70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Możesz życie swe odmienić

Zasadnicza różnica między projektem Sloterdijka a chrześcijaństwem leży w tym miejscu, w którym chrześcijaństwo mówi: „możesz życie swe odmienić”. Możesz, ale nie musisz. To nie zmiana życia sprawia zbawienie, lecz zbawienie – radykalny dar – otwiera drogę do przemiany życia. Warunkiem tej możliwości jest fakt, że zostaliśmy dotknięci łaską.

Artur Madaliński: Niedawno ukazała się w Polsce książka Musisz życie swe odmienić Petera Sloterdijka, w której niemiecki filozof stawia tezę, że religia nie istnieje. Istnieją tylko błędnie za religię uznawane systemy ćwiczeń, które są niczym innym jak rozbudowanym systemem immunologicznym. Sloterdijk przekonuje do swojej tezy na ponad 600 stronach, sięgając po mnóstwo przykładów i zdradzając onieśmielającą erudycję. Czy po lekturze tej książki nie poczuł się Ksiądz jak dziecko, któremu zabrali w piaskownicy zabawki?

Ks. Grzegorz Strzelczyk: Szczerze mówiąc, nie bardzo, bo mamy tu, jak sądzę, do czynienia głównie z pewną procedurą semantyczną, która sprowadza się do zmiany nazewnictwa. Jednak fakt, że możemy się bawić nazwami, że dość arbitralnie uznajemy, iż jakaś nazwa jest uprawniona albo też z jakiegoś powodu nie należy tej nazwy używać, nie spowoduje zniknięcia nazywanej rzeczywistości. Jeśli religią nazywamy „system ćwiczeń”, to zaprzestanie używania nazwy „religia” nie sprawi, że przestanie ona istnieć. Natomiast znacznie poważniejszą sprawą jest to, na ile możemy uznać fundamentalną tezę Sloterdijka, w myśl której religia jest częścią immunologii.

Dla Sloterdijka podstawowym wymiarem naszej egzystencji jest antropotechnika, czyli oderwane od jakiejkolwiek idei uprawianie ćwiczeń.

Z tym oderwaniem od idei to nie jest takie proste. Sloterdijk twierdzi, że zarówno idea Boga, jak i Nietzscheański wątek nadczłowieka są zbędne, ponieważ służyły wyłącznie do tego, by zabezpieczyć wertykalny kierunek wyznaczający sens antropotechniki – skierowanie człowieka „ku górze”, ku nieustannemu przekraczaniu siebie. Antropotechniki napędzane są tymi wertykalizacjami, a – moim zdaniem – najsilniejszą motywację wertykalizującą dają właśnie wielkie idee.

Jak Sloterdijk interpretuje pojęcie nadczłowieka i w ogóle filozofię Nietzschego, która w Musisz życie swe odmienić stanowi jeden z fundamentalnych punktów odniesienia?

Sloterdijk powiada, że Nietzscheański nadczłowiek musiał się pojawić, ponieważ Bóg był za słabą hipotezą, żeby mógł zagwarantować odpowiednią wertykalizację. Jednak warto zauważyć, że w chrześcijaństwie w centrum zbawienia – a tak naprawdę książka Sloterdijka mówi o zbawieniu, jest zlaicyzowaną soteriologią – nie są techniki, którymi możemy sobie je zapewnić. Zbawienie jest darem. Nie ma żadnej techniki, którą możemy zmusić Boga do tego, żeby nas zbawił. Radykalnie przypominał o tym Marcin Luter w zasadzie sola gratia, ale w tym akurat aspekcie przywoływał w istocie samego św. Pawła: „Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga: nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił” (Ef 8, 9). Podstawą takiego myślenia było bardzo silne doświadczenie wczesnych chrześcijan, że w żaden sposób nie zasłużyli na Boże przebaczenie grzechów. Za tym wątkiem idzie Sobór Trydencki, kiedy w dekrecie o usprawiedliwieniu stwierdza: „mówimy, że [człowiek] jest usprawiedliwiony »darmowo«, bo nic, co poprzedza usprawiedliwienie, wiara lub uczynki, nie zasługuje na łaskę usprawiedliwienia; jeśli jest łaską, to nie z uczynków, w przeciwnym razie (jak mówi Apostoł) łaska nie byłaby już łaską”.

Zatem nie ma takiej praktyki – a używając nazewnictwa Sloterdijka, powiedzielibyśmy, że nie ma takiej antropotechniki – która mogłaby sprawić zbawienie. Nawet Trydent mówi w istocie sola gratia, dopowiadając do Lutra, że odpowiedzią na łaskę jest wysiłek człowieka, ale on jest wtórny. Ma charakter odpowiedzi. Zatem chrześcijańska opowieść o zbawieniu mogłaby się obejść bez antropotechnik. Wewnątrz logiki radykalnego daru…

W gruncie rzeczy mówimy tutaj o… sporze jeszcze wcześniejszym, sporze pomiędzy pelagianami i antypelagianami. Pierwsi twierdzą, że człowiek jest w stanie dokonać czegoś dobrego bez poprzedzającej go łaski, drudzy – przeciwnie. Przeważyło antypelagiańskie zdanie Augustyna. To od momentu odrzucenia pelagianizmu w zachodniej teologii gości jasna świadomość, że nasze działania są zawsze wtórne wobec łaski. Bez niej antropotechniki są bezowocne. Synod w Orange (529 r.) nawet je wyliczał, wykluczając tych, którzy by twierdzili, że wszystko to jest poprzedzone Bożym darem. Łudzą się ci, którzy myślą, że o własnych siłach „wierzą, chcą, pragną, usiłują, pracują, modlą się, czuwają, starają się, proszą, szukają, pukają”.

I jeszcze – podchodząc od innej strony – po Jezusie trudno na Boga patrzeć jak na reagujący na jakieś techniki religijne „zaspokajacz” naszych potrzeb. On sprawia, że słońce świeci nad złymi i dobrymi jednakowo. Deszcz pada na jednych i drugich. Żadna technika tego nie zmieni. Zatem o tyle Sloterdijk ma rację, że z wieloma sprawami tego świata musimy sobie radzić za pomocą naszej przemyślności. I istnieje realna pokusa, by po pelagiańsku uwierzyć, że absolutnie wszystko zależy od naszych sił i środków.

Czy zatem w rozwijanej przez Sloterdijka koncepcji Jezus jest do czegokolwiek potrzebny?

Prowokacyjnie powiedziałbym, że jest w niej wręcz niezbędny! Przede wszystkim jako jeden z tych, którzy implicytnie zrealizowali to, co on odkrył eksplicytnie. Nie możemy bowiem mówić o praktykowaniu – w znaczeniu, jakie nadaje temu pojęciu Sloterdijk – bez takich postaci jak Jezus. Nawet jeśli spojrzymy na to wyłącznie horyzontalnie, a więc bez wertykalnego pytania, czy Jezus jest Bogiem. Pamiętajmy, że bez, nazwijmy to, wkładu mistrzowskiego Jezusa nie ma np. monastycyzmu, a więc nie ma chrześcijańskiego pojęcia ascezy. A gdyby nie było ascezy, nie byłaby też możliwa teoria Sloterdijka. Osobną kwestią jest to, co jest najbardziej radykalną wertykalizacją. To jest pytanie, które w książce niemieckiego filozofa pozostaje bez odpowiedzi, bo choć wertykalizacja jest immanentną cechą człowieka, to już co wertykalizuje – nie wiemy. Chrześcijaństwo ma w tym miejscu ideę przebóstwienia: to jest nasz punkt dojścia. Z radykalnego daru rodzi się ciąg wertykalny, który zaspokajalny jest tylko samym Bogiem…

Dokąd zatem prowadzi nas nieustanne ćwiczenie, dokąd prowadzi antropotechnika, której najbardziej źródłową matrycą jest powtórzenie?

W perspektywie Sloterdijka ćwiczenie prowadzi chyba jednak donikąd, a jego celem jest wyłącznie zaspokajanie niezbywalnej, jak twierdzi filozof, potrzeby przekraczania, będącej immanentną, źródłową potrzebą człowieka. Sloterdijk mówi, że po prostu tak jest, zaś antropotechnika wypełnia wszystkie warstwy naszej egzystencji. Niemiecki filozof nie mówi jednak niczego o „regule zarządczej”, czyli o tym, po co tak naprawdę ćwiczymy. Wykrywa potrzebę – i tu zdaje się, słusznie. Mamy podstawy sądzić, że ludzkość pójdzie drogą ćwiczeń.

Wydaje się, że już tą drogą idziemy – dzisiaj w stopniu chyba nigdy wcześniej niespotykanym nie możemy przecież po prostu żyć. Musimy prowadzić swoje życie, nasze życie musi być zawsze projektem. Jak powiedział kiedyś Rilke, od którego Sloterdijk zaczerpnął tytuł swojej książki, nie wystarczy się urodzić, żeby zaistnieć. To zdanie zostało doprowadzone dzisiaj do absurdalnego przymusu ciągłej zmiany.

Dlatego sądzę, że jeżeli z projektu Sloterdijka usunąć „Transcendentalnego Zarządcę”, to jedynym zarządcą pozostanie tzw. rynek. Zwróćmy uwagę na fakt, w jak wielkim stopniu współczesnymi ćwiczeniami rządzą pieniądze. Bieganie, nordic walking, kluby fitness, wszystkie te aktywności – same w sobie, rzecz jasna, może i pożyteczne – napędzane są ciągle przez rynek, który generuje mody, trendy i całą filozofię must have. To, co ćwiczymy i jak ćwiczymy, nie jest dyktowane przez naszą wewnętrzną potrzebę, lecz przez zapośredniczony w świecie mediów rynek. W tym kontekście należy koniecznie postawić pytanie: co gwarantuje ludzką wolność wewnątrz tego systemu i czy w tej niezwykle erudycyjnej koncepcji Sloterdijka jest miejsce na jakąś instancję nadrzędną? W gruncie rzeczy bowiem to, co proponuje Sloterdijk, nazwać można wielkim projektem bez wielkiego projektu. Także w sensie antropologicznym, bo nie ma tu żadnej koncepcji człowieka poza stwierdzeniem, że określa go wewnętrzny przymus ćwiczenia. Trochę mało jak na antropologię. Ostatecznym celem jest u Sloterdijka samo ćwiczenie, natomiast to, co ćwiczymy, staje się obojętne. Dlatego nie ma tu różnicy między medytacją a bieganiem. Aż się prosi redukcja do absurdu – odmienianie życia w celu przebiegnięcia kolejnego, dłuższego dystansu jest para lelne np. do ćwiczenia się w sprawniejszym okradaniu sąsiada. Ponieważ – to bardzo ważne – niejako przy okazji Sloterdijk dokonał amputacji etyki.

Czy jednak podłożem antropologicznym jego koncepcji nie jest funkcja immunizacyjna, do której Sloterdijk sprowadza religię, mówiąc, że ma ona jedynie chronić przed przygodnością życia, strachem, niepokojem, śmiercią i – by tak rzec – ryzykiem egzystencji?

Nie sądzę. Jak bowiem pogodzić tak rozumianą immunologię z tym rodzajem przekraczania siebie, który de facto wystawia nas na coraz większe ryzyko? Trudno uznać postawę akrobatyczną za postawę samoobronną, zachowawczą. Jeśli zakładamy, że ćwiczenie służy samoobronie, to powinno ono się zatrzymać przed sportami ekstremalnymi, a przecież – jak wiemy – tak się nie dzieje. U Sloterdijka krzyżują się więc dwie kwestie: z jednej strony tendencja samoobronna i konieczność dostosowania się kaleki do rzeczywistości, z drugiej zaś – nieustanne wystawianie się na ryzyko stania się kaleką, które z punktu widzenia zachowania gatunku jest irracjonalne.

Oczywiście możemy człowieka zdefiniować i tak, że za warunek jego człowieczeństwa uznamy ciągłe ryzykowne przekraczanie samego siebie, ale nie sądzę, by była to najlepsza definicja. Ryzykuję, więc jestem? Trzeba być chyba bardzo znudzonym życiem, żeby dojść do takiego przekonania.

Krążymy ciągle wokół pytania, czy w koncepcji Petera Sloterdijka jest miejsce na Jezusa i czy możemy się zbawić dzięki antropotechnikom.

Chrześcijaństwo mówi, że nie zbawiamy się przez ćwiczenia, lecz przez dar, który nam został udzielony w osobie, co wobec propozycji autora Musisz życie swe odmienić stanowi zupełnie inny wektor refleksji. Chrześcijaństwo opowiada o człowieku jako wspólnocie fundamentalnej, w której imperatyw podstawowy jest skrajnie antyimmunologiczny, a brzmi on: „musisz życie swoje oddać”. Oddać za drugiego, oczywiście. W perspektywie chrześcijańskiej ćwiczy się po to właśnie, by życie swoje stracić – „bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je” (Mt 16, 24). Logika chrześcijaństwa jest więc dokładnie odwrotna do projektu Sloterdijka – ćwiczenia prezerwacyjne są chrześcijaństwu z gruntu obce. Pozostając przy nazewnictwie niemieckiego filozofa, powiedziałbym zatem tak: chrześcijański asceta może przerwać ćwiczenia zawsze wtedy, kiedy się pojawi Drugi. Bo on, Bliźni, jest zawsze epifanią Trzeciego. Niemniej jednak z teologicznego punktu widzenia książka Sloterdijka jest bardzo pożyteczna, ponieważ odsłania właśnie ową tendencję prezerwacyjną, czyli mówi, że my chcemy się jednak zbawić poprzez uczynki. Co więcej, wyjaśnia, skąd się ta tendencja bierze. Jeśli Sloterdijk ma rację, to wyjaśnia, dlaczego chrześcijaństwo ma nieustający problem z dryfowaniem w stronę religii, w widzeniu w technikach środka na zapewnienie sobie zbawienia. Jeśli rozpoznamy, że zachowania religijne polegają na praktykowaniu mających prowadzić do zbawienia ćwiczeń, i wyjaśnimy to wyłącznie horyzontalnie – jako immanentną cechę człowieka – to tym lepiej dla chrześcijaństwa. Zrozumiemy, że ta tendencja jest naturalna, a jej nawrotów (w postaci nowych odmian pelagianizmu) wręcz należy się spodziewać.

W tym sensie cała opowieść o antropotechnice byłaby figurą rytuału i wariantem tego tak bardzo popularnego sposobu myślenia, który sytuuje chrześcijaństwo przede wszystkim w logice Prawa.

Ciągle się z tym dzisiaj mierzymy – ludzie chcieliby się zbawić przez jakąś jasno określoną praktykę. Zrobiłem i jest. Choćby: odprawiłem „dziewięć pierwszych piątków”, idealnie zachowałem ryt. Stąd być może w niektórych środowiskach parcie na rytualną musztrę. Zbyt często myśli się, że praktyki mają moc zbawczą. A one jej nie mają. Zorganizowana asceza rodzi się w chrześcijaństwie dopiero pod koniec III w., i to na skutek wpływu radykalnej zmiany sytuacji zewnętrznej: przestało być możliwe oddanie życia poprzez męczeństwo. Chrześcijan po prostu przestano zabijać. I dlatego najbardziej radykalni wyszli na pustynię. Asceza nie jest – wbrew temu, co mówi Sloterdijk – wariantem ideału ascetycznego, po prostu zaimportowanego z Grecji. W sytuacji kiedy ustały prześladowania, przestało być możliwe wydanie swojego życia za wiarę, chrześcijanie zaczynają szukać sposobu na radykalne oddanie życia Bogu i bliźnim. Dlatego pierwsze określenia życia pustelniczego to „białe męczeństwo”. Tutaj też rodzi się opowieść, w której chrześcijaństwo jest walką – z szatanem, z własnymi słabościami, z pokusami. Ten agoniczny wątek obecny jest co prawda także u Pawła, ale u niego nie jest on jeszcze głównie wygodną metaforą.

A zatem Sloterdijk dokonuje swoistego zawłaszczenia dyskursu, podobnego w gruncie rzeczy do strategii Alaina Badiou, który próbował swego czasu oderwać myśl Pawła od takich kategorii jak łaska i wiara?

Dokładnie tak! I nie jest to pierwsza próba, mówiąc kolokwialnie, podprowadzenia dyskursu. W tym samym roku co książka Petera Sloterdijka ukazał się zapis słynnego sporu pomiędzy Slavojem Žižkiem a Johnem Milbankiem, czyli The Monstrosity of Christ: Paradox or Dialectic? dotykająca bardzo zbliżonej problematyki. Założenia Sloterdijka, podobnie jak tezy Badiou czy Žižka, są dowodem totalnej porażki projektu oświeceniowego w kwestii rozpoznania czyhających na człowieka zagrożeń i reakcji na nie. To także porażka w przestrzeni starcia z „religią”. Wobec tego próbuje się innej metody niż właściwa oświeceniu otwarta walka. To metoda nieco bardziej subtelna i sprowadzająca się do, używając poetyki agonicznej, wrogiego przejęcia dyskursu. Sloterdijk nie mówi, jak można by sprawdzić słuszność jego założeń, jednak według mnie zdecydują o tym kryteria czysto pragmatyczne. Krótko mówiąc – zobaczymy, jak szybko ta swoista kultura fitness odbije się nam czkawką. Tak naprawdę Sloterdijk między wierszami przyznaje ciągle, że religia (jako system antropotechnik) jest zbawienna, tylko słowo „religia” jest zbędne. Jeśli rzeczywiście istotą naszego życia jest praktykowanie zestawu ćwiczeń, to nie ma przeszkód, żeby trwał również zestaw ćwiczeń opatrzony sygnaturą „chrześcijaństwo”. Nie powinniśmy go jednak nazywać religią. Czy zatem Sloterdijkowa próba usunięcia religii nie jest wyłącznie próbą usunięcia słowa? Jeśli nie pokazujemy, jaki system ćwiczeń bardziej służy człowiekowi, to dlaczego mielibyśmy unieważniać praktyki chrześcijańskie, które wypracowały – stosując pragmatyczne kryterium – niebagatelną zdolność immunologiczną? Dlatego próba Sloterdijka jest w gruncie rzeczy przeciwskuteczna.

Natomiast jako teolog mogę być tylko zadowolony, jeśli ktoś – jak Peter Sloterdijk – dowodzi, że praktyka jest naturalną, bardzo mocno w strukturze neurobiologicznej człowieka zakodowaną skłonnością. To powód, dla którego chrześcijanie zawsze będą chcieli chwytać się praktyk, chociaż powinni raczej dziękować za dar.

Sloterdijk, stawiając na antropotechniki, potwierdza w istocie, że religie odgrywały i odgrywają w dziejach ludzkości absolutnie niezbywalną rolę. Bo nikt nie twierdzi, że religia nie jest również systemem praktyk immunizujących. Sloterdijk mówi natomiast, że jest ona wyłącznie tym, i nie wprowadza różnicy jakościowej pomiędzy różnymi rodzajami ćwiczeń. Tymczasem taka różnica w planie egzystencjalnym, zdaje się, jednak istnieje – inaczej bowiem immunizuje bieganie, a inaczej medytacja. Tyle że należy się spodziewać, że w warunkach zachodnich kultur znacznie mniej ludzi będzie uprawiać medytację, bo trudniej ją zagospodarować rynkowo. Ludzie medytujący łatwiej wykryją, że ewentualnie wypuszczanie na rynek kolejnej generacji must have medytacyjnych getrów to jednak jakaś ściema…

Czy zatem Musisz życie swe odmienić to kolejny przykład narracji ateizującej, chociażby spod znaku Richarda Dawkinsa czy Christophera Hitchensa?

Absolutnie nie, Sloterdijk rozwija swój dyskurs raczej obok opowieści ateistycznej. Dość naiwnie uznaje bowiem kwestię wiary w Boga za problem rozwiązany przez oświecenie. Podobnie czynią zresztą inni myśliciele, którzy – chcąc nie chcąc – muszą zgodzić się z istnieniem mnóstwa opisów doświadczeń religijnych po to, by próbować przejąć „antropologicznie użyteczną” część tego dyskursu. Niektórzy zatem, jak wspomniany Alain Badiou, powiadają: „Paweł był nasz, ale został »nagięty« w stronę Boga”. Inni, jak Slavoj Žižek, interpretując chrześcijaństwo w perspektywie Heglowskiej, dostarczają sobie narzędzi – w tym wypadku myślę o dialektycznym rozumieniu Trójcy Świętej – napędzających całą ich filozofię. Zarówno Badiou, jak i Žižek mówią tedy mniej więcej tyle: „Chrześcijaństwo zasadniczo ma rację, myli się tylko w kwestii Boga”. U Sloterdijka ten pogląd powraca w wariancie „nie mam nic przeciwko religiom, byle nie nazywać ich religiami”. Trzeba tu podkreślić, że chrześcijaństwo zachodnie zostało bardzo mocno sponiewierane nawet nie przez samo oświecenie, ale przez nieporadną na nie reakcję Kościołów. I z tego korzystają myśliciele ponowocześni, którzy w tym wymiarze muszą być wierni oświeceniu. Inaczej musieliby wrócić do chrześcijaństwa (albo szerzej – do dyskursu religijnego).

Dziwi im się Ksiądz, że nie chcą?

W pewnym sensie to rozumiem, bo to im pozwala egzystować w kuszącej przestrzeni absolutnej swobody, w przestrzeni, gdzie oś etyki – pozbawiona transcendentnego fundamentu – ustanawiana jest samodzielnie, pod indywidualne doświadczenia. Wymienieni panowie mają chyba świadomość, że istnieją dwa wyjścia: jedno z nich, mające swoje źródło w myśli Hobbesa, uznaje etykę wyłącznie za pochodzący z umowy sposób utrzymywania ładu społecznego, drugie natomiast prowadzi w stronę transcendentalizacji fundamentów etyki. Ale to jest właśnie religia. Rzecz jasna, z jednoznacznym zdefiniowaniem ideału etycznego także chrześcijaństwo ma pewien problem, bo jedynym prawdziwym człowiekiem jest Nowy Adam. Wzorzec ten jest chwilowo nieodstępny w potocznym doświadczeniu, ale jednak istnieje. Jeśli wszakże mówimy o wcieleniu, to mówimy także o tym, że chrześcijaństwo – nawet pojmowane jako system ćwiczeń – zmierza do zdobycia formy Chrystusa, zachowując z pełną świadomością dwuznaczność słowa „forma”.

Być może jednak nie chcą także dlatego, że chrześcijaństwo zachodnie jest dzisiaj w fatalnej kondycji. Przypomina plemię Wron – pisał o nim w znakomitej książce Jonathan Lear – które musiało, jak inne plemiona północnoamerykańskie, odnaleźć się w całkowicie nowej rzeczywistości i tylko dzięki radykalnej nadziei przetrwało.

Powiedziałbym raczej, że to kulturowa forma chrześcijaństwa zachodniego wyczerpuje się już od czasów późnego średniowiecza, ze znacznym przyspieszeniem tego procesu przez oświecenie. Dzięki temu jednak, że dzisiaj ta forma jest w stanie agonalnym, chrześcijaństwo wraca do stanu, kiedy było kwestią osobistej decyzji wiary, wyboru, a więc do czasów – umownie – sprzed Konstantyna. Tak się składa, że chrześcijaństwo wbijające się w obcy mu początkowo świat helleński było niezwykle płodne intelektualnie, dlatego ja absolutnie się tego zjawiska nie boję, choć najprawdopodobniej doprowadzi ono na Zachodzie do takiej liczebności chrześcijan jak w okresie przedkonstantyńskim. Nie mam jednak wątpliwości, że bez względu na wszystko chrześcijaństwo ze swoją logiką radykalnego daru przetrwa. Przetrwa istota Dobrej Nowiny, czyli odpuszczenie grzechów w Chrystusie Jezusie, a więc soteriologia. Peter Sloterdijk nie mówi przecież nic innego jak to, że potrzebujemy soteriologii. Głosi konieczność istnienia jakiegoś rodzaju ćwiczenia zbawczego, które on nazywa co prawda ćwiczeniem immunizującym, ale jak wspomniałem, to w istocie tylko różnica semantyczna. Moim zdaniem jednak zasadnicza różnica między projektem Sloterdijka a chrześcijaństwem leży gdzie indziej – w tym miejscu, w którym chrześcijaństwo mówi: „możesz życie swe odmienić”. Możesz, ale nie musisz. To nie zmiana życia sprawia zbawienie, lecz zbawienie – radykalny dar – otwiera drogę do przemiany życia. Warunkiem tej możliwości jest fakt, że zostaliśmy dotknięci łaską.

Ta optyka zakłada jednak możliwość porażki, której próżno szukać u Sloterdijka.

Bodaj najbardziej dramatycznym pominięciem w koncepcji niemieckiego filozofa jest właśnie porażka. A przecież ćwiczenie zakłada, że z liny, po której uczymy się wspinać, najpierw spadamy. I w każdej chwili spaść możemy. Chrześcijaństwo mówi, że możesz spaść, że nawet jeśli nie zdołasz oddać życia za innego, to istnieje przebaczenie. Chrystus zrelatywizował możliwość przegranej i otworzył nas na doświadczenie przebaczenia. Jacques Derrida, okazując się tutaj do cna chrześcijańskim, nazwał owo przebaczenie wręcz szalonym. Nic jednak dziwnego, że nie ma tych kategorii w projekcie Sloterdijka, ponieważ jest on fundamentalnie zakorzeniony w Nietzscheańskiej koncepcji nadczłowieka, która wypiera słabość. Ale w chrześcijaństwie obraz Boga będzie zawsze religijnie nieoczywisty – „On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej” (Flp 2, 6–8). To jest fundamentalna teza teologiczna chrześcijaństwa. Zstępujący ruch Boga w stronę człowieka, ruch ignorujący wszystkie nasze słabości, szaleństwa i przewinienia – to jest właśnie kompletnie areligijna strategia. Przecież Bóg chrześcijan nie pozwala się czcić, składać ofiar. To Bóg antykultyczny. Przypominam, że pierwsi chrześcijanie właśnie z tego powodu oskarżani byli o ateizm. Nie mieli bowiem standardowych praktyk religijnych i nie ćwiczyli się kompletnie w tym, co uznawano za czczenie bóstwa. Tyle że prawdziwym aktem kultu jest próba wydania życia za drugiego – na wzór Chrystusa i dzięki Jego uprzedzającej łasce. „W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy” (1 J 4, 10).

 

KS. GRZEGORZ STRZELCZYK – dr teologii dogmatycznej, w latach 2004–2012 pracownik Wydziału Teologicznego UŚ, autor podręcznika do chrystologii, prezbiter archidiecezji katowickiej

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata