70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. archiwum Olgi Scherer

„Kochana Smutnica” albo krakowianka w Yale

Nie istnieje jedno słowo, którym można określić Olgę Scherer i które zawarłoby szeroki horyzont jej zainteresowań naukowych, rozległe znajomości oraz głębokie przyjaźnie z ludźmi kultury czy sztuki, jej własne liczne umiejętności i zajęcia, los emigrantki czy świadkowanie niemal całemu XX w.

Naukowczyni, wykładowczyni, teoretyczka literatury, slawistka, literaturoznawczyni, eseistka, publicystka, tłumaczka, redaktorka, profesorka, niespełniona matematyczka, Polka w Paryżu, krakowianka na Uniwersytecie Yale, narciarka amatorka, jedna z kobiet Lebensteina (malarz portretował ją w cyklu Animal’s Sweety Bar), właścicielka trzech ukochanych dalmatynek (Damy, Laszki – córki Damy, Gratki), współpracowniczka paryskiej „Kultury”, ideał intelektualistki – łączyła ogromną wiedzę z zadziwiającą rozległością zainteresowań, adresatka i autorka przyjacielskiej korespondencji z Brandysem, Herbertami (Katarzyną i Zbigniewem), Miłoszem, Jeleńskim… Sama zapewne wybrać by nie potrafiła i raczej nie musiała – los bowiem pozwolił jej na wszystkie wcielenia. Zdjęcia pokazują Olgę Scherer w różnym wieku – niezależnie od niego, na każdej fotografii pojawia się intrygująco piękna kobieta z ciemnymi oczyma i czarnymi (potem szpakowatymi) włosami. Mogłyby to być portrety gwiazdy filmowej.

 

Prywatny całokształt

Gdy Konstanty A. Jeleński poinformował ją listownie, że rozważa  się przyznanie jej Nagrody Kościelskich, co potwierdzał wzmianką o przychylności członków jury, m.in. Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, nie dowierzając, ale jednak, Olga Scherer podzieliła się z nim kilkoma „szczegółami biograficznymi” napisanymi na szybko, od ręki i w stylu demonstrującym jej stosunek do (auto)biografii czy dzielenia się fragmentami prywatności: „Otóż urodziłam się w Krakowie – co zdaniem Jasia [Jana Lebensteina] – liczy się przeciwko mnie. Byłam niezwykle grzecznym dzieckiem i dlatego potem zwariowałam: zamknęli mnie do szpitala wariatów w roku 1962, i tam powinnam teraz wrócić. Ale wracając na razie do Krakowa, chodziłam do szkoły im. Sebaldy Munnichowej, jak inne grzeczne dzieci, m.in. Andrzej Kijowski (…). Oni wszyscy urządzili sobie jakoś życie, a ja nie. Dlatego z taką nienawiścią budzę się rano. Andrzej Kijowski, który mnie dobrze zna, powiedział kiedyś słusznie: »Ty, Olga, tak nienawidzisz ludzi, że (z pogardy) jesteś dla nich dobra«”[1].

Do biografii miała stosunek co najmniej negatywny, a ów antybiografizm demonstrowała w wypowiedziach i podkreślała w wywiadach: „mierzi mnie nie tylko własna biografia, ale również wszystkie inne, i nie tylko takie, które opiewają trudne dzieciństwo, wypaczoną młodość, niefortunne układy, z jałtańskim na czele. Wszystkie one należą do (…) rodzaju co najmniej literackiego (…), który (…) pozostaje mocno podejrzaną przechowalnią urazów”[2].

Swoistą niechęć Scherer do (auto)biograficzności podkreślali już inni badacze: o antycurriculum pisała Renata Gorczyńska w Portretach paryskich w 1999 r., a o antybiograficznej fobii Marta Wyka na łamach „Dekady Krakowskiej” w roku 2002, wskazując jako źródło wypowiedzi Scherer w książce wspomnieniowej o londyńskich „Wiadomościach”. Jednak trochę tych faktów pozwalających zrekonstruować jej życiorys pozostało: zarówno w postaci wzmianek biograficznych w korespondencji, jak i w zbeletryzowanych momentach autobiograficzności w jej prozie.

„[U]rodziłam się wśród wysokich gór i pierwsze lata życia, do wojny, spędziłam w mieście, z którego w pogodny dzień było je widać” – napisała w swojej drugiej powieści Wesołych Świąt. Na świat przyszła w Krakowie 6 stycznia 1924 r., była córką urodzonego w podkrakowskich Mogilanach inżyniera fizyka, a w czasie wojny oficera Brygady Podhalańskiej Wiktora Scherera (1894–1944) i pochodzącej z Zielonek k. Krakowa Eleonory (Lei) Kornreich (1886–?). Zawsze z sentymentem wspominała swoje rodzinne miasto, umieszczała je w tekstach literackich, czyniła przestrzenią najbardziej swojską i formującą dla swoich bohaterów.

Była krakowianką – przez całe życie mówiła na deser „legumina” i do pewnego momentu wychodziła „na pole”.

Krakowskie dzieciństwo wypełnione było nauką języków, edukacją i beztroską. W wywiadach wspomina, że już jako mała dziewczynka uwielbiała kino, chodziła z ojcem oglądać westerny, musicale i inne amerykańskie filmy, spośród aktorów podobał jej się Fred Astaire. Co ją tak pociągało w „sztuce dziesiątej muzy”? Pisała: „człowiek przebywający w kinie właściwie nie istnieje. Kino przerywa życie, odpycha od świadomości, w najlepszym razie łagodzi przekonania, a najczęściej je uświęca, stanowiąc oparcie dla przeobrażania się przedkinowego nastroju w nastrój pokinowy, zresztą taki sam, tylko trochę bardziej”[3].

Po ukończeniu krakowskiej szkoły koedukacyjnej i gimnazjum Olga spędziła lato we Francji, najpierw w Alpach, potem na Lazurowym Wybrzeżu. 1 września 1939 r. była u rodziny w Vichy. Po tych wakacjach nie wróciła do Polski już nigdy, a jesień 1939 rozłączyła ją na zawsze z ojcem. Podczas okupacji przebywała we Francji, chodziła do szkoły w Nicei. Matka próbowała dostać azyl w którymś z nieokupowanych krajów. Po przeprawie przez Pireneje do Hiszpanii dotarły dalej – do Portugalii – i przez rok czekały w Lizbonie na amerykańskie wizy. W 1943 r. mieszkała już w Nowym Jorku i najpierw posłano ją do szkoły średniej (co uważała za absurdalne, bo – jak twierdziła – wiedziała więcej niż nauczyciele), a potem studiowała romanistykę w Hunter College (1943–1945) i iberystykę na Columbia University (1945–1946). Jak sama wspomina: „Zrobiłam magisterium z iberystyki, bo pokochałam prozę hiszpańską, a potem doktoryzowałam się na slawistyce”. Pracę dla uzyskania tytułu Master of Arts pisała o twórczości urugwajskiego modernisty José Enrique Rodó. Doktorat, opublikowany w 1955 r. jako The Modern Polish Short Story, zaczynała na nowojorskiej Columbi jako nieco ponad 20-letnia mężatka – wyszła za żołnierza i pisarza Alfreda Wirskiego (Freda Virskiego). Wśród jej wykładowców i mentorów znaleźli się Manfred Kriedl i Roman Jakobson, od których uczyła się formalizmu rosyjskiego, by potem zapałać miłością do teorii Michaiła Bachtina. Przejawiała także i inne, poza literaturą, naukowe pasje: „miałam bowiem, być może po ojcu, duże zdolności matematyczne, chodziłam nawet (…) na kursy wyższej matematyki i logiki matematycznej, bardzo namawiali mnie profesorowie (Nagel), żeby nie zaprzepaszczać takich zdolności, bo przecież każdy może czytać Bolesława Prusa, a nie każdy może zajmować się matematyką”[4]. Olga Scherer zajmować się mogła i jednym, i drugim, a przy tym też wieloma zupełnie innymi rzeczami.

Całe życie poświęciła na upowszechnianie dziedzictwa polskiej kultury na Zachodzie, współpracując ze środowiskiem polskiej emigracji w Paryżu, Londynie czy wykładając na amerykańskich uniwersytetach, m.in. Yale (New Haven) w II poł. lat 50. i Bloomington (Indiana) przez rok akademicki 1959/1960. Opublikowała cztery książki: Spot Luck: a novelette for children (1957), Wesołych Świąt (1962), W czas morowy (1967) i Psim swędem (2001) – będące de facto polskim wydaniem Spot Luck ozdobionym rysunkami Jana Lebensteina, kilka opowiadań (drukowanych w londyńskich „Wiadomościach”), a także liczne tłumaczenia (na angielski i francuski) zarówno klasyki polskiej literatury, jak i współczesnych jej twórców. O artykułach i rozprawach naukowych nie wspominając – drukowała szkice w „Revue des Études Slaves”, „Slavic Review” i „Le Langues Modernes”. Tłumaczyła sporo polskiej literatury na angielski i francuski, a dla wydawnictwa Editions du Dialogue przekładała na polski sporo tekstów o chrześcijańskiej teologii. Miewała chyba momenty zwątpienia w sens uprawiania humanistyki: „A mnie, idiotce, wydawało się, że mam jakieś humanistyczne zobowiązania wobec ludzkości i siebie samej. (…) Pisałam więc, oj pisałam!, te moje pracki z historii literatury, jakieś krytyczne, jakieś przyczynkowe, po angielsku, po francusku”[5].

Zupełnie na marginesie pracy naukowej zebrał jej się „materiał do książki anegdot i śmiesznostek o Wielkiej Emigracji” po 1831 r., głównie z prasy i korespondencji, opublikowały go londyńskie „Wiadomości” w cyklu felietonów Czerep rubaszny. O swoim pisarstwie – sama używała awangardowej ortografii i notowała: „tfurczości” – wypowiadała się też z przekąsem: „Dziw, że piszę po polsku, zważywszy, że wyjechałam z Polski jeszcze w dzieciństwie. To mam do zawdzięczenia przekorze. Dziw, że w ogóle piszę; to też przekorze”[6].

 

W Ameryce

W roku 1959 wyjechała do Indiany i wykładała na Uniwersytecie Bloomington, zapewne ten okres zainspirował ją do napisania powieści akademickiej (a może pierwszej powieści campusowej w polskiej literaturze), w której odmalowała krajobraz Middle Westu: „Nie zastanawiałam się, z jakim miejscem pobytu z mojej przeszłości mógłby się zmierzyć otaczający mnie pejzaż, ale chyba z żadnym, bo nawet w Mogilanach nie rosło tyle kłosów żyta ani w Krakowie nie prosperowało tyle starczych dusz, a w Paryżu tylu złych malarzy, ile na tym terenie wołało do nieba o zmiłowanie zeschłych wiechciów”[7].

W słowach jednej z bohaterek powieści akademickiej, Ewy – wykładowczyni języków i literatur słowiańskich – wyznaje: „(…) ja na pewno się przyzwyczaję, bo ja przez całe życie nic nie robię tylko przystosowuję się do nieustannie zmieniających się warunków, coraz to nowych ludzi, coraz to innych miejsc zamieszkania – rozczulałam się. – Tak dalece, wie pani, że i samo »przystosowywanie się« przestaje być czynnością, czy szczególnym wysiłkiem, a staje się daną samej natury, zatem zamiera jako sprawa wyjątkowa”[8].

Na co interlokutorka Ewy odpowiada: „Polska jest podobno równiną. Pod tym względem będzie tu tak samo i dostosuje się pani tym łatwiej”. Ewa – podobnie jak Olga – przybywa do Ameryki z Paryża, gdzie dotarła utartym emigranckim szlakiem z Polski. Ma objąć posadę asystentki i wykładać swój język ojczysty w typowym amerykańskim college’u, ale brakuje chętnych do nauki polskiego (który jest jednym z egzotycznych języków). Amerykańscy koledzy określają ją „naszą cudzoziemką” i komplementują znajomość języków (wspaniałą jak na cudzoziemkę).

Czy decyzje o powrocie do Paryża, a także niewracaniu do Krakowa i wreszcie chęć wiecznego spoczynku na cmentarzu Montmorency (gdzie została pochowana w 2001 r.) obok innych polskich emigrantów to znaki potwierdzające pogodzenie się z losem emigrantki?

 

Kłopoty z Geniuszem

Olga Scherer donosiła w korespondencji, że była „pierwszą osobą na świecie, która o nim w jakimkolwiek obcym języku (oprócz hiszpańskiego) napisała cokolwiek”. A nawet była pierwszą osobą na świecie, która Gombrowicza tłumaczyła na język obcy – w zredagowanym przez nią zbiorze krótkich form prozatorskich 10 Contemporary Polish Stories (170 tys. wydanych egzemplarzy) znajduje się opowiadanie Zbrodnia z premedytacją, a w jej pracy doktorskiej obszerne passusy poświęcone twórczości autora Trans-Atlantyku. Zresztą, aby ustalić, gwoli naukowej ścisłości i rzetelności, datę urodzenia autora, o którym pisała, wysłała list z takim zapytaniem do redaktora „Kultury”. Giedroyc przekazał list młodziutkiej humanistki Gombrowiczowi, który odmówił podania prawdziwej daty, twierdząc, że nie po to zbudował ażurową wieżę kłamstwa i odmłodzenia, żeby teraz ją wyjawiać. Dziś wszyscy wiemy, że to o 1904 r. toczył się spór w korespondencji, a jeżeli nie wiemy, to sprawdzamy, wpisując w wyszukiwarkę. Scherer musiała w obliczu odmowy podać informację „urodzony w 190?”. Mimo że adresat próśb uważał to problematyczne „0” za zbyteczne, „wyraźnie oszczercze i byłoby zamachem na (jego) sex appeal”. I choć ten brak solenności i zakłamywanie faktów zupełnie jej nie pasowały, zrobiła wszystko, by Gombrowiczowi pomóc i przynajmniej zainteresować jego twórczością amerykańskich wydawców. Znajomość była raczej profesjonalna, kilka listów w sprawach literatury i pieniędzy, kilka kartek ze stemplami z Buenos Aires czy Vence – wysyłanych przez Scherer do Yale i nad Sekwanę. Po jego śmierci opracowała z Jeleńskim numer specjalny periodyku „L’Herne” (1971) poświęcony właśnie Gombrowiczowi.

 

Polka w Paryżu

Po powrocie do Francji w roku 1957 kontynuowała pracę naukową w dziedzinie teorii literatury i komparatystyki, pracowała w paryskim Centre Nationale de la Recherche Scientifique i wykładała na Uniwersytecie Paryskim w Vincennes. W Paryżu pisała ponadtysiącstronicową komparatystyczną pracę habilitacyjną o teorii dialogu u Faulknera i Dostojewskiego, publikowała w czasopismach naukowych, pisała powieści. W 1976 r. uzyskała tytuł profesora na Uniwersytecie Paryskim. W stolicy Francji wykładała też w American College. Współpracowała z założonym przez Jerzego Giedroycia Instytutem Literackim. Jej prozę wydawał Instytut Literacki i drukowały londyńskie „Wiadomości”, a sama opowiadała, że pisze ołówkiem w zwykłych zeszytach, ołówkiem przepisuje i żaden komputer czy inna maszyna nie są jej potrzebne. W rękopisie spoczywają dwie jej powieści: Eastern (napisana po polsku) i Lepszości (tak, mnie również zaciekawił ten intrygujący tytuł).

Paryż odwiedziła jako studentka w 1946 r. Towarzyszyła podnoszeniu się miasta z zapaści po II wojnie światowej, widziała konsolidowanie się środowiska polskich emigrantów – poznała ich dzięki częstym wizytom w księgarni Kazimierza i Zofii Romanowiczów. Ale na stałe w środowisko to wrosła, gdy w 1957 r. dzięki Stypendium Guggenheima przeniosła się z USA do Paryża – wówczas spotykała się z Polakami w kultowej kawiarni Old Navy naprzeciwko Księgarni Polskiej: „Przychodziliśmy tam, by poznać naszych rówieśników. To było naprawdę darem z nieba, niesłychanie dla mnie wzruszającym. Oni byli nam tacy bliscy. Okazało się, że czytali te same książki i myśleli o świecie podobnie jak my. Z radością odkryliśmy, że byli antykomunistyczni z natury”[9]. Tam poznała Zbigniewa Herberta, tam rozmawiała z Czesławem Miłoszem i jego żoną Janiną, Kazimierzem Wierzyńskim, tam spotykała się z Olą Watową. Opisała to niesamowite paryskie życie emigracji w powieści W czas morowy. Posiadała wielu bliskich przyjaciół w środowisku związanym z Maisons-Laffitte (m.in. Zofia Hertz, Gustaw Herling-Grudziński). Przez pewien czas była związana z malarzem Janem Lebensteinem, wśród jej korespondencji zachowały się listy wymieniane z m.in. Kazimierzem Wierzyńskim, Janiną Katz czy Adamem Ważykiem, który wszystkie wysyłane jej w roku 1967 kartki pocztowe opatrywał nagłówkiem „Kochana Smutnico!”.

Po wojnie Polskę odwiedziła po raz pierwszy w 1960 r., i była to wizyta przynajmniej na pierwszy rzut oka naukowa: zaproszono ją na sesję w Łańcucie poświęconą twórczości Marii Konopnickiej w 50. rocznicę jej śmierci, na której wygłosiła referat o nowelistycznej technice pisarki. W 1999 r. przyjechała do Warszawy na pogrzeb Lebensteina. Na początku lat 90. wygłosiła na Uniwersytecie Jagiellońskim kilka odczytów czy też pogadanek, jak je określiła.

Powrotów zatem nie było zbyt wiele, bo może i nie było do czego wracać?

 

„każde zdanie coś znaczy”
Bibliotece Uniwersytetu Mikołaja Kopernika przekazała część swoich książek i rękopisów, dziś znajdują się w toruńskim Archiwum Emigracji. Duża część korespondencji zdeponowana jest w archiwach Uniwersytetu Yale w New Haven – w jednej z najwspanialszych bibliotek: The Beinecke Rare Book and Manuscript Library. Tam w bezkwasowych teczkach zamkniętych w bezkwasowych pudłach zalegają pod nazwą „Olga Scherer-Virsky papers (GEN MSS 526)” serdeczne listy od Czesława Miłosza, maszynopisy sygnowane koślawą literą „J” (od Czapskiego, gdy nie mógł już pisać), pełne dystansu prośby Gombrowicza a to o druk, a to o jakieś dolary, a to o przekład, a to o – wspomniane wcześniej – nieujawnianie daty urodzenia.

Zalega na niebieskiej papeterii historia przyjaźni z Herbertami z towarzyszącą jej kopią listu – świadectwem oddania: poproszona kiedyś przez Akademię Szwedzką o rekomendację do literackiej Nagrody Nobla, widziała Herberta jako jej laureata w 1984 r. Poczucie tęsknoty i słowa wsparcia – wymieniane z Jeleńskim, wrażenia i literackie upodobania wymieniane z Jantą: „Lubię jednoznaczność słowną, bo dopiero ona może otworzyć okno na wieloznaczność sensu” (do Aleksandra Janty, 15 października 1964 r.), głębokie współczucie po śmierci Aleksandra, kierowane do Pauliny Watowej. Kartki pocztowe przez kilkadziesiąt lat wysyłane pod amerykańskie i francuskie adresy przez wielu. Przyjacielskie olśnienia i zdziwienia – gdy Brandys dowiedział się o jej zamiłowaniu do ekstremalnego narciarstwa, pisał: „Twoje wyczyny narciarskie napełniły mnie podziwem i zgrozą. Nie umiem połączyć Ciebie, Twojej autoironii, kruchości i lingwistyki ze zjazdami” (list z 1 czerwca 1973 r.). Publiczna i prywatna korespondencja z ponad 50 artystami, pisarzami, naukowcami i emigrantami (płci obojga) z lat 1954–1988. Prawdziwy skarbiec cennych informacji o życiu emigrantów.

Z opowieści o Oldze Scherer wyłania się nie tylko portret wspaniałej i niezłomnej intelektualistki, ale także obraz doby gwałtownych przemian historycznych XX w., a przede wszystkim niezwykle interesująca historia intelektualna środowiska artystów i twórców polskich przebywających w USA i we Francji. Krzepiąca opowieść o dozgonnych przyjaźniach i pasjonujących związkach ludzi kultury i nauki.

 

Dziękuję za pomoc dr Michalinie Kmiecik, która podczas swego pobytu badawczego w New Haven zgodziła się sfotografować część korespondencji Olgi Scherer zdeponowanej w archiwum Uniwersytetu Yale w The Beinecke Rare Book and Manuscript Library; a także Wydziałowi Polonistyki UJ, który sfinansował moją kwerendę w Beinecke.

_

[1] List do K.A. Jeleńskiego, Mons, 18.08.1967 r.

[2] Co ty wiesz? Wspomnienie o „wiadomościach”, w: Wiadomości i okolice, red. M.A. Suprunik, Toruń 1996.

[3] O. Scherer-Wirska, Wesołych Świąt, Londyn 1962, s. 76.

[4] List do K.A. Jeleńskiego, dz. cyt.

[5] Tamże.

[6] Tamże.

[7] O. Scherer-Wirska, Wesołych Świąt, dz. cyt.,  s. 10.

[8] Tamże, s. 9.

[9] R. Gorczyńska, Portrety paryskie, Kraków 1999, s. 101.

 

 

 

 

 

 

 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter