70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

„Non possum”

Jestem prawnikiem. To determinuje moje poglądy i stanowisko w pytaniach proponowanych przez redakcję.

Wiem, że prawo „na wejściu”, w momencie tworzenia, ma reprezentować poglądy i interesy większości przy poszanowaniu (w materii i retoryce) poglądów i interesów mniejszości – każdej, bez względu na to, co o byciu mniejszością decyduje. A więc także tej, której obca jest transcendencja czy aksjologia Kościoła. Na etapie stosowania prawa wyszarpywanie większego kawałka dla siebie to nadużycie. Wiem, że rezygnacja z zasady proporcjonalności (trywialnie: „trzeba posunąć się na ławce”) przy tworzeniu i stosowaniu prawa prowadzi do jego dysfunkcji. A już największym grzechem prawa jest jego hipokryzja, bo wtedy prawo działa tylko argumentem siły, a rezygnacja z siły argumentu przeistacza go w szyderstwo, budząc poczucie krzywdy i gniew. Konstytucja z 1997 r., regulując stosunki państwo–Kościół, odrzuciła model separacji (łatwy w obsłudze) i wybrała trudniejszy, zakładający przyjazną współpracę. Wierzyłam, że to możliwe.

Kościół – niezależnie od swego wymiaru transcendentnego – jest silnym ośrodkiem władzy i interesu. Ma władzę na tym samym terytorium co państwo. I tron, i ołtarz działają władczo wobec tych samych ludzi – obywateli i wyznawców. Prawo powinno rozdzielić władzę państwa i Kościoła, ale też dawać gwarancję, że zarówno tron, jak i ołtarz nie dokonają uzurpacji. Wobec siebie i wobec jednostek. Po ćwierćwieczu od wielkiej zmiany politycznej ani stabilizacja, ani powściągnięcie nie zostały osiągnięte. Miejscem narastających konfliktów stały się zaś kolejno: kultura (co ma, a co nie ma być prezentowane w teatrach, kinach, na estradach, w galeriach), opieka zdrowotna, edukacja – od przedszkolnej (terytorialna „wolność od ideologii gender”), poprzez szkolną (symbole religijne w szkołach, sprzeciw wobec edukacji seksualnej, kroczący spór o nauczanie religii, który obecnie doszedł do postulatu uczynienia z niej przedmiotu maturalnego), po uniwersytecką (unikanie organizacji spotkań i dyskusji na drażliwe tematy lub z udziałem niepożądanych ideowo prelegentów). Pozytywnie dla Kościoła rozstrzygnięto sprawę finansowania prowadzonych przez niego szkół wyższych, i to nawet przy braku obowiązku przedstawienia rozliczenia ich sposobu wydatkowania przeznaczonych na nie środków publicznych. Zastrzeżenia (egzorcystów) wzbudza uprawianie jogi. Asystencja duchownych i ich słowo (gwałtowne, obelżywe, pogardliwe – klasyczna hate speech) wspiera protesty przeciw wydarzeniom kulturalnym podejrzewanym o godzenie w aksjologię Kościoła. Demonstracje zwolenników każdej aksjologii są oczywiście dopuszczalne. Problem tkwi jednak w tym, że to nie są działania obronne, dotyczące swojego terytorium, lecz ekspansywne. Nie są organizowane w imię swobody ekspresji własnej aksjologii, lecz w imię zakazania tejże ekspresji innym. No i retoryka – pogardliwa w przypadku wielu wypowiadających się duchownych, a budzącą zwykłe obrzydzenie – jak w wydaniu ks. Oko. Tu nie można w przypadku polemiki argumentować, że to jego prywatna inicjatywa. Ksiądz – jak policjant – jest zawsze na służbie, a jego działanie jest w zewnętrznym oglądzie przypisywane Kościołowi. Zwłaszcza że ten ostatni nigdy od niczego paskudnego (choćby w samej retoryce zagończyków) się nie odcina, natomiast profituje z tej aktywności. Tak jak profitował z bardzo prawnie wątpliwych decyzji niesławnej pamięci Komisji Majątkowej czy wprowadzenia religii do szkół aktem o charakterze instrukcji.

Wiem, że większości tych profitów i wypaczeń sprzyja postawa usłużnych świeckich funkcjonariuszy państwa. To oni są przede wszystkim winni uwiądowi dialogu i aprobacie dla ekscesywnej interpretacji prawa in favorem Ecclesiae. Skutek jest jednak jeden: dialogu między sacrum i profanum nie ma.

W 1991 r. podczas postępowania przed Trybunałem Konstytucyjnym w sprawie o sygn. akt W 11/91 (dotyczyła interpretacji, czy zwrotowi podlegają także majątki skonfiskowane przez zaborców) bp Alojzy Orszulik twierdził, że ustawa z 1989 r. regulująca stosunek państwa do Kościoła katolickiego jest wyjątkiem wobec konstytucji, a zatem Kościół nie podlega powszechnemu prawu państwowemu. Poglądu tego Trybunał wówczas  nie podzielił, ale przynajmniej go odnotował. Ta myśl nie zginęła; tu tkwi źródło nieposzanowania prawa stanowionego, z konstytucją włącznie. I jeszcze jedno przypomnienie (odpowiedź na pytanie nr 1 redakcji): dialektyka celów strategicznych i taktycznych stanowiska Kościoła względem państwa – „Tam, gdzie katolicy są w większości, tam powinni głosić ideę państwa wyznaniowego z obowiązkiem praktykowania przez ludzi wyłącznie religii katolickiej. Tam, gdzie są w mniejszości, powinni żądać dla siebie prawa do tolerancji i wolności kultu”. To zasłużony znawca prawa wyznaniowego prof. Michał Pietrzak relacjonujący w swym podręczniku (wydanie z 2013, s. 66) stanowisko kard. Alfredo Ottavianiego z 1953 r.

A pontyfikat papieża Franciszka? Dłużej klasztora… Przecież nawet II Sobór Watykański się u nas nie przyjął. Dlatego non possum. Pozostają mi monologi.

_

Odpowiedź na pytania z ankiety „Znak pyta”: relacje państwo-Kościół A.D. 2015

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter