70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Homoseksualni rodzice pod lupą

W eksperymencie przeprowadzonym w latach 60. doświadczeni klinicyści nie byli w stanie stwierdzić na podstawie wyników testów badających osobowość, jakiej orientacji jest 20 mężczyzn, którzy je wypełnili. Nie byłoby łatwe również poznanie orientacji rodzica na podstawie tego, jakim jest rodzicem.

Marzena Zdanowska: Zacznijmy od pytania o to, co to znaczy być dobrym rodzicem. Czego potrzebuje od rodziców dziecko, żeby prawidłowo się rozwijać?
Grzegorz Iniewicz: Prawidłowy rozwój najprościej można zdefiniować jako możliwość podejmowania zadań charakterystycznych dla poszczególnych faz rozwojowych. Takie zadania to np. pójście do przedszkola czy szkoły, radzenie sobie z separacją od rodziców, nawiązywanie relacji z rówieśnikami, a na późniejszym etapie – wchodzenie w relacje partnerskie, podejmowanie kontaktów seksualnych.
Dziecko do prawidłowego rozwoju potrzebuje przede wszystkim emocjonalnej bliskości z rodzicem czy opiekunem. W tej bliskości można wyróżnić dwa istotne aspekty. Pierwszym jest emocjonalna dostępność rodzica, umożliwiająca empatyczne, emocjonalne współbrzmienie z dzieckiem, drugim – umiejętność rozpoznawania i podążania przez rodzica za tym, co dziecko przeżywa. Taka bliskość daje dziecku to, co dla niego jest najważniejsze, czyli poczucie bezpieczeństwa.

Wielu ludzi obawia się, że przyznawanie coraz większych praw osobom homoseksualnym doprowadzi ostatecznie do wychowywania dzieci przez pary jednopłciowe. Czy Pana zdaniem taka możliwość powinna budzić obawy? Skąd czerpać wiedzę na temat możliwych konsekwencji takich sytuacji?
Badania nad funkcjonowaniem rodzin gejów i lesbijek oraz wychowywanych przez nie dzieci prowadzone są od ponad 30 lat, głównie w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i kilku innych krajach Europy Zachodniej. Ilość tych badań, prowadzonych przy różnym doborze grup badanych i przy zastosowaniu różnych narzędzi, stale wzrasta, pozwalając na przeprowadzanie metaanaliz, czyli raportów analizujących kilkadziesiąt badań, co redukuje znaczenie pojedynczych błędnych wyników. Cenne są zwłaszcza badania podłużne, czyli takie, w których dzieci obserwowano przez kilkanaście lat, śledząc ich rozwój – jedną z czołowych badaczek w tym obszarze jest Susan Golombok.
Metaanalizy badań, a także obserwacje z pracy klinicznej są dla wielu towarzystw naukowych podstawą do wydawania dokumentów, które powinny być wskazówkami w codziennej pracy dla psychologów, lekarzy, pedagogów i innych badaczy oraz praktyków. Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne i Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne wydały wiele takich dokumentów w odniesieniu do funkcjonowania osób nieheteroseksualnych. Bazując na nich, możemy stwierdzić, że orientacja homoseksualna rodziców nie wpływa negatywnie na rozwój dzieci.

Co mówią wspomniane badania o sytuacji dzieci wychowywanych przez osoby homoseksualne?
Pierwsza kwestia, która nurtuje wielu ludzi, dotyczy tego, czy dzieci wychowywane przez pary jednopłciowe będą częściej miały orientację homoseksualną lub biseksualną niż dzieci osób heteroseksualnych. Okazuje się, że nie ma pod tym względem istotnych różnic między tymi dwiema grupami. Zresztą, co chciałbym podkreślić, ukrytym założeniem jest tu przekonanie, że orientacja nieheteroseksualna jest czymś gorszym. Pojawia się ona bowiem jako swego rodzaju obawa.

Drugi obszar badań to przebieg rozwoju poznawczego, społecznego oraz emocjonalnego. I tutaj też nie mamy podstaw, żeby twierdzić, że u dzieci wychowywanych przez gejów czy lesbijki występują problemy wynikające z orientacji seksualnej rodziców. Dużo ważniejsza dla rozwoju dziecka od orientacji rodziców jest relacja, jaką rodzice mają z dzieckiem, o czym już na początku wspominałem.

Trzecia kwestia dotyczy kontekstu społecznego i tutaj – w moim odczuciu – może być problem. Niektóre badania wskazują, że w kontaktach m.in. z rówieśnikami pojawia się dyskryminacja ze względu na to, że rodzice są parą jednopłciową. W tym wypadku wyniki będą oczywiście w dużym stopniu uzależnione od kontekstu kulturowego. Jednak badania przeprowadzone przez Susan Golombok w Stanach Zjednoczonych i przez Iana Riversa w Wielkiej Brytanii pokazały, że różnica nie tkwi w ilości wyśmiewania czy wyzwisk doświadczanych przez dzieci wychowywane przez pary jednopłciowe, różni się natomiast pretekst do wyśmiewania – ktoś jest nękany ze względu na swoją nadwaga, ktoś inny ze względu na pochodzenie etniczne, ktoś jeszcze inny przez to, że ma dwie mamy. Powstaje pytanie, na ile my w Polsce jesteśmy gotowi przyjąć takie dzieci i otoczyć je opieką. Na ile przedszkola czy szkoły są w stanie wprowadzić programy ochronne w stosunku do tych dzieci i dać im jakiś rodzaj wsparcia, podobnie jak się czasami dzieje w przypadku np. dzieci należących do mniejszości etnicznych?

A gdybyśmy mieli mówić nie o problemach, ale o różnicach między rodzicami homoseksualnymi i heteroseksualnymi, to co wynika z tych badań?
Trudno mówić o wyraźnych różnicach. Wspominana Golombok, w jednych ze swoich badań stwierdziła np. że w związkach lesbijskich partnerka, która nie jest biologiczną matką dziecka, była bardziej aktywna w codziennej opiece nad dzieckiem, w porównaniu z ojcami z rodzin heteroseksualnych. Podobnie Henry Bos wraz z zespołem przeprowadził badania, z których wynikało, że niebiologiczne matki lesbijki bardziej angażują się w opiekę nad dziećmi niż ojcowie z rodzin heteroseksualnych. Jednak jeśli chodziło o wyrażanie czułości nie było tu istotnych różnic. Inne obserwacje dotyczyły bardziej równego podziału obowiązków w rodzinach lesbijskich w porównaniu z rodzinami heteroseksualnymi.

Chciałbym tu jednak zwrócić uwagę na kontekst życia takich rodzin, który może wpływać na ocenę swoich kompetencji rodzicielskich przez gejów i lesbijki. Negatywne nastawienie społeczeństwa może być – bardziej albo mniej świadomie – przejmowane przez osoby homoseksualne, a to może podważać ich poczucie bycia kompetentną matką czy ojcem. Chyba każdy z nas, gdyby w kółko słyszał, że się do czegoś nie nadaje, to w końcu zacząłby przynajmniej trochę w to wierzyć.

Można także mówić o nieco większej otwartości dzieci rodziców homoseksualnych na tematy związane z seksualnością. Siłą rzeczy w ich rodzinach kwestia seksualności i homoseksualności pojawia się w rozmowach częściej, a co za tym idzie, gdy dzieci te będą już nastolatkami i dorosłymi, mogą mieć więcej kontaktów seksualnych. Tu oczywiście pojawia się kwestia interpretacji – czy określić to jako rodzaj rozwiązłości seksualnej, czy raczej jako rodzaj większej otwartości? Mnie bliższa jest ta druga interpretacja.

W każdym razie mówi Pan o większej aktywności seksualnej dzieci wychowywanych przez osoby homoseksualne?
Tu nie chodzi o samą aktywność. Przez wiele lat pracowałem z rodzinami par heteroseksualnych i tam wśród nastolatków też jest dużo eksperymentowania z własną seksualnością. Ale problem polega generalnie u nastolatków bardziej na stosunku do własnej seksualności – czy ją traktują jako naturalny fragment siebie czy też coś nieczystego, wstrętnego czy grzesznego. Możemy przypuszczać, że jeśli seksualność nie stanowi tematu tabu w rodzinie, to będzie to sprzyjało zdrowemu jej przeżywaniu.

To jest efekt częstszych rozmów w dziećmi na temat seksualności?
Tu dotykamy w ogóle kwestii funkcjonowania związków jednopłciowych. Trudno jest w nich odnaleźć tradycyjne wzorce, które znamy ze związków heteroseksualnych, chociaż i te podlegają daleko idącym przemianom. W związkach jednopłciowych większość rzeczy musi być wynegocjowana, przedyskutowana. Pewnym stereotypem jest myślenie, że w parach jednopłciowych ktoś jest w roli mężczyzny, a ktoś w roli kobiety. To duże uproszczenie. W takich związkach panuje większa elastyczność w podejmowaniu zadań czy ról.

Wielu autorów zauważa, że pary homoseksualne pierwsze poruszały problemy, które potem zaczęły poruszać pary heteroseksualne, np. wspomniane kwestie ról w związku, granic, zdrady. Trzeba ustalić, kto się zajmuje domem, kto sprząta, kto gotuje, kto zarabia pieniądze, kto je wydaje, jak wydaje, czy mieć wspólne konto czy nie itd. Wiele rzeczy przestaje być dane z góry, a zaczyna być właśnie przedmiotem negocjacji.

W książce Wprowadzenie do Psychologii LGB, którą Pan współredagował, można przeczytać o wspomnianym negocjowaniu definicji zdrady w związkach homoseksualnych, o tym, że wśród par gejowskich przeważa model związków otwartych. Czy to nie wpływa negatywnie na rozwój dzieci?
Jeśli porównamy kwestię wierności w związkach heteroseksualnych i homoseksualnych, to nie sądzę, żeby różnica była bardzo duża. Niedawno gościła w Krakowie Esther Perel, amerykańska terapeutka zajmująca się problemami seksualnymi, która wspomniała, że w USA już właściwie na nikim nie robi większego wrażenia, gdy się słyszy, że ktoś miał 2–3 małżeństwa. W tym kontekście to, co się dzieje w parach jednopłciowych, nie jest aż tak wyjątkową sytuacją. Różnica może być taka, że w przypadku par heteroseksualnych mamy tradycję niemówienia o tym głośno.

Tutaj trzeba zwrócić uwagę też na to, że dane, które Pani podała, dotyczą związków gejowskich, a popędowość u mężczyzn jest większa niż u kobiet. Kobieta jednak działa na związek tonizująco. Na pary jednopłciowe w mniejszym stopniu wpływają normy kulturowe, które w przypadku par heteroseksualnych wzmacniają ich trwałość. Ale to jest temat, w którym łatwo popaść w niesprawiedliwe uogólnienia, gdyż każda para jest inna, a badań nie mamy tu aż tak dużo.

Pewną wskazówką w myśleniu o rodzinach osób homoseksualnych są wytyczne różnych towarzystw zajmujących się zdrowiem psychicznym. W 1976 r. Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne jako pierwsze wydało dokument, w którym stwierdza, że w wypadku rozwodu płeć, wiek czy orientacja rodzica nie powinny być główną ani jedyną kwestią braną pod uwagę przy przyznawaniu praw do opieki nad dzieckiem. Później w 1997 r. Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne to potwierdziło, a w 2002 r. wydało dokument mówiący, że na podstawie ponad 30 lat różnych badań można stwierdzić, że „dla optymalnego rozwoju dziecka nie ma znaczenia orientacja seksualna rodziców”, zgodziło się z tym Amerykańskie Towarzystwo Psychoanalityczne i Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne. Nie jest to oczywiście dowód stuprocentowy, ale w świetle dostępnych badań nie mamy podstaw, żeby sądzić inaczej.

Badania dotyczące wychowania dzieci przez osoby homoseksualne opisują najczęściej związki lesbijskie. Czy sądzi Pan, że ich wyniki mogłyby być inne, gdyby badano częściej rodziny homoseksualnych mężczyzn?
Ta dysproporcja bierze się stąd, że pierwsze badania, pochodzące z lat 70., przeprowadzano w czasach, kiedy wśród osób homoseksualnych kobiety wychowywały dzieci znacznie częściej niż mężczyźni. W tych badaniach porównywano sytuacje rozwiedzionych kobiet, które samotnie wychowały dzieci ze swoich wcześniejszych małżeństw. W jednej grupie były to kobiety heteroseksualne, w drugiej lesbijki. Okazało się, że nie ma większych różnic, jeżeli chodzi o aspekty, o których wcześniej mówiłem. Późniejsze badania to potwierdzały.

Jeśli chodzi o mężczyzn – tych badań jest znacznie mniej. W jednym z nich, które prowadził Jerry Bigner, nie stwierdzono różnic między heteroseksualnymi i homoseksualnymi ojcami. Istnieją też badania, prowadzone przez wspominaną Golombok, z których wynika, że homoseksualni ojcowie w porównaniu z ojcami heteroseksualnymi bardziej starają się zrozumieć swoje dziecko, zobaczyć, o co mu chodzi. Jednak trzeba przyznać, że obszar ten wymaga dalszych badań.

Omawiane tu badania pozostają w zgodzie z moimi obserwacjami z praktyki psychoterapeutycznej. Nie widzę tu żadnej zasadniczej różnicy pomiędzy homoseksualnymi i heteroseksualnymi rodzicami. Jak w słynnym eksperymencie przeprowadzonym przez Evelyn Hooker w latach 60., kiedy to doświadczeni klinicyści nie byli w stanie stwierdzić na podstawie wyników testów badających osobowość, jakiej orientacji jest 20 mężczyzn, którzy je wypełnili – podobnie tutaj, myślę, że nie byłoby łatwym, jeśli w ogóle możliwym, poznanie orientacji rodzica na podstawie tego, jakim jest rodzicem.

Czy są jakieś inne źródła wiedzy o rodzinach par gejów poza nielicznymi jeszcze badaniami?
Wiedzę na ten temat można też czerpać z przykładów z życia. Kilkanaście lat temu byłem na konferencji psychiatrycznej w Hamburgu i tam miałem okazję poznać pewną ciekawą rodzinę. Zamiast zakwaterowania w hotelu skorzystałem w możliwości mieszkania u osób prywatnych i zupełnie przypadkiem trafiłem na parę gejów, którzy opiekowali się trzema chłopcami. Moi gospodarze byli pracownikami socjalnymi i tworzyli rodzinę zastępczą dla nastolatków, którzy wcześniej prostytuowali się na ulicy. Nie chciałbym popadać w stereotypy, ale atmosfera w tym domu nie była po męsku oschła, ale bardzo ciepła i przyjazna. Wyczuwalna była więź między nimi wszystkimi. Natomiast nie dostrzegłem żadnego erotyzowania tych relacji. Tych trzech chłopców żyło jak w rodzinie. Jeden pytał drugiego, czy już odrobił lekcje, jakie zajęcia ma jutro, gdzie idzie, czy go podwieźć na trening. Po prostu toczyło się życie rodzinne. Jedli kolację, ustalali, co kto robi następnego dnia, kto robi zakupy, kogo trzeba odwieźć do szkoły itd.

W Stanach Zjednoczonych i niektórych krajach Europy takie rodziny funkcjonują od kilkudziesięciu lat i można powiedzieć, że nic niepokojącego się w związku z tym nie dzieje. Dzieci z tych rodzin nie mają większych problemów z funkcjonowaniem, rozwijają się prawidłowo, częstotliwość orientacji seksualnych jest podobna jak w całej populacji. Zresztą, w Polsce wydaje się, że jest podobnie. To nie jest tak, że teraz dopiero pojawia się zjawisko wychowywania dzieci przez pary gejowskie czy lesbijskie, ono istnieje od dawna, tylko że się o nim nie mówi.

Jak wiele może być takich rodzin w Polsce?
Trudno jest dokładnie to policzyć, ale szacuje się, że ok. 50 tys. dzieci w naszym kraju jest wychowywanych przez homoseksualnych rodziców. Tak wynikałoby z badań Marty Abramowicz i danych, które zebrała na reprezentatywnej grupie 1000 gejów i lesbijek. Najczęściej chodzi o dzieci z poprzednich związków heteroseksualnych. Związki się rozpadają, dziecko zostaje z jednym z rodziców, rodzic wiąże się z kolejnym partnerem, który występuje jako ciocia, koleżanka albo wujek, przyjaciel. Często orientacja homoseksualna jest ukrywana.

Jak dzieci reagują na ujawnienie orientacji homoseksualnej rodzica?
Myślę, że dużo zależy od wieku dziecka. W okresie dorastania można sobie wyobrazić, że to byłoby trudne ze względu na samą dynamikę tego etapu – konfrontowania się z własną seksualnością, kształtowaniem się tożsamości czy szukaniem swojego miejsca w życiu.

Miałem wśród pacjentów dorosłych mężczyzn będących po rozwodach, którzy później odkrywali czy przyznawali się do swojej homoseksualnej orientacji i ujawniali to swoim synom. Ci chłopcy reagowali różnie – czasami przyjmowali to spokojnie, ale czasami było to dla nich trudne, chociaż lęki dotyczyły tu głównie reakcji rówieśników. Pamiętam też matkę lesbijkę, która swojego prawie dorosłego syna poinformowała o swojej orientacji, jego reakcja ograniczyła się do słów: „podejrzewałem to; fajnie, że powiedziałaś”.

Bywają trudniejsze historie?
Tak. Zdarza się, że przy takim ujawnieniu orientacji rodzica pojawia się u dziecka poczucie bycia oszukanym. Ale co ciekawe, zazwyczaj żal dotyczy tego, że rodzic nie ujawnił się dużo wcześniej, a nie tego, że jest osobą homoseksualną. Takie ujawnienie się często wiąże się z ulgą, że już nie trzeba czegoś tak ważnego trzymać w ukryciu. Dla tych, którzy wcześniej nie wiedzieli, różne wydarzenia, których nie mogli do tej pory zrozumieć, układają się w spójną całość. Co ważne – jak pokazują badania, coming-out jest prozdrowotny, chociaż zazwyczaj dość trudny. Podobnie jest z sytuacją homoseksualnych dzieci – kiedy informują rodziców o swojej orientacji już jako dorosłe osoby, także bywa, że pojawia się złość i to nie dlatego, że są one homoseksualne, ale dlatego, że wcześniej nie było w domu szczerości. Rodzice mogą przeżywać rodzaj rozczarowania, czują się oszukani, myślą: „tyle lat byliśmy tak blisko, kochaliśmy cię, a ty dopiero teraz o tym mówisz”.

Często podkreśla się, że dla prawidłowego rozwoju dziecka niezwykle istotna jest obecność w domu dwóch wzorców – męskiego i kobiecego. Dziecko wychowywane przez parę jednopłciową jest pozbawione jednego z nich. Czy to nie rodzi problemów?
Psychologia rozwojowa jest nauką, w której rozwijane są nieustannie różne wątki. Ostatnie kilkadziesiąt lat pomogło nam np. lepiej zrozumieć relacje małych dzieci z otoczeniem. Dawniej bardzo długo uważano, że dziecko po urodzeniu jest w stanie stworzyć bliską więź tylko z jedna osobą – z matką. Teraz wiemy, że dziecko od urodzenia jest w stanie stworzyć od razu więź z kilkoma osobami, te więzi są różnego rodzaju, ale na pewno są tworzone. Psychologia rozwojowa pokazuje, że dzieci mają znacznie większą elastyczność, niż się nam wydawało i co więcej, same uczestniczą aktywnie w procesie własnego rozwoju. Nie są tylko odbiorcami tego, co świat im zaproponuje, ale biorą udział w kształtowaniu swojego rozumienia świata. A wzorce męskości i kobiecości są wszędzie dookoła, nie ograniczają się tylko do rodziców.

Problem wzorców podnosi się często w kontekście kształtowania orientacji seksualnej dziecka. Niektórzy twierdzą, że to ma kluczowe znaczenie. Ale przecież do niedawna wszystkie osoby homoseksualne rodziły się i były wychowywane w związkach heteroseksualnych, co wskazywałoby jednak na to, że orientacja ma silne podłoże biologiczne i nie jest przekazywana kulturowo. Prawdopodobnie nie mamy na nią dużego wpływu. Chociaż trzeba przyznać, że dla naukowców do dziś nie jest to kwestia jednoznaczna. Nie określono ostatecznie podłoża homoseksualizmu, ale przecież też nie określono podłoża heteroseksualności. Nie wykluczono też teorii, która mówi, że rodzimy się biseksualni, a później naszą orientację kształtuje kultura.

Gdyby tak było, wtedy homoseksualizm rzeczywiście można byłoby „promować”, a to, czy dziecko jest wychowywane przez osoby heteroseksualne czy homoseksualne, miałoby wpływ na jego orientację.
Badania pokazują, że liczba osób homoseksualnych jest mniej więcej stała, więc statystycznie ta teoria nie znajduje potwierdzenia. Ale musimy też brać pod uwagę taką możliwość np. w pracy terapeutycznej z nastolatkami, którzy odkrywają swoją seksualność i nie są do końca pewni swojej orientacji. Trzeba być ostrożnym, żeby pomóc im odkryć to, co w nich jest, a niczego nie sugerować.
Twierdzenie, że homoseksualizm można ukształtować, wciąż znajduje wielu zwolenników. Powołują się oni między innymi na teorie mówiące o tym, że to brak ojca powoduje homoseksualizm. Geje mają go szukać w innych mężczyznach. Teorie te nie doczekały się rzetelnego empirycznego potwierdzenia. A z perspektywy gabinetu psychoterapeutycznego znowu mogę powiedzieć, że problemy mężczyzn z relacjami z własnymi ojcami występują niezależnie od orientacji pacjentów.

Kolejnym lękiem, który wydaje się obecny w debacie o rodzicach homoseksualnych, jest kwestia pedofilii.

Homoseksualizm i pedofilia to kompletnie różne rzeczy.

A dlaczego są łączone?
Z braku wiedzy albo żeby straszyć homoseksualizmem. W 2006 r. Polskie Towarzystwo Seksuologiczne wydało komunikat, który wyraźnie o tym mówi: „identycznie jak sama w sobie heteroseksualność – również homoseksualność per se nie implikuje żadnej szczególnej predyspozycji do zakazanego prawem wykorzystywania seksualnego dzieci”. Badania to potwierdzają, pokazują, że w większości sprawcami czynów pedofilnych są heteroseksualni mężczyźni. Najczęściej jest to mężczyzna z rodziny ofiary – ojciec, ojczym, wujek.

Fakt, że w większości są to mężczyźni heteroseksualni, nie powinien zaskakiwać – procentowo jest ich o wiele więcej.
Rozkład procentowy jest podobny w grupie mężczyzn heteroseksualnych, jak i homoseksualnych. Oczywiście może zdarzyć się, że homoseksualny mężczyzna będzie chciał uwieść chłopca, ale jednak tych dwóch rzeczy nie można łączyć. To tak, jakby powiedzieć, że jest kilku pedofilów, którzy są blondynami, więc blondyni to pedofile. Homoseksualność jest wariantem prawidłowej orientacji. Natomiast pedofilia z seksuologicznego, psychologicznego i prawnego punktu widzenia, jest nieprawidłowością, skierowaniem pożądania w stronę osoby niedojrzałej.

Jednak homoseksualizm dopiero od niedawna uznaje się za prawidłową orientację.
Pojęcie homoseksualizmu pojawiło się w 1890 r., wyprzedzając pojęcie heteroseksualizmu, który zresztą w tamtym czasie odnosił się do osób, które teraz moglibyśmy określić jako seksoholicy. Kiedy kategoria homoseksualizmu się pojawiła, można tu zacytować Foucaulta: „homoseksualista zyskał podmiotowość: posiadał przeszłość, historię i dzieciństwo, charakter, sposób bycia, a także morfologię wraz z niewłaściwą anatomią i być może zagadkową fizjologią”. Homoseksualizm jako inność, w dodatku w purytańskim świecie, zyskał miano najpierw grzechu, potem przestępstwa – w niektórych krajach dalej tak funkcjonuje – by w końcu stać się dewiacją czy zboczeniem i wylądować w psychiatrycznych klasyfikacjach zaburzeń, a w 1973 r. wrócić jako jedna z prawidłowych form seksualności. I to wszystko stało się w niespełna sto lat!

Te zmiany mogą tłumaczyć, dlaczego homoseksualizm budzi tak wiele kontrowersji. Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne zdecydowało o skreśleniu homoseksualizmu z listy zaburzeń psychicznych DSM przez głosowanie. Wiele osób ma wątpliwości, czy takie decyzje powinny być wynikiem głosowania – przegłosować można przecież wszystko.
Wiele się dyskutuje na temat powodów usunięcia homoseksualizmu z klasyfikacji psychiatrycznych, ale rzadko zadaje się pytanie, skąd on się tam właściwie wziął? Czy rzeczywiście stały za tym przesłanki medyczne? Czy też był to raczej sposób na opanowanie czegoś niezrozumiałego, co może mieć – jak wtedy myślano – powiązanie z jakąś psychiczną patologią. Utrzymanie homoseksualizmu w klasyfikacjach psychiatrycznych było nie do obronienia. Wzrastała bowiem ilość badań, jak wspomniane wcześniej badania Hooker, które pokazywały, że orientacja homoseksualna nie ma związku z żadnymi psychicznymi zaburzeniami. A jeśli nawet u osób homoseksualnych stwierdza się wyższe wskaźniki występowania problemów emocjonalnych, to powodów tego należy szukać raczej w relacjach z otoczeniem niż w samej orientacji.

Czy osobiście jest Pan za dopuszczeniem prawnym adopcji przez osoby homoseksualne?
Tak. Nie widzę podstaw, żeby tego zabraniać.

W książce Wprowadzenie do psychologii LGB znalazłam też informację, że w Polsce za dopuszczeniem adopcji przez osoby homoseksualne opowiada się tylko 41% osób homoseksualnych. Czym to tłumaczyć?
Nie chcę mówić w imieniu tych osób, ale wydaje mi się, że posiadanie dzieci, podobnie jak u osób heteroseksualnych, to współcześnie jeden z wariantów życia. Przecież niezależnie od orientacji ludzie zakładają rodziny i posiadają dzieci albo nastawiają się na realizowanie innych celów w życiu. Jest takie przekonanie, że gdyby tylko pozwalało na to prawo, to zaraz wszyscy geje i wszystkie lesbijki by się rzuciły do ośrodków adopcyjnych. Tak nie jest, pragnienie dziecka dotyczy tylko pewnej grupy. Wśród moich pacjentów, którzy są nieheteroseksualni, rodzice to jednak mniejszość. Choć to prawda, że nie dla wszystkich jest to kwestia wyboru.

Był kiedyś u mnie na terapii gej, który czuł potrzebę ojcostwa. Znajoma para lesbijek zaczęła z nim nawet rozmawiać o tym, czy nie chciałby mieć wspólnie z jedną z nich dziecka. Długo rozważał tę kwestię, ale ostatecznie stwierdził, że nie. Przypuszczał, że one chciały, żeby dziecko zamieszkało z nimi, nie z nim, i doszedł do wniosku, że emocjonalnie byłoby mu bardzo trudno żyć w oddaleniu od swojego dziecka. Jeszcze nie miał tego dziecka, a już czuł rodzaj odpowiedzialności i emocjonalnej więzi. Więc nie jest tak, że osoby homoseksualne chcą mieć te dzieci jako zabawki.

Ale wracając do tych 41%, mówimy o poparciu dla prawa do adopcji, nie o dążeniach poszczególnych osób. Czemu osoby homoseksualne nie miałyby chcieć takiego prawa? Może nie uważają takich adopcji za dobry pomysł?
Nie wiem. Mogę tylko powiedzieć, że jeden z moich kolegów, który jest gejem, kiedyś podczas rozmowy na temat dzieci powiedział, że nawet czasem myśli o posiadaniu dzieci, ale dla niego jest oczywiste, że w momencie, kiedy podjąłby taką decyzję, musiałby wyjechać z Polski. Być może więc chodzi właśnie o to, że sama zmiana prawa nie sprawi, że to będzie kraj przyjazny dla dzieci ze związków jednopłciowych.
I rzeczywiście, jeżeli tak będziemy to rozpatrywać, to ja też bym się zająknął przed odpowiedzią na Pani pytanie. Ogólnie nie widzę przeciwwskazań przed takimi adopcjami. Natomiast jeżeli chodzi o warunki polskie, to zwróciłbym uwagę, że byłoby to bardzo trudne. Ale też różne mniejszości wychodzą z ukrycia. To jest pewien proces. Tym, którzy decydują się jako pierwsi, jest najtrudniej.

Jakie są największe problemy w takich rodzinach? Czy to jest właśnie kwestia kontaktów ze światem zewnętrznym?
Pyta Pani o problemy rodziców czy dzieci?

A największe problemy w takiej rodzinie to problemy rodziców czy dzieci?
Myślę, że bardziej jednak rodziców, oni mają większą świadomość tych trudności. Dzieci przyjmują pewne rzeczy bardziej naturalnie, nie zakładają, że rodzic musi je wprowadzić w coś, o czym nie ze wszystkimi można rozmawiać. Tak jak wcześniej mówiłem, sama sytuacja wymusza, że w tych rodzinach o wszystkim więcej się mówi – o seksualności, o relacjach, o rolach, o innych ludziach. Dla rodziców jest to trudne. Jednym z głównych lęków, który do tych licznych rozmów prowadzi, jest lęk przed tym, że dziecku będzie trudniej w życiu. Dzieci są tego jednak nieświadome.

Na początku mówił Pan, że nie ma różnicy między dziećmi wychowywanymi przez osoby homoseksualne i heteroseksualne, ale przecież to poczucie, że o pewnych rzeczach się nie mówi, może wpływać negatywnie na dziecko. Czy homoseksualizm rodziców nie jest tu jednak jakąś przeszkodą w tworzeniu dobrego środowiska dla dzieci?
Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne i Psychologiczne stoi na stanowisku, że homoseksualizm rodziców sam z siebie nie powoduje zaburzeń emocjonalnych u dzieci, problem pojawia się dopiero w kontekście społecznym. Gdyby w Polsce żyła grupa osób czarnoskórych, u których byśmy stwierdzili zaburzenia lękowe występujące częściej niż w innych grupach, to przecież nie podejrzewalibyśmy, że źródłem tych lęków jest kolor skóry. Bardziej prawdopodobne jest, że są wyszydzani i doznają przemocy. Na pewnym etapie z badań zaczęło wynikać, że specyfika symptomów osób homoseksualnych jest bardzo bliska symptomatologii u osób doświadczających przemocy, ma cechy zespołu stresu pourazowego. To jest taki obszar, którym dziś intensywnie zajmują się psychologowie. Badania Marty Abramowicz pokazały, że ze względu na swoją orientację niemal połowa osób homoseksualnych w Polsce doświadczyła w przeciągu roku przemocy psychicznej, czyli że np. ktoś ich zwyzywał, a około jedna piąta – przemocy fizycznej, czyli że ktoś ich kopnął, popchnął, uderzył. Podkreślam – nie w ciągu całego życia, ale tylko w jednym roku! Te wskaźniki są nieporównywalne z żadną inną grupą.

Każdy doświadcza wydarzeń trudnych czy traumatycznych, ale niezwykle ważną rzeczą jest, czy ja mogę wtedy skorzystać ze wsparcia. Otoczenie może takie wsparcie zaoferować. Dobrym przykładem jest szkoła, gdzie w stosunku do tych innych „innych” – osób z niepełnosprawnością, mniejszości etnicznych czy religijnych – istnieją programy edukacyjne podejmujące problem dyskryminacji. W przypadku osób homoseksualnych i ich dzieci takich programów nie ma.

Rozmowy o sytuacji rodziców homoseksualnych są w większości przypadków bardzo zideologizowane. Każda ze stron powołuje się nawet na inny zestaw badań naukowych, które potwierdzają albo że dzieci wychowywane przez osoby homoseksualne są szczęśliwe i rozwijają się dobrze, albo że ich rozwój jest zagrożony, nie są do końca bezpieczne. Czy nauka może w ogóle dać nam jasną odpowiedź w tej kwestii?
W prowadzaniu badań psychologicznych nie ma prostych algorytmów, jasno określonych ścieżek, które trzeba przejść. Planując badanie, co chwilę musimy dokonywać pewnych wyborów. Te wybory pojawiają się już na początku, gdy dobiera się grupę osób do badania. Pierwsze badania nad zdrowiem psychicznym osób homoseksualnych były prowadzone w szpitalach psychiatrycznych. Wynikało z nich, że każda z badanych osób miała jakieś zaburzenia. Dziś nie powinno już nikogo zaskakiwać, że ludzie, którzy byli w szpitalach, okazali się chorzy. Późniejsze badania z lat 60. i 70. były robione także w specyficznych miejscach, np. w pubach i klubach gejowskich, gdzie też pojawiała się tylko jedna określona grupa osób homoseksualnych, o charakterystycznym stylu życia. Ta grupa także nie powinna być uważana za reprezentatywną. Dziś staramy się łączyć różne metody, szukać osób do badania przez Internet, kontakty własne, puby itd., i w ten sposób dążymy do pewnej obiektywizacji wyników. Ale i tak badając osoby homoseksualne, muszę pamiętać, że trafię na ludzi o pewnej charakterystyce – to często będą ludzie, którzy przyznają się do swojej orientacji, mogę podejrzewać, że ją akceptują. Raczej nie będę miał dostępu do osób, które uczestniczą w różnych terapiach mających zmienić ich orientację – niektórzy terapeuci podejmują się ich prowadzenia, chociaż jest to uznane przez Amerykańskie Towarzystwa Psychiatryczne i Psychologiczne za nieuzasadnione merytorycznie i nieetyczne.

Niestety w zależności od tego, jaką grupę dobierzemy do badania, jesteśmy w stanie różne rzeczy udowodnić. Dlatego też dziś w nauce coraz mniejsze znaczenie mają pojedyncze badania, wartość naukową zaczynają mieć metaanalizy. Badania muszą być też możliwe do powtórzenia. Jeśli kilku badaczom prowadzącym testy na różnych grupach wychodzą podobne wyniki, wtedy te badania uważane są za wiarygodne.

A z tych wyników pewnie można później też wyciągać różne wnioski?
Oczywiście. Jeżeli ja badam jakieś zagadnienie, dobrze dobiorę grupę, dobrze dobiorę narzędzia, wykonam adekwatną statystykę, badanie można powtórzyć i wyniki wychodzą podobne, to jest jeszcze pytanie, jak ja to zinterpretuję. Mówiliśmy już o większym otwarciu dzieci rodziców homoseksualnych na sprawy związane z seksualnością. Jedni powiedzą, że to wynik seksualnego rozpasania, inni stwierdzą, że mają zdrowy stosunek do seksualności, którą traktują jak coś naturalnego w życiu.

Dzięki rzetelnie robionej metodologii, rzetelnej statystyce staramy się ograniczać wpływ ideologii na badania i trzeba do tego dążyć. Wydaje mi się to o tyle ważne, że naukowa dyskusja na temat homoseksualności kończy się tam, gdzie wkracza ideologia. Widać to niestety w debatach, które znamy z mediów i świata polityki.

Ale jak sam Pan pokazał na przykładzie pierwszych badań, ideologia była w nich zawsze silnie obecna. Skąd możemy mieć pewność, że dziś jest inaczej?
Mam to szczęście, że z jednej strony zajmuję się pracą naukową, z drugiej mam gabinet i pracuję w Klinice Psychiatrii i do tej pory miałem wrażenie spójności tego, co znam z badań z praktyką kliniczną. Gdyby tej spójności zabrakło, wtedy zacząłbym się zastanawiać, skąd się to bierze.

GRZEGORZ INIEWICZ – dr n. hum., psycholog kliniczny, psychoterapeuta, superwizor, adiunkt w Instytucie Psychologii UJ, psychoterapeuta w Oddziale Klinicznym Klinik Psychiatrii Dzieci, Młodzieży i Dorosłych Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. Autor prac z zakresu psychologii klinicznej, psychoterapii, etiologii zaburzeń emocjonalnych. Współredaktor książek: Koncepcja przywiązania. Od teorii do praktyki klinicznej, Seksualność człowieka. Wybrane zagadnienia i wydanej w ubiegłym roku: Wprowadzenie do psychologii LGB. W praktyce zajmuje się pracą terapeutyczną z osobami nieheteroseksualnymi, parami jednopłciowymi, a także rodzicami nieheteroseksualnych dzieci.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter