70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Coraz bliżej albo Coraz mniej

To samo wkraczanie komercji znać na wielu cmentarzach. Coraz bardziej kontrastują ze sobą mogiły przyznawane komunalnie i okazałe marmury na dużych przestrzeniach wykupionych na własność, gdzie nieraz kamień na grobie ściga się wspaniałością z innymi marmurami, a napis o zgonie nie posiada jeszcze daty.

23 września 2015 r.

Cmentarze równa się pamięć.

Cmentarz na Salwatorze był jednym z piękniejszych miejsc w Krakowie. Z wiodącą doń zadrzewioną aleją, która prowadzi ku panoramie kopców Kościuszki i Piłsudskiego, położony jak wstążka na pochyłości wzgórza, nad Wisłą, otworzony ku południowej przestrzeni sięgającej w pogodne dni nawet Babiej Góry i Tatr. W alei zamykającej cmentarz pojawiały się kolejno groby Antoniego Gołubiewa i jego dwóch synów, obaj zginęli w różnych katastrofach. Szczególnie pamiętny był krzyż nad grobem Karola Huberta Rostworowskiego.

Dziś cmentarz jest o wiele większy, z nową kaplicą, ze strzelistym aniołem przy wejściu, prawie nad białym kamieniem grobu Krzysztofa Kozłowskiego. Ale nie potrafię już odnaleźć drogi do grobów „Tola” i jego synów. Wszystko rozbudowane, bogatsze, wytworniejsze, schodki i przejścia pełne nowych rozwiązań kamieniarskich, poplątane. A przy wejściu po lewej całą kwaterę zajmują groby niczyje, dziesiątki identycznych marmurów, bezimiennych, bo niezamieszkanych, tylko tabliczki informujące, że to własność zgromadzenia zakonnego lub parafii. Kiedyś naturalnie będą prawdziwymi grobami, ale mogą być również przedmiotem handlu. Niczyja pamięć tutaj nie ożywia znaku krzyża.

To samo wkraczanie komercji znać na wielu cmentarzach. Coraz bardziej kontrastują ze sobą mogiły przyznawane komunalnie i okazałe marmury na dużych przestrzeniach wykupionych na własność, gdzie nieraz kamień na grobie ściga się wspaniałością z innymi marmurami, a napis o zgonie nie posiada jeszcze daty.

 

24 września 2015 r.

Na cmentarzach objętych jak stare Rakowice opieką konserwatora funkcja pamięci poddana jest prawom naszego zapominania. Kiedyś docieraliśmy oboje do mogił, których już dzisiaj nie zdołam odnaleźć w natłoku i splątaniu tych samych krzyży, chociaż były to mogiły przyjaciół albo autorytetów nas obojga. Anna Morawska, Zofia Starowieyska-Morstinowa, Henryk Niewodniczański, Marian Smoluchowski, patron naszej ulicy, któremu w przejściu do rodzinnych mogił zawsze stawialiśmy świeczkę.

Już wielu przyjaciół odchodziło niepożegnanych przeze mnie, bo choroba zatrzymywała w domu. Chrzestnej matki mego syna Krysi Pawlusowej i jej męża Zygmunta, tak zasłużonego dla polskiej opozycji i dla Znaku, nie odnajdę samodzielnie, bo nigdy na tym cmentarzu nie byłam. I nic na to poradzić nie można…

 

25 września 2015 r.

Prawa pamięci przez nas samych poddawane są nowym próbom. Dotąd pamiętam, jak 40 lat temu podczas wyprawy do Szkocji odnaleźliśmy cmentarz polskich lotników w Newark-on-Trent, gdzie wtedy wśród swoich żołnierzy spoczywał gen. Sikorski. Cmentarz był prawdziwie polski, na każdym grobie krzyż, imiona, data, biało-czerwona chorągiewka, wielki jawor nad grobem dowódcy i dwóch emigracyjnych prezydentów. Kiedy w 1991 r. postanowiono gen. Sikorskiego przenieść na Wawel, czekałam na lotnisku wraz z innymi posłami, z poczuciem jakiejś krzywdy, którą mu wyrządzamy. Już nie będzie leżał wśród swoich chłopców, nie wiem, czy ktoś jeszcze przyjdzie zapalić mu świeczkę w katakumbach wawelskich. Nie wiem, kto dzisiaj regularnie w Zaduszki dalej jeździ na Monte Cassino, skąd na szczęście nie zabrano gen. Andersa. Ale powinnością zostało przynajmniej jedno: imiona każdego z pożegnanych, do których powinniśmy wracać. I tym różnią się nasze zbiorowe cmentarze od zbiorowych cmentarzy armii tak smutnej jak Armia Czerwona, pod Lenino poległych było więcej niż na Monte Cassino, ale nawet polscy berlingowcy nie uzyskali prawa do imion i nazwisk na zbiorowym kamieniu nagrobnym.

A my sami coraz bardziej skupiamy się na pamięci wyrażanej przez pomniki, a nie rzeczywiste mogiły, to na pomnikach koncentruje się i pamięć, i chęć wypłaty wdzięczności, dla której brakuje słów.

 

27 września 2015 r.

W ostatnim dniu pobytu w Stanach Zjednoczonych papież Franciszek wśród innych wypowiedzi złożył deklarację, że za grzechy pedofilstwa rozliczani będą przez Kościół nie tylko kapłani, ale także biskupi. To wiadomość poruszająca, ale każe nam wrócić także do niedawnej przecież sprawy wyjątkowo ciężkiej i ciemnej: nagłej śmierci i pogrzebu dawnego abp. Józefa Wesołowskiego. Ostatnim aktem sprawiedliwości, jaki mu wymierzono w Watykanie, było usunięcie ze stanu duchownego i zgoda na proces świecki. Ta nagła śmierć do końca nie przyniosła nam odpowiedzi, czy to ciemny wynik spisku współprzestępców, na co wskazywała nie jedna okoliczność, czy wyrok Boży, tak strasznie trudny do pojęcia, bo przecież to byłby akt łaski. A później sprawa jeszcze mniej zrozumiała: pogrzeb w Czorsztynie, kiedy modlono się za zmarłego znów jako kapłana i arcybiskupa, uroczystą celebrę pogrzebu sprawowało 20 kapłanów, a miejscowa ludność zaprzeczyła wszystkiemu, o co zmarły był oskarżany. I tak to zostało jako pamięć stanowiąca samo przeciwieństwo tego, co pamięcią chcemy dalej nazywać. Jak mamy sobie z tym poradzić?

 

5 października 2015 r.

Publikacja tekstu Teologia i przemoc („Tygodnik Powszechny”, 30 września 2015 r.), a potem kolejne dni znaczone oświadczeniami ks. Krzysztofa Charamsy otwierają jeszcze smutniejszą sprawę godzącą w rozpoczynający się właśnie synod biskupów w Watykanie. Za wcześnie, by teraz móc przewidywać wszystkie skutki tej sprawy, jeszcze bardziej gorzkiej i ciemnej, gdzie zła wola wydaje się dominować nad jakimikolwiek dobrymi intencjami. Kościół papieża Franciszka stoi przed nowym, olbrzymim wyzwaniem.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata