70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Chrześcijański syjonizm

Zastanawia fakt, że tak mało osób w Europie rozumie, że to właśnie chrześcijańscy syjoniści stanowią potężne „proizraelskie lobby” w Ameryce. Najczęściej stwierdzają, że Ameryką rządzi lobby żydowskie (w czym słychać echo „Mędrców Syjonu”), i w ogóle nie dostrzegają przeogromnej i zupełnie otwartej roli chrześcijan. Dogmatyzm syjonistów chrześcijańskich służy tym ugrupowaniom w Izraelu, które są najmniej skore do kompromisów z Palestyńczykami – a także z szerszym otoczeniem.

„Realia polityczne są takie, że lobby żydowskie zastrasza wielu ludzi tu [na Kapitolu]” – to stwierdzenie z 2006 r. przysporzyło Chuckowi Hagelowi wielu problemów, gdy zeszłej zimy Prezydent Obama mianował go ministrem obrony narodowej. Wrogowie Hagela mieli na niego haka: jest negatywnie nastawiony do Izraela, i to w czasie śmiertelnego zagrożenia ze strony Iranu. Zacytowane stwierdzenie miało być w tej sprawie dowodem koronnym.

Mieliśmy zatem do czynienia z jednym z najcięższych zarzutów, jakie można postawić w polityce amerykańskiej. Izrael jest przecież sojusznikiem i przyjacielem Ameryki jak żadne inne państwo: istotnie, stosunki z Izraelem należą do swoistego narodowego sacrum.

Po dłuższej walce na Kapitolu Hagel został jednak ministrem obrony USA – w dużej mierze dzięki poparciu takich osobistości jak Aaron David Miller, który pospieszył z obroną Hagla, zwłaszcza przed wysuwanym z różnych stron zarzutem antysemityzmu. Tłumaczył, że „Hagel mówił o sprawie wewnętrznych nacisków politycznych. Większość senatorów i kongresmenów nie robi tego w czasie kadencji. Niemniej faktem jest, że proizraelska społeczność lub lobby ma silny głos. (…) Kto temu przeczy, po prostu nie ma w ogóle kontaktu z rzeczywistością”.

Oczywiście problemem tu w Europie nie jest to, że zaprzecza się istnieniu potężnego „lobby żydowskiego” w USA, lecz to, że mało kto zdaje sobie sprawę z demograficznego składu tegoż lobby. Na starym kontynencie powszechnie wierzy się, że bazuje ono na amerykańskich Żydach. Na przykład, gdy republikański kandydat do Białego Domu Mitt Romney odwiedził Izrael przed swoją wizytą w Polsce zeszłego lata, polska prasa chórem nam podała, że właśnie starał się o elektorat żydowski w Ameryce.

Świadczy to o rażącym braku znajomości realiów amerykańskich. Nie powinno być żadną tajemnicą, że główny filar niesłychanie bliskich stosunków między USA i Izraelem stanowią wierzący coraz częściej zwani „chrześcijańskimi syjonistami”. Na ogół szacuje się, że stanowią oni 1/3 całego elektoratu (70 mln wyborców). To przede wszystkim ten elektorat miał na myśli Mitt Romney, gdy afiszował się ze swoją proizraelskością – a nie wyborców żydowskich stanowiących zaledwie 2% całego elektoratu, czyli ok. 4 mln wyborców, którzy w ogromnej większości i tak głosują na demokratów (ok. 70% czyni tak od dziesięcioleci). Jeszcze więcej Żydów w Ameryce, bo 82%, popiera państwowość dla Palestyńczyków. Kiedy zatem w czasie swojej wizyty w Izraelu Romney mówił, że powstanie Izraela było „cudem” i że nie cofnie się przed niczym, ażeby obronić Izrael przed Iranem, kierował swoje słowa do tych kilkudziesięciu milionów chrześcijańskich syjonistów.


Dosadniej mówiąc: to nie „lobby żydowskie” stoi za jakże bliskimi stosunkami USA–Izrael. To nie Żydzi amerykańscy nadają ton polityce amerykańskiej wobec Izraela. Nieprzejednana proizraelska postawa rządów USA i społeczeństwa amerykańskiego wynika przede wszystkim z wierzeń dziesiątków milionów chrześcijan, dla których dzieje dzisiejszego Izraela to ciąg dalszy świętej narracji, którą znają z Biblii.

Parafrazując słynną amerykańską ripostę: „chodzi o ich religię, głupcze!”.

Kim są chrześcijańscy syjoniści?

Termin „syjonizm chrześcijański” stał się szeroko znany w USA dopiero w ciągu ostatnich 10 lat – zwłaszcza odkąd w 2006 r. zaczęło dramatycznie rosnąć w siłę lobby CUFI – Christians United For Israel (Chrześcijanie Zjednoczeni Na Rzecz Izraela). Jednak „syjonizm chrześcijański ma dużo dłuższą tradycję niż CUFI – sięga czasów kolonialnych i jest częścią składową tożsamości narodu amerykańskiego. Co do terminu, używał go sam Theodor Herzl, ojciec nowoczesnego syjonizmu, w stosunku do środowiska chrześcijan, które go wspierało. Najsłynniejszym wśród nich był wielebny anglikański William Hechler. Gdy poznali się w 1896 r., kierujący się zarówno swą eschatologią, jak i filosemityzmem Hechler miał już za sobą kilkanaście lat orędowania na rzecz powrotu Żydów do Izraela. W sierpniu następnego roku był przy Herzlu jako jego specjalny gość na Pierwszym Kongresie Syjonistycznym w Bazylei – a 7 lat później był przy jego łożu śmierci.

Hechlera intrygowały proroctwa dotyczące powtórnego przyjścia Jezusa, co wyliczał na lata 1897–1898. Co więcej, wierzył on, że – aby do tego doszło – Żydzi muszą najpierw zgromadzić się we własnym państwie, które może powstać wyłącznie w Palestynie. „Jego najwyższą życiową ambicją było zostać Biskupem Jerozolimy i osobiście przywitać Zbawiciela przy bramie miasta” – napisano o Hechlerze.

Tak wygląda w zarysie syjonizm chrześcijański do dziś. Jest to postawa o fundamentalnym znaczeniu wśród protestantów ewangelikalnych i mormonów – postawa, która zakłada, że przymierze Boga z ludem Izraela nie wygasło wraz z nowym przymierzem w Jezusie, że Bóg dał Żydom ziemię Izraela na wieczność i że chrześcijanie mają święty obowiązek pomagania i wspierania ludu Izraela – zwłaszcza na ziemi Izraela. Tak samo jak u Hechlera, współczesny nam syjonizm chrześcijański jest eschatologiczny – zakłada, że powrót Żydów do Izraela ściśle łączy się z powtórnym przyjściem Jezusa, a nawet przyśpiesza Jego powrót. Tymczasem syjoniści chrześcijańscy wierzą, że Bóg ich pobłogosławi za wsparcie udzielone Izraelowi: „Będę błogosławił tym, którzy ciebie błogosławić będą, a tym, którzy tobie będą złorzeczyli, i ja będę złorzeczył. Przez ciebie będą otrzymywały błogosławieństwo ludy całej ziemi” (Rdz 12,3). Niektórzy znawcy argumentują, że obietnica ta stała się dla dzisiejszych syjonistów chrześcijańskich ważniejsza niż eschatologia – co może tylko cieszyć syjonistów żydowskich, skoro przewiduje ona zagładę wszystkich Żydów, którzy nie przyjmą Jezusa.

Kim więc są ewangelikalni, ci gorliwi orędownicy Izraela w Stanach? Najprościej można stwierdzić, że są pobożnymi protestantami – a pełniej, że dzisiejszy protestantyzm (nie tylko amerykański) dzieli się na dwie podstawowe grupy, z którymi wierni świadomie się utożsamiają. Jedna z nich obejmuje wyznania, które powstały w czasie reformacji (luteranie, kalwiniści anglikanie) i które ok. 45 lat temu zaczęły tracić swoje niegdyś przewodnie miejsce w obrębie protestantyzmu. Druga to evangelicals (ewangelikalni), którzy: 1) wywodzą się z protestanckich zborów powstałych w wiekach XVIII i XIX; 2) podkreślają potrzebę powtórnego narodzenia dorosłej osoby; 3) utrzymują prymat Pisma Świętego (w tym pism hebrajskich); 4) popierają działalność misyjną; 5) uznają, że przymierze Boga z ludem Izraela nadal trwa i 6) oczekują dosłownego powrotu Jezusa. Liczące się zbory ewangelikalne to m.in. baptyści i zielonoświątkowcy.

Socjolog religii R.B. Fowler stwierdził, że ewangelikalni stanowią „strategiczne centrum protestantyzmu” w Ameryce. Oznacza to, że odkąd dawne centrum – kalwiniści, anglikanie i luteranie – zaczęło w latach 60. przyjmować nowe trendy obyczajowe i światopoglądowe obecne w zeświecczałym społeczeństwie, to tym samym zbory te traciły swoją więź nie tylko z ewangelikalnymi, ale i z katolikami. Jednocześnie zaczęły tracić również relacje z Żydami, coraz bardziej stanowczo krytykując Izrael za politykę wobec Palestyńczyków po wojnie sześciodniowej w 1967 r. W tym właśnie sensie ewangelikalni stanowią strategiczne centrum protestantyzmu w Ameryce, funkcjonują bowiem jak swoisty most zarówno do katolików, jak i do Żydów amerykańskich. Stanowią siłę o fundamentalnym znaczeniu zarówno w społeczeństwie amerykańskim, jak i polityce zagranicznej USA.

Co do liczebności ewangelikalnych, sondaże i badania pokazują od lat, że stanowią oni około 1/3 Amerykanów – co oznaczałoby 70 mln wyborców, choć ostrożniej należałoby szacować ich liczbę na 50 kilka mln. Liczba syjonistów chrześcijańskich w USA jest jednak większa od liczby samych ewangelikalnych, ponieważ doliczyć do nich trzeba mormonów – liczba tych wyborców sięga 4 mln. Zresztą, podobnie jak w wielu innych sprawach, stanowią oni wersję „turbo” tego, co znajdujemy u ewangelikalnych. Zatem syjonizm mormoński jest jeszcze mocniejszy: w końcu mormoni wierzą, że mają bezpośrednią więź z Izraelem i Żydami. Księga Mormona podaje, że 600 lat przed Jezusem Żydzi opuścili Izrael i przepłynęli do Ameryki Środkowej, gdzie założyli dwie wojujące ze sobą cywilizacje, a historia ta jest relacjonowana w Księdze Mormona. Ponadto, zgodnie z mormońskim nauczaniem, należą oni do „Domu Izraela”. Dla mormonów Ameryka jest dosłownie „Nowym Izraelem”.

Wierzenia ewangelikalnych dotyczące Izraela obrazowo ujął kilka lat temu prof. Walter Russell Mead, pisząc w Foreign Affairs, czołowym piśmie amerykańskim poświęconym sprawom międzynarodowym: „Dla ewangelikalnych fakt, że Żydom jako narodowi udało się przeżyć tysiąclecia i że wrócili do swego starożytnego domu, jest dowodem, że Bóg rzeczywiście istnieje, że Biblia jest natchniona i że religia chrześcijańska jest prawdziwa. Wielu wierzy, że obietnica z Księgi Rodzaju jest wciąż aktualna i że Bóg Abrahama będzie dosłownie błogosławić Stany Zjednoczone, jeśli one będą błogosławić Izrael. W słabości, porażkach i biedzie świata arabskiego widzą namacalny dowód na to, że Bóg złorzeczy tym, którzy złorzeczą Izraelowi. (…) Najnowszą historię Żydów czyta się jak księgę Biblii. Holokaust przypomina ludobójcze zamiary faraona w Księdze Wyjścia oraz Hamana w Księdze Estery. Ustanowienie dzisiejszego państwa żydowskiego przywołuje na myśl wiele podobnych zwycięstw i ocaleń Żydów w hebrajskich pismach świętych. Niesamowite wydarzenia najnowszej historii Żydów są przedstawiane przez ewangelikalnych jako dowód na to, że Bóg istnieje i działa w historii. Jeżeli dodamy do tego psychologiczne konsekwencje broni nuklearnej [nic dziwnego, że] ewangelikalni zaczynają czuć, iż żyją w świecie podobnym do świata Biblii. Fakt, że amerykańska polityka zagraniczna jest teraz skupiona na obronie kraju przed groźbą masowego terroryzmu, z potencjalnym użyciem broni o wprost apokaliptycznym rażeniu, będącej w rękach antychrześcijańskich fanatyków toczących wojnę religijną napędzaną nienawiścią do Izraela, wzmacnia tylko dogmaty chrześcijaństwa ewangelikalnego”.

Hebraizm – restauracjonizm – syjonizm chrześcijański

Filosemityzm protestancki sięga samej reformacji, która podniosła względną rangę Starego Testamentu i – zwłaszcza w wydaniu kalwinistycznym – przyczyniła się do odkrycia w europejskich Żydach Izraelitów. Ma to najsilniejsze korzenie w Ameryce. Na początku XVII w. osadnicy Nowej Anglii sięgali bezpośrednio do pojęć odkrytych w pismach hebrajskich – m.in. do pojęcia zbiorowego przymierza z Bogiem. Purytanie wierzyli, że – zgodnie z Listem do Efezjan 2,19-22 – osoby mogą dobrowolnie zrzeszać się i zawierać święte przymierze z Bogiem. Na podstawie tej „teologii przymierza” rozumieli siebie jako lud przymierza i wyobrażali sobie, że tworzą „Nowy Izrael”. Słynne „Przymierze Mayflower” z roku 1620 jest wybitnym tego przykładem: „W imię Boga (…) my, niżej podpisani (…) dla chwały Bożej, dla propagowania wiary chrześcijańskiej i dla honoru naszego króla i ojczyzny (…) za wzajemną i uroczystą zgodą, przed obliczem Boga i wobec siebie wzajemnie, niniejszym sprzymierzamy się oraz zrzeszamy ze sobą w społeczeństwo polityczne (…)”. Kilkanaście lat później gubernator Massachusetts John Winthrop napisał niczym hebrajski prorok: „zawarliśmy przymierze z Bogiem w tym zadaniu. (…) Jeśli Pan będzie raczył nas słuchać i zaprowadzi nas w pokoju do miejsca, którego pragniemy, to będziemy wiedzieć, że On zatwierdził to przymierze i je przypieczętował. (…) Ale jeśli je zaniedbamy i nie będziemy przestrzegać [naszego przymierza z Nim], (…) Pan zaprawdę wybuchnie gniewem na nas i zemści się na wiarołomnym ludzie (…)”.

Podkreślając „hebraizm” wczesnej kultury amerykańskiej i tożsamość Amerykanów jako „Nowego Izraela”, Goldman zwraca uwagę na ogromną liczbę biblijnych nazw miejscowych nadanych kolonialnym miasteczkom – takich jak Betlejem, Salem, Lebanon, Hebron, Betesda. Rzeczywiście: podobnie jak w przypadku średniowiecza i jego rozmieszczenia kości świętych i kawałeczków krzyża po Europie, można dostrzec stworzenie świętej topografii w kolonialnej Ameryce. Goldman także podaje, że hebrajski był językiem obowiązkowym na każdym z 10 uniwersytetów założonych przed rewolucją amerykańską.

W XIX w. Amerykanie coraz szerzej i na coraz wyższym poziomie zaczęli wołać o powrót Żydów do Izraela. Lawrence Davidson jest jednym z wielu uczonych, którzy łączą wiarę Amerykanów w Manifest Destiny (objawione przeznaczenie) tak okrzyknięte w XIX w., z syjonizmem chrześcijańskim. Uczeni ci opisują rosnącą w siłę wspólnotę skojarzeń wśród coraz większej liczby Amerykanów, którzy uważali, że obu „ludom przymierza” objawione zostało przeznaczenie – i że Bóg chce, ażeby Amerykanie przyczyniali się do powrotu Żydów do Palestyny.

Istotnie: syjonizm chrześcijański w Stanach wyprzedził syjonizm Żydów w Europie o całe dziesięciolecia, choć uczeni w odniesieniu do XIX-wiecznych ruchów w Ameryce na rzecz powrotu Żydów do Ziemi Świętej wolą stosować termin „restauracjonizm chrześcijański”. Już w latach 30. XIX w. mormoński prorok Joseph Smith nawoływał do powrotu Żydów do ich starożytnej ojczyzny, i na początku roku 1841 wysłał do Palestyny emisariusza, Orsona Hyde’a, by pobłogosławił Jerozolimę i przygotował ją na powrót Żydów. W październiku tego roku Hyde modlił się na Górze Oliwnej o „restaurację królestwa Izraela, o wzniesienie Jerozolimy jako jego stolicy i ustanowienie jego ludu jako odrębnego narodu i państwa”.

W roku 1844 profesor hebraistyki na New York University wydał książkę pt. The Valley of Vision: or, The Dry Bones of Israel Revived (Wizje w dolinie, albo ożywienie wysuszonych kości Izraela). Autor argumentował w niej, że szybko nadejdą „ostatnie dni”, gdy Żydzi wrócą do Palestyny, co sam gorąco popierał. „Choć nie zakładamy, że można ustalić z absolutną dokładnością dzień albo nawet rok, któremu Opatrzność w swej mądrości przypisała spełnienie proroctw [księgi Ezechiela]” – pisał – „pozostajemy jednak przekonani, że (…) jesteśmy teraz w przedsionku (…) powrotu Żydów do Syrii oraz ich wcielenia do Kościoła (…)”. Co ciekawe, autor tych słów nazywał się… George Bush (1796–1859), i był stryjecznym bratem pra-pra-pradziadka George’a W. Busha.

Ważniejszym wydarzeniem świadczącym o syjonizmie chrześcijańskim w XIX-wiecznej Ameryce był „memoriał Blackstone’a” z roku 1891, petycja złożona prezydentowi Benjaminowi Harrisonowi przez Williama Blackstone’a, niestrudzonego syjonistę chrześcijańskiego, który – 6 lat przed Kongresem w Bazylei – apelował o zorganizowanie międzynarodowej konferencji poświęconej powrotowi Żydów do Palestyny. W petycji stwierdzono, że powrót Żydów przyśpieszy powrót Jezusa na ziemię i że taka jest misja Ameryki w Bożym planie. Odnosiła się również do precedensów politycznych: „Dlaczego nie można oddać Palestyny Żydom? Według Bożego rozdania narodom ziemi, Palestyna jest ich domem i nienaruszalnym mieniem, z którego zostali wypędzeni siłą. (…) Dlaczego mocarstwa, które w traktacie berlińskim z 1878 r. dały Bułgarię Bułgarom oraz Serbię Serbom, nie mogą teraz oddać Palestyny Żydom?”.

O ogromnej sile syjonizmu chrześcijańskiego w ówczesnym społeczeństwie amerykańskim świadczy to, że ponad 400 znanych osobistości podpisało petycję, wśród nich marszałek Izby Reprezentantów, przewodniczący komisji spraw zagranicznych Izby Reprezentantów, sędzia-przewodniczący Sądu Najwyższego i przyszły prezydent William McKinley, J.P. Morgan i John D. Rockefeller oraz redaktorzy naczelni „New York Timesa” i „Chicago Tribune”. Natomiast oficjele amerykańskiej dyplomacji nie byli zachwyceni i nie podjęli żadnych kroków w celu zorganizowania konferencji.

Niemniej ćwierć wieku później Blackstone, który sam ukuł słynny slogan „ziemia bez ludu dla ludu bez ziemi”, znowu był obecny w polityce Białego Domu, gdy prezydent Wilson zastanawiał się, jak odnieść się do deklaracji Lorda Balfoura z Wielkiej Brytanii, gdy pod koniec I wojny światowej rząd brytyjski postanowił poprzeć utworzenie ojczyzny dla Żydów w Palestynie. Wilson myślał podobnie jak Blackstone i jego środowisko syjonistów chrześcijańskich. Mało tego, wśród najbliższych doradców Wilsona byli żydowscy syjoniści Louis Brandeis (notabene przyjaciel Blackstone’a) i Felix Frankfurter. Obaj panowie przekonywali Wilsona do poparcia brytyjskiego planu – i tak się stało. Przyjmując brytyjską deklarację, Wilson stwierdził: „Któż by pomyślał, że to ja, syn pastora prezbiteriańskiego, mogę pomóc w przywróceniu Ziemi Świętej jej ludowi”.

Po II wojnie światowej, gdy Ameryka konkurowała z Sowietami o wpływy na ogromnych obszarach ziemi, Biały Dom początkowo wahał się, czy poprzeć powstanie państwa izraelskiego – przede wszystkim ze względu na skutki dla stosunków z Arabami. Ostatecznie jednak prezydent Truman uznał Izrael – i z jego prywatnych słów wiemy, że zrobił tak w dużej mierze na podstawie biblijnych przesłań. Mówił znamiennie o sobie: „Jestem Cyrusem, jestem Cyrusem”, nawiązując do króla Persów, który – według księgi Ezdrasza – pozwolił Żydom wrócić do Izraela.

Jednak w pierwszym dwudziestoleciu istnienia nowego państwa stosunki między USA i Izraelem wcale nie były takie bliskie. Wystarczy wspomnieć wojnę o Suez w 1956 r., gdy Ameryka stała po jednej stronie z ZSSR i Egiptem przeciw Izraelowi, Wielkiej Brytanii i Francji.

Stosunki między USA a Izraelem gruntownie zmieniła wojna sześciodniowa w czerwcu 1967 r., gdy rzesze Amerykanów po prostu osłupiały. Nagle Izrael przestał być tylko skrawkiem ziemi, i stał się niemal dokładnie tożsamym z Izraelem z Biblii – z Jerozolimą, rzeką Jordan, Morzem Martwym i Betlejem, Judeą i Samarią. Dziwaczne pod względem terytorialnym państwo izraelskie sprzed wojny stało się teraz erec Jisrael – ziemią Izraela. Pobożni Amerykanie byli przeświadczeni, że znane im proroctwa biblijne się spełniły, dostrzegli jak nigdy dotąd w historii syjonizmu palec Boży. Bo jak zwykło się mawiać o ewangelikalnych: „rozumieją historię w biblijnym kontekście, nie rozumiejąc Biblii w kontekście historycznym”.

Co prawda, to samo można powiedzieć o Izraelczykach. Istotnie, nagłe utożsamienie po 1967 r. państwa Izraela z erec Jisrael spowodowała głębokie zmiany wśród Izraelczyków – w tym rozpad laburzystów i powstanie Likudu. Bowiem jak nigdy dotąd w historii nowoczesnego syjonizmu Izraelczycy też zaczęli pojmować swoją historię w kontekście biblijnym.

Dawid Ben Gurion sam był spinaczem tych dwóch er – ale o tym później.

Dispensacjonalizm – teologia ewangelikalnych

Najpierw musimy zapoznać się z teologią leżącą u podstaw wierzeń ewangelikalnych. Chodzi o dispensationalism, system rozpowszechniony w XIX w. przez byłego księdza anglikańskiego Johna Nelsona Darby’ego (1800–1882). Dyspensacjonalizm bierze swoją nazwę od przesłania, że Boży plan zbawienia składa się z siedmiu (dość dowolnie wskazanych) aktów (czyli dispensations). Utrzymuje, że Biblia przedstawia linearną historię ludzkości, wraz z głównymi aktorami tej historii. Inaczej, historia to taki „pociąg”, który jedzie torami opisanymi przez hebrajskich proroków. Ta trasa biegnie jeszcze w naszą przyszłość i ostatecznie prowadzi do powrotu Chrystusa, który nastąpi – jak wierzą miliony Amerykanów – na przestrzeni najbliższych kilku dziesięcioleci. Prowadzi do restytucji Izraela, do „porwania” żyjących wtedy chrześcijan do nieba, do pojawienia się antychrysta, do Armagedonu, oraz do millenijnego królestwa Chrystusa. Istotnie, system Darby’ego rozszerzył narrację Biblii daleko poza starożytność: dyspensacjonalizm mówi, że proroctwa zawarte w Biblii opisują nasze czasy i to, co jeszcze jest przed nami. Na długo przed publikacją Der Judenstaat Herzla dyspensacjonalizm przewidział restytucję Izraela – i kazał wiernym do tego się przyczyniać.

Nie będzie to zaskakująca informacja, że Blackstone był uczniem Darby’ego. Dyspensacjonalizm zdobył także wielu innych wpływowych orędowników. Zapewne najważniejszym był Cyrus (nomen omen) Scofield. Otóż Scofield stworzył wydanie Biblii zwane Scofield Reference Bible, które ukazało się w roku 1909. Stało się ono ogromnie popularne i wywarło znaczący wpływ na protestantów – i pozostaje takie do dziś. Biblia Scofielda jest wydaniem adnotowanym, wypełnionym przez Scofielda własnymi śródtytułami, komentarzami i odesłaniami do innych części Biblii – wszystko zgodnie z nauczaniem Darby’ego. Gdziekolwiek np. w Starym Testamencie jest wzmianka o jakimś drzewie Scofield – traktując takie ustępy jako prefiguracje – odsyła czytelnika do krzyża w Nowym Testamencie. Zatem gdzie w Księdze Wyjścia jest mowa o tym, że Izraelici jedli mannę, to Scofield tłumaczy, że jest to „rodzaj Chrystusa jako »chleb życia«”. Gdzie są proroctwa i obietnice dotyczące Izraelitów, Scofield często odsyłał czytelników do przyszłości, do Żydów naszego czasu i do nowoczesnego państwa żydowskiego, które 100 lat temu jeszcze nie istniało.

Istotnie, to w dużej mierze dzięki Scofieldowi ewangelikalni oglądają wiadomości z Bliskiego Wschodu pod kątem tego, co Biblia zdaje się mówić o „ostatnich dniach”. Przykładowo Biblia Scofielda wyjaśnia, że „Meszek i Tubal” – czyli pewne krainy należące do Goga, nikczemnego władcy, który w eschatologii Ezechiela spróbuje zniszczyć Izrael w ostatnich dniach – to właśnie… Moskwa i Tobolsk.

Z tych i podobnych przyczyn ewangelikalni (i mormoni) pojmują Izrael przede wszystkim biblijnie. Nie jest on dla nich realnym krajem jak inne, lecz Izraelczycy są Narodem Wybranym, zamieszkującym ziemię obiecaną mu przez Boga. Dlatego ewangelikalnym łatwo jest o takie przejęzyczenia jak „Izraelici” zamiast „Izraelczycy”. Łatwo im także o literalizm. Ewangelikalni nadal szukają Arki Noego na górach Ararat we wschodniej Turcji. W latach 70. jedna z 12 osób, które chodziły po Księżycu, astronauta James Irwin z Apollo 15, sam poprowadził kilka wypraw w poszukiwaniu arki – oczywiście w Turcji, nie na Księżycu.

Największą karierę na dyspensacjonalizmie zrobił pastor Hal Lindsey. W 1970 r. Lindsey wydał książkę The Late Great Planet Earth, w której interpretował ówczesne zdarzenia polityczne, zwłaszcza wokół Izraela, jako znaki wskazujące na to, że już nadeszły ostatnie lata przed Armagedonem i powrotem Chrystusa. Była ona największym bestsellerem lat 70. w Ameryce. Idąc za ciosem, Lindsey co jakiś czas uaktualnia swoje przepowiednie i wydaje nową książkę, za każdym razem przesuwając swój Armagedon o kilka lat.

Ostatnio jednak książki Lindseya przyćmiła seria bestsellerów Left Behind autorstwa Tima Lahaye’a i Jerry’ego B. Jenkinsa. Na serię składa się 16 tomów opublikowanych w latach 1995–2007, które przedstawiają świat po tym, jak Jezus „porwał” już wszystkich wierzących do nieba, pozostawiając na ziemi tylko niechrześcijan – jest to więc wizja bezpośrednio zaczerpnięta od Darby’ego, z Izraelem w roli pierwszoplanowej. Dotychczas sprzedano aż 65 mln egzemplarzy. W skali Polski, która liczy 1/8 populacji Stanów Zjednoczonych, byłoby to ponad 8 mln. Jednak polski wydawca przekładów książek Left Behind (Czasy Ostateczne, Vocatio) zdołał sprzedać 65 tys. egzemplarzy – zaledwie 0,8% nawet tej względnej liczby. Słowem, seria Left Behind dobitnie świadczy o obcym dla polskiego czytelnika charakterze wierzeń zupełnie powszechnych w Ameryce.

Sojusz ewangelikalno-likudowski – i powstanie CUFI

Wróćmy do Hala Lindseya i początku lat 70. To właśnie wtedy szybko zawiązał się ważny sojusz polityczny między ewangelikalnymi i Izraelem. Otóż Dawid Ben Gurion pilnie obserwował ewangelikalnych w Stanach. Choć sam był zlaicyzowanym Żydem, przeczytał książkę Lindseya i doceniając jej znaczenie dla swego kraju, rozdawał ją przywódcom Izraela. Do dziś egzemplarz książki Lindseya leży na biurku Bena Guriona w jego domu (dziś muzeum) w Negewie. Co prawda, już od końca lat 50. Ben Gurion regularnie zapraszał do Izraela prominentne postacie z kręgów ewangelikalnych. W 1961 r. gościł też w Jerozolimie kongres zielonoświątkowców. 10 lat później Ben Gurion wygłosił przemówienie w Izraelu na ogromnej konferencji chrześcijan poświęconej proroctwom biblijnym. Stephen Spector pisze, że „konferencja dała asumpt do masowej turystyki ewangelikalnych do Izraela, co do dziś jest sprawą kluczową dla tamtejszej gospodarki”.

To Likudowi przypadło podnieść rangę sojuszu z ewangelikalnymi do statusu filara bezpieczeństwa Izraela. Właściwie od lat 70. mówi się: „the Bible belt is Israel’s only safety belt”(„jedynym pasem bezpieczeństwa dla Izraela jest amerykański pas biblijny”). Do dziś cała plejada liderów ewangelikalnych jest w trasie między Izraelem a Stanami. Od zmarłych już Orala Robertsa i Jerry’ego Falwella do Franklina Grahama i mormona Glenna Becka. To samo dotyczy liderów Likudu. Od 35 lat są oni częstymi gośćmi organizacji ewangelikalnych w Stanach. Na jednym z takich spotkań ówczesny izraelski ambasador w USA Benjamin Netanjahu podziękował swoim ewangelikalnym gospodarzom, mówiąc, że bez ich poparcia Izrael już by nie istniał. A zapewne w ogóle by nie powstał.

Czy mamy na myśli hebraizm kolonialnej Ameryki, XIX-wieczny restauracjonizm czy też syjonizm chrześcijański ostatniego stulecia – takie poglądy są głęboko zakorzenione w kulturze amerykańskiej, bo są częścią składową dominującego nurtu protestantyzmu, wciąż jeszcze najliczniejszej odmiany chrześcijaństwa w Ameryce. Często uśpione, dochodzą do głosu wskutek różnych trendów myślowych i wydarzeń politycznych. Podkreśliłem już, że jednym z takich ważnych wydarzeń była wojna sześciodniowa – przyczyniła się ona do zapoczątkowania całkowitego nowego etapu w stosunkach między USA a Izraelem.

Niemniej w czasie ostatniego dziesięciolecia powstał nowy kontekst, który daje kształt najbardziej widocznym cechom stosunków USA–Izrael. Chodzi o dwie rzeczy: z jednej strony o to, że szerokie kręgi w Stanach coraz otwarciej dają wyraz swojej niechęci wobec nieprzejednanego – jak to widzą – stanowiska Izraela wobec Palestyńczyków, jak i bezwzględnego poparcia Ameryki dla Izraela. Z drugiej strony, istnieje zagrożenie irańskim atakiem nuklearnym. Syjoniści chrześcijańscy reagują na tę sytuację gwałtownie. Stąd coraz mocniejsze akcje lobbingowe na rzecz Izraela – w tym powołanie największej proizraelskiej organizacji w USA: Christians United For Israel (CUFI).

Założycielem Chrześcijan Zjednoczonych na Rzecz Izraela jest ewangelikalny pastor John Hagee z Texasu. Choć w swoich licznych publikacjach lansuje eschatologię z perspektywy dyspensacjonalizmu, wraz z Armagedonem w Izraelu, podkreśla, że w działalności CUFI „absolutnie nie chodzi o eschatologię”, ale o miłość do ludu Izraela i o otrzymanie dla Ameryki błogosławieństw obiecanych w Księdze Rodzaju (Rdz 12,3), co wielu ewangelikalnych traktuje jak magiczne zaklęcie.

CUFI, choć powstało dopiero w 2006 r., szczyci się w USA już ponad milionem członków. Prowadzi energiczną działalność lobbingową na Kapitolu na rzecz Izraela – może ściślej na rzecz Likudu. To właśnie CUFI prowadziło atak na Chucka Hagla. CUFI jest zresztą wszędobylskie w Ameryce, m.in. poprzez mobilizację pastorów i prowadzenie ogólnokrajowych akcji i imprez masowych na rzecz Izraela (chodzi m.in. o serie spotkań „Noce oddania czci Izraelowi”), na których często widać chrześcijan wymachujących flagami Izraela. Istotnie: na spotkaniach CUFI ludzie wpadają w ekstazę, w której religioznawca widzi odzwierciedlenie całej historii cyklicznych przebudzeń (awakenings, revivals) tak ważnych w kulturze amerykańskiej od czasów kolonialnych do dziś.

Rokrocznie CUFI przekazuje dziesiątki milionów dolarów Izraelowi. Żydowskie lobby AIPAC, które ma ok. 100 tys. członków, w ogóle nie może się z nim równać – a Likud świetnie o tym wie, o czym świadczy gorący entuzjazm wobec CUFI premiera Netanjahu. Zresztą te dwa proizraelskie lobby za sobą współpracują. Przykładowo, na konferencji zorganizowanej przez AIPAC w 2007 r. Hagee był prelegentem. Mówiąc o przyszłości „50 milionów ewangelikalnych zjednoczonych we wspólnej sprawie z 5 milionami Żydów w Ameryce na rzecz Izraela”, stwierdził, że jest to „a match made in heaven” – czyli „alians z nadania Bożego”.

À propos konfliktu na Bliskim Wschodzie, w 2007 r. pastor Hagee stwierdził, że „nie ma nadziei na pokój między Izraelem a Palestyńczykami, ponieważ Hamas i Hezbollah mają przymierza (sic!), które dążą do zniszczenia Izraela. To są terroryści, którzy zaprzysięgli, że zabiją Żydów, a więc jakakolwiek próba zawarcia z nimi pokoju jest farsą”. W swojej książce Jerusalem Countdown: A Prelude to War (Zegar tyka w Jerozolimie: Preludium do wojny, 2007) Hagee napisał o amerykańskim planie pokojowym, że „niedwuznacznie narusza Słowo Boże”. Jak to możliwe? Otóż Księga Joela (Jl 3,2) mówi: »w sprawie mojego ludu i dziedzictwa mego, Izraela, które wśród narodów rozproszyli, a podzielili moją ziemię«. To znaczy, gdy Ameryka zmusiła Izrael do oddania Gazy, niedwuznacznie naruszyła słowa z Księgi Joela 3, 2”. Jest to postawa zupełnie powszechna wśród syjonistów chrześcijańskich w Ameryce. Niektórzy dostrzegają nawet Bożą zemstę w zabiciu premiera Rabina w 1995 r. oraz w chorobie premiera Szarona. Oni też przecież naruszyli ten werset.

CUFI regularnie nawołuje do wojny prewencyjnej z Iranem: w Jerusalem Countdown Hagee napisał, że jeśli Ameryka i Izrael „nie zniszczą wszystkich ośmiu ośrodków nuklearnych [w Iranie], wojna Ezechiela rychło nastąpi”. Na zjeździe CUFI w 2007 r. grzmiał podobnie: „Czas najwyższy, ażeby Ameryka przyjęła słowa senatora Josepha Liebermana i rozpatrywała militarne wyprzedzeniowe uderzenie na Iran [coraz głośniejszy aplauz], w celu zapobiegania holokaustowi nuklearnemu w Izraelu”. Oto fuzja polityki zagranicznej obu państw w pigułce.

*  *  *

Zastanawia fakt, że tak mało osób w Europie rozumie, że to właśnie chrześcijańscy syjoniści stanowią potężne „lobby żydowskie” w Ameryce. Europejczycy widzą, że w ONZ Ameryka broni Izraela do upadłego; wiedzą może, że Ameryka od dziesięcioleci przekazuje Izraelowi 1/5 swojego budżetu na pomoc zagraniczną, a rokrocznie od czasów prezydenta Cartera aż 3 mld dolarów, i w ogóle 140 mld w latach 1948–2004; widzą, że USA kieruje się ideologią, a nie interesami w swoim podejściu do Bliskiego Wschodu – a nie rozumieją sedna sprawy. Najczęściej stwierdzają, że Ameryką rządzi lobby żydowskie (w czym słychać echo „Mędrców Syjonu”), i w ogóle nie dostrzegają przeogromnej i zupełnie otwartej roli chrześcijan.

Czas na jedno pytanie natury teologicznej oraz jedną uwagę natury geopolitycznej.

Pytanie brzmi: czy chrześcijański syjonizm jest herezją? Tak stwierdzili przywódcy Kościołów w Jerozolimie w słynnej Jerusalem Declaration z 2006 r. Patriarcha łaciński, patriarcha prawosławny, biskup anglikański oraz biskup luterański w Jerozolimie napisali wspólnie, że chrześcijański syjonizm podminowuje pokój między Izraelczykami a Palestyńczykami i utożsamia Ewangelię z imperializmem i militaryzmem; że skupia się na hekatombach Apokalipsy – a nie na Chrystusowej miłości].

À propos wojny i pokoju na Bliskim Wschodzie, to rozumienie roli syjonizmu chrześcijańskiego w USA nie napawa optymizmem. Wręcz przeciwnie. Dogmatyzm syjonistów chrześcijańskich służy tym ugrupowaniom w Izraelu, które są najmniej skore do kompromisów z Palestyńczykami – a także z szerszym otoczeniem.

Arthur M. Schlesinger Jr. pisał o tym problemie pod koniec zimnej wojny w odniesieniu do całego wachlarza „klientów” USA. To jemu oddam ostatnie słowo: „Gdy klient ma obiecane poparcie Ameryki, nie widzi powodu, by wychodzić naprzeciw krajowym środowiskom żądającym demokratycznych zmian (…). Zamiast tego przypina im etykietkę marksistowskich [dziś: terrorystycznych – przyp. Ph.E.S.] i – przy milczeniu Ameryki – rozprawia się z nimi. Ponieważ klient (…) nie chce uchodzić za marionetkę Ameryki, będzie obnosił się ze swą niezależnością, odrzucając propozycje amerykańskie, które jak zapewne słusznie mniema, śmiertelnie zagrożą jego przywilejom i władzy. Tarcza militarna staje się czekiem in blanco. Patron okaże się zakładnikiem klienta. Cóż za imperium!”.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata