70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Jak podbiliśmy

Może państwo pamiętają moją wakacyjną przygodę z redaktorem Bonowiczem, która była zaszła i dobiegła nostalgicznego końca jeszcze w poprzednim cyklu felietonów, pod zgoła innym tytułem, w innym layoucie i w całkiem innej rzeczywistości geopolitycznej, niż nas teraz otacza (piszę ten felieton przed wyborami, ale ukaże się on już po nich i na razie jeszcze czuję na przemian radosne podniecenie i grozę związane z ich przewidywanym wynikiem). Dzisiaj natomiast chcę opowiedzieć naszą z Bonowiczem zupełnie niedawną przygodę czeską.

Działo się to w Taborze pod Pragą, gdzie Bonowicz od przyjazdu chodził i potrząsał swoją komórką, która za nic nie chciała wejść w zasięg. Żeby weszła, przeszliśmy niewielkie miasteczko najpierw naokoło, potem wszerz i wzdłuż, a za trzecim razem kreśląc nerwowy schemat w kształcie rozgwiazdy, w oczekiwaniu na znajomą wibrację w kieszeni Wojtkowych spodni. Bez skutku. Miasteczko było naprawdę nie za duże, więc kiedy czwarty raz mijaliśmy wystawę z turkusową sukienką w błotne maziaje, nawet Wojtek musiał zauważyć, że robi mi się słabo z pożądania. –„Chodź, przymierzysz” – powiedział. Cena była designerska, ale punkt nie obsługiwał płatności kartą, co potraktowałam jako szansę na uratowanie mojej nieśmiertelnej duszy, a w każdym razie utrzymanie jeszcze przez miesiąc szkolnych posiłków moich dzieci na wyśrubowanym poziomie zupy i dużego drugiego dania. Zapomniałam, oczywiście, że chwila na zastanowienie, zanim się ulegnie pokusie, ten kłopotliwy dar losu, przydaje się skutecznie tylko wówczas, gdy mamy do czynienia właśnie z po prostu pokusą, a nie – z przeznaczeniem. Gdy wyszłam z przebieralni, Wojtek zagwizdał „I should be so lucky”. To był ten moment, o którym ludzie mówią „to jest ten moment”. Poszliśmy wyciągnąć korony.

Jako trzecie znaczenie dla słowa „akceptacja” słownik języka polskiego podaje „pogodzenie się z czymś, czego nie można zmienić”. Trzeba przyznać, że dość szybko doszłam w obliczu czeskiego bankomatu do piątego – akceptacji – etapu żałoby po dużych (na rzecz małych) drugich daniach w listopadzie.

Zresztą odkąd do szkół weszła, wraz z czarnym rynkiem drożdżówek, ustawa przeciw soleniu posiłków, coraz częściej musiałam popołudniami dopychać moją wygłodzoną młodzież naprędce smażonymi kartoflanymi plackami, na które sypała zabroniony w szkole cukier bądź sól łyżkami, wcale nie dlatego że to smaczne, tylko bo zabronione.

Teraz przynajmniej będę smażyć te placki w turkusowej sukience z bardzo krótkiej – bo obejmującej dwa egzemplarze – serii i będę miała poczucie, że to ja kieruję swoimi chuciami, a nie one mną. Stałam tak, stukałam w klawiaturę bankomatu, opowiadałam bankomatowi o kartoflach i chuciach, a Wojtek gwizdał „I should be so lucky”. Bankomat przeliczył żądaną ilość koron czeskich na złote polskie i spytał, czy zgadzam się na przyjęty przelicznik. Moje przeznaczenie miało mnie kosztować nieco, a nawet stosunkowo sporo więcej, niż sobie samodzielnie policzyłam. Na szali ważyła się obecnie również zupa, przynajmniej zupa tego z moich dzieci, które już tak szybko nie rośnie. Zawahałam się.

Accept daj – powiedział Wojtek. – Daj accept.

Dałam. I w tym momencie (a był to już drugi moment z rodzaju tych, o których ludzie mówią „to jest ten moment”, w ciągu kwadransa) w spodniach Bonowicza nastąpiła wytęskniona wibracja, i wszedł w zasięg. „Żaden człowiek nie jest samotną wyspą” – powiedział Bonowicz z wyraźną wdzięcznością. I wziął mnie na ciastko.

Potem doświadczyliśmy jeszcze wielu zawodowych wrażeń w tych Czechach, występowaliśmy tu i tam, niektórzy nam klaskali a inni nie, niektórzy wręcz wychodzili, gdy czytaliśmy wiersze, ale nie przejmowaliśmy się tym, bo towarzyszyła nam świadomość, poparta dowodem, że cudze „tak” ma dużo większą moc reorganizowania świata ku ogólnie ujętemu dobru niż cudze „nie” ku złu. Oboje tacy „na tak” wylądowaliśmy na koniec u gejtu, i: „Zdarza mi się zasypiać z myślą, że już wszystko mam” – powiedziałam do Bonowicza. Bonowicz pochwalił, i tak dobiegła końca nasza czeska przygoda.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter