70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Marcin Denisiuk

Ma Bóg w człowieku swoją wyspę

Podejrzewam, że większość ludzi w ogóle nie zastanawia się nad swoim obrazem Boga, nie pyta o to, czy go ma ani jaki on jest. Dla wierzącego Pan Bóg istnieje, i już. To jest pewna oczywistość. Tak samo, jak nikt z nas nie zastanawia się raczej nad swoim wewnętrznym obrazem Internetu. Tylko starsze osoby pytają niekiedy, gdzie jest ten Internet i właściwie co to takiego. Może zatem Bóg jest jak Internet?

Czy neurobiolog może nam coś powiedzieć o Bogu?

Może, i to wcale nie takie małe „coś”. Od jakiegoś czasu istnieje nawet odrębna dziedzina badawcza – neuroteologia, badająca zależności między duchowością, przeżyciem duchowym i procesami neurologicznymi.

Neurobiolog może nam powiedzieć, jak ludzie wyobrażają sobie Boga i jak obraz ten jest konstruowany w mózgu człowieka. Nie może jednak stwierdzić, czy Bóg jest, i zajmować się wynajdywaniem dowodów na jego istnienie. Na podobnej zasadzie neurobiolog może także wypowiadać się o religii. Jedną z bardziej trafnych definicji, jakie stosuje się do człowieka, jest ta, która mówi, że człowiek to gatunek religijny. Religijność jest bowiem zjawiskiem powszechnym, ukształtowanym w toku ewolucji. A neurobiolog w połączeniu z ewolucjonistą może nam dodatkowo powiedzieć, dlaczego religia jest ludziom potrzebna. Jeśli bowiem jakaś cecha, czy to anatomiczna, czy behawioralna, charakteryzująca nas jako gatunek, utrzymuje się przez długi czas, to znaczy, że jej istnienie musi się wiązać dla nas z jakąś korzyścią. Podobnie zresztą rzecz ma się ze sztuką. Obie, i sztuka, i religia, choć można by o nich powiedzieć, że są wysoce niepraktyczne, są nam też jakoś niezbędne.

To już chyba mówi naukowiec podszyty humanistą.

Tu nie chodzi o żadne sentymenty. Niczego nie trzeba odrzucać ani negować z góry. Jeśli ktoś mi powie, że astrologia to jakieś szarlataństwo, nie mam powodu, by się z nim nie zgodzić. Ale nie mam go także, gdy ktoś mi mówi, że ludzie urodzeni pod znakiem Byka mają skłonność do schizofrenii. Bo wystarczy, że chwilę pomyślę i wyjdzie mi, że jeśli ten znak zodiaku obejmuje ludzi urodzonych na przełomie kwietnia i maja, to znaczy, że drugi trymestr ciąży, w którym neurogeneza jest najbardziej aktywna, przypada na listopad / grudzień, czyli okres, w którym łatwo o zakażenia wirusowe. A wiemy, że są one czynnikiem ryzyka i mogą zaburzyć rozwój neuronów, przyczyniając się do rozwoju schizofrenii w późniejszym życiu. Obserwacja pewnej prawidłowości jest zatem w tej ciemnej astrologii, od której każdy światły, nowoczesny człowiek solennie się odżegnuje, jak najbardziej trafna, tylko ulokowanie przyczyn chybione. Dlatego warto śledzić wierzenia i tradycje, co zresztą ma miejsce (istnieje bardzo ciekawa dziedzina badań zwana etnofarmakologią), bo w nich jest zawarta suma wiedzy i doświadczenia całych pokoleń. Nie należy pochopnie uznawać je za całkowicie bezwartościowe tylko z tego powodu, że dziś inaczej odpowiadamy na pytanie: „dlaczego?”.

A więc dlaczego religia, dlaczego Bóg?

W psychofarmakologii posługujemy się z dużym powodzeniem takim paradygmatem, który mówi, że jeśli w przyrodzie istnieje substancja oddziałująca na nasz organizm (mak, konopie), to znaczy, że reagują na nią jakieś nasze receptory. A skoro posiadamy te receptory, to znaczy, że musimy produkować substancję analogiczną do tej istniejącej w środowisku zewnętrznym. Ustrój nie tworzyłby sobie bowiem receptorów „na wszelki wypadek”, a więc na wypadek gdyby jakieś substancje z zewnątrz przypadkiem się do niego kiedyś dostały. Muszą istnieć już jakieś wewnętrzne substancje, którym odpowiadają te spotykane w środowisku zewnętrznym.

Podobnie rzecz ma się z Bogiem i religią.

Ich źródłem jest to, że człowiek musi sobie wytłumaczyć wszystko, co jest dokoła, a zwłaszcza, dlaczego zachowuje się tak, a nie inaczej. A może nawet trzeba by to ująć mocniej: musimy sobie wytłumaczyć wszystko, co jest dookoła, po to, by wytłumaczyć sobie, dlaczego zachowujemy się w taki, a nie inny sposób.

Czy to naukowa hipoteza?

Tak, to nie jest tylko moje prywatne „gdybanie”. Pracował nad nią już Freud. Hipnotyzując swoje pacjentki i pacjentów, dawał im niekiedy sugestie posthipnotyczne. Podobno pewien mężczyzna dostał w trakcie takiej hipnozy polecenie, by już po wyjściu z niej za każdym razem na słowo „parasol” przyklęknąć. I rzeczywiście, po usłyszeniu tego słowa pacjent klękał, ale, co ciekawsze, i dla nas w tej rozmowie bardziej interesujące, pytany, dlaczego to zrobił, za każdym razem potrafił udzielić sensownej, przekonującej odpowiedzi: a to że musiał poprawić buty, a to że jakiś paproch leżał na podłodze lub że kostka go zaswędziała. Dzięki tym badaniom Freud zwrócił uwagę na niezwykle istotną rolę nieświadomości w naszym życiu. Tylko niektóre wrażenia i procesy zachodzące w naszym mózgu przebijają się do poziomu świadomości, ale gdy tylko już przekroczą tę niewidzialną granicę, to dla każdego z nich musimy mieć przekonujące wytłumaczenie, w które mocno wierzymy. Ten człowiek naprawdę zarazem wiedział (w sensie przekonania, kierującego nim motywu) i nie wiedział (w sensie przyczyny), dlaczego przyklękał. Doświadczenia Freuda świetnie pokazują to „podwójne kodowanie”, do którego zdolny jest nasz mózg.

Jednak Freuda nie uznaje się za naukowca ani jego teorii za teorie naukowe.

To prawda, ale on miał niespotykaną intuicję, genialny wprost wgląd. I w pewnym sensie jego tropem poszedł m.in. Michael Gazzaniga, którego eksperymenty i wysunięta na ich podstawie hipoteza są już jak najbardziej naukowe. Prowadził on badania na pacjentach z przeciętym spoidłem wielkim, a więc rozdzielonym mózgiem, w którym półkule nie komunikują się ze sobą. W takim przypadku, choć obie one funkcjonują, to do świadomości przebijają się tylko wyniki procesów zachodzących w dominującej połowie, zazwyczaj lewej. Co to właściwie oznacza? Gazzaniga podaje następujący przykład. Wykorzystując pewne urządzenie optyczne, prawa półkula osoby z rozszczepionym mózgiem odbiera z lewego oka obraz zaśnieżonego podwórka, a lewa, z prawego oka, obraz kurzej łapy. Następnie osoba ta ma wybrać prawą i lewą ręką kojarzące jej się z tym, co widzi, obrazki. Prawą wybiera głowę koguta, a lewą łopatę. Na pytanie, dlaczego takiego właśnie wyboru dokonała, odpowiada, że kogut kojarzy jej się z łapą, a łopata z kurnikiem, który trzeba posprzątać. Pada zatem wytłumaczenie na podstawie tylko tego obrazka, który pozostał w świadomości, niepokrywające się z rzeczywistą przyczyną wyboru. Ten mechanizm nazywa Gazzaniga „lewopółkulowym interpretatorem świata”.

I ma on coś wspólnego z Bogiem?

Zgadza się, ale ten związek nie jest wcale taki oczywisty. Otóż interpretator musi tworzyć przekonujące nas teorie o wszystkich tych procesach, których skutki odnotowuje nasza świadomość. Można na to spojrzeć i w ten sposób, że interpretator tworzy całą naszą rzeczywistość, na którą składamy się my i otaczający nas świat, korzystając z bardzo szczątkowych, ograniczonych informacji. Jedną z rzeczy, na które musiał on znaleźć wytłumaczenie, jest nasza moralność. A że najłatwiejszy sposób wyjaśnienia to założenie istnienia czegoś, wymyślił religię, a więc opowieść o istnieniu Wyższej Istoty i wyższego porządku, której istota ta jest gwarantem i której zarazem musimy się podporządkować. Koncepcja ta skłania zatem do przyjęcia kłócącego się z naszymi intuicjami wniosku, że to nie religia stworzyła moralność, ale wręcz odwrotnie. To moralność dała początek religii. Taki właśnie kierunek „emanacji” naszych, tzw. specyficznie ludzkich zachowań potwierdzają obserwacje małp naczelnych. Okazuje się, że mają one poczucie sprawiedliwości, a nawet że potrafią zachowywać się w zgodzie z nim. Kiedy małpa, której daje się w nagrodę ogórka, widzi, że inna dostaje za takie samo zadanie pomarańczę, denerwuje się i jawnie okazuje swoje niezadowolenie. Ale zdarzało się i tak, że ta, która dostawała pomarańczę, także dostrzegała tę niewspółmierność i dzieliła się z koleżanką swoją nagrodą. I to bez żadnej doktryny! Wydaje się więc, że moralność odziedziczyliśmy po naszych przodkach. I jest ona rzeczywiście bardzo korzystna, bo wprowadza ograniczenia, które umożliwiają sprawne życie społeczne. Tylko że w pewnym momencie musiała stać się dla nas na tyle problematyczna (zauważalna), że odczuliśmy potrzebę stworzenia sobie jej dodatkowych rękojmi w postaci religii i Boga.

Czy każdy człowiek ma jakiś obraz Boga? Czy jest miejsce w mózgu człowieka, które za ten obraz odpowiada?

Stare pytanie talmudystów: „Czy Jahwe ma przód i tył?”. A ośrodek obrazowania Boga? Tego nie wiemy, ale nie sądzę, żebyśmy mieli to zakodowane niczym jakąś funkcję w konkretnym obszarze mózgu. Wiemy natomiast, że gdy ludzie medytują, to wtedy pewne miejsca w mózgu aktywują się, a inne nie. Nie znam niestety prac, które porównywałyby medytacje religijne z niereligijnymi. Być może badania takie mogłyby nam dostarczyć w tej materii ciekawych danych. Te, które znam, były robione głównie na grupie zakonnic z klasztoru Notre Dame w stanie Nowy Jork. Dzięki tym badaniom, prowadzonym za pomocą funkcjonalnego rezonansu magnetycznego, wiemy, że w czasie medytacji aktywują się płaty czołowe, które są związane z poznaniem, następuje zaś dezaktywacja płatów skroniowych, które odpowiadają za poczucie czasu, miejsca i przestrzeni. Na poziomie doświadczenia oznacza to, że skupiamy się na pewnych przeżyciach, ale równocześnie roztapiamy się w świecie, a nie z niego wyodrębniamy.

Doświadczeniom religijnym niekiedy towarzyszą jednak także wizje.

I to takie, które leżą u podstaw religii. O tych wizjach wiemy dziś, że wyzwala je pobudzenie tajemniczego miejsca, ukrytego w głębi mózgu, zwanego wyspą. Niekiedy nazywa się je piątym, choć, w przeciwieństwie do pozostałych, całkowicie z zewnątrz niewidocznym płatem mózgowym. Przez długi czas sądzono, że drgawki ekstatyczne, zwane także drgawkami Dostojewskiego, wywołuje napadowe (drgawkowe) pobudzenie płata skroniowego, dlatego nazywano je także epilepsją skroniową. Fabienne Picard w swoich badaniach wykazała, że ta pomyłka brała się stąd, iż przy normalnym badaniu EEG pobudzenie wyspy jest odczytywane jako aktywacja przykrywającego ją płata skroniowego. Rolę wyspy w powstawaniu mistycznych przeżyć potwierdziły także badania nad pacjentami dotkniętymi nowotworem tego miejsca, u których także pojawiały się owe drgawki. W przypadku jednego z pacjentów, któremu guz w korze wyspowej dostarczał przeżyć bardzo zbliżonych do tych, jakie opisywała św. Teresa z Avila, udało się nawet przeprowadzić neuroobrazowanie w trakcie napadu drgawek, jednoznacznie wskazujące na wzmożoną aktywność wyspy. I rzeczywiście jest to miejsce szczególnie predestynowane do tego, by odpowiadać w nas za sferę mistyczną i duchową. Przednia jej część integruje bowiem wszelkiego rodzaju doznania zmysłowe i uczucia, w tym cielesną rozkosz i ból, co przy wzmożonym, ponadprzeciętnym jej funkcjonowaniu może dawać bardzo silne i intensywne poczucie istnienia własnej osobowości oraz przenoszenia się w czasie i przestrzeni. Wydaje się też, że możliwa jest spontaniczna biogenna stymulacja tej struktury, która mogła dać początek różnym systemom religijnym. Wielu przywódców duchowych i mistyków, m.in. św. Paweł, Mahomet czy John Smith junior, twórca religii mormonów, miało bowiem wizje zgadzające się z tymi przeżywanymi w trakcie drgawek. Co ciekawe, takiemu naturalnemu ich wystąpieniu sprzyjają duże wysokości, a przecież wielkie objawienia miały często miejsce na szczytach górskich.

I w ten sposób, wydaje się, dochodzimy do, dla jednych obrazoburczej, dla innych wyzwalającej, konstatacji, że religia, a wraz z nią Bóg, to patologie.

Tylko tak się wydaje. W świecie niewidomych zdolność widzenia też byłaby uznana za patologię. Drgawki ekstatyczne i wizje to na pewno nieprzeciętna praca mózgu, ale pytaniem otwartym pozostaje, i moim zdaniem, pozostanie niezależnie od tego, jakie zależności neurologiczne jeszcze w tej materii odkryjemy, czy to jest choroba czy jednak nie. Być może nie da się tego rozstrzygnąć w oderwaniu od doświadczenia konkretnego człowieka. Choroba to stan niepożądany. A np. taki Dostojewski traktował swoje ataki epilepsji jako szczególny dar, nie zaś upośledzenie. Wspominał, myśląc przede wszystkim o ich początkowej fazie: „odczuwałem taką radość, jaka jest nie do pomyślenia w normalnym życiu, całkowitą harmonię wewnętrzną i w otaczającym świecie, a uczucie to było tak silne i tak słodkie, że za kilka sekund tej ekstazy oddałbym dziesięć i więcej lat mojego życia, a być może i całe życie”. Kiedyś na jednym z wykładów opowiadałem o zespole Geschwinda, który cechuje osoby cierpiące na tego rodzaju drgawki.

Właśnie – „cierpiące”.

Chwyta mnie Pani za słowo. To prawda, język nas nieraz przechytrza, choć te drgawki wiążą się z pewnym cierpieniem, lękiem, niepokojem lub przynajmniej mogą się wiązać, więc nie jest to do końca nieuprawnione słowo.

Ale wracając do zespołu Geschwinda, charakteryzują go: hipergrafia, a więc skłonność do nadmiernego pisania lub słownego przekazywania swoich myśli i przekonań; „lepkość”, czyli dążenie do posiadania grupy wiernych uczniów, rozprzestrzeniających głoszoną naukę; skłonność do przemijających wybuchów gniewu (zazwyczaj bez użycia siły); wysoka religijność oraz skrajne podejście do seksualności (całkowita abstynencja lub wysoce wzmożona aktywność). Po wspomnianym wykładzie, na którym o tym wszystkim opowiadałem, jakieś dziecko, tknięte przeczuciem, pyta mnie: „Panie Profesorze, a co z Panem Jezusem, czy on też to miał?”. Odpowiedziałem mu wtedy: „Nie wiem, ale gdybym wysyłał swojego jedynego, umiłowanego syna między dzikusów, to bym go zaopatrzył w to, co najlepsze”. Jedni szybko biegają, drudzy świetnie liczą, a inni widzą i przeżywają więcej niż pozostali. Można i na to patrzeć jak na dar, talent, a nie zaburzenie.

Czy w tym utalentowaniu mózgi kobiet i mężczyzn mogą się znacząco różnić, czy płeć ma wpływ na nasz obraz Boga?

Sądzę, że nie. Mózgi żeńskie i męskie są co prawda skonstruowane troszeczkę inaczej. Mózgi męskie rozwijają się bowiem pod wpływem testosteronu z klasycznych, czyli żeńskich. Nawet jednak jeśli obie płcie stosują trochę inne strategie poznawcze, a często stosują, to ostateczne efekty są w zasadzie takie same, więc bardzo trudno mówić tu o znaczących różnicach. Być może, jeśli występują, biorą się one głównie z tego, że mężczyźni mają zazwyczaj większy kłopot z werbalizacją swoich doznań. Mózgi kobiece jako bardziej symetryczne są znacznie lepsze we fluencji słownej, co widzimy np. przy nazywaniu kolorów. Dla mężczyzny wszystko między seledynem i granatem jest niebieskie, a dla kobiety to przedział, w którym istnieje nie tylko kilkadziesiąt różnych odcieni, ale i kolorów. Co nie znaczy, że mężczyzna ich nie widzi, nie odbiera. Jeżeli wybierzemy dwa inne kolory z tego samego widma barw i zapytamy mężczyzn, czy są one takie same czy różne, to oni tak samo jak kobiety powiedzą, że są różne. Tyle tylko że mężczyzna nie będzie ich sam dla siebie dywersyfikował i tworzył w głowie ich pojęć, inspirując się przy tym hojnie, jak to mają kobiety w zwyczaju, nazwami najprzeróżniejszych warzyw i owoców. Ale oczywiście mężczyzna też się może tego nauczyć, np. gdy jest malarzem. Ta różnica może mieć wpływ na odmienną ekspresję uczuć religijnych. Być może pewne znaczenie mają także różnice w taktykach związanych z przeżyciem. Mężczyzna jest chyba mniej niż kobieta zainteresowany swoim przetrwaniem, ponieważ to jest płeć na rozkurz, przystosowana do tego, by bronić potencjału rozrodczego stada, który zależy od osobników żeńskich. Dlatego wszędzie samce narażają się bardziej niż samice. Nie są one bowiem tak potrzebne dla przetrwania gatunku. Jeśli w stadzie z dwudziestu ostanie się tylko trzech samców, to i tak jest szansa, by było tyle samo dzieci, tylko kłótni mniej.

Choć nie potrafię powiedzieć, jaki dokładnie wpływ mają te różnice na sferę przeżyć duchowych, jestem przekonany, że nie są one bez znaczenia. Myślę jednak, że największy wpływ na to, jak wyobrażamy sobie Boga, ma kultura i otoczenie, w jakim wyrośliśmy, nie płeć. Z drugiej strony, pojęcie Boga jest rzeczą tak bardzo prywatną, iż w miarę wierne przekazanie go drugiej osobie, zwłaszcza że mężczyźni mają problemy z werbalizacją, może być niezwykle trudne.

Mimo to zaryzykuję i spytam o Pański obraz Boga. Jak Pan Go sobie wyobraża i czy w ogóle wyobraża?

Ja się nad tym nie zastanawiam, bo uważam, że religia to bardzo przydatny, ale jednak mit, wymyślony po to, by żyło i umierało się nam lżej, niezależnie od tego, że czasami jest wręcz odwrotnie.

Dawno temu wszystko to z siebie powyrzucałem. Mniej więcej w wieku trzynastu lat, po przejściu bardzo aktywnego okresu religijnego, doszedłem do wniosku, że to wszystko nie ma sensu. Byłem dobrym ministrantem, wina mszalnego nie popijałem, ale czy miałem wtedy jakiś obraz Boga? Jeśli pamiętam z tych lat cokolwiek, to chyba to, że nigdy nie miałem własnej wizji Boga Ojca, a jeśli już, to wszystko w mojej wyobraźni układało się podług ówczesnych rysunków i obrazów. Ale tak naprawdę wtedy dla mnie najważniejszy był przede wszystkim św. Stanisław Kostka i inni młodzi jezuiccy święci buntownicy.

Podejrzewam, że większość ludzi w ogóle nie zastanawia się nad swoim obrazem Boga, nie pyta o to, czy go ma i jaki on jest. Dla wierzącego Pan Bóg istnieje, i już. To jest pewna oczywistość. Tak samo, jak nikt z nas nie zastanawia się raczej nad swoim wewnętrznym obrazem Internetu. Tylko starsze osoby pytają niekiedy, gdzie jest ten Internet i właściwie co to takiego. Może zatem Bóg jest jak Internet? Ale na ten temat to bym porozmawiał raczej z rabinami, oni muszą coś o tym wiedzieć.

Dobrze, zanim jednak, dopytam jeszcze Pana o doświadczenia z pogranicza śmierci, którymi od jakiegoś czasu neurobiologowie także się interesują. Co można na podstawie tych doświadczeń powiedzieć o tym, jak wyobrażamy sobie Boga? Czy jest w tym coś uniwersalnego?

Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że podobne doświadczenia mamy przy niedotlenieniu mózgu i powstającej wtedy kwasicy. Istnieje po prostu pewien typ zaburzeń mózgu, które są odbierane jako klasyczne halucynacje wzrokowe, takie jak tunel czy światło. Ponieważ mniej więcej znamy ten typ zaburzeń i wiemy, co je wywołuje, można powiedzieć, że większość doświadczeń okołośmiertelnych da się wywołać nawet bez groźby śmierci. Ale odnosząc się już do samych przeżyć z pogranicza śmierci, warto zauważyć, że w żadnej wiarygodnej relacji z tych doświadczeń, jakie są mi znane (pomijam Todda Burpo i Lynn Vincent Niebo istnieje… naprawdę, bo to książka dla dzieci, przygotowana przez autorkę o znanych konserwatywnych poglądach), nigdzie nie ma mowy o widzeniu Boga, nie pojawiają się nawet anioły, wbrew temu, co często słyszymy przy okazji pogrzebu o niebiańskim orszaku, który ma unosić duszę zmarłego. Nic z tych rzeczy, co najwyżej spotyka się ludzi. Chińczycy widzą czasem jakieś dziwne stwory, ale to nie są istoty o boskiej proweniencji, te wizje przywodzą raczej na myśl fragmenty z Tybetańskiej księgi umarłych. Myślę, że dzieje się tak dlatego, że typ aktywności mózgu, który występuje przy tych doświadczeniach, nie pokrywa się z tym, w którym powstają wizje, tj. z tym, z jakim mamy do czynienia w trakcie wspominanych już drgawek ekstatycznych. Poza tymi „patologiami” obraz Boga kształtuje w dominującej mierze kultura. Żeby móc jako neurobiolog czy psycholog coś tu ciekawego powiedzieć z poziomu normalnego funkcjonowania mózgu, trzeba by przebadać grupę osób, które np. przeszły z katolicyzmu na buddyzm, jeśli w ogóle pamiętałyby one swój ówczesny obraz Boga. W Polsce jest to spora grupa. Badanie konwersji z chrześcijaństwa na judaizm, i odwrotnie, niewiele nam powie, bo tu pozostajemy w tym samym kręgu kulturowym. Sądzę jednak, że niezależnie od wszelkich różnic każdy człowiek, nawet ateista, ma poczucie Absolutu. Przeczucie, że coś takiego gdzieś tam jest.

Naprawdę myśli Pan, że tak jest?

Tak. Nawet człowiek taki jak ja, gdy się zapatrzy w niebo w nocy, to zdaje mu się, że coś tam widzi, a gdy sobie jeszcze przy tym wypali skręta, to już nawet wie, że coś tam musi być. Enteogeny bardzo przysłużyły się naszej religijności. Ciekawy artykuł, w którym przekonywająco dowodzono, że rośliny, jakie występują w Biblii, to często właśnie enteogeny, mające istotny wpływ na rozwój religii żydowskiej, opublikował znany psycholog z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie Benny Shanon. Nie trzeba szukać daleko, wystarczy sobie uświadomić, że wśród darów mędrców składanych Dzieciątku były dwie substancje psychoaktywne: mirra i kadzidło.

Ale mirra była przecież zapowiedzią męki, miała ulżyć w cierpieniu.

Nie tylko, mirra nie była jedynie środkiem znieczulającym. Ale i tak najciekawsze teorie dotyczą manny z nieba. Przypuszcza się, że mogły być to nawiane strzępki jakiegoś grzyba halucynogennego. Co działo się bowiem po spożyciu manny? Izraelici widzieli glorię Pana we wschodzącym słońcu – to jest typowe po psylocybinie. Co więcej, gdy Nabuchodonozor zrabował Świątynię, naczynia z Przybytku, w których przechowywano mannę od czasów wędrówki przez pustynię, znalazły się w Babilonie, nieużywane do czasu gdy królem był Baltazar. Gdy przyszło oblężenie, dla podniesienia ducha Baltazar kazał je wyjąć i porozlewać do nich wina. I co? Wystąpiły halucynacje, takie jak słynna ręka pisząca „mene tekel fares”.

Jednym słowem, jeśli nie mamy szans na padaczkę skroniową, a w zasadzie wyspową, bo to jest rzecz rzadka, to dlaczego nie mamy sięgnąć po rośliny. Chrześcijanie mówią stanowcze: „nie!”, ale można na to spojrzeć i tak, że jest to dar boży, który ułatwia nam pojęcie Stwórcy, tylko złe rządy próbują nam uniemożliwić jego stosowanie.

Religia i doświadczenia religijne zawsze łączyły się z pewnym wysiłkiem i wyrzeczeniem, bo niosły ze sobą spory ładunek ryzyka, więc może lepiej, by tak pozostało. Wróćmy jednak jeszcze na koniec do doświadczeń śmierci klinicznej. Powiedział Pan, że Bóg się w nich nie pojawia. Może jednak Jego obecność jest dla tych ludzi, choć Go nie widzą, mimo to wyraźnie wyczuwalna?

Czasami pojawia się poczucie wszechogarniającego szczęścia. Często też takie przeżycie wyzwala od strachu, szczególnie od strachu przed śmiercią, która jawi się odtąd jako niezwykłe, ale już niewywołujące trwogi doświadczenie. Być może zmienia się też na bardziej pozytywną wizja Boga. Może jest On rzeczywiście miłosierny, jak Państwo chcecie, a wtedy uchyla po prostu rąbka tajemnicy o sobie. Ale jest też tak, że człowiek potrzebuje mieć dobre samopoczucie i dobre mniemanie o sobie, dlatego też stosunkowo szybko sobie wybacza, usprawiedliwia się itd. Przychodzi mu to o wiele łatwiej w stosunku do siebie niż do innych. Być może ten sam mechanizm, tylko jeszcze ze zdwojoną niż normalnie siłą, działa w tym krytycznym momencie. Pojawiło się ostatnio kilka prac opisujących bardzo duży wzrost aktywności mózgu w ostatnich dwóch, trzech minutach przed śmiercią. Dotyczy to nie tylko ludzkiego mózgu, bo badania prowadzono także na psach, a ostatnio na szczurach. Umierający mózg ssaka mobilizuje i wypromieniowuje z siebie w krótkim czasie bardzo dużo energii (ale w sensie fizycznym są to jednak energie maleńkie, z trudem wykrywane przez specjalne urządzenia rejestrujące, takie jak elektroencefalograf). Badania na ludziach przeprowadzano w ten sposób, że po decyzji o zakończeniu terapii za zgodą rodziny naukowcy w obecności krewnych pacjenta rejestrowali aktywność elektryczną mózgu w trakcie odłączania aparatury podtrzymującej życie. W jednej z tych prac czytałem, że rodziny, amerykańskie zresztą, bardzo to sobie ceniły i chętnie zapraszały naukowców. Czuły się bowiem podniesione na duchu, gdyż obserwowany wzrost aktywności interpretowały jako dowód na wychodzenie duszy z ciała.

To były badania naukowe?

Tak, jak najbardziej, wyłączywszy te interpretacje wierzących krewnych. Ale to, co teraz powiem, jest już szalenie nieortodoksyjne i nienaukowe i stanowi tylko moje przypuszczenia.

Naprawdę bardzo często raportowane są zjawiska mechaniczne w otoczeniu umierającego. Mój kolega ze studiów, profesor, któremu nie mam powodów nie wierzyć, opowiadał, że gdy jego dziadek umierał, zebrała się cała rodzina, a ponieważ to trwało, więc poszli razem zjeść obiad i w pewnym momencie szklanka, która stała daleko od nich na kredensie, nagle pękła. Najmłodszy wnuk powiedział wtedy: „O, dziadek umarł”, wszyscy pobiegli i okazało się, że miał rację. Podobne doświadczenie spotkało także mnie. Kiedyś przyjechał do nas stryj z Poznania i tak się stało, że pewnej nocy umarł na zawał. Na świadectwie zgonu lekarz napisał, że śmierć nastąpiła między 1.00 a 4.00, ale ja przypuszczam, że nastąpiła o 2.25, dlatego że o tej godzinie stanął w naszym domu zegar. A jak się potem okazało, w mieszkaniu stryja w Poznaniu zegar, który on własnoręcznie nakręcał, zatrzymał się na godzinie 2.28. Takich opowieści spotyka się więcej, i to z dość wiarygodnych źródeł. Oczywiście w świecie ma miejsce dużo koincydencji, a my nie mamy dziś żadnej sprawdzonej wiedzy o polach sił, ich działaniach na odległość itd. Wszystkie te gięcia łyżeczek okazywały się jak dotąd oszustwami. Ale z drugiej strony uważam, że nie można stać przed klatką z żyrafą i mówić, że takie zwierzę nie ma prawa istnieć – bo ono po prostu istnieje. Nie wiadomo zatem, czy przypadkiem zjawiska te nie są w jakiś sposób związane z wielką aktywnością mózgu, o której mówiłem. Nie mamy dziś metod i narzędzi do badania tego, w jaki sposób taka energia, gdy już się pojawia, może zaburzać strukturę przestrzeni, przez którą przechodzi. Nie oznacza to jednak wcale, że gdyby tak rzeczywiście było, zjawiska te są wynikiem działania ulatującej gdzieś duszy nieśmiertelnej. Żadne z doświadczeń okołośmiertelnych nie stanowi dowodu na istnienie Boga. To chyba dobrze, prawda? Bo czym byłaby religia bez wiary? Czy to byłaby jeszcze religia?

_

JERZY VETULANI – prof. nauk przyrodniczych, psychofarmakolog, neurobiolog, biochemik, członek PAN, PAU i licznych towarzystw naukowych. Autor wielu ważnych odkryć z zakresu psychofarmakologii oraz ponad 200 prac badawczych o międzynarodowym zasięgu. Prowadzi blog naukowy „Piękno Neurobiologii” (vetulani.wordpress.com)

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata