70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta

Niezaproszona

Houellebecq jest pisarzem niegościnnym. Nie próbuje dać czytelniczkom okazji do „dobrego nastroju”.

W nawiązującej do tradycji epistolarnej książce-dwugłosie Michela Houellebecqa i Bernarda-Henri Lévy’ego Wrogowie publiczni pojawia się fragment dotyczący mojej sytuacji jako czytelniczki. Najpierw pisarz zadaje prowokacyjne pytanie o wpływ matki na historię seksualną mężczyzny. Ujmę tę kilkustronicową, rozwlekłą sekwencję w parafrazę. Jeśli mężczyzna przez całe dzieciństwo przebywałby z pogardzaną matką, trudno byłoby mu w dorosłości odnajdować w partnerkach pozytywne cechy. Lecz taki, który ledwie poznał rodzicielkę, zapewne „z całych sił” próbowałby rozwikłać stworzoną przez brak kontaktu tajemnicę. Bycie obsesjonatem seksu (kursywę kalkuję z narracji Houellebecqa) jest pochodną braku matczynej czułości.

Emocjonalną uważnością, przymiotem kochanych, pisarz obdarza w powieściach mężczyzn bardzo rzadko, a kobiety pod warunkiem, że są zdolne do bezgranicznego poświęcenia lub wykonują zawód prostytutki.

Jeżeli podążę tym tropem, psychoanalitycznym i autobiograficznym, zostawianym często przecież, by zakpić, zmylić pogoń, wpiszę się w tłum zimnych lub przeciwnie – histerycznych i niemądrych – postaci krytyczek, które dały się zwieść. Te wpływowe Houellebecq wymienia po nazwisku. Redaktorzy polskich wydań objaśniają przypisami hierarchie francuskiej krytyki, dzięki czemu możemy się przekonać, jak wiele kobiet zasila tę branżę. W dwugłosie z Lévym Houellebecq następująco ocenia recenzentkę „Elle”, Marie-Françoise Colombani, uznającą świat Platformy za straszną, siejącą strach historię, niemającą związku z rzeczywistością: „Doskonale rozumiem, że świat, w którym mężczyźni przemierzają pół świata, by szukać kilku chwil seksualnej przyjemności, nie ma w sobie niczego, co mogłoby sprawić jej radość. A to, że kobiety w jej wieku podejmują te same kroki w niczym do jej dobrego nastroju dołożyć się nie może” (Wrogowie publiczni, tłum. M.J. Mosakowski, Warszawa 2012, s. 303).

I tu szczęśliwie wybrzmiewa polski akcent. Spotkana w Warszawie młoda socjolożka, autorka pracy magisterskiej o sporze między katolickimi konserwatystami a postępowymi liberałami, wiedzionym z okazji wydań kolejnych powieści francuskiego pisarza, niestety nie ma nazwiska. Ten spór, twierdzi Houellebecq (powziąwszy na wyrost przekonanie, iż literatura zdolna jest wywoływać w Polsce wielkie emocje, podczas gdy mówić należałoby o kilkunastu recenzjach i kilku dyskusjach w gronie redakcji czasopism kulturalnych), dotyczy moralności seksualnej. Zdystansowana badaczka-socjolożka rozumie lepiej niż krytycy literaccy, jak wykorzystuje się w wojnach ideologicznych sztukę. I choć sama interesuje się nie pisarzem (zastrzega ten skromnie), lecz Polską, daje asumpt do przemyślenia bezużyteczności opinii czytelniczek nieakceptujących – bo „nie sprawia im radości” – diagnozy świata zawartej w mocnej, obrazoburczej fikcji.

Krytyczkom francuskim także chodzi o coś, co dałoby się wyjaśnić inaczej, niż wskazując na prostotę stosowanych kryteriów, punktującą de facto niedojrzałość, bo czym innym jest stwierdzenie, że nie są w stanie przyjąć z powagą ładunku negatywizmu, zapisanego w precyzyjnie nakreślonych biografiach postaci, dystopijnych wizjach przyszłości i podsumowaniach rewolucyjnych idei wytwarzanych przez ludzkość? Krótki akapit o socjolożce i polskiej wojnie obyczajowej, tak przecież ostatnio eskalującej, nadawałby się do rozwinięcia w epizodyczną scenę z Możliwości wyspy lub Cząstek elementarnych. Houellebecq lubi pisać o naukowcach, zwłaszcza wizjonerach, rozszczelniających rutynę skądinąd niemal urzędniczej pracy laboratoryjnej. Uczona, mająca trafny osąd na temat tego, jak wikła się wizje artystów w dyskursy władzy i co o wspólnotach mówią mody, trendy, ideologie, miałaby szanse popracować na houellebecqowskim uniwersytecie. Studentka tym bardziej. Zapewne koło czterdziestki, gdy jej piersi ulegną prawu grawitacji, zapragnęłaby wbrew rozsądkowi urodzić dziecko, a koniec końców, w razie cofki konserwatywnej, odeszłaby pokornie na wcześniejszą emeryturę lub do domu, w którym skromnie odziana podawałaby ciepłe posiłki nieco mniej inteligentnemu, lecz dobrze nadal wyglądającemu mężowi, zatroskanemu niesatysfakcjonującą erekcją.

No tak, istotnie dość trudno znaleźć w scenariuszach Uległości czy Poszerzenia pola walki lepsze zakończenia biografii bohaterek. Do wzięcia byłaby jeszcze samobójcza lub spowodowana nowotworem śmierć. Lub jednym i drugim. W momencie, gdy erotyczna przydatność zamienia się w swoje rzekome przeciwieństwo, czyli niedomaganie, chorobę, starość. Granicą wieku jest tu zresztą czterdziestka, co prawdę mówiąc, mnie raczej zadziwia i rozśmiesza, niż oburza.

Gdyby odnieść się do strategii wyłożonej we fragmencie listu o odbiorczyniach, trzeba by zaznaczyć, że czytanie powieści, których narrator wygłasza lub przypisuje swoim bohaterom kliniczną niechęć do feministek oraz uogólnioną mizoginię, wmontowaną w mizantropię, wskazując niemal zawsze jej źródła w zranieniach z dzieciństwa, a stymulatory w kulturze, dającej kobietom za dużo wyboru – trzeba by uznać, że Houellebecq jest pisarzem niegościnnym. Nie próbuje dać czytelniczkom okazji do „dobrego nastroju”. „Może się zdarzyć, drogi mój przyjacielu czytelniku, że jesteś kobietą. Nie martw się, proszę, takie rzeczy się zdarzają. Zresztą nie zmieni to w niczym tego, co mam do powiedzenia. Nie dbam o niuanse” (Poszerzenie pola walki, tłum. E. Wieleżyńska, Warszawa 2005, s. 18). Wobec mężczyzn także jest surowy, lecz jednak, nawet porzuceni, sfrustrowani, rozdrapujący zaatakowaną egzemą skórę, bohaterowie wiodą z powieści na powieść erudycyjne dysputy, odpowiadają na zepsuty świat może szalonymi, lecz i wizjonerskimi koncepcjami. Porzuceni przez straszne matki z pokolenia rewolucji seksualnej, bolejący nad wiotczeniem wagin przelotnych partnerek, wymęczeni turystyką seksualną, tęsknią do ładu, w którym kobieca uczuciowość spotkałaby się z ich kapryśną pożądliwością. Różnica jest naturalna, próba jej zniesienia, dowiemy się od francuskiego kontestatora, prowadzi do osobistych i zbiorowych katastrof.

Kobiety bywają też przydatne – w Mapie i terytorium pojawia się nieurodziwa, lecz skuteczna specjalistka od kampanii promocyjnych. W kolejnych – promotorki sukcesów, znikające na czas. W tle zaś, opisane z zabójczą ironią, ciała tak brzydkie, że trzeba je wyeliminować, kobiety tak głupie i zagubione w pędzie za marzeniami, że wywołują szyderczy śmiech, oraz osobna, niewielka grupka żałosnych feministek. W tle idzie zawsze, od początku, jakaś demonstracja, nieinteresująca dla bohatera, „uległego”, czyli niezainteresowanego żadnymi ruchami obywatelskimi, ideami politycznymi. Zdradzonego przez oświecenie. Zmiany na gorsze (regres to los Zachodu) w jednym nie dotykają osamotnionych mężczyzn – usługi erotyczne pozostają non stop dostępne i wyrafinowane, także w zislamizowanym Paryżu.

Co mam z tym wszystkim zrobić, z tą jawną niegościnnością i rysowaną grubymi kreskami diagnozą męskości i kobiecości? Sprawy nie ułatwia pornografizacja opisów, skrzących się surowym bogactwem technicznych wskazówek obsługi prącia. Houellebecq twierdzi przecież, że nie odpowiada za świat, lecz szuka nowej formy powieści, wywiedzionej z tradycji i najlepiej oddającej powszechny kryzys. Skupia się na mężczyźnie, ponieważ jest mężczyzną. Odtwarza więc męskie piekiełka, jakże inaczej miałby postąpić? Dodajmy, że w kilku przynajmniej wariantach biografii swoich bohaterów nie pozostawia suchej nitki na ojcach, umierających na przykre choroby w starości, niekomunikatywnych i nieempatycznych; przekazujących synom co najwyżej majątek oraz obojętność, czy nawet niechęć, wobec potomstwa. W takiej sytuacji logicznym rozwiązaniem jest stworzenie nowej rasy, bezpłciowej i nierodzinnej, jak w Cząstkach elementarnych.

Nie czytałam jeszcze Serotoniny. Prawdopodobnie nadal będę się w prozie M.H. czuła obco, obsadzona w roli feministki, która coś tam na zapleczu męskiej depresji robiła, wierząc w możliwość korekty rzeczywistości (nie za pomocą implantów piersi), odpowiedzialność i sens nieulegania. Rolę milczącej, enigmatycznej krytyczki, jedynej, której nie powalił na kolana i nie zwiódł wernisaż początkującego artysty, fotografującego mapy Michelina, utraciłam bezpowrotnie, pisząc ten tekst.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter