70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

CC0

Schizo-fretki i kot-pulsywni psy-chopaci

Czy uznanie, iż zwierzęta mogą zwariować i popełnić samobójstwo, jest hołdem dla ich życia psychicznego, zdolności poznawczych i emocjonalnych? Czy też, przeciwnie, jest to kolejny krok na drodze wykluczenia zwierząt, nałożenia na nie podwójnego stygmatu: nie dość, że zwierzę, to jeszcze obłąkane? Dowartościowujemy inne gatunki, twierdząc, że mogą ulec chorobie psychicznej, czy też je w ten sposób degradujemy?

W europejskim kręgu kulturowym szaleństwo było przez długi czas kojarzone ze zwierzęcością. Obłąkanie, podobnie jak zezwierzęcenie, stanowiło modelowy sposób wykluczenia, redukcję do bieguna animalności: szaleniec był postrzegany jak ktoś niemoralny, lubieżny i niebezpieczny, przed kim należy bronić społeczeństwo. Nie tak dawno Peter Singer pisał, że zwierzęta są bardziej ludzkie niż ludzie dotknięci szaleństwem. Kwestia komplikuje się, gdy do tego monotonnego dyskursu ustalającego topos pokrewieństwa zwierzęcości i obłędu dorzucimy koncepcję szaleństwa samych zwierząt. Zwierzę umieszczone w optyce psychiatrycznej staje się bestią, a nawet postzwierzęciem.

Do opisu transgresyjnej natury obłąkanego poza gatunkiem ludzkim używa się, począwszy od XIX w., nomenklatury medycznej pozbawionej perwersyjnej pasji. Okazuje się bowiem, że człowiek nie jest jedynym stworzeniem, które nauka uposażyła w wyrafinowane łacińskie nazwy zaburzeń psychicznych. Twój pies może więc cierpieć na depresję. Może mieć halucynacje, które objawiają się łapaniem wyimaginowanych much czy ściganiem cieni, szczególnie jeśli należy do którejś z podatnych na tę przypadłość ras, tj.: rottweiler, owczarek niemiecki lub staroangielski. Może kompulsywnie czyścić łapy, jak np. labradory, dogi i dobermany. W końcu może być dotknięty brontofobią – strachem przed burzą, lub fonofobią – strachem przed hałasem (odporne na nią są jedynie psy myśliwskie); za każdym razem gdy zostawiasz go samego w domu, może cierpieć na lęk separacyjny lub też na (znacznie poważniejszy) zespół stresu pourazowego (PTSD). Oprócz naszych „czworonożnych przyjaciół” w szaleństwo popadają nie tylko tzw. zwierzęta towarzyszące, ale i te z cyrku, laboratorium czy ogrodu zoologicznego. Specjaliści od nie-ludzkich chorób psychicznych – do których należą zoopsychologowie, weterynarze oraz behawioryści zwierząt – nie zgadzają się w jednym: czy zwierzęta żyjące poza antroposferą (czyli na wolności) mogą zwariować? Czy też może nie istnieje żadne inne animalne zaburzenie psychiczne poza tzw. zoochosis, czyli psychozą spowodowaną zamknięciem, trzymaniem w niewoli, poddaniem permanentnej inwigilacji zwierząt z naszej najbliższej przestrzeni, osadzonych w niej jak w swoistym zooptikonie? A zatem czym miałoby być szaleństwo zwierząt? Wynikiem zawłaszczających działań człowieka? Antropomorfizacją? Projekcją? Medykalizacją, a właściwie psychiatryzacją świata, przed jaką nie uciekłby nawet „pies, który jeździł koleją” – ten szalony podróżnik, patologiczny włóczęga, cierpiący na poriomanię, fugę dysocjacyjną?

W ten oto sposób pytanie o słuszność stosowania kategorii zaburzenia psychicznego poza gatunkiem ludzkim prowadzi do wielu nowych problemów, wśród których na plan pierwszy wysuwa się hipoteza, że to szaleństwo zaciera granicę między ludźmi a nie-ludźmi. Dla wyeksponowania napięcia pomiędzy tym, co ludzkie, a tym, co nie-ludzkie w obłędzie, uzasadnione będzie podkreślenie problemów związanych z ideą obłędu u zwierząt oraz zatrzymanie się na kilku momentach historii zwierzęcego szaleństwa: począwszy od współczesnej mody na badania zaburzeń psychicznych u nie-ludzi, poprzez koncepcję tzw. zwierząt psychiatrycznych i tych popełniających samobójstwa, aż po psa na kozetce – zooanalizę, transgatunkową terapię rodzin i inne sposoby psychoterapii zwierząt.

Szaleństwo zwierząt

Pomimo iż o obłąkanych zwierzętach pisano już w średniowieczu, kwestia transgatunkowych zaburzeń psychicznych stała się głośna za sprawą książki Laurel Braitman Animal Madness, która w 2014 r. trafiła na listę bestsellerów „New York Timesa”. Pies Braitman Oliver (owczarek berneński) reagował silnym lękiem na sytuacje, w których zostawał sam w domu. Choć symptomy lęku separacyjnego na pozostawienie zwierzęcia bez opiekuna są znane nieomalże co drugiemu Polakowi, bo tylu z nas, według badań opinii publicznej, trzyma w domu „czworonożnego przyjaciela”, mało komu zapewne zwierzę towarzyszące wyskoczyło przez szyb wentylacyjny z trzeciego piętra, tak jak zdarzyło się to Braitman. Weterynarz nie chciał wprawdzie zgodzić się na rozpoznanie u Olivera próby samobójczej, przepisał mu jednak valium i radził opiekunce przeprowadzić się na niższe piętro. To początek opowieści. Ten bestseller nie jest jednak zapisem osobistego doświadczenia, poradnikiem, jak uchronić zwierzę przed chorobą psychiczną, lecz poważną pracą naukową powstałą w oparciu o dysertację obronioną na jednej z najlepszych amerykańskich uczelni (Massachusetts Institute of Technology).

Zainteresowanie zaburzeniami psychicznymi u zwierząt obudziła także rosnąca liczba specjalistów od zdrowia psychicznego najlepszych przyjaciół człowieka; albo odwrotnie: zoopsychologowie pojawili się jak grzyby po deszczu w wyniku zapotrzebowania na pomoc psychologiczną wśród (opiekunów) czworonogów. W końcu do nagłośnienia sprawy zwierzęcych chorób umysłowych przyczynił się coraz bogatszy przemysł psychofarmakolgiczny zwierząt, którego wartość w Stanach Zjednoczonych szacuje się obecnie na ponad 9 mld dolarów (1).

Bogata praktyka zoopsychiatryczna nie przesądza jednak faktu istnienia czegoś tak niejasnego jak koncepcja szaleństwa poza gatunkiem ludzkim. Czy bowiem rzeczywiście zwierzę może oszaleć? Przecież takie zaburzenia są wpisane w antropocentryczną perspektywę – można zatem co najwyżej zapytać: czy w tym przypadku mówimy o dobrym antropomorfizowaniu? W końcu czy zoopsychiatryzacja nie jest złamaniem antropocentryzmu, równouprawnieniem gatunków biologicznych pod względem możliwości popadnięcia w obłęd? A jeśli tak, to czy psychiatria – nie ulegając szowinizmowi gatunkowemu – objęła rzeczywiście wszystkie cierpiące zwierzęta specjalistyczną pomocą?

Problemy, które rodzi transgatunkowa psychopatologia, można by piętrzyć w nieskończoność. Wiele z tych niejasności zależy bowiem od tego, jaką przyjmiemy koncepcję zdrowia i choroby psychicznej oraz kogo na tym świecie uważamy jeszcze za „normalnego”. Warto skoncentrować się na jednym aspekcie tego fenomenu psychiatryzacji świata ożywionego, tzn. na tym, jak doszło do tego, że wśród zwierząt zaczęliśmy szukać pacjentów psychiatrycznych.

Choroba umysłowa to wynalazek nowożytny, dotyczący zarówno ludzi, jak i innych gatunków. Zoopsychopatologia jest zwrotem ku Darwinowskiej idei ciągłości emocjonalnej wśród zwierząt. Konstatacja, iż nie tylko ludzie mogą być obłąkani, stanowiła dla twórcy teorii ewolucji dowód na transgatunkowe uczuciowe kontinuum. Z defektu wnioskujemy o afekcie, z choroby psychicznej o bogatej emocjonalności. Skoro zwierzęta mogą cierpieć na depresję, muszą odczuwać smutek (doprowadzony do patologicznych rozmiarów). Analogicznie odsłaniają nam się pozostałe emocje podstawowe zepchnięte do sfery psychopatologii: z zaburzeń lękowych wnioskujemy o strachu, z manii o radości, z psychopatii o złości, z anoreksji o wstręcie. Dla Karola Darwina to w szaleństwie rozmywa się granica między ludźmi i nie-ludźmi. Twórca teorii ewolucji uważał, że pewne rodzaje obłędu, np. – przez długi czas traktowana jak choroba umysłowa – nostalgia, dotykają zwłaszcza mniej rozwiniętych: Afroamerykanów, kobiety i zwierzęta spoza gatunku ludzkiego. Warto zauważyć, że ułożył jednocześnie podwaliny pod teorie, iż emocjonalnie zwierzęta mogą nas na różnych polach przewyższać (2).

Inne wyjaśnienie, jak doszło do tego, że mamy animalnych pacjentów psychiatrycznych, wyłania się ze zrównania zdrowia psychicznego zwierząt i ich dobrego zachowania. Jak pisał już w 1880 r. Lauder Lindsay w książce Mind in the Lower Animals in Health and Disease terapia zwierząt powstała w odpowiedzi na ich niebezpieczne zachowania wobec ludzi. Podobnie jak w historii ludzkiego szaleństwa, obłęd przeszedł drogę od sfery sakralnej, przez sferę prawną, aż po medyczną. Można wskazać na moment w dziejach, kiedy groźne nie-ludzkie zwierzę nie było już traktowane jak opętane czy też złe, lecz jako chore weszło w domenę medycyny.

Wszystko wskazuje na to, iż historia psychopatologii zwierząt przypomina antropocentryczną historię psychiatrii. W średniowieczu, jak pisze István Ráth-Végh, były zwierzęta, które uważano za opętane (3). Omawiając procesy sądowe przeciwko zwierzętom, wspomina o tych postawionych przed sądem kościelnym. Chodzi o stworzenia powodujące klęski, wobec których ludzie czuli się bezradni: plagi myszy, żab, wężów, kretów – stanowiące poważną groźbę dla zbiorów – tłumaczono działaniem sił diabelskich. Szarańcze pokrywające pola były więc traktowane jak owładnięte przez złego ducha, podobnie myszy polne nadgryzające korzenie roślin. Postawione przed sądem kościelnym opętane zwierzęta nie ponosiły odpowiedzialności za wyrządzone szkody, stosowano wobec nich egzorcyzmy, próbując wypędzić diabła, a zachowując niczemu niewinne zwierzę. Tak jak w historii szaleństwa ludzi, tak i nie-ludzi, stopniowo jednak odchodzono od wyjaśniania obłędu w kategoriach sakralnych, kierując się w stronę etyczno-prawną. Drugi typ procesów sądowych przeciwko zwierzętom dotyczył kwestii świeckich. Pierwszą sprawę przeciwko odstającemu od normy zwierzęciu odnotowano w 1266 r. Sąd ogłosił wtedy wyrok w sprawie szalonej świni. Ostatni wydano w 1692 r., kiedy to skazano na śmierć klacz. Odnotowano w tym czasie 93 zachowane protokoły zwierzęcych spraw europejskich, a zatem zadziwiająco wiele w stosunku do zachowanych protokołów spraw dotyczących ludzi. Nierzadko zwierzę otrzymywało adwokata. Najczęściej stawały przed sądem świnie, później byki, konie, na końcu koty (np. za duszenie niemowląt). Oskarżoną świnię skazywano na tortury: kładziono na ramię do naciągania stawów, zaś jej kwiczenie interpretowano jako przyznanie się do winy. Obłąkane świnie zamiast do egzorcysty trafiły do więzienia. Następny krok tej historycznej łamigłówki to już przeniesienie akcentu z koncepcji: zwierzę-przestępca na szalone czy też wściekłe (dosłownie albo metaforycznie) zwierzę.

Nad dziejami zwierzęcego obłędu warto było zatrzymać się dłużej, gdyż na wskroś przypominają one perypetie ludzkiego szaleństwa i – charakterystyczne dla dzieł Michela Foucaulta – krytyczne spojrzenie na proces psychiatryzacji obłąkania oraz związanego z nim pozbawienia szaleńca podmiotowości. Trzeba napisać nową, zwierzęcą Historię szaleństwa w dobie klasycyzmu, aby zanalizować fenomen wariata poza gatunkiem ludzkim.

Zwierzę psychiatryczne

Kolejny etap odkrywania zaburzeń psychicznych zwierząt wiążę się już ściśle z powstaniem psychiatrii. Od końca XVIII w. aż do początku XX stulecia diagnoza choroby psychicznej przebiegała przede wszystkim w oparciu o obserwację zachowania. To psychoanaliza miała zapoczątkować proces przysłuchiwania się temu, co mówią pacjenci zakładów dla obłąkanych. Skoro dopiero za sprawą Freuda język zyskał uprzywilejowany status w diagnozie psychiatrycznej, przez długi czas mieliśmy to samo prawo do mówienia o chorych psychicznie ludziach i o pozostałych zwierzętach. Stosunkowo późno wyróżniliśmy mowę w tym kontekście. Skierowane do człowieka w obłędzie pytanie: co cię niepokoi? – to względnie nowy wynalazek. Niepoznawalny świat obłąkanej istoty ludzkiej w swej niepoznawalności nie różnił się wiele od świata szalonego zwierzęcia. Granica oddzielająca człowieka i zwierzę w szaleństwie była tym samym cieńsza niż bariera, jaką wyznaczała choroba umysłowa pośród ludzi. Owładnięci obsesją własnego zdrowia psychicznego, potraktowaliśmy jednak szaleństwo zwierząt jako model ludzkich zaburzeń psychicznych, tworząc nową klasę funkcji, które inne gatunki zmuszone były dla nas pełnić. Obok zwierząt futerkowych, domowych czy cyrkowych mamy więc zwierzęta psychiatryczne, których „nienormalne” zachowanie często jest tworem laboratoryjnym, ich szaleństwo zostało zaprojektowane jako model ludzkich zaburzeń psychicznych. Wiele wskazuje więc na to, że zaczęliśmy interesować się szaleństwem nie-ludzi tylko po to, by zrozumieć własne cierpienie psychiczne.

Zwierzę psychiatryczne to zwierzę doświadczalne, na którym przeprowadza się eksperymenty np. z podawaniem substancji chemicznych, które mają wywołać u nich stany obłąkania, w celu udowodnienia równoważności między ludzkim a zwierzęcym modelem szaleństwa. Przeważnie to myszy laboratoryjne były wykorzystywane w celu wyjaśnienia m.in. istoty zespołu uzależnienia czy lęku. Z kolei, by lepiej zrozumieć mechanizm powstawania depresji u ludzi wykonywano doświadczenia na psach. Najbardziej znany przykład dotyczył umieszczania czworonogów w klatce tak, by nie mogły uniknąć rażenia prądem elektrycznym. To badanie tzw. wyuczonej bezradności, przeprowadzone przez jednego z najbardziej wpływowych psychologów XX w. Martina Seligmana, miało pokazać, jak po kilkunastu nieudanych próbach uniknięcia cierpienia psy rezygnowały z dalszych wysiłków ucieczki z klatki, nawet gdy już bez trudu mogły się z niej wydostać. Obok nauczonych bierności i bezradności psów w depresji psychologowie „stworzyli” również cierpiące na zespół lęku napadowego małpki rezusy w słynnym eksperymencie Harry’ego Harlowa z matką drucianą i matką szmacianą. Harlow zresztą specjalizował się w doprowadzaniu zwierząt do furii. Traktując bogatą metaforykę dotyczącą ludzkiego obłędu literalnie, tworzył konstrukcje budowalne dla zwierząt, które dosłownym czyniły związki frazeologiczne typu: pogrążyć się w czarnej rozpaczy.

Oprócz pytań natury etycznej koncepcja zwierząt psychiatrycznych rodzi wiele pytań epistemologicznych: czy psychopatologia zwierząt jest dla nas interesująca o tyle, o ile mówi nam coś o zaburzeniach psychicznych ludzi? Albo o ile wyłania się z niej pewna koncepcja człowieka? W końcu: czy mamy jedynie zwierzęcy model zaburzeń psychicznych czy też autonomiczną dziedzinę o zwierzętach i dla zwierząt? Gdybym miała sama określić fenomen szaleństwa zwierząt, widziałabym w nim nie tylko animalistyczną psychopatologię jako zagadnienie intrygujące per se, ale przede wszystkim spojrzenie z całkiem nowej perspektywy na problematykę szaleństwa w ogóle i związane z nią zagadnienie granic wolności czy też sprawstwa. Wydawałoby się bowiem, że stwierdzenie zaburzeń psychicznych u gatunków innych niż Homo sapiens determinuje przyjęcie biologicznego wyjaśnienia chorób umysłowych. Eksplikacja odwołująca się do psychiczności zwierząt, a zatem wskazująca m.in. na traumatyczne przeżycia jako czynnik prowadzący do animalnego szaleństwa, godziłaby – według wielu – w godność ludzką. Innymi słowy, dowodzenie z obłędu, a zatem nie wprost, psychiki u zwierząt, działoby się kosztem ludzkiej specyfiki. Stąd łatwiejsze jest przyjęcie, iż zwierzęcy model szaleństwa wskazuje, że zaburzenia psychiczne są takimi samymi jednostkami medycznymi jak inne choroby somatyczne, niż mówienie w tym przypadku o roli procesów świadomych i nieświadomych w powstaniu obłędu u zwierząt. Jest to kwestia podstawowa także dla przyjęcia bądź odrzucenia konstrukcjonizmu społecznego w odniesieniu do szaleństwa. Wiele wskazuje na to, że u zwierząt spoza gatunku ludzkiego, tak jak u ludzi, szaleństwo jest produktem życia społecznego. Pod koniec XIX w. czworonogi miały cierpieć na melancholię, nostalgię i złamane serce. Dziś mają depresję, zaburzenia lękowe oraz PTSD.

Zwierzę-samobójca

Czy nie jesteśmy chociaż częściowo odpowiedzialni za obłęd zwierząt? Taki wniosek z pewnością wyłania się z eksperymentów, w których ich zaburzenie psychiczne zostało zaprojektowane przez psychologów. Wątpliwości budziło również szalenie interesujące i jednocześnie przerażające zjawisko samobójstwa zwierząt, którego powodem miał być człowiek. Już wspomniany Lindsay pisał, że zwierzęta mają swoje powody, by popełniać samobójstwo: starość, ból fizyczny, cierpienie związane ze zniewoleniem czy przede wszystkim ludzkie okrucieństwo – to jedynie drobna część zwierzęcych kłopotów, na które mogą one nie znajdować innego rozwiązania niż właśnie samounicestwienie. To on również jako pierwszy potraktował samobójstwo zwierząt jako wynik choroby umysłowej, nie zaś jako przestępstwo. Pod koniec XIX w. odnotowano 16 gatunków zwierząt-samobójców, m.in. wielbłądy, konie, psy, małpy, ale również skorpiony, a nawet pająki. Dziś ta liczba znacznie wzrosła, choć zoopsychologowie są skłonni przypisywać samobójstwo przede wszystkim ssakom. Walenie, a dokładniej: delfiny, stanowią czołówkę animalnych samobójców. Odbierają sobie życie, zaprzestając oddychania, które nie jest u nich procesem zautomatyzowanym. Najsłynniejszy przypadek odnotowano w latach 60. XX w., kiedy to Peter – delfin uczestniczący przez sześć miesięcy w badaniach nad komunikacją międzygatunkową – popełnił samobójstwo po tym, jak został rozdzielony z przeprowadzającą eksperyment Margaret Lovatt, z którą łączyła go relacja erotyczna (4). Ponadto wciąż odnotowuje się przypadki masowych samobójstw wśród waleni, co ma mieć związek z ich wyjątkową inteligencją. Zakłada się bowiem, że im mądrzejsze zwierzę, tym większe ryzyko zapadnięcia na chorobę psychiczną i popełnienia samobójstwa. W ten sposób rodzi się swoisty paradoks: czy uznanie, iż zwierzęta mogą zwariować i popełnić samobójstwo jest hołdem dla ich życia psychicznego, zdolności poznawczych i emocjonalnych? Czy też, przeciwnie, jest to kolejny krok na drodze wykluczenia zwierząt, nałożenia na nie podwójnego stygmatu: nie dość, że zwierzę, to jeszcze obłąkane? Dowartościowujemy inne gatunki, twierdząc, że mogą ulec chorobie psychicznej, czy też je w ten sposób degradujemy? Pomimo wielu niejasności wydaje się, że mówienie o samobójstwie poza gatunkiem Homo sapiens jest dowodzeniem nie wprost psychiczności zwierząt, jest wpuszczeniem ich do naszej przestrzeni, w celu nie tyle pomieszania gatunków, ile rozpoznania zalet i słabości każdego z nich.

Transgatunkowa terapia rodzin

Z szaleństwem zwierząt – szczególnie w przypadku gdy istnieje groźba samobójstwa – łączy się kwestia specjalistycznej (psychologicznej?) pomocy. W Polsce funkcję animalnego psychoterapeuty pełni zoopsycholog bądź weterynarz, który dodatkowo może przepisywać leki. Wprawdzie rynek psychotropów zwierzęcych jest u nas niezarejestrowany, mamy jednak ludzkie psychotropy, którymi możemy podzielić się ze swoim pupilem. Karykaturalne wyobrażenia na temat terapii zaburzonych psychicznie zwierząt zwykle dotyczą kota bądź psa rozłożonego na kozetce, dowiadującego się w procesie zooanalizy o wpływie kocięctwa / szczenięctwa na swoje problemy psychiczne. Obecnie najpopularniejsza przy kłopotach emocjonalnych zwierząt towarzyszących jest swoista terapia rodzin, w której zwierzę traktuje się jak członka rodziny. Obłąkani, niezależnie od gatunku, poddawani są podobnemu procesowi poprawy codziennego funkcjonowania, kładącego nacisk na zmianę zachowania z mniej adaptacyjnego na bardziej przystosowawcze. W związku z tym ostatnim punktem pojawia się problem: w jakim stopniu relacja człowieka ze zwierzęciem, która wyłania się z dziedziny psychoterapii zwierząt, jest opresyjna? I czy posyłanie zwierzęcia przez człowieka do specjalisty nie dzieje się w celu jego zdyscyplinowania? Zwierzę edypalne (włączone w relację rodzinną) może trafić razem z nami na sesję do zoopsychologa, bo swoim nietypowym zachowaniem nie pozwala nam na codzienne funkcjonowanie albo sobie samemu uniemożliwia takowe, np. zdradzając symptomy któregoś z zaburzeń odżywiania, jak zespół chudej lochy, lub pokrewnej mu aktywnej anoreksji, gdy zwierzę trenuje bardzo dużo, rezygnując jednocześnie z jedzenia, albo też ma objawy spaczonego łaknienia (pica) i konsumuje rzeczy niebędące żywnością. Bywa jednak, że „czworonożni przyjaciele” trafiają do specjalisty, gdyż ich zachowanie – według opiekuna – jest niezgodne z gatunkiem. Przypomina to znane z historii psychiatrii zjawisko, iż osoby zachowujące się niezgodnie z rolą płciową uważane były za bardziej obłąkane. Wydaje się, że problem podwójnych standardów nie omija również zwierząt. Pewna pani rozpaczliwie prosiła mnie o polecenie dobrego zoopsychologa. Dlaczego? Uznała, że jej suczka nie jest dość „kobieca”. Często jednak wizyta u zoopsychologa nie ma nic wspólnego z tresowaniem zwierząt, a podyktowana jest zatroskaniem o zdradzane przez naszego przyjaciela cierpienie psychiczne.

***

Krótki przegląd problematyki obłąkanych poza gatunkiem ludzkim, bardziej niż inne wstępne klasyfikacje, przypomina chińską encyklopedię zwierząt z X w. rozsławioną przez Borgesa. Należałoby do niej dodać jeszcze zwierzęta: psychiatryczne, zażywające psychotropy, będące w ciąży urojonej, poddawane medykalizacji, w procesie terapeutycznym, szalone, chude maciory, samobójcy, z daleka wyglądające jak pacjenci szpitali psychiatrycznych itd. Nie wyczerpuje to oczywiście pochodzących z różnych kategorii niejasności, jakie to zagadnienie rodzi.

Stwierdzenie, że zwierzęta mogą być chore psychicznie jest stosunkowo łatwe – nie godzi w pozycję człowieka, nie dzieje się kosztem ludzkiej specyfiki. Podobnie prawa zwierząt do terapii: nie są promowane kosztem praw człowieka. Wiele wskazuje na to, że na tym psychopatologicznym zmierzchu paradygmatu antropocentrycznego człowiek niewiele traci, a zyskać może bardzo dużo. Przede wszystkim poprzez uczenie się rozpoznawania zaburzeń psychicznych u zwierząt uwrażliwiamy się na rozpoznawanie zaburzeń psychicznych u ludzi (5). Warto zastanowić się jednak: czy nie zyskujemy zbyt wiele? Na szaleństwie zwierząt można przecież nieźle zarobić.

.

1 L. Braitman, Animal Madness: How Anxious Dogs, Compulsive Parrots, and Elephants in Recovery Help Us Understand Ourselves, Nowy Jork 2014.

2 Por. J. Panksepp, Affective Neuroscience: The Foundations of Human and Animal Emotion, Nowy Jork 1998.

3 I.Ráth-Végh, Historia ludzkiego szaleństwa, tłum. R. Bańkowicz, Warszawa 1973.

4 Zdarzenie to niedawno zostało rozsławione w spektaklu Magdy Szpecht Delfin, który mnie kochał z 2014 r.

5 L . Braitman, Animal Madness, dz. cyt., s. 4.

.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata