70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Oblubieńcy w kryzysie

Lamenty nad utratą uczucia, które kiedyś łączyło parę intelektualistów i – jak wszystkim kochankom – wydawało się niezniszczalne, to w planie estetycznym jedne z bardziej dojmujących fragmentów Miłosnej wojny stulecia. Nadają tekstowi wyjątkowość, ponadczasowość i sytuują go wśród dzieł kultury wysokiej, z której Ebba Witt-Brattström czerpie pełnymi garściami, a które pojawiają się w tekście właściwie spontanicznie.

Ebba Witt-Brattström, autorka kilkunastu książek i wielu artykułów o literaturze, profesorka uniwersytetu w Helsinkach i znana feministka, lubi mówić o Miłosnej wojnie stulecia, czyli o swoim literackim debiucie wydanym w Szwecji w 2016 r., jako o autofikcji. Pisząc powieść-poemat o rozpadzie wieloletniego małżeństwa dwojga inteligentów, nie mogła przecież nie przewidywać, że ich pierwowzory łatwo da się „namierzyć”. Ebba Witt-Brattström i Horace Engdahl – Pan i Pani Kultura (jak złośliwie pisała czasem szwedzka prasa) to przecież „intelektualiści celebryci” (gatunek rzadko w Polsce występujący, ale w Szwecji taki istnieje, i niech będzie, że to dlatego, iż jest tam Akademia Szwedzka).

Jeśli literaturoznawczyni od 40 lat zajmująca się pisaniem o innych wydobywa swój literacki głos, a nawet, chciałoby się rzec, dwa głosy (dwoje bohaterów: Ona i On) i stwarza im literacki „teatr działań wojennych”, sprawa musi być ważna, a ryzyko podwójne. Sama autorka stanie się przedmiotem analiz krytycznych, zaś formalne literackie równouprawnienie, jakim obdarzyła swoich bohaterów w tekście (dialogi, gdzie każda ze stron może się wypowiedzieć na równych prawach), może podzielić czytelników i zachwiać tezę o wyższości racji którejś ze stron.

Lecz Ebba Witt-Brattström nie stawia żadnej tezy. Raczej podejmuje w Miłosnej wojnie stulecia wielowarstwową grę z czytelnikiem, rozpoczynając ją już na poziomie tytułu. To gra pełna odniesień i skojarzeń literackich oraz kulturowych, których funkcje ujawniać się będą w tekście na kilku płaszczyznach.

Najpierw oddaje hołd Märcie Tikkanen, poetce i pisarce, autorce Sagi o miłości stulecia, która jest pięknym i odważnym autobiograficznym poematem-monologiem, adresowanym do męża alkoholika, artysty, pisarza i ojca jej dzieci. (Märta Tikkanen związana była przez wiele lat z Henrikiem Tikkanenem, znanym pisarzem, aforystą i rysownikiem). Następnie oddaje hołd również Augustowi Strindbergowi, którego Taniec śmierci unosi się nad jej książką niczym duch.

Od razu wrzuca swoich bohaterów w sam środek piekła, czyli tego, co się dzieje za zamkniętymi drzwiami małżeństwa, które rozstaje się po wielu latach, i walczy ze sobą do ostatniej kropli krwi. Ból, złość, żal, wzajemne pretensje rozpisuje na dialogi, którym przygląda się niby nieobecna narratorka, jedynie je przytaczając – „On mówi: / Ona mówi:”.

W jednym z wprowadzających cytatów pojawiają się słowa z Pentezylei Heinricha von Kleista, sztuki, która odwołuje się do mitu o miłosnej historii między Achillesem a dowódczynią Amazonek spod Troi Pentezyleą. W mitycznej opowieści Achilles jest zakochany w kobiecie, którą właśnie zabił, u Kleista Pentezylea umiera z miłości, pożądania i nienawiści.

Słowa: „Pieści i boleści splata się w rym; Gdy miłość jest na dnie, Łacno tu można dwie pomylić treści” – to dla Miłosnej wojny stulecia jakby „mit założycielski”, zarówno w planie konstrukcyjnym, stylistycznym, jak i tematycznym. Dlatego też On od początku narzuci tej rozmowie charakter i terminologię wojenną. Choć oboje są tu wojownikami, to wojna – według jego strategii – „kończy się dopiero / kiedy jedna strona / jest całkiem pokonana / albo martwa”.

tej gorzkiej walce dwojga ludzi, którzy się kiedyś kochali, a teraz ranią i cierpią, widzi Witt-Brattström kolejne wcielenie kochanków, stale obecnych w kulturze i literaturze. W miłości zaś największe wyzwanie nie tylko literackie, ale przede wszystkim życiowe. Tyle że Oblubieniec i Oblubienica z Pieśni nad Pieśniami (których wersy autorka przywołuje dwukrotnie w najbardziej dramatycznych momentach ukazujących utratę miłości i dotkliwą tęsknotę), ci współcześni Alicja i Edgar z Tańca śmierci, ujawniają, jak wyrafinowane i realne formy przybierać może walka płci: władzy, dominacji, pogardy, przemocy słownej, ale i fizycznej. To już nie archetypy czy strindbergowskie monstra płci, których walka, choć dotkliwa, została jakoś oswojona w tradycji literackiej.

Żonglując cytatami i odniesieniami do różnych tekstów literackich i kulturowych, znajduje Witt-Brattström własną formę dla tej opowieści. On i Ona w kolejnych replikach coraz bardziej przypominają bohaterów opery. „Że też wszystko jest pomyłką / złym snem. / Próbą miłości w Czarodziejskim flecie”, mówi Ona. I jakby oboje stali na scenie, i śpiewali arie o tym, że kiedyś się kochali, byli dla siebie partnerami życiowymi i intelektualnymi, a teraz ktoś lub coś, jak u Szekspira, zamieniło ich życie w koszmar. Oboje wiedzą, że wszystko się popsuło, kiedy On przyjął prestiżową posadę w Zarządzie, stał się człowiekiem władzy, otoczył się wpływowymi ludźmi i nabrał przekonania, że wszystkich da się kupić. Władza deprawuje, mówi stereotyp, i z tym urzeczywistniającym się stereotypem mierzą się oboje. Ale może rozpad ich małżeństwa zaczął się po pierwszym i kolejnym poniżeniu i braku przeprosin? Może wtedy kiedy On cisnął w nią ciężkim przedmiotem, który właśnie miał pod ręką? Ciskał też kolejnymi, a w końcu wielokrotnie użył samej ręki.

On nie przyjmuje, rzecz jasna, żadnej krytyki, nie ma ochoty się zmienić. Dumnie cytuje jej wersy Goethego z Dywanu Wschodu i Zachodu: „Jeśli się posiada siebie, / Można stracić wszystko śmiało / Przyjąć każdy życia przebieg, / Gdy się – kim się jest – zostało”. Wciąż chełpi się swoją pozycją, choć Zarząd przechodzi właśnie kryzys…

Ona czuje się pogardzana i poniżana. „Czy ty słyszysz co ty mówisz? / Że jestem karłem a ty tytanem / który nigdy nie zniży się do mojego poziomu”, mówi Ona. Oblubieniec stał się agresywny, przemocowy, pełen pogardy dla niej jako kobiety, czyli przedstawicielki niższego gatunku. Wytacza te wszystkie działa, których od zawsze używają mężczyźni przeciwko kobietom, a pewne sformułowania istnieją pod każdą szerokością geograficzną. (Kiedy On mówi: „Jesteś za głupia. Jesteś głupsza, niż dopuszcza konstytucja”, przypomina się słyszane w wielu polskich domach: „Jesteś głupsza, niż ustawa przewiduje”).

„Kobiety są zawsze fałszywe. / Kłamstwo leży w waszej naturze”. „Prawdziwe kobiety wiedzą / jak odnieść się do naturalnego / dążenia mężczyzny do dominacji”. „Nie dam ci się przeszkolić. / Chcesz mnie wykastrować”. To ostatnie odnosi się także do zawodowej i społecznej działalności żony feministki czy też, jak mówi On: „suki-feministki”. Czy można się dziwić, że Ona przywoła tu Dawida i Goliata? On zresztą nie „konkuruje z kobietami”. „A przed tym człowiekiem drżał w lęku cały Rzym”, podrzuci kwestię Toski narratorka czy raczej zanotuje ją niczym komentarz. Jednocześnie w ten okrutny pojedynek pretensji wciskają się czułość, tęsknota i żal za utraconą miłością. Doświadczają ich obie strony.

„Miłość kroczy nad przepaścią”
Bohaterka Miłosnej wojny stulecia wyznaje: „Dlatego potrzebuję opery. / Nie da się żyć w rozczarowaniu rzeczywistością”. Czuje się jak bohaterka Monteverdiego: „Lasciatemi morire / Pozwól mi umrzeć”, zanotuje na koniec jej kwestii narratorka.

Pomiędzy okrutnymi słowami, jakie padają po obu stronach: „suka, pizda, cipa”, „żałosny bydlak z tłustym brzuchem”, „elitystyczny dziad z feministyczną zakładniczką” (bo Ona również używa dosadnych sformułowań), przywołane zostają cytaty, a czasem tylko tytuły wielu innych dzieł, które stają się adekwatnym, czasem ironicznym, komentarzem. A czasem po prostu przypomnieniem, jak wiele razy i w jakich konwencjach ten dramat miłości już w kulturze rozgrywano. Pojawiają się Gasnący płomień George’a Cukora, Wichrowe wzgórza Emily Brontë, Dziennik uwodziciela Sørena Kierkegaarda, psalm Johana Olofa Wallina, Pieśni Safony, Prawda powieściowa i kłamstwo romantyczne René Girarda, Mozart, Monteverdi. Czasem też wersy popularnych piosenek, ale przede wszystkim wiele pisarek skandynawskich: Agneta Pleijel, Tove Jansson, Sonja Åkkeson, Lena Andersson, Edith Södergran, Elsa Beskow i inne.

Swoisty lament nad utratą uczucia, które kiedyś łączyło tę parę intelektualistów i które – jak wszystkim kochankom – wydawało się niezniszczalne, to w planie estetycznym jedne z bardziej dojmujących fragmentów Miłosnej wojny stulecia. Nadają tekstowi wyjątkowość, ponadczasowość i sytuują go wśród dzieł kultury wysokiej, z której Ebba Witt-Brattström czerpie pełnymi garściami, a które pojawiają się w tekście niejako spontanicznie, stanowiąc naturalne pole skojarzeń.

Umiejętność zobaczenia własnej historii w szerokim kontekście kulturowym i wpisania własnego głosu w głosy, które zna i „słyszy” specjalistka od literatury, nie tylko broni Miłosną wojnę stulecia przed doraźnymi, plotkarskimi kontekstami interpretacyjnymi związanymi z byciem osobą publiczną i byłą żoną członka skompromitowanej ostatnio Akademii Szwedzkiej, ale pokazuje też, jak przemyślana i nowatorska jest forma utworu.

Oto ten pełen bólu dialog przerywany jest wersami i cytatami, w których pojawiają się bohaterki i literackie antenatki autorki, by wprowadzić trochę dystansu i zrobić przerwę na „uzgodnienie” czy autoironiczne „porównanie” siebie z Medeą, Toscą czy Ester Nilsson, bohaterką książki Bez opamiętania Leny Andersson. Można by powiedzieć, że odwołania i cytaty spełniają więc funkcję pewnych „retardatorów”, i to w podwójnym sensie. Z jednej strony pozwalają na „oddech” w tym bezlitosnym dialogu, gdzie wysokie miesza się z niskim, atmosfera gęstnieje, a akcja nie prowadzi do kulminacji ani katharsis. Z drugiej – niosą dodatkowe znaczenia i konteksty, ale też humor i w pewnym sensie pocieszenie. Jeśli nawet nie przez wpisanie pojedynczej gorzkiej historii we wspólnotę losu podobnych bohaterek i bohaterów, to przynajmniej poprzez nadanie im funkcji „sojuszników” w tej wojnie miłości, która toczy się od najstarszych śladów ludzkiego piśmiennictwa. Z tych „kulturowych sojuszników” korzystają zresztą obie zwaśnione strony. Bywa też, że efektem jest dość gorzki humor. („On mówi: Polityczne kobiety / to najgorsze / szumowiny. / Wagner to wiedział. / Ona mówi: Oraz Hitler / Stalin / i Osama bin Laden”).

I nie ma tu łaski. Była nią miłość, to „cygańskie dziecię”, ale została zdeptana. A „Szczęście było w dziecięcym bieganiu po uliczkach. / W naszych zielonych pokojach z akwariami. / Kiedy dla mnie grałeś podczas gdy ja stałam w ciemnej kuchni”. Dodajmy: „Zawsze ciemnej kuchni”.

Nie ma też przebaczenia. Co można zrobić, kiedy miłości już nie ma? Ona wie, że jedyne, co można, to zachować wzajemny szacunek, a przynajmniej szacunek dla tego, co było. Do tego potrzebne jest jednak przebaczenie. A o nie trzeba poprosić. On tego nie zrobi i nie odśpiewa arii miłosnej Tamino z Czarodziejskiego fletu: „Und ewig wäre sie dann mein” (A ona na zawsze pozostanie moją). Stanie się to, co nieuniknione, a na pożegnanie padnie wers z Achmatowej: „O gdybyż płytą grobową miłość na życiu mym legła”.

Jeśli liczba odwołań i cytatów, czasem także „rzuconych” nonszalancko potocznych słów lub zwrotów angielskich czy niemieckich, nie staje się dla tej książki ciężarem, choć tak mogło się zdarzyć, to dlatego, że od początku w tej krótkiej formie powieści-poematu mamy do czynienia ze swoistym chwytem literackim. Można by sytuować ten tekst gdzieś pomiędzy arią operową na dwa głosy, antycznym poematem, psychodramą. Lecz są w nim też literacka zabawa i humor. Czuje się tu dyrygencką batutę, a tekst nie rozpada się na poszczególne części, mimo dopuszczonych do głosu bezradności i niemocy obojga bohaterów, które dają efekt odbijania się od ściany. A dyrygentką wszystkiego jest kobieta. „Ona mówi: W małżeństwie są sytuacje / które podobnie jak sztuka / mają w sobie zagęszczony sens / symboliczne napięcie. / Przy powtórnej lekturze pojawia się wzór”.

 

„Jakież to kobiece –  zagarnąć opowieści”

Uważna lektura Miłosnej wojny stulecia uświadamia także, że szwedzkie pisarki nie tylko odważnie zagarniają opowieści, ale prowadzą ze sobą dialog, nadbudowując kolejne utwory zarówno na tekstach swoich literackich przodkiń, jak i artystek tworzących współcześnie. Można by rzec, że nie byłoby powieści Ebby Witt-Brattström, gdyby jej starsza koleżanka Märta Tikkanen nie napisała pod koniec lat 70. Sagi o miłości stulecia. Tikkanen pisała: „Ale po chwili jeszcze straszniejsze poczucie beznadziejności (…) Ileż ja razy zamierzałam odejść / jeśli jeszcze raz się spiję to odchodzę / jeśli będzie zatruwał życie dzieciom to odchodzę, / jeśli jeszcze zacznie kłamać to odchodzę / kiedy dzieci już nie będą mogły dłużej tego znieść, to prostu muszę / I nic nam nie zostało oszczędzone. / A mimo to nie odeszłam / Dlaczego?”.

Witt-Brattström niemal 30 lat później wykonuje piękny gest przypomnienia tego poematu, rozbudowuje tematy miłości, odpowiedzialności i równouprawnienia w związku, partnerstwa czy rywalizacji. I przede wszystkim oddaje głos także mężczyźnie. On również może tu wyśpiewać swoją arię, opłakiwać stratę i jego racje też są przekonujące.

„Jakież to kobiece – zagarnąć opowieści”, ironizuje On w Miłosnej wojnie stulecia. A w innym miejscu: „Ale czy to nie dziwne / że ty zawsze musisz mieć więcej słów niż ja?”. „Ten kto ma władzę / może milczeć w okrutnej grze”, odpowie Ona.

Można powiedzieć, że Ebba Witt-Brattström sięgnęła po władzę swoją opowieścią. Zamiast opłakiwać w ciszy i wstydzie rozpad małżeństwa, przetworzyła literacko doświadczenie, dodając przy okazji innym odwagi do mówienia, czasem wręcz do podjęcia decyzji o rozstaniu. Często podkreśla w wywiadach, jak wielką terapeutyczną moc miała jej książka dla wielu czytelniczek i czytelników.

Niektórzy twierdzą, że Miłosna wojna stulecia w znacznym stopniu przyczyniła się do ruchu #metoo w Szwecji i ma swój udział w obnażeniu skandalu w Akademii Szwedzkiej. Gdyby tak było, oznaczałoby to, że ta pogardzana przez wielu „literatura kobiet” czy też „literatura kobiecego doświadczenia” może mieć ogromną siłę rażenia i coraz trudniej ją ignorować czy przemilczać.

Witt-Brattström dokonała jeszcze jednej ważnej rzeczy – przejęła męską narrację w opowieściach o walce płci i dowcipnie zestawiła dwa odwiecznie „męskie” tematy – wojnę i miłość, łącząc je węzłem przemieszanej z tradycyjną, nowej i świeżej formy opowieści.

Miłosna wojna stulecia została już przetłumaczona na kilka języków, doczekała się adaptacji teatralnej w Szwecji i w Polsce. I – co chyba sprawiło autorce, miłośniczce opery, szczególną przyjemność – wystawiono w Szwecji operę na podstawie jej opowieści.

_

Ebba Witt-Brattström

Miłosna wojna stulecia

tłum. Justyna Czechowska,  Wydawnictwo Lokator 2018, s. 180


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter