardzo byśmy mu tego życzyli” (s. 96) – pisze. Nie wierzymy również – a przynajmniej ja nie wierzę – w to, że jego gorzka mądrość może być źródłem szczęścia; że wejście w jej posiadanie daje jakiekolwiek spełnienie. Szczęście, jak nauczali mądrzy starożytni Grecy, polega przecież na osiągnięciu harmonii, na zestrojeniu porządku duszy z porządkiem świata. Tutaj nie ma tymczasem mowy o żadnym porządku. Cierpienie nie ma swego logosu. Sytuuje się poza tym, co można wypowiedzieć i zrozumieć. „Uderza i pozostawia mnie, nas otępiałymi” (s. 105).

To paradoksalne, bo przecież język cierpienia wydaje się prosty. Nie ma w nim miejsca na poetyckość, nie lubi ozdobników. Oszczędny, pragnie dotknąć bolącego miejsca, wskazać dokładnie, gdzie się znajduje – i nic poza tym. Takie są zapiski ofiar, ocalałe z Shoah notatki, odnajdywane potem choćby w ruinach warszawskiego getta. „Jest w nich przede wszystkim milczenie i to, co niewysłowione. Jest pożegnanie. Podobne są do wersów Tory, również zwięzłych, oszczędnych w opisach i szczegółach. Między słowami odkrywam przestrzenie doświadczeń, które muszą czy powinny zostać dopiero odczytane i opisane. Judaizm zna midrasze wypełniające przestrzenie niedopowiedzeń w Biblii. Zagłada ich nie zna” (s. 116–117). Skrajne cierpienie nie może zostać do końca wypowiedziane ani przyswojone. Jego językiem może być tylko wycie, łkanie, milczenie – ale nie słowa. Jako takie, nie daje się również przyswoić, nie można go zrozumieć. Nie jest „lekcją”, którą dawałoby się „odrobić”. „Jestem przekonany – pisze Śpiewak – że możemy w ogóle funkcjonować nie dlatego, że pamiętamy, ale odwrotnie – że nasze »ja« indywidualne czy zbiorowe mogą trwać i budować się tylko na niepamięci albo na ruinach pamięci. Musimy odgradzać się od tamtego czasu milczeniem, omijając to, co najstraszniejsze, i czego nie chcemy, nie potrafimy albo nie możemy sobie przyswoić, przeżyć, a nawet zapamiętać. Potrzebna nam jest gruba skóra, by tamta pamięć nie wzięła nas w posiadanie” (s. 122).

Sęk w tym, że ona nie chce przeminąć ani ucichnąć. Choć niewysłowiona, domaga się wypowiedzenia. Nakazuje, aby ją stale powtarzać, niczym słowa modlitwy. Na tych, którzy nie chcą żyć w jej cieniu, gotowa jest rzucić klątwę. „Pomyślcie, że tak było: / Przekazuję wam te słowa. / Wyryjcie je w swoim sercu, / Siedząc w domu, idąc ulicą, / Kładąc się spać i wstając; / Powtórzcie je waszym dzieciom // Albo niech się zawali wasz dom, / Niech was porazi choroba, / Wasze potomstwo niech odwróci od was twarz”[1]. Żyjemy więc albo przytłoczeni pamięcią, albo fałszywie lekcy, niepomni tego, co się wydarzyło. A przecież owa niedawna przeszłość nie odpłynęła w niebyt. Przeciwnie, wisi nad nami, niczym ciężka i ciemna deszczowa chmura. Wszystko, co wiemy i myślimy o świecie, domaga się przemyślenia właśnie w jej ponurym cieniu.

W tym miejscu wracam do pytania, które postawiłem na początku. Do kwestii ludzkiej miary cierpienia. Niemal wszystkie dawne systemy etyczne twierdziły, że cierpienie może człowieka uszlachetnić. „»Nieszczęście staje się udziałem człowieka, by go uwznioślić, oczyścić i uświęcić jego ducha, uwolnić z nalotu powierzchowności i wulgarności, uszlachetnić jego duszę i poszerzyć horyzonty. Jednym słowem, cierpienie ma naprawić to, co ułomne w osobowości człowieka. Halacha uczy, że jeśli cierpiący pozwala swemu cierpieniu się zmarnować i nie nabrać znaczenia lub celu, to popełnia ciężki grzech«” (s. 142).

Doświadczenie XX w. dogłębnie podważyło ten sposób widzenia rzeczy. Czy jednak całkowicie? Czy o każdym cierpieniu powinniśmy powiedzieć, że nie ma ani nie może mieć w sobie jakiegokolwiek sensu? Że jest „tylko” (czy raczej „aż”) poznawczym i egzystencjalnym skandalem? Gdyby tak było, jedyna prawdziwie ludzka cywilizacja byłaby cywilizacją znieczulenia, w której bezwzględnie dominowałaby kultura stosowanych powszechnie i z wyprzedzeniem środków przeciwbólowych. W ramach takiej kultury każde – a nie tylko skrajne – cierpienie byłoby czymś skandalicznym, nie do zniesienia. Czymś, co z definicji uwłacza ludzkiej godności. Sprzeciwiam się zawartemu w takim poglądzie nihilizmowi. Pod fasadą humanizmu uczy nas on bowiem, że tkwimy w podwójnych kleszczach rozkoszy i bólu, a naszym ludzkim, arcyludzkim zadaniem jest maksymalizowanie pierwszej i minimalizowanie drugiego. Do tego sprowadza się przygoda bycia człowiekiem, którą kiedyś (jakże niesłusznie i bałamutnie!) uznawano za wielką.

Owszem, samo cierpienie nikogo nie nobilituje ani nie wywższa. Istnieją jednak sposoby przeżywania go, które świadczą o sile ducha i którym należny jest najwyższy szacunek. Pięknie postępuje spokojny, pogodzony z tym, że musi wkrótce odejść, umierający starzec. Pięknie postępuje człowiek przesłuchiwany przez tajną policję, który nie wydaje swoich przyjaciół na pastwę tyrana. Pięknie postępuje człowiek śmiertelnie chory, który nie użala się nad sobą, a nawet znajduje w sobie dość siły, by pocieszać najbliższych. W tych i wielu innych, podobnych, „normalnych” sytuacjach potrafimy wprowadzić rozróżnienie pomiędzy mniej i bardziej szlachetnym sposobem reagowania na cierpienie.

Istnieją jednak również sytuacje skrajne, w których wszystkie sądy rozumu muszą zostać zawieszone, w których nie ma miejsca na logos. Takie, w jakich człowiek ma święte prawo upaść, gdyż tak ciężkie jest cierpienie, które spadło na jego ramiona. Wyjęci spod wszelkich reguł wydają mi się choćby rodzice tragicznie zmarłego dziecka. Nie obowiązują one osoby poddanej straszliwym torturom, otępiałej ze strachu i całkowicie samotnej. Nie dotykają nikogo, kto trafił do obozu zagłady.

Człowiek jest istotą skończoną, a to oznacza również, że istnieje tylko pewne kwantum bólu i przerażenia, które jest w stanie wytrzymać. Gdy te zostają przekroczone, rozum, z jego skłonnością do tworzenia norm postępowania oraz osądzania ludzkich uczynków, musi zamilknąć. Poza ową granicą jedyną mądrością jest współczucie. Współczucie milczące, bez słów pocieszenia – również ze strony Boga. To wyczytałem w wiecznie aktualnej Księdze Hioba.

_

Paweł Śpiewak

Wieczny Hiob

Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2018, s. 218

[1] P. Levi, Czy to jest człowiek?, tłum. H. Wiśniowska, Kraków 2007, s. 11.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter