70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Coraz bliżej albo coraz mniej

Jan Paweł II patronujący naszej epoce wiele razy dokonywał oceny przełomu epok i dzisiejszej perspektywy. Są w tej ocenie nuty bardzo surowe i pesymistyczne, a nawet nawołujące do sprzeciwu i odrzucenia.

6 lutego 2017 r.

Dwadzieścia osiem lat temu w tym dniu otworzono obrady Okrągłego Stołu, rozpoczynając nowy rozdział historii, uwieńczony III Rzeczpospolitą. Tak wyraziście pojawia mi się nowy sens starości: to ona daje prawo przypomnienia, że jeszcze żyją świadkowie. Między przywoływaniem przeszłości z jakiegokolwiek powodu a odwołaniem się do własnej pamięci i obecności jest przepaść. Starość ma rangę i prawo obecności, mimo wszystkich różnic między żyjącymi pokoleniami. I to przecież zawsze tak było w historii, czy panował uroczysty i sztywny rytm konserwatywny, w którym ciągle spogląda się wstecz, czy też wszystko przesłaniał pęd do zmian, destrukcyjny lub twórczy. Żadna wiarygodność gorliwego szperacza w archiwach, żadna werbalna lub uczuciowa wzniosłość patriotyzmu późno urodzonych nie przyniesie tego, co zwyczajne świadectwo, choćby przyjmowane z nieufnością. Olbrzymia waga pontyfikatu św. Jana Pawła II najmocniej przemówiła do nas właśnie jako świadectwo. On sam potwierdzał to wielokrotnie i z ogromnym osobistym wzruszeniem.

Może dlatego tak bardzo poruszają i te jego słowa wypowiedziane podczas pielgrzymki w roku 1999 w Sejmie III RP. „Demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm”. Wielu z nas myślało, że to jest nawiązanie i osąd niedawnej epoki zamkniętej II wojną światową, gdy tymczasem może to być także ostrzeżenie przed świadectwem pozornym. Słownik patetyczno-życzeniowy ideologicznych konstruktorów sięga zmian dotyczących najgłębszych treści osobistych i społecznych. Wtedy brzmi wzniośle i pięknie, ale przeczy samemu sobie. Upragnione zmiany mogą się okazać jawnie sprzeczne z rzeczywistym dobrem i prawdą, ale nie tracą swojej rzekomej prawdziwości, broniąc się czymś, czego już nikt nie nazwie jawnie kłamstwem, chociaż nim jest. I nikt wtedy nie przyzna się do swoich prawdziwych, mało chwalebnych intencji, tym bardziej gdy intencje te nie są uświadamiane i nazwane po imieniu.

Wtedy wszystko pozostaje w rękach świadków i tych, którym świadkowie przekazali, co najlepsze, symbolicznie, tak jak u Norwida: „syn – minie pismo, lecz ty wspomnisz, wnuku”. Jak długo mamy w swojej wspólnocie ten kapitał świadectwa, jest ciągle naszym prawem widzieć przyszłość nie w sensie zagrożenia, lecz także optymistycznie.

 

7 lutego 2017 r.

Jan Paweł II patronujący naszej epoce wiele razy dokonywał oceny przełomu epok i dzisiejszej perspektywy. Są w tej ocenie nuty bardzo surowe i pesymistyczne, a nawet nawołujące do sprzeciwu i odrzucenia. Nie od dziś pytamy, jak je rozumieć.

Teraz sięgnijmy trochę wstecz, do okresu Bożego Narodzenia. Przywołaliśmy wtedy z oburzeniem przykład jednego z krajów Unii Europejskiej, gdzie w imię świeckości państwa wydano oficjalne zezwolenie na mnożenie szopek w różnych przestrzeniach kultury, byleby nie były to szopki „religijne”. Wszyscy widzimy coraz szersze uderzanie świeckości w cały czas adwentowy. Już kilka tygodni wcześniej rozbłyskują symbole świąt. Wszystko: od oczekiwania po spełnienie nocy bożonarodzeniowej, staje się tylko elementem dekoracyjnym, ofertą uwieńczoną sukcesem marketingu. A wtedy również symbol gwiazdki przestaje być tajemnicą, w którą wchodzimy z onieśmieleniem, wdzięcznością i pokorą. Może to oburzać i gorszyć.

A przecież można inaczej. Cały ten wysiłek, niemal spiskowy, z jakim wkracza marketing w tajemnicę daru Narodzenia, możemy przyjąć z pobłażaniem.

Prawa rynku, posiadania i pazernej nadziei na zysk składają przecież mimowolny hołd właśnie tajemnicy Narodzenia, której nie jesteśmy w stanie ogarnąć, a która nas ogarnia z każdym krokiem, gdy w nią wchodzimy. Boże Narodzenie, właśnie takie dosłowne, jakie opowiada Ewangelia, zagarnia i przenika całą tę przestrzeń, czy ona tego chce czy nie. Wtedy, tak to widząc, stajemy się otwarci także na ludzi, którzy jeszcze tego nie odkryli, jeżeli chcą w tym brać udział. Niektórzy kupią prezenty tylko dla najbliższych, ale inni dadzą się włączyć (a może nawet zechcą) do akcji robienia paczek dla najbardziej potrzebujących, ratowania czyjejś radości, leczenia sponiewieranych.

 

8 lutego 2017 r.

Pamiętam symboliczną ulgę sprzed pół wieku, kiedy w metrze paryskim odkryłam pierwszy raz, że ludzie z reguły przytrzymują drzwi wahadłowe, by nie uderzyły podążającego za nimi, ekspedienci mówią uprzejmie, stewardesy uśmiechają się do pasażerów. A zapytanie: „Czy mogę pomóc?” (po angielsku, po francusku, po niemiecku…), słyszało się, gdy się w nowo poznanym mieście stawało bezradnie na jakimś chodniku z mapą czy planem miasta w ręku.

To oczywiście znaki symboliczne, ale bardzo znamienne.

Od dawna wiadomo, że dzieci niepełnosprawne, chore i ułomne chcą zaadoptować tylko rodziny z zagranicy, podczas gdy u nas mają one perspektywę wyłącznie bytowania w przytułku, bez domu rodzinnego. To od ludzi z innych krajów uczyliśmy się stwarzać podjazdy dla wózków inwalidzkich, także w naszych własnych świątyniach, i malować ostrzegawczym kolorem niewygodne przejścia również w naszych pielgrzymkowych przestrzeniach. Dzisiaj potrafi powstać spór o to, czy chęć pomagania ma jakiś sens, i to nie z powodu sprzeczności z naszymi pięknymi hasłami, lecz w imię zadufanej mądrości pod tytułem „wiemy lepiej”. Chciałoby się wówczas, aby w naszym dziedzictwie i cudownym przekazie naszego papieża mniejszą rolę odgrywały hasła, a jak największą jego świadectwo, tak otwarte jak otwarta jest obecność, w przeciwieństwie do pustosłowia frazesu.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata