70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kapłan bliźniego

W zorganizowanym przez ks. Stanisława Bartmińskiego Dniu Zadumy i Modlitwy w 2000 r. wzięło udział prawie 200 osób, w większości młodzieży szkolnej. Przy pierwszych dźwiękach gry na rogu jej śmiech niósł się po krasiczyńskim zamku. Trzy lata później podczas występów izraelskiej śpiewaczki Towy Ben Zvi młodzież potrafiła już zanucić Szalom alejchem.

Na kirkut w Krasiczynie idzie się wąską asfaltową drogą wysoko pod górę, aż pod las, który dawniej wrastał w ziemię cmentarza. W dokumentach widniał jako teren zielony. Żeby zaznaczyć to miejsce, ks. Stanisław Bartmiński namówił młodzież, by pomogła mu je uporządkować i obsadzić choinkami (jak się okazało, szybko trafiły do domów mieszkańców jako drzewka bożonarodzeniowe). „Tutaj będzie ksiądz grodził? A gdzie my będziemy krowy pasać?” – usłyszał od jednego z mieszkańców. „I to był porządny, pobożny chłop, który co niedzielę chodził do kościoła – dodaje ksiądz. – Większość była obojętna, ale część osób się oburzała. Mówili, żebym się zajął naszymi cmentarzami, bo oprócz żydowskiego dbałem o cmentarze ukraińskie, co też niektórych bolało. To są sprawy, które wciąż budzą emocje, bo wojna nadal w ludziach siedzi. Ja po prostu uważałem, że dbanie o miejsca pochówku zmarłych to obowiązek księdza. Wyznanie nie ma tu znaczenia” – wyjaśnia. Cmentarz kilkakrotnie był oczyszczany i za każdym razem ponownie zarastał.

Świadomość ludzka

„Najważniejsza była nie sprawa logistyki i zebrania pieniędzy, tylko przekonanie ludzi do tego, że jako chrześcijanie powinni uszanować swoich starszych braci w wierze. To, że udało się to na jakiejś wsi, która poza nieliczną grupą osób nie jest z natury swojej bardzo oświecona, to wielka zasługa Stacha. Pokazuje jego ogromną kulturę i umiejętność przekonywania” – mówi Stanisław Krzemiński, który od lat przyjaźni się z księdzem. Sprawa porządkowania cmentarza nabrała tempa, gdy ksiądz dowiedział się o próbie odnowienia miejsca pamięci pomordowanych Żydów na Zasaniu. Gdy ze Stanów przyjechał John Hartman, prezes fundacji Pamięć i Pojednanie, okazało się, że osoba odpowiedzialna za to wzięła pieniądze, ale pracy nie wykonała. „Mnie to wtedy zabolało. Jakie zdanie ten amerykański Żyd będzie miał o Polakach? Zdecydowaliśmy się więc podjąć bardziej zorganizowaną akcję” – wyjaśnia ksiądz. Z pomocą młodzieży wykarczował teren, ogrodził drewnianymi żerdziami. Przy wejściu postawił „starszym braciom w wierze” pamiątkową tablicę. „Widać, że to jest miejsce spoczynku, ale skromne, bez pompy. I takie ma być” – mówi ksiądz.

Na cmentarzu zachowały się tylko cztery macewy. Pod jedną z piaskowca fliszowego leży chłopak, który zginął w Sanie, ratując tonącego. Pozostałe trzy nieczytelne. Reszta pobita. Nie wiadomo, czyje to kości: Abramojsiu, Majera, Szmulki czy Dona. Ludzie opowiadają, że macewy wyłamali Polacy zagonieni na kirkut przez niemieckiego oficera. Wykruszone przy ziemi nagrobne stele rzucali pod koła na błotniste drogi. Nie wiadomo też, gdzie dokładnie leżą ciała Żydów, którzy prawie dwa lata spędzili w podziemiach gospodarstwa zarządzanego przez Kurpielów. „Dbali o wszystkie ich potrzeby i dodawali otuchy w tych niezwykle ciężkich chwilach. Stanisław Kurpiel przynosił wiadomości ze świata, mówiąc, że wojna zmierza ku końcowi. Powtarzał, że gdy skończy się okupacja, razem z nimi przemaszeruje z polską flagą do Krasiczyna” – wygłoszono 70 lat później podczas ceremonii odznaczenia Franciszki i Stanisława Kurpielów medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Czy Kurpielowa robiła zbyt duże zakupy i ktoś wysłał za nią szpiega, czy na gestapo przyszedł chłopak, którego oświadczyny odrzuciła zakochana w pewnym Żydzie córka Kurpiela? Rodziny Rubinfeldów, Golingerów, Spieglów, Rubinów i pozostali zginęli podczas obławy na sześć tygodni przed wyzwoleniem Krasiczyna. Franciszkę i Stanisława Kurpielów rozstrzelano miesiąc później w forcie w Lipownicy. Sześciorgu ich dzieciom pomagali później mieszkańcy Krasiczyna.

Gdyby nie kirkut, nie byłoby śladu po krasiczyńskich Żydach. Podczas Dnia Zadumy i Modlitwy, który zorganizował w 2000 r. ks. Bartmiński, cmentarz odwiedzili duchowni Kościoła greckokatolickiego, rzymskokatolickiego, prawosławnego oraz rabin. Na zaproszeniu ksiądz napisał: „Chcielibyśmy, aby modlitwy za zmarłych i poległych prowadzili przedstawiciele tych wspólnot religijnych, których członkowie spoczywają na wielu cmentarzach, w bezimiennych grobach i kurhanach”. Na większość zaproszeń nie otrzymał odpowiedzi. Część duchownych odpisała, że nie jest zainteresowana bądź ma inne plany. „Nikt nie chciał się narażać, kiedy nie było wiadomo, czy inicjatywa się powiedzie i będzie po myśli biskupa. Ja sobie trochę zaszkodziłem, ale pod tym względem okazałem się gruboskórny. Dopiero kiedy spotkanie zakończyło się sukcesem, to nasz biskup zapytał, dlaczego nie zgłosiłem tego wcześniej. Wtedy włączono by tę uroczystość w obchody tysiąclecia. Sukces ma wielu ojców” – śmieje się ks. Bartmiński. W ceremonii wzięło udział prawie 200 osób, w większości młodzieży szkolnej. Przy pierwszych dźwiękach gry na rogu jej śmiech niósł się po krasiczyńskim zamku. Trzy lata później podczas występów izraelskiej śpiewaczki Towy Ben Zvi młodzież potrafiła już zanucić Szalom alejchem. Do dziś uczniowie z pobliskiej szkoły zaglądają na cmentarz. „Prowadzi tamtędy trasa spacerowa i nie ma samochodów. Przy cmentarzu zaznaczamy, że trzeba się odpowiednio zachować, żeby dzieci były na to uczulone. A potem idziemy ścieżką do lasu” – wyjaśnia jedna z nauczycielek. Ksiądz, który uczestniczył w rozmowie, przyznał potem, że uderzyła go postawa pedagogów, uciekających od odpowiedzi, czy chodzą na cmentarz. „Mówili o ładnej trasie wycieczkowej, tak jakby bali się powiedzieć, że prowadzą dzieci po to, żeby im pokazać cmentarz żydowski. I to jest właśnie ta świadomość ludzka” – wzdycha ksiądz.

Głupie czasy

Codziennie rano ks. Bartmiński sięga po telefon.

„Ziuńka? Przychodź! Parzę ziółka”. – Po chwili była gospodyni siada przy stole przed gorącym naparem. – To jest mój wymóg, bo jak nie zadzwonię, to Susowa nie wstaje z łóżka” – wyjaśnia ksiądz. Na koniec musi jeszcze pozmywać. To już ostatni jej obowiązek. „Uparty jest! Jak coś postanowi, to nikt go nie zatrzyma. Czy mu wolno czy nie. Całe życie taki był” – mówi Zuzanna Sus, która na plebanii spędziła ponad 30 lat, a wiele wątków z jej życia można odnaleźć w serialu Plebania. Jest pierwowzorem postaci Józefiny Lasek, natomiast sam ks. Bartmiński swoją życzliwością, otwartością i umiejętnością uważnego wsłuchiwania się w ludzi obdarował główną postać serialu – ks. Antoniego Wójtowicza. Był również konsultantem scenariuszy oraz pomysłodawcą niektórych epizodów, chociażby tysięcznego, jubileuszowego odcinka poświęconego wątkom żydowskim. Wystąpił też w kilku odcinkach serialu oraz w dokumencie Trzy historie Galicji, gdzie opowiadał o losach trzech narodowości, które poplątała wojna. Pojawia się w nim również Zuzanna Sus, która wspomina śmierć ojca, teścia, szwagra i stryja z rąk Ukraińców. Do dziś nie wie, gdzie są pochowani. „Głupie czasy były” – wzdycha Babcia Ziunia, popijając zioła. „Kiedy przyszedłem do Krasiczyna, to mówiłem, że czuję się posłany, ażeby budować tutaj pokój, zgodę, porozumienie. Żeby te tereny wreszcie przestały spływać krwią” – mówi w filmie ks. Bartmiński.

Jednym z pomysłów było polsko- -ukraińskie kolędowanie. „Gospodynia rano wstaje, ślicznie pokoje zamietaje” – nuci ksiądz. – To nie jest po polsku ani po ukraińsku. Ludzie, żyjąc obok siebie tyle lat, stworzyli miejscowy slang. I to mnie zainspirowało, żeby zorganizować wspólne śpiewanie. Okazało się, że bardzo to ludzi zbliżało i pomogło przełamywać wzajemne niechęci. Bo to jest główne zadanie księdza: budować wspólnotę” – mówi. Choć dziś już mało kto zna słowa ukraińskich kolęd, to jednak tradycja wspólnego śpiewania na zamku przetrwała.

Ksiądz Bartmiński upamiętnił też setki ofiar, które zginęły, próbując przekroczyć San. Jego nurt wyznaczał na początku wojny granicę niemiecko-rosyjską. Dziś nad wodą stoi dębowy krzyż na kamiennym cokole ozdobiony orłem – symbolem odrodzonej Rzeczypospolitej. Odprawiono w tym miejscu nabożeństwo ekumeniczne, podczas którego krzyż poświęcili duchowni: rzymskokatolicki, prawosławny, greckokatolicki i ewangelicko-augsburski.

O Nagrodzie im. ks. Romana Indrzejczyka za działalność na rzecz dialogu międzyreligijnego i dyplomie uznania „Za zasługi w ochronie dziedzictwa kultury żydowskiej w Polsce”, wręczonym przez ambasadora Izraela prof. Szewacha Weissa, mówi lakonicznie: ważne, że sama sprawa została dowartościowana.

Ksiądz heretyk

Brat księdza prof. Jerzy Bartmiński wspomina pierwsze kazanie małego Stasia wygłoszone na plebanii u wujka, ks. Floriana Zająca, gdy jako ośmiolatek wszedł na krzesło i z namaszczeniem wygłosił: „Ludzie, módlcie się, żeby się wojna skończyła, a my do swoich domów powrócili”. W rodzinie było kilku księży i jedna siostra zakonna. Ksiądz wspomina, że matka w młodości również chciała założyć habit. Z porannych mszy przynosiła dzieciom komunię świętą. Chuchała każdemu w buzię, mówiąc: „Masz Pana Jezusa”.

Ks. Bartmiński razem z pięciorgiem rodzeństwa wychowywał się pod czujnym, ale ciepłym okiem matki i surowym spojrzeniem rafaelowskiej Madonny, której obraz wisiał w domu w centralnym miejscu. „Wodząca smutnym wzrokiem za domownikami, kształtowała moje dziecięce sumienie (…). Miałem poczucie, że nic się przed nią nie ukryje” – napisze we wspomnieniach. Ojciec rzadko gościł w domu. „Z natury był społecznikiem, działaczem, zawsze bardziej zatroskanym o cudze sprawy niż własną żonę i dzieci’ – wspomina ks. Bartmiński. Z domu wyrosło sześcioro społeczników, każdy z indeksem uczelni wyższej, w tym dwaj późniejsi wykładowcy. Spośród rodzeństwa ks. Stanisława wszyscy zaangażowani byli w działalność w Solidarności. Marian Bartmiński, młodszy brat ks. Stanisława, prowadził własny biznes. Zanim wstąpił do Solidarności, przez krótki czas był członkiem PZPR. Ksiądz przypuszcza, że było to konsekwencją szantażu. Partyjną legitymację brata odnalazł dopiero po jego śmierci, podczas porządkowania dokumentów. Nieco młodszy prof. UMCS w Lublinie Jerzy Bartmiński został odznaczony za swoją pracę naukową i społeczną Złotym Krzyżem Zasługi i Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Wraz z żoną Izabelą i ks. Blachnickim tworzyli słynne Oazy Rodzin. Maria Klimowicz była lekarzem stomatologii, współzałożycielką Stowarzyszenia na rzecz Niepełnosprawnych SPES. Działała w opozycji, pomagała internowanym i ich rodzinom, ale też dzieciom specjalnej troski i tym z rodzin najbiedniejszych. Florian był wykładowcą akademickim. Najmłodszy brat Jan był radnym Przemyśla, wicewojewodą. W 70. rocznicę rozpoczęcia likwidacji getta w Przemyślu zainicjował marsz pamięci, by – jak sam mówi – nadrobić zaległości Kościoła katolickiego. Do dziś bierze udział w spotkaniach w grochowskim lesie na obrzeżach Przemyśla, gdzie w miejscu pochówku Żydów z przemyskiego getta stoi pamiątkowa tablica w kształcie pękniętej macewy.

Najstarszy z całego rodzeństwa Stanisław poszedł do seminarium, nie myśląc jeszcze o kapłaństwie. „Wagarowałem, nazbierałem dwój i wyrzucili mnie z Biskupiaka w Lublinie” – mówi ksiądz. Dzięki protekcji znajomego kapłana dostał się do seminarium duchownego w Przemyślu. „Na świadectwie miałem same dostateczne i tylko jeden dobry z zachowania. Myśleli, że byłem ofiarą komunistycznych szykan, a ja po prostu byłem leniwy”– wyjaśnia ks. Bartmiński. Momentem ostatecznej decyzji była wizyta u wujka, ks. Floriana Zająca, który za działalność antykomunistyczną odsiadywał karę dożywocia w więzieniu we Wronkach. Ks. Zając już podczas wojny chronił swoich parafian w Bączalu Dolnym przed wywózkami na roboty przymusowe, Żydom wystawiał fałszywe metryki chrztu, dzieciom udostępniał plebanię na tajne komplety. Kiedy weszła Armia Czerwona, pomagał w ukrywaniu osób poszukiwanych przez NKWD. Karę dożywocia później złagodzono, a na wolność wyszedł ostatecznie po ponad pięciu latach na mocy amnestii. Podczas odwiedzin w więzieniu Stanisław Bartmiński postanowił, że zostanie księdzem za zmarnowane życie wuja i z buntu przeciwko ówczesnej władzy. Z pierwszej parafii w Besku szybko został wyrzucony. Najpierw pod pretekstem naruszenia przepisów Kuratorium Oświaty w Sanoku nie przedłużyło mu prawa nauczania w szkole. „Za bardzo się angażowałem. Organizowałem spotkania z dziećmi, założyłem dla nich chór, przychodziłem na świetlicę” – wyjaśnia ksiądz. Potem zajrzał z ciekawości do Kościoła narodowego, za co groziły kary kościelne. „Widziałem, że nie powinienem tego robić, ale nigdy wewnętrznie nie godziłem się z tymi restrykcjami. Kiedy tam wszedłem, ludzie od razu mnie otoczyli i zrobiło się zamieszanie. Żalili się, że biskup zabrał im księdza, którego lubili, więc wystąpili z Kościoła katolickiego i sprowadzili sobie księdza narodowego. Zanim wróciłem na parafię, proboszcz już o wszystkim wiedział. Pewnie pomyślał: prawa nauczania nie ma, heretyk, trzyma z kościołem narodowym. No i dostałem karne przeniesienie” – wspomina. W kolejnej parafii w Sieniawie też nie dostał pozwolenia na nauczanie. Jeździł furmanką po domach z rzutnikiem Bajka i potężnym akumulatorem ługowym, bo nie wszędzie był prąd. Kiedy w filmie pojawiała się danego dnia Matka Boska, świadkowie Jehowy dostawali piłkę do gry i szli na boisko. „Oni się najczęściej odwracali od katolicyzmu, bo jakiś ksiądz im odmawiał ślubu, pogrzebu bądź stawiał za wysokie wymagania finansowe. A ja sobie innowierców zyskałem tym, że szanowałem ich przekonania”. Gdy chodził po kolędzie, czekali na księdza zebrani w jednym domu adwentyści Dnia Siódmego i świadkowie Jehowy. „Pamiętam też rozmowę z tamtejszą nauczycielką. Jej wychowankowie, Polacy i Ukraińcy, wymordowali się nawzajem, niemal na jej oczach. Pytała mnie: »Gdzie ja popełniłam błąd? Co powinnam zrobić inaczej, żeby ta nienawiść między nimi nie narastała? «. Do dziś mam tę kobietę przed oczami. Wtedy zacząłem się zastanawiać, co trzeba zrobić, żeby tej wzajemnej nienawiści nie było. Te wydarzenia trochę człowieka ukształtowały. Starałem się te konflikty później w Krasiczynie łagodzić”.

„W naszej rodzinie były nastroje antysemickie. Choć mama dobrze wspominała Żyda, u którego jej rodzice robili zakupy – mówi brat prof. Jerzy Bartmiński. – Wuj ks. Florian był endekiem zafascynowanym ideologią Dmowskiego. Również ojciec był wychowany w tym duchu. Stanisław pierwszy przeciwstawił się tej rodzinnej tradycji i zrobił to świadomie” – dodaje.

Ks. Bartmiński przyznaje, że ojciec był związany z ruchem narodowym, ale w domu często słychać też było ukraińskie dumki śpiewane przez matkę. „W dużej mierze ukształtował mnie ks. Julian Ataman, wykładowca seminarium, którego bardzo szanowałem. Miał szerokie horyzonty. Jako jedyny prowadził kleryków na nabożeństwa greckokatolickie i tłumaczył ich liturgię”. Imponował księdzu nie tylko swoimi poglądami i sposobem traktowania wyznawców innych religii, ale też zamiłowaniem do pieszych wędrówek, na które wkładał harcerskie spodenki z finką u boku.

Przycisnąć guziczek

„Proszę zobaczyć – mówi ks. Bartmiński, przekręcając klucz od salki z długim stołem, pokrytym czystym białym obrusem – Pusta. Na górze cztery pokoje ogrzewane, a nikomu nie służą. A przecież plebania powinna roić się od dzieci”. Dawniej mieściła się tu na piętrowych łóżkach ponad setka młodzieży. „Przez ten dom przeszło ponad 20 tys. osób. Mieliśmy dom rekolekcyjny, dostęp do przemyskich księży i San, który przyciągał dzieci” – wspomina ksiądz. Choć przyznaje, że logistyka przedsięwzięcia była trudna, bo działo się to w PRL-u, w którym 40-litrowy garnek wiozło się na plebanię jak skarb.

Zanim jednak wysłano zaproszenie, trzeba było zorganizować zbiórkę żywności i odzieży. Na parafię trafiały paczki z Włoch, Anglii, Austrii. Odzież przynosili też sami mieszkańcy, którzy chętnie brali udział w kiermaszach. Za kilka złotych można było kupić ubranie bądź wygrać na loterii futro lub buty. Przez krasiczyńską plebanię przejechało też kilkadziesiąt transportów z darami na Ukrainę. Stodoła była składem celnym, którą celnicy niby pieczętowali, bo nie było drzwi. Trudniejsza była logistyka po drugiej stronie granicy, bo w jednej miejscowości ksiądz prawosławny nie rozmawiał z greckokatolickim, więc trzeba ich było ściągnąć do księdza łacińskiego, żeby ustalić szczegóły.

Najpierw plebania zapraszała dzieci z Ukrainy. „Mój warunek był taki, że mają przyjeżdżać wszystkie dzieci potrzebujące, bez względu na to, czy są Polakami, Ukraińcami, katolikami czy prawosławnymi”. Zdarzały się zabawne sytuacje, np. na jedno zaproszenie przyjechały aż trzy grupy. „Skserowali sobie kartkę z zaproszeniem – opowiada ks. Bartmiński. – Ja mam plebanię pełną dzieci, a tu podjeżdża autokar z kolejną grupą. Co robić? Udało się ich rozlokować po domach w sąsiedniej miejscowości i dobrze się stało, bo te rodziny wtedy się poznawały. Niektóre do dziś ze sobą utrzymują kontakt. Przyjeżdżały też dzieci z Czarnobyla, dla których znaleziono w Krakowie onkologów i kardiologów”.

Gdy skończyły się kolonie, piętro plebanii zamieniło się w szkołę. „Czasem trudno było wytrzymać, od rana do wieczora setka dzieci, ale to komuś służyło. A my się teraz odcinamy od wiernych. Kościół poszedł jedną drogą, część ludzi drugą” – martwi się ksiądz.

Potem przyszedł czas na rodziny internowanych działaczy Solidarności, a także wdowy zabitych w Kopalni Wujek, które znajdowały schronienie na plebanii. Ukrywało się tam też kilku późniejszych parlamentarzystów. Ksiądz do dziś pamięta smród kwasu masłowego po milicyjnych nalotach, który wżerał się w drewniane schody plebanii.

„Miałem taki układ z jednym milicjantem, że za każdą oazę dostawał pół litra wódki. Wiedziałem, kiedy będzie nalot. Dzieci szły wtedy do lasu, a milicja zwiedzała pustą plebanię” – śmieje się ksiądz. Za prowadzenie oaz ksiądz był wzywany na kolegia. Kilka razy dostał karę 1500 zł, ale za każdym razem z sali posiedzeń wybiegał ten, co ją zasądzał, i mówił księdzu, żeby nie płacił, a za tydzień się zrobi protokół nieściągalności.

„PRL nie był dla niego usprawiedliwieniem. Twierdził, że kapłan może działać w każdych warunkach, nie tylko z ambony, ale i społecznie, bo modlitwa, owszem, jest bardzo ważna, ale bez uczynków jest niepełna” – mówi dr Stanisław Stępień, dyrektor Południowo- Wschodniego Instytutu Naukowego, prorektor Państwowej Wyższej Szkoły Wschodnioeuropejskiej w Przemyślu. „Ja nie byłem takim dobroczyńcą, tylko jak się przycisnęło jeden guziczek, to wszystko nabierało rozpędu i zaczynało żyć własnym życiem” – broni się ksiądz i gdyby nie parafianie, nie dowiedziałabym się, że pomagał ludziom finansowo, zabierał dzieci na kolonie za przysłowiową złotówkę, fundował młodzieży stypendia i niemal od razu rozdawał otrzymane prezenty. „Pomagał, ale dyskretnie, żeby nikogo nie urazić” – mówi prof. Jerzy Bartmiński, który na rocznicę ślubu dostał od niego książkę Tatarkiewicza O szczęściu. Ksiądz poprzekładał strony starymi czerwonymi stuzłotówkami, a w dedykacji zapisał: „Zobacz, jak lektura filozoficznego dzieła wzbogaca człowieka”.

Niedziela w supermarkecie

Nigdy nie miał przekonania, że wszystkie przykazania są tak samo ważne. „Jeszcze w seminarium uczyli, że jak ktoś na spowiedzi mówi, że chodzi do kościoła, to już o nic więcej nie trzeba pytać. Jakby to było ważniejsze niż przykazanie miłości Pana Boga i bliźniego! Czy ważniejsze jest, żeby w niedzielę wszyscy pobiegli na zmianę do kościoła zaliczyć mszę, bo jest małe dziecko w domu, czy jeśli pójdą razem do supermarketu? Ja uważam, że ważniejsze jest to, że będą w tym supermarkecie wspólnie spędzać czas, bo to łączy rodzinę. W konfesjonale i w prywatnych rozmowach najistotniejsze jest miłosierdzie, a potem przepisy. Moje postępowanie nie zawsze zgadzało się z oficjalną linią Kościoła. Nie mam np. problemu, aby udzielić rozgrzeszenia ludziom, którzy używają antykoncepcji. Ważne jest meritum sprawy, a nie kwestia techniczna. To miłość ma być ponad wszystko. Jeżeli seks jest jej wyrazem, to ksiądz nie jest od tego, żeby wskazywać pozycje małżeńskie” – wyjaśnia.

Nigdy nie czytał listów biskupich, tylko streszczał je przy ambonie, żeby nie przedłużać nabożeństwa. Mimo zakazu odprawiał też msze polowe bez portatylu. „Kiedyś ten kamień był ważniejszy od samej mszy. Dostałem pismo z kurii, że ołtarz musi znajdować się przy boku kościoła albo cerkwi. A gdzie ja na obozie z młodzieżą w Bieszczadach znajdę cerkiew? Z powodu zakazu msze odprawiałem tylko podczas urlopu, którego miałem 15 dni w roku. Trzeba usunąć te martwe przepisy albo je złagodzić. Teraz w tym kierunku idzie papież Franciszek, który odczytuje Ewangelię w trochę inny sposób, niż my się nauczyliśmy. I wielu hierarchów ma do niego pretensje. Dla mnie pewne rzeczy są oczywiste, trzeba tylko umieć to dostrzegać. Z drugiej strony, łatwo się narazić, choć ja specjalnie się nie boję. Nigdy się nie bałem, bo miałem swoją drogę”. Choć jak przyznaje, nie jest to droga buntu, którą szedł jego wuj ks. Zając, ale koncyliacji. „Nawet jak nie zgadzałem się z postawą biskupa, to próbowałem to przekazać w żartach. Ale trzeba też wiedzieć, kiedy się zatrzymać. Niektórzy idą za daleko, jak ks. Lemański. Trzeba uważać na to, co się mówi dziennikarzom. W Kościele są pewne granice i potrzeba tu pokory. Podoba mi się działalność ks. Lemańskiego, ale jego gesty są przesadnie manifestacyjne, jak np. chodzenie w jarmułce. Ja podczas uroczystości żydowskich przy całej sympatii do Żydów miałem na głowie biret” – wyjaśnia.

Mimo że jest już na emeryturze, w każdą niedzielę odprawia mszę w Ekumenicznym Domu Pomocy Społecznej w Prałkowicach. Czasem zaprasza też emerytowanego już księdza ewangelickiego, żeby wygłosił kazanie. „Biskup na pewno by mi zabronił, bo nie ma wspólnoty Eucharystii i jest to niedopuszczalne. A ja uważam, że ponad to jest coś ważniejszego. Jeżeli na mszy mówię: »bierzcie i jedzcie z tego wszyscy«, to czy mam prawo odmówić temu księdzu komunii św., bo on nie uznaje papieża? Nie możemy zamykać Pana Boga w gorsecie dogmatów. On jest większy, niż nam się wydaje” – wyjaśnia. Na msze jeździ wcześniej, bo każdy chce tam być dostrzeżony, ci na wózkach i ci leżący, którzy ledwo podnoszą rękę na powitanie. „Jest tam też taki ateista, ale przyjeżdża na wózku i przystępuje do komunii – cieszy się ksiądz. „Ale na spowiedzi jeszcze nie był. Nie wszystko od razu” – dodaje.

Wolne chwile spędza na porządkowaniu rozmów dotyczących skandalu wokół przemyskiego Karmelu, który papież Jan Paweł II chciał przekazać grekokatolikom na początku lat 90. Przeciwnicy tej decyzji stworzyli „społeczny komitet obrony Karmelu”. Papież podczas wizyty w Przemyślu zastał zaspawane od środka drzwi do kościoła Ojców Karmelitów i zmuszony był przekazać inną świątynię. „Uczestnicy tych wydarzeń jeszcze żyją, ale rozmowy z nimi są trudne, bo prawie każdy przedstawia inną wersję” – mówi ksiądz. Równolegle pracuje nad historią krasiczyńskich oaz, których część wychowanków założyła później sutanny. Będą to już kolejne książki, obok m.in. dwutomowego dzieła Krasiczyn. Dzieje parafii i społeczności naszkicowane przez starego proboszcza, Pracowitych lat czy Przewodnika po Krasiczynie. Przez kilkanaście lat redagował też, często nocami, gazetkę parafialną „Wieści Krasiczyńskie”, w której pojawiały się wiadomości z kraju, ze świata, z życia Kościoła i parafii. Nie brakowało też rubryki dla małolatów z dowcipami i konkursami. Mali czytelnicy cieszyli księdza szczególnie: „Jadę kiedyś w niedzielę na wioskę, patrzę, a tam dzieci pasą krowy i czytają moją gazetkę” – mówi ksiądz z dumą. „Ale spodziewałem się, że większy ślad zostanie po mnie. Sądziłem, że uda mi się ukształtować ludzi, ich postawy. Wydałem ponad 700 numerów gazetki parafialnej, ale nie widzę żadnych efektów. Krasiczyn nie różni się niczym od innych okolicznych parafii, gdzie nikt nie podejmował takich akcji edukacyjno- uświadamiających. Nie powstało żadne towarzystwo miłośników Krasiczyna, nie ma Koła Gospodyń Wiejskich. Nikt specjalnie nie interesuje się historią tego miejsca ani zamkiem. Młodzież, jeśli tylko może, wyjeżdża” – dodaje.

Anioł Stróż

„Czasem wysyłam mojego Anioła Stróża, żeby to mieszkanie w niebie mi przewietrzył, ale mnie nie słucha” – żartuje ks. Bartmiński. W ubiegłym roku, kiedy leżał w szpitalu, modliła się za niego prawie cała parafia, choć ludzie przyznają, że już nie liczyli na cud. „Gdyby Kapłan bliźniego Agata Listoś-Kostrzewa nie pani Wanda i jej diety, to już dawno siedziałbym na chmurce – mówi ksiądz o córce pani Zuzanny, która w kuchni dusi właśnie ryby w warzywach. – Jak wyobrażam sobie wieczność? Będzie strasznie długa. Najpierw problemem będzie dla mnie, żeby się dostać do nieba, bo po drodze będę musiał spotkać tych wszystkich, których skrzywdziłem. Trzeba się będzie z nimi pojednać. A ile człowiek mógł jeszcze dobrego zrobić, a nie zrobił? I jeszcze trzeba będzie przekreślić całe dotychczasowe życie. My czasem odmawiamy pacierze, odprawiamy msze. To wszystko jest ważne, ale to tylko narośl na prawdziwym życiu Kościoła. Samo pojednanie nastąpi między człowiekiem a innymi ludźmi”.

.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter