70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Polska obok powieści

Powieści w Polsce nadal powstają, ale ich autorzy często biorą swoje opowieści w nawias. Powieści przepraszają, że są powieściami.

Czy mamy w Polsce powieść? Pytanie to, formułowane na różne sposoby, odsłania, że coś niedobrego dzieje się z polską powieścią. Wyraża pewien niepokój i poczucie kryzysu. Ostatnio zadawał je choćby Jacek Dukaj, pisząc o zaniku prozy o epickim rozmachu, czy Jerzy Sosnowski, zauważając jej silne upolitycznienie. Obydwa teksty wywołały wiele głosów polemicznych, których nasilenie wskazuje, że problem istnieje i nie jest wymysłem kilku przewrażliwionych pisarzy i krytyków.

Aby zobaczyć, czy mamy w Polsce powieść, trzeba najpierw zapytać co to znaczy: mieć powieść? Powieści przecież powstają, mamy ich pełne księgarnie, są recenzowane, nominowane do nagród i nagradzane, autorzy chętnie udzielają wywiadów i są obecni w życiu kulturalnym. Czy to nie wystarczy?

Jednak mimo tych wszystkich zewnętrznych oznak trzeba powiedzieć z całą powagą: dzisiaj w Polsce powieść nie jest podstawową literacką formą mówienia o rzeczywistości. A przecież niezależnie od tego, jak tę rzeczywistość definiujemy, jakie zastrzeżenia wysuwamy względem narracji, niezależnie od tego, czy wierzymy jeszcze w zwierciadła na gościńcach, to widzimy jednocześnie, że w kulturze zachodniej od dwóch stuleci powieść zajmuje miejsce szczególne. Wypracowane przez nią metody służą do opowiadania poprzez fikcyjne historie o człowieku, o jego świecie i życiu. Te opowieści starają się dotrzeć do jakiejś prawdy o nas, nazwać nasz świat, nasze lęki, nasze nadzieje. Uważam, że tak rozumiana powieść jest jednym z najważniejszych osiągnięć kultury Zachodu.

Zatem „mieć powieść” to znaczy jej zaufać, uczynić z niej nić przewodnią literatury. Dlatego właśnie kultury języka angielskiego, francuskiego czy hiszpańskiego mają powieść. Mają, bo nie tylko powstaje ona w tych językach, ale też została tam uznana za fundamentalny sposób mówienia o świecie.

Nie oznacza to skostnienia ani petryfikacji dawnych form. Również w ten gatunek literacki wpisana jest logika przemian, poszukiwania nowych środków wyrazu, podważania samego siebie. To właśnie w największych literaturach europejskich pojawili się reformatorzy, obrazoburcy i rebelianci, którzy wywrócili go na nice. A mimo to – a może właśnie dzięki temu – powieści nadal mogą powstawać. I powstają: wystarczy spojrzeć na listy nagrodzonych Bookerami czy Goncourtami autorów z ostatnich lat, wystarczy spojrzeć na literackich tytanów Ameryki Łacińskiej czy wpływowych prozaików ze Stanów Zjednoczonych.

Literatura polska natomiast – choć jej zasługi w ogólnoświatowym reformowaniu powieści są nieporównywalnie mniejsze – ogłosiła lokalną „śmierć powieści”. Nie oznacza to, że nikt powieści nie pisuje. Ale pisanie ich stało się niestosowne. Zostało ono pozostawione literaturze gatunków, traktowanej zazwyczaj pogardliwie, albo literaturze silnie upolitycznionej, gdzie stają się one często tylko narzędziem do prezentowania konkretnej ideologii. Co prawda powieści nadal powstają, ale ich autorzy często biorą je w nawias, jakby chcieli się usprawiedliwić: „piszę powieści, ale to w zasadzie post-powieści, bo powieść się skończyła”. Powieści powstają, ale przepraszają, że są powieściami.

Co mamy w zamian? Wspaniale rozwijają się rozmaite eksperymentalne formy prozatorskie, podejrzliwe nie tylko wobec epickości, ale także wobec szeroko rozumianej fabuły. Wyrafinowane językowo, często ostre jak tylko ostra może być poezja, skondensowana i wypreparowana ze słów zbędnych, utwory te sytuują się jednak na rubieżach tego, co możemy nazwać powieścią.

Szczególnie problematyczna staje się fikcyjność fabuły, przez co coraz większe znaczenie zyskuje reportaż. Interesujące jest rozumowanie, które pojawia się przy okazji tego awansu kulturowego reportażu: „bo on opowiada prawdziwe historie, bo to się wydarzyło naprawdę”. Tym samym cała bogata europejska tradycja prawdziwości powieści, która – właśnie poprzez opowieść o fikcyjnych wydarzeniach – ma moc odsłaniania głębszej prawdy o człowieku niż poziom faktów, zostaje zakwestionowana. Coś, co od zawsze było i jest podstawową zasadą narracji, nagle staje się kłopotliwe. Fikcyjność nie przeszkadza prozaikom zagranicznym, ale w Polsce trzeba się z niej coraz częściej tłumaczyć.

Co zatem znaczy: mieć powieść? Mieć powieść to żyć powieściami, to w ich rytmie myśleć o literaturze. Mieć powieść to ufać opowieściom i temu, że dzięki nim odsłaniają się fundamentalne prawdy o człowieku, o życiu, o świecie. Odsłaniają się nie mimo powieści, mimo fikcji, lecz właśnie dzięki nim. I odsłaniają się nie po to, by je potem z tych opowieści wyrywać i walczyć nimi w ideologicznych sporach, ale po to, by choć na chwilę człowiek poczuł, że udaje mu się uchwycić coś istotnego, że choć na mgnienie oka udaje mu się dotknąć w jednym doświadczeniu tego przedziwnego splotu wydarzeń, ludzi, wartości, lęków i marzeń, który nazywamy życiem.

I w tym sensie w Polsce nie mamy powieści. Oczywiście powstają powieści, powstają powieści dobre, a czasem nawet wybitne. Ale gdzieś podskórnie powieść stała się podejrzana. Można to analizować historycznie, wygłaszając ogólną tezę, że literatura polska od zawsze cierpiała na kryzys powieści, że w jakimś sensie ten kryzys jest jej naturalnym życiem. Można zapytywać, czy to wina pisarzy, krytyków, czytelników czy też rozmaitych salonów od prawa do lewa. Można szukać argumentów za powieścią, pokazywać listy nazwisk wybitnych i ważnych autorów spoza poletka polszczyzny, dla których powieść nadal żyje. Można też tworzyć listy autorów antypowieści czy postpowieści, pokazując bezmiar niewiary w powieść, która wypełnia dziś naszą literaturę. Można i trzeba o tym wszystkim dyskutować, by dotrzeć do sedna problemu, do przyczyn tej dziwnej, lokalnej choroby polskiej literatury.

Można również powiedzieć, że to odtrąbienie śmierci powieści jest przedwczesne. I to ono skazuje naszą literaturę na prowincjonalizm. Odrzucając powieść, fabułę i fikcję, skazujemy się na marginalizację, a prozę polską na osamotnienie i nieobecność w literackim krwiobiegu zachodniej kultury. Nie lokalność i polskość nas marginalizują, ale to właśnie, że nie mamy powieści. Polska literatura jest obok literatury światowej, bo sama ustawiła się obok powieści.

Ale to wszystko sprawy jakoś drugorzędne. Pierwszorzędne jest to, że nie ma żadnego dobrego powodu, żeby rezygnować z powieści. Nie ma też powodu, by nie ufać temu, że potrafi nas ona doprowadzić do tych ulotnych doświadczeń, w których odsłania się prawda o życiu. W jakimś sensie jesteśmy na opowieść skazani. I o to dopiero warto się spierać.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter