70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Obcy wśród swoich

Bracia Szeptyccy – metropolita Andrzej i archimandryta Klemens – stali się rzecznikami kształtującej się tożsamości wspólnoty ukraińskiej w Galicji Wschodniej. Andrzej Szeptycki był nie tylko wielkim kapłanem i duchowym nauczycielem, ale też jednym z ojców założycieli nowoczesnego narodu ukraińskiego.

Pojęcie narodu wyraża dziś zupełnie inny zakres znaczeniowy niż 100 czy 150 lat temu. Wówczas, ale też wcześniej przez tysiące lat, nie było na naszym kontynencie granic na podobieństwo dzisiejszych zapór, drutów kolczastych i pól minowych. Nie było też paszportów. Pojęcie narodu zostało zdefiniowane w istocie w II poł. XIX w. w procesach jednoczenia się Włoch i Niemiec. W praktyce realizowali je Giuseppe Garibaldi i Otto von Bismarck. Inaczej sprawy się miały w cesarstwie Austro-Węgier, które bodaj jako pierwsze wypracowało model wielokulturowości. Autorami tej koncepcji byli znani austriaccy socjaldemokraci: Karl Renner i Otto Bauer. Nieporozumieniem jest dość powszechna opinia, jakoby idea „multi-kulti” była owocem ruchów społecznych lat 60. XX w. Historia rodziny Szeptyckich jest swoistym zwierciadłem, w którym koncepcje multikulturalizmu znajdowały swoje odbicie, chociaż byli oni najdalsi od idei austromarksizmu, z którego ona wyrastała.

 

Droga do duchowego przewodnictwa

Szeptyccy byli arystokratami – w najlepszym tego słowa znaczeniu – nie tylko z urodzenia, ale też z ducha. Matka i ojciec metropolity Andrzeja i archimandryty Klemensa Szeptyckich pochodzili z rodów hrabiowskich. Matka – Zofia, była córką Aleksandra hr. Fredry, a ich ojciec Jan Kanty Szeptycki wywodził się z rodu, którego genealogia sięga początków XIII w., czasów Księstwa Halickiego. Pierwsze wzmianki o rodzinie Szeptyckich były sporządzone w okresie, gdy Rusią Halicką rządził Daniel (Danyło), jedyny koronowany król na ziemiach późniejszej Ukrainy. To właśnie król Daniel Halicki zbudował dla swego syna Lwa Daniłowicza gród, który nosił łacińską nazwę Leopolis, po polsku Lwów, po ukraińsku L’wiw, a pod zaborem austriackim stolica wschodniej Galicji otrzymała niemiecką nazwę Lemberg.

Zofia i Jan Kanty mieli siedmiu synów (dwaj zmarli w dzieciństwie). Metropolita Andrzej Szeptycki, ochrzczony jako Roman, przyjął w zakonie bazylianów imię Andrzej. Jego młodszy brat Kazimierz po ukończeniu studiów rozpoczął w Wiedniu błyskotliwą karierę polityczną: był nie tylko członkiem austriackiego parlamentu – najpierw izby niższej, a potem wyższej (Herrenhaus) – w powoływanej przez cesarza Radzie Państwa. W wieku ponad 40 lat wstąpił do klasztoru i przybrał monastyczne imię Klemens. Trzeci brat – Stanisław – obrał w Austrii karierę wojskowego, a po odzyskaniu przez Polskę niepodległości został generałem Wojska Polskiego. Wreszcie: Aleksander i Leon byli właścicielami ziemskimi, mieszkującymi wraz z licznymi rodzinami w Łaszczowie i Łabuniach (Aleksander) oraz Przyłbicach (Leon). Do 1939 r. te domy były swoistymi gniazdami rodzinnymi. Tam się wszyscy spotykali w czasie rozmaitych uroczystości, tam też spędzano wspólnie święta.

Roman i Kazimierz uczęszczali w Krakowie do najlepszego wtedy i najstarszego krakowskiego Gimnazjum św. Anny (dzisiaj Liceum Nowodworskiego), następnie podjęli studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Studiowali również we Wrocławiu, Innsbrucku, Wiedniu, Monachium, Paryżu i w innych miastach. Od najwcześniejszych lat przywiązywali wielką wagę do swego rozwoju duchowego i intelektualnego. Bezsprzecznie należeli do polskiej elity w każdym rozumieniu tego słowa – ze względu na swe arystokratyczne koligacje, sytuację materialną, staranne wychowanie w domu i wysoki poziom wiedzy wyniesionej z najlepszych europejskich uczelni.

Ich decyzje, aby wstąpić do zakonu, a w szczególności w obrządku greckokatolickim, nie spotkały się w rodzinie ze zrozumieniem. Zwłaszcza ojciec nie mógł pogodzić się z tym, że jego synowie postanowili nie tylko prowadzić życie monastyczne, ale związać się z Rusinami, prostym ludem, czyli galicyjskim chłopstwem.

Andrzej i Klemens Szeptyccy napisali na nowo regułę zakonu studytów, który wyodrębnili w pierwszej dekadzie XX w. z zakonu bazylianów. Zakon ten w XVIII w. – po rozbiorach Polski – został skasowany przez Austriaków. Klasztory studytów miały odgrywać i z czasem odegrały rolę ośrodków promieniujących oświatą, kulturą duchową i materialną – sposobami nowoczesnej uprawy roli i prowadzenia gospodarstwa w istocie swej autarkicznego (z własnymi warsztatami i maszynami, sieczkarnią, młynem, garbarnią do produkcji skór i własnymi wyrobami płótna, olejów, soków i ziołolecznictwa).

Rodzice obu braci mieli świadomość, że ich synowie obierają drogę, która nieuchronnie będzie prowadzić do ich wyobcowania. W środowiskach polskiej elity zostaną uznani za zdrajców „sprawy polskiej”, nie znajdą też zrozumienia wśród ukraińskich chłopów, już choćby z powodu arystokratycznego pochodzenia, ale również po prostu dlatego, że byli Polakami i rzymskimi katolikami. Wbrew wszystkim i wszystkiemu podjęli decyzję o przejściu na obrządek greckokatolicki. Jako dorośli ludzie nauczyli się języka ukraińskiego – nie tylko z potrzeby serca, ale też, by mieć kontakt z wiernymi i ukraińskim duchowieństwem. Choć nigdy nie wyzbyli się silnego polskiego akcentu i do końca życia wtrącali w rozmowach słowa polskie, stali się autentycznymi przewodnikami duchowymi Rusinów. Na przełomie XIX i XX w. określenie „Rusini” – a nie Ukraińcy – było bardziej popularne. Szeptyccy stali się rzecznikami kształtującej się tożsamości wspólnoty ukraińskiej we Wschodniej Galicji. Zyskali sobie niepodważalny autorytet i respekt wśród elit politycznych (ukraińskich, polskich i żydowskich), a nawet okupantów – najpierw radzieckich, a potem niemieckich. Część skrajnych faszyzujących nacjonalistów ukraińskich traktowała ich jako obcych – nasłanych z Polski lub Rzymu, by realizowali interesy Watykanu. Niechętne nastawienie dotyczyło głównie metropolity, ponieważ jego brat nie był osobą publiczną.

Nie znaczy to, że Andrzej Szeptycki nie popełniał błędów. Jednak często krytyczne oceny formułowane przez dzisiejszych badaczy mają charakter prezentystyczny – całkowicie oderwany od ówczesnych realiów.

 

Wobec Zagłady

W okresie międzywojennym Andrzej Szeptycki utrzymywał dobre relacje ze społecznością żydowską. W czasie spotkań świątecznych zwracał się do zgromadzonych w języku hebrajskim[1]. Były to kontakty z różnymi środowiskami: prawnikami i ekonomistami, jak również – a może przede wszystkim – z rabinami, zwłaszcza z rabinem Synagogi Postępowej Jecheskielem Lewinem oraz głównym rabinem Katowic Kalmanem Chameidesem, który znalazł się we Lwowie po niemieckiej agresji na Polskę i inkorporacji Galicji Wschodniej do ZSRR.

Synowie obu tych duchownych uratowali się w klasztorach studytów dzięki osobistemu zaangażowaniu Szeptyckich. Dali świadectwo prawdzie w wydanych wspomnieniach[2], które mają wielką wartość dokumentacyjną, będąc hołdem i wyrazem wdzięczności dla obu braci. Podobnie metropolitę Szeptyckiego wspomina Lili Pohlmann, którą początkowo ukrywała we Lwowie wraz z matką i trzema innymi osobami (był to farmaceuta Podoszyn z żoną i małą córeczką) niemiecka urzędniczka Irmgard Wieth. Podoszyn przed wojną dostarczał lekarstwa dla metropolity. Nawiązał kontakt z ludźmi z jego otoczenia. Lili Pohlmann opowiada: „Metropolita tego Kościoła arcybiskup Andrzej hrabia Szeptycki przyjął nas w swoim Pałacu, siedząc na wózku inwalidzkim”. Przytulił Lili, pogłaskał po głowie i powiedział: „Nie bój się, dziecko, żadna krzywda ci się nie stanie”[3]. Matka i córka trafiły do klasztoru na Uboczu, za rogatkami łyczakowskimi.

Zakopiański lekarz Leszek Allerhand, syn wybitnego uczonego Maurycego Allerhanda, profesora prawa na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, dedykował swemu ojcu księgę, z której przytoczę krótki passus: „W chwili wkroczenia wojsk niemieckich do Lwowa miasto zamieszkiwało około 165 tysięcy Żydów”. W innym miejscu autor sucho odnotowuje: „W mieście Lwów przeżyło 874 Żydów, w tym 4 małżeństwa z dziećmi. Jednym z tych małżeństw byli moi rodzice ze mną”[4]. Te dane statystyczne dają wierniejszy obraz tego, co się wydarzyło we Lwowie od czerwca 1941 r. do czerwca roku 1944, niż różne opisy, analizy i oceny. Szeptyccy w tym czasie zaangażowali się czynnie i w sposób zorganizowany w ratowanie Żydów. W okupowanej Galicji Wschodniej prześladowani byli wszyscy mieszkańcy tych ziem – nie tylko Żydzi, również Polacy i Ukraińcy. Z tą jednak różnicą, jak to ujął Władysław Bartoszewski, że „każdy Polak był zagrożony śmiercią, natomiast każdy Żyd był skazany na śmierć”[5].

Bracia Szeptyccy udzielali pomocy, ryzykując własnym życiem. Jedną z uratowanych przez nich osób był późniejszy naczelny rabin sił powietrznych Izraela, a następnie naczelny rabin Argentyny David Kahane, który w czasie wojny – w sutannie mnicha wspólnoty zakonnej studytów – pracował jako brat Mateusz w bibliotece metropolity. Oprócz codziennych obowiązków bibliotekarza Szeptycki powierzył mu tłumaczenie psalmów i innych fragmentów Biblii z języka hebrajskiego czy też aramejskiego na ukraiński, ponieważ wcześniejsza edycja Biblii była tłumaczeniem z Wulgaty na starocerkiewny. Swoją inicjatywą Andrzej Szeptycki niejako torował drogę do decyzji podjętych w Kościele powszechnym dopiero po II Soborze Watykańskim. W Cerkwi greckokatolickiej – podobnie jak w prawosławnej – zarówno liturgia, jak i Pismo Święte były już wcześniej dostępne w języku starocerkiewnym – narodowym, zrozumiałym dla wiernych. Jednak ze zrozumieniem przesłania Pisma Świętego bywało różnie…

Przed wiekami w cerkwiach w obrządku wschodnim Pismo Święte było przetłumaczone na język, który dzisiaj niewiele osób rozumie. Mam w tej mierze pewne osobiste doświadczenia. Jako dziecko trafiłem w czasie wojny do klasztoru studytów w Uniowie koło Przemyślan, jednej z najstarszych wspólnot zakonnych na Ukrainie Zachodniej, której początki sięgają XIII w. Przeorem (ihumenem) tego klasztoru był wówczas Klemens Szeptycki – późniejszy archimandryta całego zakonu. Miałem wtedy niespełna cztery lata. Z natury rzeczy dojrzewałem szybciej, ale do szkoły jeszcze nie mogłem chodzić. Mój opiekun ojciec Danyił miał pomysł, abym codziennie opanował pięć słów w języku starocerkiewnym. Stwierdziłem z czasem, że ułatwiło mi to najpierw swobodne czytanie w języku ukraińskim i rosyjskim, a potem rozmowę – bez polskiego akcentu – w obu tych językach.

 

Relacje z prawosławiem

Głównym motywem aktywności obu braci była żarliwa wiara i poczucie misji. Zarówno Andrzej, jak i Klemens podjęli decyzje samodzielnie – wbrew otoczeniu, a nie z namowy czy też inspiracji politycznych. Byli świadomi oporów i trudności, na jakie napotkają, oraz tego, że staną się „obcymi wśród swoich”.

Klemens Szeptycki dorastał i długie lata pozostawał w cieniu Andrzeja. W wieku 42 lat u szczytu kariery politycznej podjął w 1911 r. decyzję o wstąpieniu do klasztoru. W wyniku zaangażowania duchowego, organizacyjnego i materialnego obu braci Szeptyckich powstała sieć klasztorów należących do zakonu studytów, które – obok bazylianów – stały się najbardziej wpływowymi ośrodkami kształtowania duchowości Rusinów w Galicji. Bezsprzecznie najważniejszy był monastyr w Uniowie. Jest to jedna z najstarszych wspólnot zakonnych na Ukrainie Zachodniej, której początki sięgają XIII w. Od 1596 r. był głównym ośrodkiem unickim na obszarze rusko-halickim. W XVIII w. w zabudowaniach klasztornych mieścił się zakon bazylianów – do czasu kasacji tego zakonu przez Austriaków (po I rozbiorze Polski). W 1919 r. Andrzej Szeptycki przekazał klasztor studytom, którego ihumenem (przeorem) mianował swego brata Klemensa.

W mojej ocenie głównym życiowym celem obu braci Szeptyckich była nie tylko działalność oświatowa, ale zapoczątkowanie procesu przywracania na Ukrainie jedności chrześcijan – katolików i prawosławnych. Ich rola i znaczenie w tym względzie nie są doceniane. Swoim myśleniem wyprzedzali epokę. Uważali, że Cerkiew greckokatolicka nie może być traktowana jak cierń wbity podstępnie przez Watykan w prawosławie. Byli przekonani, że ich Kościół może pełnić funkcję pośrednika w przywracaniu jedności chrześcijan – z zachowaniem ich pełnej autonomii.

Arcybiskup Andrzej Szeptycki odnosił się do prawosławia z respektem i podejmował teologiczny dialog z hierarchami Cerkwi prawosławnej. Z kolei Klemens Szeptycki – po śmierci Andrzeja – w radykalnie zmienionej sytuacji politycznej po ponownym wejściu Armii Czerwonej na tereny Galicji Wschodniej usiłował znaleźć modus vivendi, które pozwoliłoby chronić Cerkiew greckokatolicką i jej autonomię w swoistej koegzystencji z dominującym w Rosji i na Ukrainie prawosławiem. Jednak władza radziecka miała w tej materii inne cele: z założenia nie akceptowała Cerkwi greckokatolickiej, już choćby dlatego że podlegała ona papieżowi. Ale też dlatego że związana była z ukraińskim podziemiem niepodległościowym i wspierała je duchowo poprzez swoich kapelanów. Stąd też po śmierci Andrzeja Szeptyckiego w listopadzie 1944 r. radzieckie służby specjalne otrzymały zadanie, by doprowadzić do unieważnienia unii brzeskiej i podporządkowania Cerkwi greckokatolickiej Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. Nowy metropolita Josyf Slipyj oraz Klemens Szeptycki i wielu innych biskupów Kościoła unickiego odmówiło współdziałania w realizacji tych zamiarów. W efekcie wielu duchownych aresztowano. W 1946 r. władze radzieckie formalnie zdelegalizowały Kościół greckokatolicki, a świątynie przekazano Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej.

Jednym z pierwszych aktów niepodległej Ukrainy było przywrócenie warunków do uznania prawa Kościoła greckokatolickiego do wyznawania wiary w obrządku wschodnim. Było to tym bardziej zasadne, że Kościół ten w podziemiu istniał przez te wszystkie lata (1946–1991). Uznaniem roli, jaką odegrał Klemens Szeptycki w najnowszej historii tego Kościoła, była jego beatyfikacja przez Jana Pawła II ogłoszona w czasie pamiętnej pielgrzymki papieża na Ukrainę w 2001 r. Stanowi to ukoronowanie długiej i trudnej drogi, jaką obrali bracia Szeptyccy.

Ich ofiara torowała drogę dla przyszłych pokoleń niepodległej Ukrainy. W efekcie Cerkiew greckokatolicka odgrywa dzisiaj ważną rolę nie tylko w Ukrainie Zachodniej, ale w całym państwie. Nie wykluczałbym, że w przyszłości będzie postrzegana nie jako przeszkoda na drodze zjednoczenia chrześcijaństwa wschodniego (prawosławia) z zachodnim (łacińskim), lecz jako pomost i dowód na to, że to, co dzieli chrześcijan Europy Wschodniej i Zachodniej, nie wynika z różnic w pojmowaniu dogmatów wiary, ale w większej mierze jest wynikiem ambicjonalnych sporów, które często niewiele mają wspólnego z wiarą i religią.

W licznych publikacjach poświęconych metropolicie Andrzejowi sprawą centralną są rozważania na temat ideałów i wartości z jednej strony oraz realiów, czyli prozy życia i wymogów czasu, w którym przypadło Szeptyckim żyć i działać, z drugiej strony[6].

Mniej wiadomo o o. Klemensie. Szerszemu ogółowi był w istocie nieznany. Ale to jego właśnie wyniósł na ołtarze Jan Paweł II wraz z innym ukraińskim księdzem, Omelanem Kowczem, który w czasie wojny ratował zarówno Polaków, jak i Żydów przed Ukraińcami i Niemcami – za tę działalność został zesłany do niemieckiego obozu koncentracyjnego Majdanek koło Lublina. I choć w wyniku starań duchownych i zakonników niemieckich mógł opuścić obóz, pod warunkiem że nie będzie się zajmował sprawami politycznymi, zdecydowanie odmówił. Napisał znany list do osób starających się o jego uwolnienie, w którym wyjaśniał, że więźniowie potrzebują go bardziej w obozie niż ci, którzy pozostali poza jego drutami. Sensem życia Omelana Kowcza była pomoc potrzebującym. Zmarł z wycieńczenia i chorób na kilka tygodni przed wyzwoleniem obozu. Papież uznał Klemensa Szeptyckiego oraz o. Omelana Kowcza za męczenników za wiarę.

Władze radzieckie proponowały Klemensowi, aby po zmarłym bracie Andrzeju stanął na czele Kościoła greckokatolickiego, zerwał unię i doprowadził do wcielenia metropolii kijowskiej do rosyjskiego prawosławia. Klemens Szeptycki odmówił. Został aresztowany. W 1951 r. zmarł w więzieniu w miejscowości Włodzimierz nad Klaźmą. Było to miejsce odosobnienia, którego „pensjonariuszami” były ważne politycznie postacie z różnych krajów. Pozostawał w cieniu swego brata nie tylko za życia, ale również po jego śmierci. Dopiero beatyfikacja częściowo przywróciła należną mu pamięć.

 

Kontrowersje w ocenie metropolity Andrzeja

Szeptyccy podjęli swoje działania w niezwykle burzliwych czasach. Dwie wojny światowe zmieniły polityczny krajobraz nie do poznania. Znikły Austro-Węgry i carska Rosja, na miejsce której proklamowano najpierw Rosyjską Federację, a z początkiem 1923 r. – ZSRR. Na obszarze dawnego cesarstwa powstało wiele nowych państw. Nie obeszło się bez walk bratobójczych – choćby polsko-ukraińskiej wojny o Lwów. W Galicji Wschodniej zmieniały się rządy, a następnie okupanci, jak w kalejdoskopie: po I wojnie światowej – po Austriakach – Lwów stał się częścią Rzeczypospolitej, jakkolwiek pretensje do Lwowa zgłaszała Zachodnioukraińska Republika Ludowa. Zgodnie z ustaleniami tajnego protokołu do paktu Mołotow-Ribbentrop (23 sierpnia 1939 r.), Galicję Wschodnią inkorporowano do ZSRR. Władza radziecka – internacjonalistyczna z ideologicznego założenia – wykorzystywała nacjonalizm ukraiński głównie przeciwko Polakom. Świadomie i instrumentalnie rozbudzano nastroje antypolskie i antysemickie, co doprowadziło do pogromów na wielką skalę, których ofiarami byli zarówno Żydzi, jak i Polacy. Do tego dochodziły podsycane przez władze radzieckie konflikty chłopów z właścicielami ziemskimi. NKWD zamordowało Leona Szeptyckiego i jego żonę – właścicieli dworu Szeptyckich w Przyłbicach – a miejscowi chłopi przez blisko tydzień nie mieli odwagi zabrać z przydomowego parku i pochować szczątków pomordowanych. Dla pozostałych przy życiu braci – Andrzeja i Klemensa – był to wstrząs psychiczny, świadectwo skrajnego barbarzyństwa, któremu – zdawało się – już nic nie może dorównać.

Prymitywizm myślenia nowej władzy najlepiej dokumentują tajne zapiski – swoisty „dziennik” Iwana Sierowa, ówczesnego szefa NKWD na Ukrainie i pierwszego przewodniczącego KGB[7]. Pisał on: „podłą rolę duchowego przywódcy odegrał metropolita Andrzej Szeptycki, który w roku 1930 zorganizował unicką cerkiew, to znaczy wymieszał religię prawosławną z katolicką (unia), podporządkował ją Watykanowi i błogosławił tych odszczepieńców na walkę z ZSRR. Jednak głównym jego celem była polonizacja Ukraińców”. Mam wrażenie, że nawet wydawane w tamtych czasach „notatniki agitatora” nie zawierały takich bredni, które miały uzasadniać represje i likwidację Cerkwi greckokatolickiej i jej przywódców.

Zachowanie metropolity Andrzeja w czerwcu 1941 r. wobec Niemców – po ich wkroczeniu do Lwowa – było swoistą reakcją na to, czego doświadczył pod okupacją radziecką. Witał Wehrmacht jako armię, która – jak sądził – będzie reprezentować europejską cywilizację. Obaj bracia Szeptyccy znali Austrię i Niemcy. Studiowali w ówczesnym Breslau, Innsbrucku, Monachium i w Wiedniu. Mieli niemieckich i austriackich przyjaciół. Nie mogli sobie wyobrazić, że po bolszewikach może przyjść jeszcze coś gorszego. Wkroczeniu Niemców do Lwowa towarzyszyła nadzieja, że III Rzesza uzna samostijną, czyli niepodległą, Ukrainę.

Metropolicie wypomina się ten entuzjazm. Natomiast tylko nieliczni badacze odnotowują fakt, że jako jedyny spośród znaczących hierarchów katolickich napisał w 1942 r. list do Piusa XII, w którym informował papieża, że „władza niemiecka jest zła, prawie diabelska i w stopniu chyba jeszcze wyższym niż władza bolszewicka. (…) Co najmniej już od roku nie ma dnia, w którym nie byłyby dokonywane najohydniejsze zbrodnie, morderstwa, kradzieże i grabieże, konfiskaty i wymuszenia. Pierwszymi ofiarami są Żydzi. Liczba Żydów zamordowanych w naszym małym kraju z pewnością już przekroczyła dwieście tysięcy. W miarę posuwania się armii na Wschód liczba ofiar rosła. W Kijowie, w ciągu kilku dni, wymordowano do stu trzydziestu tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci. Wszystkie małe miasteczka na Ukrainie były świadkami podobnych masakr, a trwa to już od roku”[8].

Kanadyjska badaczka Iroida Winnicka przeprowadziła w 1981 r. rozmowę z furtianem uniowskiego monasteru Ławrentym Kuzikiem (pierwszą osobą, którą zobaczyłem, kiedy znalazłem się w klasztorze). Był to prosty chłop, który – jak wynika z jego relacji – miał wrodzoną wrażliwość na krzywdę ludzką. Opowiadając o swoim burzliwym i trudnym życiu, Ławrenty najwięcej miejsca poświęcił ratowaniu żydowskich dzieci w czasie II wojny światowej. W pewnym miejscu zdaje sprawę ze spotkania zakonników, w czasie którego o. Klemens Szeptycki – wtedy jeszcze ihumen – zadał pytanie: „Kto pomoże Żydom?”. „Było tam 120 mnichów – relacjonuje brat Kuzik. – Wszyscy wstali”[9]. Nie znaczyło to, że wszyscy byli zaangażowani w pomoc. Świadczyło jednak o tym, jakie były nastroje i atmosfera. Skoro ten, którego uważają za najwyższy autorytet, oczekuje od nich pomocy, to wszyscy deklarują swoją gotowość. Z pewnością byli wśród nich i tacy, którzy żywili wobec Żydów uczucia niechętne, bo przecież zakonnicy nie różnili się od swego otoczenia, byli z reguły synami z biednych galicyjskich wsi. Spośród tych, którzy wyrazili swoją gotowość udzielenia pomocy, o. Klemens wybrał tylko kilku najbardziej zaufanych. Niektórzy z nich – np. ks. Marko Stek czy mój wychowawca brat Danyił (Tymczyna), podobnie jak o. Klemens – wyróżnieni zostali pośmiertnie medalami Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

Aktywność w ratowaniu ludzi była nie do pomyślenia bez osobistego zaangażowania, oparcia duchowego i wsparcia materialnego ze strony metropolity. A mimo to w tej sprawie Andrzej Szeptycki nie znalazł należnego szacunku – nawet 70 lat po swojej śmierci. W poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się stało i dlaczego uznanie jego zasług nadal wywołuje opory zarówno w procesie beatyfikacyjnym, jak i w sprawie uznania go za Sprawiedliwego wśród Narodów Świata, należałoby zweryfikować rozmaite dokumentacje podrzucane Stolicy Apostolskiej i Yad Vashem przez radzieckie służby specjalne – NKWD i KGB – oraz służby innych państw komunistycznych.

Jak każda nieprzeciętna postać, również Andrzej Szeptycki popełniał błędy. Skoro jednak można było uznać zasługi Oskara Schindlera, który był wyróżniony Złotą Odznaką NSDAP, co z całą pewnością ułatwiło mu uzyskanie koncesji na zakładanie fabryk, gdzie zatrudniano Żydów i w ten sposób zapobiegano ich nieuchronnej śmierci – to zasadne jest pytanie: czemu odmawia się podobnego uznania Andrzejowi Szeptyckiemu? Mundur i odznaka NSDAP chroniły Schindlera, dawały swoisty glejt bezpieczeństwa. Metropolita narażał życie swoje i swoich pomocników, których można było po prostu zabić bez żadnych sądów, jak doświadczyły tego tysiące ludzi, którzy kierowali się chrześcijańskimi wartościami – współczuciem i miłosierdziem.

Andrzej i Klemens Szeptyccy ryzykowali znacznie więcej niż Schindler. Ratowali niewinnych ludzi za własne pieniądze, z własnej woli i czynili to bezinteresownie[10]. Ten opór i sprzeciw wobec uznania zasług metropolity Andrzeja Szeptyckiego zapewne minie. O ocenie spraw publicznych z przeszłości decydować będą nowe pokolenia. Nowe generacje, nowi badacze spojrzą na rzecz całą z dystansu i będą osądzać ludzi i sprawy bez zacietrzewienia, z większym obiektywizmem. Eustachy Rylski napisał w Warunku: „Dobra pamięć od siebie nie zależy. Niepodtrzymywana, ginie, w przeciwieństwie na przykład do złej sławy, infamii, które żywią się, czym popadnie, same”. Niekiedy ludzie mają potrzebę, by czuć się lepszymi, wyższymi moralnie, i nie dbają o to, że sfabrykowane „fakty” o kimś mogą być całkowicie zmyślone. Miały służyć złej sprawie – pohańbieniu i zniesławieniu. I nadal są powtarzane – bezrefleksyjnie i bezkrytycznie.

 

 

Wobec ukraińskiego nacjonalizmu

Nacjonalizm ukraiński nie był przez Rosjan stworzony, ale został przez nich wykorzystany. Na polsko-ukraińskim pograniczu budowano go w znacznym stopniu w opozycji do Polaków. W ukraińskiej narodowej mitologii i tradycji Polacy byli narodem panów. W pewnym sensie to nie był mit, ale rzeczywistość. Pod Kijowem Polaków było niewielu, ale polskich
dworów dużo.

Tożsamość narodowa Ukraińców kształtowała się też w opozycji do rosyjskiego imperium. Taras Szewczenko nie był gnębiony przez Polaków, ale zesłany na katorgę przez carski reżim za to, że swoją poezję tworzył w języku ukraińskim. W 1876 r. car, który przebywał na leczeniu w Bad Ems, wydał ukaz, który nie tylko zakazywał używania „małorosyjskiego narzecza”, czyli języka ukraińskiego, ale nawet użycia słowa „Ukraina”. Dopuszczał jedynie używanie tego „narzecza” w starych utworach religijnych, czyli w języku starocerkiewnym, co, paradoksalnie, świadczyło – wbrew intencji cara – o tym, jakie są korzenie ruskiej kultury, prawosławia i języków wschodniosłowiańskich.

Nacjonalizm ukraiński budził się w tym samym czasie, gdy budziły się w Europie inne nacjonalizmy – w Niemczech i Włoszech, w Czechach i w Polsce, na Litwie i Łotwie oraz w wielu innych regionach naszej części Europy. Skoro car zakazał używania ukraińskiego, a wielka poezja Szewczenki i innych twórców były pisane po ukraińsku, to literatura, poeci i pisarze zyskali na Ukrainie rangę wieszczów – duchowych przywódców kształtującego się nowoczesnego narodu. W efekcie ukraińska poezja była w XIX w. drukowa- na w Genewie i przerzucana w konspiracji – w opakowaniach do bibułek na papierosy firmy Awadi, których mały format (55 × 85 mm) ułatwiał przemyt do Kijowa i rozprowadzanie dalej na całą Ukrainę. Po rewolucji władza bolszewicka zniosła te dekrety. Po krótkim okresie ukrainizacji Stalin, który sam siebie uważał za wybitnego znawcę spraw narodowościowych, dostrzegł w odradzaniu się ukraińskiej kultury zagrożenie dla swego imperium i ponownie wprowadził rusyfikację. Ukraińską elitę rozstrzeliwano lub zsyłano na Sybir.

Jednak między budzeniem się świadomości narodowej a nacjonalizmem i szowinizmem jest fundamentalna różnica. Nacjonalizm wszędzie i zawsze szuka wrogów zewnętrznych i wewnętrznych, jest zorientowany przeciwko obcym. Na Ukrainie wrogiem zewnętrznym była Rosja i Polska, wrogiem wewnętrznym byli Żydzi.

Metropolita Andrzej Szeptycki w kazaniu z 1942 r., które polecił odczytać we wszystkich cerkwiach greckokatolickich, przedstawił egzegezę piątego przykazania. W czasach gdy podeptane były wszystkie prawa ludzkie i boskie, Andrzej Szeptycki mówił: „W dziwny sposób oszukują samych siebie i ludzi ci, którzy zabójstwa  z przyczyn politycznych nie uważają za grzech, jakoby polityka zwalniała człowieka od obowiązku przestrzegania Bożego prawa i usprawiedliwiała przestępstwo przeciwne naturze ludzkiej. Tak nie jest (…)”. Metropolita rzucił na ukraińskich zabójców klątwę. Miał odwagę głośno potępiać szerzące się zło, zbrodnie i zbrodniarzy, gdy inni ze strachu milczeli. Nie szczędził też gorzkich słów pod adresem własnego społeczeństwa.

Od tych listopadowych dni 1942 r., gdy pisał listy i wygłaszał swoje odważne homilie, gdy przeciwstawiał się ludobójstwu, narażał własne życie i bezpieczeństwo całej wspólnoty, ratując niewinnych ludzi, minęło 75 lat. Wielu Polaków – i, jak myślę, także Ukraińców – zadaje sobie pytanie: dlaczego jego wołanie nie było skuteczne? Dlaczego mimo jego gniewnych słów doszło na Podolu i na Wołyniu do masowych mordów? W tej sprawie nie mam prostej odpowiedzi. Jedną z przyczyn jest zapewne to, że autorytety są słuchane na ogół wtedy, gdy mówią to, co ludzie chcą słyszeć. Gdyby wystąpił wtedy z płomiennym, nacjonalistycznym apelem, zostałby uznany za narodowego bohatera. Pewne jest to, że mówił w czasie wojny rzeczy niepopularne.

Klemens uznawał autorytet swego brata, był jego pomocnikiem, wykonawcą jego woli – nie pretendował jednak do roli duchowego przywódcy greckokatolickiej wspólnoty. Po śmierci Andrzeja nie przyjął sugestii władz radzieckich, aby zająć metropolitalny tron we Lwowie, i jednoznacznie poparł kandydaturę Josyfa Slipyja, którego Andrzej wskazał jeszcze przed II wojną światową jako swego następcę i uzyskał w tym względzie aprobatę papieża w formie specjalnej bulli.

Borys Strugacki opublikował ponad 20 lat temu esej pt. Uwaga, zaraza, w którym ostrzegał: „Żyjemy w niebezpiecznych czasach, czasach szalejącej dżumy. (…) Czy można zawrócić bieg historii? Pewnie można, jeżeli zechcą tego miliony”. Bracia Szeptyccy podejmowali próby, aby wpłynąć na miliony. Mieli odwagę stawiać czoła złu, które panoszyło się nie tylko wśród okupantów. Za wierność swoim przekonaniom płacili wysoka cenę – za życia i po śmierci.

W dzisiejszej Ukrainie ich pełne poświęceń życie stawiane jest za przykład i wzór do naśladowania, że nawet w trudnych i dramatycznych czasach można i warto być przyzwoitym.

 

***

Dziękuję Panu Piotrowi Kubasiakowi za rozmowę, którą przeprowadził ze mną w grudniu 2016 r. w Instytucie Nauk o Człowieku w Wiedniu. Zapis tej rozmowy był podstawą publikowanego eseju. Wyrażam też swoje podziękowanie ks. dr. Stefanowi Batruchowi z Lublina, braciom Herbertowi (obecne imię – Zwi) z Melbourne i Leonowi z West Hartford (US) – Chameidesom oraz Maciejowi Szeptyckiemu, prezesowi Fundacji Rodu Szeptyckich za uwagi, sugestie i uściślenia, które uwzględnione zostały w ostatecznej redakcji publikowanego eseju. ADR

_

Pierwsza publikacja w języku angielskim w Eurozine.com w lipcu 2017 r.

_

[1] Por. Archbishop Andrei Sheptytsky and the Ukrainian Jewish Bond, red. P. Galadza, Ottawa 2014.
[2] Zob. K.I. Lewin, Przeżyłem. Saga Świętego Jura spisana w roku 1946 przez syna rabina Lwowa, Warszawa 2006, oraz L. Chameides, Strangers in Many Lands. The Story of Jewish Family in Turbulent Times, Wethersfield 2012.

[3] Wybitny krakowski hematolog, prof. Aleksander Skotnicki udostępnił mi zapis rozmowy przeprowadzonej z Lili Pohlmann w jej londyńskim mieszkaniu przed 20 laty.

[4] L. Allerhand, Żydzi Lwowa. Opowieść, Kraków–Warszawa 2010.

[5] W. Bartoszewski, Czego Sprawiedliwi uczą współczesnych, w: Przywracanie pamięci Polakom ratującym Żydów w czasie Zagłady, red. J. Halbersztat, Warszawa 2007, s. 9.

[6] Za szczególnie cenne uważam dwie książki: Morality and Reality. The Life and Times of Andrei Sheptyts’kyi, red. P.R. Magosci, Edmonton 1989, oraz monografię L. Hentosz, Mytropołyt Szeptyćkyj. 1923–1939. Wyprobuwannja idealiw, Lwów 2015.
[7] Ten pseudodziennik wydany pod auspicjami Rosyjskiego Towarzystwa Wojskowo-Historycznego „odkryto”, jakoby zamurowany w ścianie w czasie przebudowy willi, jaką otrzymała w spadku po swoim ojcu Wiera Sierowa. Por. I. Sierow, Zapiski iz czemodana, Moskwa 2017, s. 57.

[8] Metropolita A. Szeptycki, Pisma wybrane, red. M.H. Szeptycka, M. Skórka OSBM, Kraków 2000, s. 399–400.

[9] Rozmowa I. Winnickiej z cyklu Żywa historia ukraińskich politycznych emigrantów w Kanadzie jest dostępna na stronie internetowej Uniwersytetu Lwowskiego (http://www.franko.lviv.ua). O reakcji zakonników wspomina również D. Kahane, Lvov Ghetto Diary, Amherst 1990, s. 136.
[10] Argumenty Yad Vashem podważył w sposób kompetentny J. Bussgang w eseju Metropolitan Sheptytski: A Reassessment, „Polin” 2009, nr 21, s. 401–425.

 

 

 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter