70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Co dalej z demokracją?

Mamy mieszane uczucia. To chyba jedyna rzecz pewna w dyskusji o współczesnej demokracji. Poza tym same pytania – czy chcemy więcej władzy czy przywilejów, więcej kontroli czy wolności, więcej debaty czy możliwości wypowiedzenia własnego zdania? Zdaje się, że na demokrację jesteśmy skazani, bynajmniej jednak z takiej formy musu zadowoleni nie jesteśmy. Pragniemy demokratycznego ideału, zapominamy o twardych faktach demokratycznego rządzenia.

Demokracja to – jak uczą filozofowie polityki – władza ludu. Znamy wszyscy tę formułę, choć niewielu z nas zdaje sobie sprawę z konsekwencji wprowadzenia w życie jej zasad. Bo co to właściwie znaczy, że rządzi lud? Samo słowo przywodzi na myśl raczej lud spod Racławic, co z Kościuszką i kosami walczył o wolność, niektórym kojarzy się może też z ludem Paryża stawiającym barykady, ewentualnie ludem germańskim czy galijskim. Ale co „lud” może mieć wspólnego z nami? A do tego z naszym codziennym życiem we współczesnych demokracjach, z parlamentem, rządem i kłótnią w programie publicystycznym

Każda z możliwych odpowiedzi mnoży sposoby wyjaśnienia – jedni, jak teoretyczka polityki Margaret Canovan, tłumaczą, że „lud” zawsze pozostaje jedynie „w rezerwie”, trzeba więc myśleć o nim raczej jako symbolu naszej władzy aniżeli czymś, co można określić bardziej realistycznie lub wymiernie, np. w słupkach poparcia dla poszczególnych partii politycznych. Inni z kolei – jak filozof polityki, Marcin Król – obstają przy filozoficznym określeniu „ludu” jako jedynego i właściwego suwerena demokratycznej polityki, gwarantującego nam wolność (rządzimy się sami, jesteśmy ludem), a co za tym idzie – spełnienie ludzkiego powołania. Zresztą ten spór między politologami i filozofami toczy się od dawna, żadna z tych grup bynajmniej nie zamierza też uzgadniać swoich dyskursów.

Zdaje się jednak, że na obie strony winniśmy spojrzeć jako na awers i rewers tej samej monety – demokracji właśnie. Demokracja jest bowiem zarówno władzą ludu rozumianego jako wszyscy obywatele, jak i władzą reprezentantów tegoż ludu, czyli politycznych elit, zabiegających o głosy swoich ideologicznie i emocjonalnie określonych elektoratów.

Na co dzień oczywiście nie czynimy takich rozróżnień, interesuje nas wszelako bieżąca polityka, aktualne medialne spory, te dziejące się tu i teraz, a nie filozoficzne rozważania o dobru wspólnym czy istocie państwa. W dłuższej perspektywie warto jednak zmierzyć się z taką analizą i spróbować zrozumieć, gdzie rodzą się nasze obawy co do ustroju, w którym wszyscy funkcjonujemy – na dobre i na złe.

Bo przecież kiedy obserwujemy życie polityczne współczesnych społeczeństw, głównie narzekamy, np. na nadmierną władzę partii politycznych, które – jak sądzimy – zdają się coraz bardziej odrywać od rzeczywistości normalnego życia, a w swych medialnych sporach zapominają o swoim rzeczywistym powołaniu: reprezentowaniu naszych konkretnych interesów. Tę krytykę partii łączymy zaś zwykle z przekonaniem o jakiejś całościowej oligarchizacji życia publicznego, władzy różnego rodzaju grup i lobbies, które za nic sobie mają jakkolwiek zdefiniowane dobro wspólne, myśląc wyłącznie o interesach swoich mocodawców. Obawiamy się zatem, że instytucje państwa pozostają całkowicie poza naszą kontrolą, co łączy się z syndromem tzw. jazdy na gapę – brakiem wiary w to, że nasze działania mogą cokolwiek zmienić. To prowadzi do kolejnego zjawiska, które politolodzy nazywają polityczną absencją i niechęcią do politycznej partycypacji – po prostu zostajemy w domu i nie korzystamy nawet z namiastki kontroli, jaką dają nam odbywające się co parę lat wybory – krajowe i samorządowe.

Życie współczesnego demokraty naznaczone jest zresztą różnego rodzaju sprzecznościami.Pisze o nich trafnie Larry Diamond, redaktor prestiżowego „Journal of Democracy”, wskazując na trzy generalne sprzeczności demokracji: antagonizm między konfliktem a konsensusem, reprezentatywnością a sterownością i przyzwoleniem a efektywnością.

Bez wątpienia nasze demokracje potrzebują konfliktów, rywalizacja o głosy wyborców jest wszak jedną z podstaw demokratycznego rządzenia. Wyścig o poparcie czy dążenie do zwycięstwa w publicznej debacie musi odbywać się jednak w ściśle określonych i społecznie akceptowanych ramach. Innymi słowy, każdy konflikt winien być osadzony w pewnego rodzaju konsensusie dotyczącym warunków brzegowych dyskusji. Rzecz jasna, nieustannie redefiniujemy zarówno konflikt, jak i konsensus, sztuka polega na utrzymaniu równowagi między tymi dwoma, czyli zachowaniu stabilności systemu politycznego. Drugi antagonizm – między reprezentatywnością a sterownością – sprowadza się do próby rozwiązania problemu, jak być skutecznym, zdolnym do działania, nie rezygnując przy tym z silnego społecznego mandatu. Partie, by działać i nie narazić się na bunt, muszą zachować kontakt z rządzonymi, muszą mieć też jednak na tyle silną autonomię, by nie stać się zakładnikami swoich elektoratów (z politologicznego punktu widzenia to spór między różnymi systemami rządzenia, np. prezydenckim czy parlamentarnym). Wreszcie trzeci antagonizm demokracji – między przyzwoleniem a skutecznością, pochodna drugiego z wymienionych – ma charakter bardziej fundamentalny, nie politologiczny, lecz filozoficzny. To pytanie o ogólną prawomocność istnienia demokracji jako takiej, o to, czy jako obywatele przyzwalamy na jej istnienie. Nie tylko, czy mamy zaufanie do naszych reprezentantów, ale czy w ogóle zgadzamy się, by w tak ułomnym, bo domagającym się naszego udziału, systemie trwać i poddawać się jego wymogom. Już Tocqueville wskazywał na ten problem, ogromne znaczenie przywiązując do istnienia i praktykowania demokratycznych obyczajów – wszak bez wspólnego zaangażowania na rzecz demokracji ta ostatnia ani nie powstanie, ani tym bardziej się nie utrzyma.

Każdy z wymienionych antagonizmów przyjmuje inną formę w zależności od zmiennego kontekstu historycznego i społecznego. Ta banalna prawda obecnie wydaje się szczególnie aktualna, ponieważ wiele wskazuje na to, że właśnie dziś stajemy się mimowolnymi świadkami przejścia do nowej formy demokracji, formy, z którą nie mieliśmy jeszcze nigdy do czynienia.

Jeden z wybitnych teoretyków zachodniej demokracji, Robert A. Dahl, pisał niegdyś o dwóch transformacjach rządów ludu i oczekiwaniu na tę trzecią, niewidoczną jeszcze na horyzoncie. Pierwsza z nich charakterystyczna była dla greckiego państwa-miasta i demokracji bezpośredniej, druga dla państwa narodowego z jego reprezentatywną formułą rządzania, trzecia z kolei miała wychodzić poza opłotki tradycyjnych instytucji państw narodowych i otwierać drogę dla nowych form politycznej organizacji i zaangażowania.

Dziś – pozwolę sobie na postawienie tej ryzykownej tezy – zaczynamy powoli dostrzegać kontury tej nowej formy, pierwsze symptomy zmian, które wpłyną także na nasze życie polityczne. Oczywiście, należy pamiętać, że same oznaki nie są jeszcze żadnym dowodem, a to, co wydaje się objawem zmiany na lepsze, może łatwo przekształcić się w swoje przeciwieństwo. Innymi słowy, zmiany, nawet jeśli konieczne, mogą zostać zatrzymane lub odwrócone, uznane za niepożądane ingerencje w obecny system społeczno-polityczny. Zresztą z takim procesem, jak się zdaje, mamy już do czynienia, tyle że on sam jest symptomem zachodzących przekształceń.

Zwrócę tylko uwagę na trzy problemy, które moim zdaniem prowadzą do rozchwiania, kryzysu obecnego status quo, znanej nam narodowej formy demokratycznego ładu, i wskazują na konieczność podjęcia refleksji nad obserwowanymi już konsekwencjami tej nowej sytuacji. Kłopoty, jakie mamy dziś z demokracją, w innym świetle stawiają też przedstawione nieco wcześniej wewnętrzne antagonizmy rządów ludu, w tym zwłaszcza kwestie reprezentatywności, przyzwolenia i konfliktu.

Pierwszym zatem problemem, z którym stykamy się właściwie codziennie, jest potrzeba wyznaczenia nowych ram i stworzenie nowych form dla racjonalnej dyskusji, ponieważ konflikty targające naszą sferą publiczną zdają się wyczerpywać możliwości dzisiejszych środków masowego przekazu i przyjęte sposoby politycznej komunikacji. Zmienić się musi zatem zarówno logika funkcjonowania mediów, podążających jedynie za sensacją i niedbających o jakość debaty publicznej, jak i logika działania polityków, którzy zamiast przedstawiania propozycji racjonalnej zmiany zajmują się jedynie zarządzaniem – często za pomocą emocji – sferą publiczną, wyzutą z wszelkich poważniejszych, tj. ważnych dla ogółu, treści.

Z tym zagadnieniem wiąże się też drugi poważny problem demokracji, jakim jest z jednej strony realny spadek znaczenia elit politycznych, a w szczególności przywódców politycznych, którzy coraz bardziej tracą możliwości realnego kreowania samodzielnej polityki. Zygmunt Bauman nazywa ten proces oddzieleniem mocy od polityki i władzy. Okazuje się bowiem, że dawna rywalizacja różnego rodzaju elit, w tym elit politycznych, posiadających demokratyczny mandat i de facto zarządzających dużą częścią państwowych zasobów, powoli staje się fikcją, a politycy coraz częściej niewolnikami wielkich korporacji lub mediów. Ich los zależy wszakże od tego, czy zostaną wybrani na kolejną kadencję, niezbyt chętnie podejmują się więc przeprowadzania jakichkolwiek reform lub przynajmniej korekt w istniejącym systemie. Z drugiej zaś strony samo państwo narodowe, czyli organizm uzależniony od obywateli, nie tylko z racji utrzymywania go z podatków, lecz także jako ważny element funkcjonującej i mającej realne konsekwencje teorii politycznej, ucieleśnienie władzy suwerennego ludu, z dnia na dzień traci możliwości skutecznego działania w ramach granic swego terytorium.

W ten sposób dochodzimy do trzeciego, być może najistotniejszego, problemu współczesnej demokracji, jakim jest odpowiedź na pytanie, kto należy do tyle razy już wymienianego demokratycznego ludu, a konkretniej, w jaki sposób nasze współczesne tożsamości dają się uzgodnić z istniejącymi już instytucjami demokracji. Te ostatnie, mimo prób przekształcenia Unii Europejskiej w ponadnarodową federację, ciągle ograniczone są do obszaru państw narodowych, co oznacza, że zarówno media, jak i w ogóle wszelka debata polityczna funkcjonują ciągle w ramach tych państw, nawet jeśli sama polityka, np. ekonomiczna, ma już charakter ponadnarodowy. Przede wszystkim jednak nasz indywidualny sposób samorozumienia dopuszcza do głosu coraz to nowe elementy tożsamości, które albo nie znajdują swojej politycznej artykulacji w obecnych instytucjach politycznych, albo też w ogóle ich nie potrzebują. Myślę tu z jednej strony o religii, która staje się coraz ważniejszym składnikiem debaty kulturowej i politycznej, sami nie potrafimy jednak wypracować dla niej nowego miejsca w życiu demokracji, a z drugiej – o konsumpcjonizmie, który zdaje się całkiem ignorować demokrację, uznając, że konsument nie musi być obywatelem, byle miał z czego opłacić swoją kartę kredytową.

Oczywiście, ta krótka lista bynajmniej nie wyczerpuje kłopotów z naszym samo się rządzeniem, bolączek współczesnej demokracji jest znacznie więcej, te wymienione można uznać jednak – jak sądzę – za symptomy kryzysu i kto wie, może przejścia do jej nowej formy. Stoimy dziś przed ogromnym wyzwaniem podjęcia refleksji nad obserwowanymi oznakami zmiany. To wymaga zaś mądrego działania ze strony mediów, intelektualistów, a przede wszystkim pojawienia się „masy krytycznej” dobrze poinformowanych obywateli, którzy aktywnie włączą się do debaty o przyszłości rządów ludu.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata