70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Tamara Dean/Oculi/Agence VU/East News

Blizny Erosa

Miłość rodzi się z doświadczenia braku. Pierwszym krokiem na drodze miłości jest uświadomienie sobie głupoty, brzydoty, zła. Rozpoznanie tego jako braku, jako czegoś dotkliwego i domagającego się przezwyciężenia, otwiera przed nami nową perspektywę.

Na obrzeżach świata, w którym piękno łączy się z młodością, smukłością i zadbaniem, pojawiają się interesujące zjawiska, dla jednych wzruszające, dla innych krępujące. Fotografie młodych matek, zmęczonych i poznaczonych przez ciążę: z rozstępami, nadwagą, zmęczonym wzrokiem i odrostami; zdjęcia starych ludzi, ubranych i rozebranych, pomarszczonych, otyłych, pooranych pooperacyjnymi bliznami. Bez trudu można znaleźć strony w sieci, wystawy i albumy ze zdjęciami amatorskimi i artystycznymi. Takie działania wywołują rozmaite reakcje, co można stwierdzić po zamieszczanych komentarzach. Od obrzydzenia, poprzez obojętność – ta jest cicha, obojętni nie komentują – do wzruszenia, głosów poparcia i wezwań do nowego spojrzenia na piękno. Zapewne powody reakcji pozytywnych są różne i być może najłatwiej byłoby je opisać z perspektywy psychologii lub, jeśli weźmiemy pod uwagę kontekst społeczny pojawiania się takich fotografii, socjologii. Warto jednak przyjrzeć się tym zjawiskom uważniej, gdyż być może mówią one więcej o pięknie i tym, jak jest nam ono dane, niż wszechobecne wizerunki chodzących ideałów. O ile bowiem pytanie, dlaczego większości ludzi podobają się śliczne kobiety i przystojni mężczyźni, nie jest specjalnie ekscytujące, o tyle pozytywne reakcje na obrazy ciał niedoskonałych odsłaniają fascynującą strukturę piękna.

 

Zaślepienie

Zapewne każdy znalazł się w niezręcznej sytuacji, kiedy zakochana osoba opowiadała o pięknie swej wybranki lub wybranka, podczas gdy w naszej opinii opiewana uroda była co najmniej wątpliwa. Niezręczność sytuacji rozładowuje kilka poręcznych porzekadeł, od „O gustach się nie dyskutuje” po „Miłość jest ślepa”. To drugie zwłaszcza warte jest uwagi, gdyż wyraża powszechne dość przekonanie, że zakochani nie dostrzegają wad kochanej osoby, podczas gdy niezakochani są w stanie obiektywnie, bez udziału emocji, owe wady – w tym rozmaite mankamenty piękna – nazwać i opisać.

Niewątpliwie miłość przynosi pewną przemianę postrzegania, jednak nie jest do końca jasne, czy słowo „zaślepienie” najlepiej ją opisuje. Być może jest dokładnie na odwrót – to miłość potrafi dostrzec piękno, które na co dzień pozostaje ukryte.

Jeśli tak, ślepcami byliby niekochający, a nie ów jeden ogarnięty miłością.

Przekonanie, że niekochający lepiej rozróżniają piękno od brzydoty, wyrasta z głębszych, nie do końca ujawnionych założeń. Skoro bowiem każdy, kto nie kocha, jest w stanie „obiektywnie” ocenić, czy dana osoba jest piękna czy brzydka, oznacza to, że piękno byłoby nam dane ot tak, bez żadnego wysiłku. Otwieramy oczy i dostrzegamy je pomiędzy brzydotą. Do piękna nie trzeba zatem dochodzić, nie trzeba go odkrywać, nie trzeba się go uczyć i docierać do tego, co głęboko ukryte. To kusząca wizja, gdyż pozwala nam wierzyć, że mamy w sobie wrodzony i czysty instynkt rozpoznawania piękna. Przeczy temu jednak wiele form, w jakich się ono ujawnia. Gdyby było dane bez żadnego wysiłku z naszej strony, wówczas nie rozpoznalibyśmy go w wielu dziełach sztuki, muzyki, w wielu tekstach literackich czy potrawach, do których trzeba nawyknąć, często przezwyciężając pierwszy opór. Smak nabyty by nie istniał, gdyż instynkt piękna byłby czymś wrodzonym. Po co nabywać mozolnie coś, co i tak jest dane? Co więcej, w przyjęciu, że niektóre smaki się nabywa, kryje się pewne ryzyko, że gustujemy w nich nie dlatego, że odnoszą się do rzeczy pięknych, ale dlatego, że oszukaliśmy sami siebie i z rozmaitych powodów – choćby czystego snobizmu – gustujemy w czymś, co w żaden sposób piękne nie jest. Skoro bowiem większość ludzi mija te przejawy piękna obojętnie, to być może daliśmy się zwieść pozorom.

 

Cząstki piękna

Związki miłości i piękna są dość tajemnicze i nieoczywiste. W Uczcie Platona, jednym z najważniejszych podręczników miłości, jakie powstały w cywilizacji Zachodu, droga do piękna naznaczona jest pewnym trudem. Aby poznać piękno samo w sobie i zrozumieć, czym jest jego idea, trzeba przejść przez szkołę Erosa: zaczyna się od miłości do pięknego ciała, by później przejść do konstatacji, że owo ukochane ciało nie jest jedynym pięknym obiektem. W świecie pięknych ciał człowiek zaczyna dostrzegać piękno duszy, potem piękno jej wytworów – praw i obyczajów. Wreszcie, jeśli nie ustaje w drodze, dostrzega, że wszystkie te rzeczy są piękne, gdyż uczestniczą, w różnym stopniu, w idei piękna. Piękno samo w sobie jest tym, dzięki czemu rzeczy piękne są piękne. Idea ta jest jak światło, które nie zawiera się w pełni w żadnej pięknej rzeczy. To, że rozpoznajemy piękno w tak różnorodnych przejawach – dziełach natury, dziełach sztuki, wytworach ludzkiego umysłu – świadczy, wedle Platona, że są one przez ową ideę oświetlone. W każdej z nich odbija się jakaś cząstka piękna.

U Platona istotny jest nie tylko trud przedzierania się do istoty piękna, kolejne piętra odkrywania go, ale przede wszystkim sama droga ku pięknu prowadząca. To droga miłości. Miłość jest dążeniem do tego, co piękne, dobre i mądre. W micie o narodzinach Erosa jest to żmudna wędrówka bezdomnego kochającego, który pragnie ze wszystkich sił tego, co piękne. Nie dojada, śpi pod mostem, ciągle upada i traci, co zyskał. Eros jest pomiędzy bogami i ludźmi, pomiędzy nieśmiertelnością a śmiertelnością. To napięcie być może najmocniej naznacza jego dramatyczną egzystencję. Jeśli bowiem piękno samo w sobie jest nieśmiertelne, a ludzie śmiertelni, to ten, który kocha, nie może przynależeć w pełni do jednej tylko sfery. Pomiędzy śmiertelnością a nieśmiertelnością musi istnieć jakaś przestrzeń, w której poszukiwacz piękna mógłby się znaleźć. Związki z pięknem to związki z wiecznością, ale są to relacje kruche i niebezpieczne. Dlatego każdego dnia Eros umiera i rodzi się na nowo, ciągle w drodze, ciągle w dążeniu do nieosiągalnego ideału. Ostatecznie wprowadzająca Sokratesa w tajniki erotologii wieszczka Diotyma definiuje Erosa jako pragnienie posiadania tego, co dobre (piękne i mądre), na zawsze. Nie wystarcza nam chwilowy kontakt z pięknem, kiedy już je napotkamy, chcemy go dla siebie, na zawsze. Tu właśnie spotyka się nasza śmiertelność i znikomość z pragnieniem nieśmiertelności. U Platona najpełniej wyrazi się to w akcie płodzenia. Dlatego ludzie – ale przecież i zwierzęta – zabiegają o potomstwo i poświęcają się dla niego, by w nim osiągnąć nieśmiertelność. Dlatego szukają nieprzemijającej sławy i swoimi działaniami i wytworami starają się przekroczyć granice śmierci. W pięknie dana nam jest zatem nie tylko uroda, ale przede wszystkim przebłysk wieczności. Doświadczenie czystego piękna pozwala nam tej nieprzemijalności zasmakować. I odwrotnie: doświadczając na co dzień brzydoty, doświadczamy przede wszystkim ułomności i śmiertelności, czegoś, co przypomina nam o naszej znikomości.

Miłość zatem rodzi się z doświadczenia braku. Pierwszym krokiem na drodze miłości jest uświadomienie sobie głupoty, brzydoty, zła. Rozpoznanie tego jako braku, jako czegoś dotkliwego i domagającego się przezwyciężenia, otwiera przed nami nową perspektywę. Dopiero wtedy można rozpocząć dążenie ku mądrości, pięknu i dobru. Na to jednak decydują się nieliczni. Stanem powszechnym jest bowiem przekonanie, że nam tego wszystkiego nie brakuje. A skoro nie brak nam piękna, to po cóż wyruszać na jego poszukiwanie? Na tym polega, wedle Platona, całe nieszczęście głupoty. Ten stan samozadowolenia jest jednak tylko iluzją, bezpiecznym przekonaniem, że piękno jest na wyciągnięcie ręki, że nie musimy się o nie troszczyć ani zabiegać. Tymczasem aby je napotkać, musimy ten komfortowy świat naszej codzienności porzucić.

Droga do piękna jest więc jak wychodzenie z platońskiej jaskini, kiedy kajdaniarz, z początku oślepiony światłem, zaczyna poznawać świat poza ciemną grotą. Powraca metafora oślepienia, u Platona obecna w dwóch momentach drogi kajdaniarza. Raz, kiedy wyrwany ze swego mrocznego miejsca pobytu, ma oczy pełne światła. Drugi raz, kiedy wracając do jaskini, by opowiedzieć swym dawnym towarzyszom o wspaniałościach prawdy poza ich więzieniem, kajdaniarz nie potrafi rozpoznawać cieni, gdyż ma oczy pełne ciemności. Wszystko inne rozgrywa się w światłocieniach, odsłanianiu się prawdy i jej ukrywaniu się. Jeśli zatem miłość jest drogą do piękna, nie może zaślepiać, choć z pozoru – oczy pełne blasku – wszystko na to może wskazywać. Droga do piękna to nie łagodny spacer pod górkę z ciemności do pełni światła, lecz pełna zakrętów i zwątpień wędrówka, tracenie tego, co się zyskało, i odzyskiwanie raz utraconego.

 

Wyboista droga

Zapewne nie potrzeba wytaczać aż filozofii Platona, by rozprawić się z paroma porzekadłami. Chodzi jednak o coś więcej: o to, w jaki sposób dochodzimy do tego, co piękne. Nie da się zrozumieć początku ruchu miłości w stronę piękna, jeśli zamkniemy się tylko w ludzkiej lub boskiej perspektywie. Głupi nie filozofują (i nie szukają piękna), gdyż są przekonani o własnej mądrości. Bogowie też tego nie czynią, gdyż są już mądrzy i piękni. Eros, filozof i miłośnik piękna, znajduje się pomiędzy nimi. Ta dziwna sfera „pomiędzy” wymyka się naszemu myśleniu. Jak się do niej dostać? Jak głupi odkrywa swój brak? Z pozoru jest to niemożliwe. Skoro bowiem podoba mu się to, co ma, dlaczego traci do tego smak i szuka czegoś innego? A skoro owego innego – tu: prawdziwego piękna – nie zna, to skąd wie, gdzie ma szukać? Dochodzimy tu do największego bodaj paradoksu miłości: czy kochamy coś, gdyż jest piękne, czy też możemy w ogóle dostrzec owo piękno, gdyż kochamy? Konsekwentne przejście obydwu dróg nie prowadzi nas jednak bliżej ku światłu, lecz w cień. Jak bowiem rozpoznać coś, co jest piękne, skoro jeszcze nic nie wiemy o tym prawdziwym pięknie, otoczeni naszym pozornym pięknem? A zatem: jak pokochać jako piękne coś, czego jeszcze nie potrafimy rozpoznać jako piękne? Z drugiej strony: skoro dopiero miłość pozwala dostrzec piękno, to jak się ona zaczyna, zanim owo piękno zostanie dostrzeżone? Tu oczywiście można ratować się rozmaitymi podpowiedziami. Jedną z nich jest nauka samego Platona: nie znamy piękna samego w sobie, choć potrafimy zachwycić się np. pięknym ciałem. Tajemnicza sfera „pomiędzy” rozciąga się zatem nie pomiędzy zupełną ciemnością i pełnią światła, lecz w sferze półcieni. Wszak kajdaniarze w jaskini coś widzą: są to cienie, a nie absolutne ciemności.

A skoro widzą cienie, to można ich poprowadzić w stronę rzeczy, które owe cienie rzucają w nikłym świetle ognia. Wszak głupiec, choć otoczony głupotą, wierzy – co prawda, fałszywie – że jest mądry. Ceni tę mądrość, a zatem ma to przeczucie, że mądrość jest ważna, podobnie jak cenne jest piękno. Otoczeni kiczem i brzydotą ludzie są przekonani, że to właśnie piękne rzeczy, a oni przecież cenią piękno. Gdybyśmy sobie wyobrazili nie miłośnika kiczu, ale kogoś, kto nie zauważa piękna w niczym dookoła i nie widzi potrzeby życia w pięknie, wówczas zobaczylibyśmy kogoś po platońsku pogrążonego w absolutnej ciemności. Taki ktoś nie miałby szans na miłość do piękna, na wyrwanie się ze swych ciemnych czeluści. I choć głupiec otoczony brzydotą rozpoznaje ją jako piękno i cieszy się z przebywania w jego bliskości, to potrzeba jakiegoś impulsu, by dostrzegł, że prawdziwe piękno jest gdzieś poza.

Miłość jest wyjściem poza codzienność, radykalnym, choć dokonującym się stopniowo, przewartościowaniem, opuszczeniem bezpiecznego domu i skazaniem się na bezdomność i błądzenie. Piękno okazuje się trudne do zdobycia, a droga do niego wyboista. Piękno wydarza się poza życiem, jeśli przez życie rozumiemy poukładaną codzienność głupca. I choć u Platona zażyłość z pięknem samym w sobie to kontemplacja, nie należy jej utożsamiać jedynie z procesami czysto intelektualnymi. Kontemplacja to praktyka miłości, miłosne przebywanie w pobliżu tego, co najważniejsze i najcenniejsze. To zmiana sposobu bycia, wyjście poza siebie, ruch możliwy tylko dzięki miłości. Jeśli miłość jest drogą do piękna, jeśli nie można bez niej do niego dotrzeć, to można powiedzieć, parafrazując Józefa Tischnera, że miłość jest sposobem istnienia piękna.

Tak jak dobro może zaistnieć w wolności, ujawnić się jako wybrane, tak piękno ujawnia się poprzez miłość.

A zatem zaślepieni byliby niekochający, z politowaniem spoglądając na zachwyty zakochanego. Tymczasem to właśnie jemu odsłoniło się coś, co im, pozostającym poza działaniem miłości, jest niedostępne. Spojrzenie miłości potrafi dostrzec piękno, podobnie jak spojrzenie nienawiści wszędzie widzi szpetotę. Nienawiść wyolbrzymia wady, jej oko dostrzega samo zło i ludzką małość. Sprawa zatem nie rozgrywa się w poznawczej opozycji obiektywizm–subiektywizm, lecz w ruchu pomiędzy śmiertelnością i nieśmiertelnością; w ruchu, który prowadzi do tego, co wspaniałe, ale jest jednocześnie trudnym porzucaniem codzienności.

 

Zakochać się, pięknieć

Ciała młodych matek, często niezgrabne, naznaczone ciążą i porodem, zmęczone trudem opieki nad dzieckiem; ciała starych ludzi, schorowane, pomarszczone, wykręcone. Co w nich jest, że zachwycają? Co widzą w nich ci, którzy się zachwycają? Być może, pozostając na poziomie obiektywnej analizy proporcji, nie da się wiele dostrzec. Ale obiektywna obserwacja to nie najlepsza droga do odkrywania piękna. W ciałach tych widać trud, miłość, oddanie. Ciała starych ludzi to historia ich życia, pracy, chorób, zmęczenia, przeżytego cierpienia. Te ciała świadczą o czymś, co znajduje się głębiej. Swoją niedoskonałością – jeśli za doskonałość uznamy zgodność z jakimiś kanonami – świadczą mocniej niż ciała względem kanonu idealne. Ciała bezdyskusyjnie piękne zatrzymują wzrok na sobie, pozwalają sycić się tym, co na powierzchni. Być może właśnie ciała kanonicznie piękne zamykają nas w drodze ku pięknu, gdyż zbytnio koncentrują na sobie. Dają pozór wieczności, podczas gdy są tylko ciałami o harmonijnych proporcjach. W tych ciałach nie ma braku, nie mamy więc żadnego motywu, by w szkole Erosa wspinać się wyżej. Paradoksalnie więc, oczywiste piękno może zamykać na poznanie prawdziwego piękna. Z kolei tamte ciała, zmęczone i niezgrabne, przenika piękno tego wszystkiego, co je ukształtowało: przeżytego życia, jego trudów, ofiarnej miłości do dziecka.

Najpierw odkrywamy piękno konkretnego ciała, potem innych ciał, a w dalszej kolejności piękno dusz. To możliwe jest tylko dzięki miłości, która czasem musi się przebić poza to, co z pozoru niepiękne.

A zatem piękno wyższego rzędu oświetlałoby niższe poziomy i pozwalało się dostrzec tam, gdzie zazwyczaj pozostaje nieuchwytne. Gdyby jednak tak było, to całą sprawę dałoby się zamknąć w stwierdzeniu: tolerujemy niedoskonałość fizyczną, gdyż mamy świadomość piękna duchowego. To jednak upraszczające i chyba nie rozwiązuje wszystkich problemów. Czy bowiem o to chodzi? Czy tylko o tolerowanie niedoskonałości w imię czegoś wyższego? Piękno, odsłonięte dzięki miłości, wydaje się działać mocniej: przemienia to, co z pozoru nieatrakcyjne, odkrywa piękno – często poza wypracowanym przez codzienność kanonem. Wiedzą o tym wszyscy, którzy doświadczyli miłości.

Z tych rozważań nad Erosem, synem Biedy i Dostatku, wynika coś jeszcze. Jeśli bowiem różnica między spojrzeniem niekochającego a kochającego polega na różnicy między opinią a rzetelnym poznaniem, to owe uznawane przez powszechność kanony – być może nawet i te greckie – są dziełem mniemania, opinii, która nie ma w sobie nic wiecznego i trwałego. Kult młodego ciała jako czegoś ostatecznego możliwy jest tylko wtedy, kiedy zapomnimy o tym, że ta cielesna uroda z czasem przeminie. Interesujące wydaje się to, że drogą do rozpoznania piękna w materialnym świecie nie jest wyszukanie najpiękniejszych przejawów tego piękna znikomego, ale zobaczenie całej materialności w perspektywie przemijania. Dla jednych może to oznaczać całkowite odwrócenie się od tego, co materialne, w stronę tego, co duchowe. Taka droga ma w dziejach Zachodu długą i dwuznaczną tradycję. Można jednak, uświadamiając sobie tę znikomość i śmiertelność, radować się jej przejawami. Jest w nich bowiem coś prawdziwego: nie udają wieczności, swą posągową doskonałością nie usiłują wytworzyć iluzji nieprzemijalności. W tym sensie w ciałach dalekich od przyjętych przez codzienność kanonów i ideałów ujawnia się prawda, którą dostrzec może tylko miłość.

Przeniknięte miłością spojrzenie pozwala dostrzec piękno tam, gdzie zazwyczaj go nie szukamy, piękno, które mijamy. Platon nie pisze o podziale na ciała piękne i brzydkie. Diotyma naucza czegoś dokładnie odwrotnego: „głupotą byłoby nie uznać piękna wszystkich ciał za jedno i to samo”. Teza, że każde ciało jest piękne, z perspektywy naszego codziennego zmagania się z brzydotą jest co najmniej ryzykowna. Jeśli bowiem zrównamy wszystko, nazywając każde ciało pięknym, to być może sama kategoria piękna stanie się bezużyteczna. Byłoby tak jednak tylko wtedy, gdyby rozumieć piękno nie jako światło, które oświetla rzeczywistość, ale zobiektywizowaną cechę, którą można orzec o tym lub owym. Tu jednak sprawa jest bardziej skomplikowana, gdyż do gry wkroczyła miłość. To ona oświetla, to ona pozwala dostrzec to, co zakryte.

 

*

Być może zatem miłość nie zaślepia, jak się powszechnie uważa, ale pozwala stanąć w prawdzie wobec piękna i naszych względem niego oczekiwań. Ciała dalekie od kanonu codzienności nie oszukują, lecz świadczą. A ujawniając znikomość i kruchość, stają bliżej i uczciwiej wobec piękna niż posągowe kształty, nieudolnie obiecujące wieczność.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter