70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Polityka jako sztuka niemożliwego – przypadki Václava Havla

Havel wprowadził do języka polityki słowa: prawda, miłość, sumienie i moralność. Jego koncepcja była czasem przyjmowana wzruszeniem ramion, a jego samego narażała na zarzuty o pięknoduchostwo i marzycielstwo. Jednak to właśnie obserwacje z czasów działalności publicznej w największym stopniu zaważyły na uwzniośleniu „niepolityczności polityki”, czyli tego, co wyszydzano jako mesjanistyczny romantyzm.

Jestem tym, kogo chyba można nazwać intelektualistą, zarazem jednak zrządzeniem losu znalazłem się – i to właściwie z dnia na dzień – w świecie nazywanym wielką polityką.
Z przemówienia z okazji wręczenia Nagrody Sonninga, 1991 r.

Obszerny wybór esejów, szkiców, artykułów i przemówień Václava Havla, wydany niedawno przez Agorę (Siła bezsilnych i inne eseje ), przekonuje, że ich autora należy włączyć do grona najciekawszych i najbardziej przenikliwych myślicieli politycznych drugiej połowy XX w. Ma rację Adam Michnik, pisząc we wstępie do tego tomu, że Havla można stawiać w jednym szeregu z Arendt, Brodskim, Miłoszem i Bibó. Jego koncepcja polityczna jest uporządkowana, poparta ciekawymi argumentami, czasem kontrowersyjna i zachęcająca do dyskusji oraz konsekwentna, bo propozycje z tekstów z początku XXI stulecia są zazwyczaj rozwinięciem i dopełnieniem obserwacji z lat 70. i 80. Z drugiej strony – jak słusznie zauważył Stanisław Barańczak – „Havel nie jest filozofem oryginalnym i sam się za takiego nie uważa” . Nie tylko dlatego, że nie ma żadnego formalnego wykształcenia w tym kierunku (jako młody chłopak dwa razy bez powodzenia zdawał na filozofię), ale również z tego powodu, że jego refleksje są silnie zakotwiczone w tradycji Heideggera, Masaryka czy Patočki.

Atrakcyjność Czecha nie polega jednak na świeżości czy finezyjności myśli. Jasne jest, że byłby on tylko jednym z kilku zacnych i szanowanych, choć może nieco przykurzonych, klasyków w rodzaju autorki Korzeni totalitaryzmu, gdyby nie to, że jako jeden z nielicznych intelektualistów tej klasy miał okazję wprowadzić swoje koncepcje teoretyczne do realnej polityki. Jest on więc kimś więcej niż tylko troskliwym obserwatorem z zaciemnionych gabinetów: jest aktywnym liderem ruchu opozycyjnego wobec komunistycznej dyktatury, jest głową niepodległego państwa. Istnieje więc Havel-myśliciel, Havel-dysydent i Havel-prezydent, a śledzenie dysonansów między tymi trzema odcieniami jednej postaci to zajęcie fascynujące i pouczające. Sam bohater o tym szczególnym położeniu, w jakim musiał się odnaleźć, opowiadał z humorem, porównując się do surowego krytyka literackiego, który nagle został zmuszony do napisania powieści. „Trudno się więc dziwić, że znalazłem się teraz w sytuacji nie do pozazdroszczenia: wszystkie moje polityczne poczynania, a wręcz cała moja wewnętrzna i zagraniczna polityka Czechosłowacji znalazły się pod mikroskopem, który kiedyś – nie mając świadomości, co spowoduję – sam skonstruowałem” (Czy polityka może być moralna?), mówił w październiku 1991 r.

Swobodne poruszanie się Havla między zajęciami literacko-intelektualnymi a głównym frontem działalności politycznej tłumaczyć można na dwa sposoby. Z jednej strony zaangażowanie należy według niego do podstawowych elementów etosu każdego świadomego obywatela. Szczególnie dotyczy to właśnie intelektualistów, ludzi, którzy skomplikowane mechanizmy świata zrozumieli (lub wydaje im się, że je rozumieją), a ich autorytet sprawia, że posiadają pewne realne możliwości wpływu na rzeczywistość. Havel nie wierzy w niezależność, widzi w niej wygodne wytłumaczenie bierności. Opowiadał: „Jakiś czas temu prosiłem jednego z moich przyjaciół, wspaniałego człowieka i pisarza, żeby zgodził się przyjąć pewną funkcję polityczną. Odmówił, argumentując, że przecież ktoś musi pozostać niezależny. Odpowiedziałem mu: jeśli będziecie tak wszyscy twierdzić, to może się zdarzyć, że nie będzie nikogo niezależnego, bo nie znajdzie się nikt, kto chciałby wam umożliwić i zagwarantować waszą niezależność” (Światowe lobby intelektualistów).

Skoro jako dysydent i pisarz domagał się większej aktywności od społeczeństwa, to – myślał – jego własnym obowiązkiem jest występować w awangardzie zaangażowania. W czasie krwawej wojny w Bośni przekornie apelował do swoich kolegów ze światowego Pen Clubu o powołanie „jakiegoś ogólnoświatowego lobby, szczególnego bractwa, czy (…) rodzaju spisowej mafii” (Światowe lobby intelektualistów), która w sposób skoordynowany i solidarny działałaby na rzecz poprawy jakości polityki i oddziaływała na nią. Ta przeniesiona z myśli platońskiej, ale mająca swoje źródła także w czeskiej tradycji masarykowskiej, koncepcja rządów filozofów była propozycją tyleż wizjonerską i odważną, co zanurzoną w pewnych zwodniczych schematach, które każą utożsamiać mądrość z dobrem. Jednak to właśnie w intelektualistach widział Havel najlepszych realizatorów polityki, rozumianej jako „działalność ludzka, która stawia zwiększone wymagania moralności, zdolności krytycznej autorefleksji, autentycznej odpowiedzialności, gustowi i taktowi, umiejętności wniknięcia w dusze innych, poczuciu umiaru, pokorze” (Polityka nie jest brudna).

Takie pojmowanie polityki wyjaśnia także jego otwartość na sferę publiczną. Havel głosił bowiem, że rząd potrzebuje silnego, zewnętrznego w stosunku do siebie punktu odniesienia. Nie może nim być jednak ideologia, bo to jedynie „pozorny sposób ustosunkowywania się do świata” (Siła bezsilnych). Systemy totalitarne przekonały Havla, że ta złudna i niebezpieczna fasada pod pozorem odpowiedzi na każde dręczące człowieka pytanie ukrywa dążenia klasy przywódców do bezwzględnej hegemonii. Nie może nim być także przemoc i antysystemowość: Havel jest bezwzględnym legalistą. Polityka nie powinna również opierać się na chłodnym racjonalizmie, tym pozbawiającym indywidualizmu dziedzictwie Machiavellego. Havel mówił, że inaczej niż chcieliby tego uczniowie autora Księcia, nie jest ona „sztuką możliwego”, ograniczoną do administrowania, cynicznego pragmatyzmu i konsumpcji. Czym więc jest?

W eseju Polityka a sumienie pisał: „Jestem zwolennikiem »polityki antypolitycznej«”, tzn. polityki nie jako technologii władzy i manipulowania nią lub jako cybernetycznego sterowania ludźmi czy też jako sztuki osiągania celów, machinacji i intryg, lecz polityki jako jednego ze sposobów szukania i znajdowania sensu życia; chronienia go i służenia mu; polityki jako moralności stosowanej w praktyce; jako służby prawdzie; jako najgłębszej ludzkiej i kierującej się ludzkimi kryteriami troski o bliźnich”. W innym miejscu, pytany o swoje polityczne credo, dopowiedział: „myślę, że prawo moralne stoi wyżej niż kodeks prawny, polityczny czy gospodarczy i że te zbiory praw powinny wyrastać z prawa moralnego, a nie szukać kruczków, w jaki sposób obejść jego imperatywy” .

Oparcie działalności politycznej na zasadach moralnych, przekonanie, że powinna się ona przyczyniać do szczęścia większości, a nie wąskich grup, nadanie jej pewnego „impulsu uduchowienia”, jasne wskazywanie dobra i zła – oto gdzie widzi miejsce intelektualistów. Polityka bowiem „może być także sztuką niemożliwego, to znaczy sztuką uczynienia lepszym i siebie, i świata” (Twoja władza, narodzie, powróciła do ciebie!). Właśnie dlatego Havel taką estymą darzył Japonię, której udało się połączyć sukces gospodarczy z tradycja duchową, wypełniającą jej życie polityczne (Intelektualista w polityce). Dlatego jako prezydent – w pełni świadomy peryferyjnej roli Czech – namawiał swoich obywateli do interesowania się przełomowymi wydarzeniami w innych częściach świata, bo zawężenie pola widzenia do własnego kraju byłoby przejawem oportunistycznej bierności. Dlatego w pierwszym przemówieniu po rozpadzie Czechosłowacji oskarżał elity o zdewastowanie kultury politycznej, która została przez nich zwulgaryzowana i pozbawiona szlachetności, co przełożyło się na problemy gospodarcze i kryzys zaufania społecznego (Trzy lata – dzieje dramatu). Dlatego wreszcie przywiązywał tak wielką wagę do czegoś, o czym nasi dysydenci zupełnie nie myśleli (w przeciwieństwie do np. opozycjonistów bułgarskich czy ukraińskich), czyli do ekologii, troski o naturę, która jest „światem naszej osobistej odpowiedzialności” (Polityka a sumienie). Polityka, aby pozostać skutecznym instrumentem wpływania na rzeczywistość, musi się pozbyć swojej polityczności – rozumianej jako demoralizujące politykierstwo. Musi się stać „niepolityczna”.

Triumf „niepolityczności”

Owa „polityka niepolityczna” przenosi punkt ciężkości na społeczeństwo. Havel jako jeden z pierwszych zaczął używać terminu „społeczeństwo obywatelskie”. A politycy? Jako klasa rządząca powinni swoją aktywność skierować właśnie ku niemu, poprzez „wszechstronne wspieranie zrozumienia zasad obywatelskich i obywatelskiej odpowiedzialności, umacnianie zaufania państwa do obywateli, stawiając na ich dobre cechy, kultywować międzyludzką solidarność, tolerancję i poszanowanie prawa, ulepszać instytucje demokratyczne i pogłębiać w sobie i wokół siebie szacunek dla źródeł tego wszystkiego – prawo moralne, które jest w nas i ponad nami” (Postkomunistyczny stan ducha). Innymi słowy: oddać część władzy i budować sprzyjające warunki do funkcjonowania silnego społeczeństwa obywatelskiego w rzeczywistości demokratycznej.

Havel wyznawał pogląd, że społeczeństwa czeskie i słowackie, spętane ograniczeniami narzuconymi przez reżim komunistyczny, bierne i zobojętniałe w ostatnich dekadach dyktatury, po odzyskaniu wolności będą dążyły do swoistej rekompensacji, wykorzystując nową sytuację polityczną do wzmożenia aktywności, samoorganizacji i wszystkiego, czego pozbawił je komunizm. A zadaniem nowej elity politycznej jest podsycanie owej tęsknoty za czynną postawą wobec życia i wspomaganie oddolnych inicjatyw. Można się domyślać, że, przemawiając do swoich rodaków zimą 1990 r. jako nowo wybrany prezydent Czechosłowacji, traktował z całą powagą cytowane przez siebie słowa Masaryka: „Twoja władza, narodzie, powróciła do ciebie!”.

Mogłoby się wydawać, że jest to próba zrzucenia z polityków odpowiedzialności za państwo. Havel jednak precyzuje: „Uważam, że partie polityczne są jednym z ważnych instrumentów demokratycznej polityki, ale nie jej szczytem ani sensem. (…) Powinny być raczej tylko wisienką na torcie bogato ustrukturyzowanego społeczeństwa obywatelskiego; narzędziem, które wysysa z niego substancje odżywcze, aby nadać im polityczny kształt, nadający się potem do wykorzystania w politycznej rywalizacji” . Im więcej przejawów życia obywatelskiego, im więcej ruchów i stowarzyszeń, inspirujących działania polityków i kontrolujących je, tym wyższa jakość ugrupowań partyjnych i całego państwa. To charakterystyczne, że Havel, mówiąc w 1993 r. o trudnej sytuacji w kraju, wskazywał przede wszystkim na zły stan społeczeństwa, pogrążonego w marazmie, niewierze i beznadziei (Trzy lata – dzieje dramatu).

Wprowadził on do języka polityki słowa: prawda, miłość, sumienie i moralność. Jego koncepcja była czasem przyjmowana wzruszeniem ramion, a jego samego narażała na zarzuty o pięknoduchostwo i marzycielstwo. Jednak – jak wspomnieliśmy na początku – w przeciwieństwie do wielu innych wpływowych myślicieli, Havel był także politycznym praktykiem. I to właśnie obserwacje z czasów jego własnej działalności publicznej w największym stopniu zaważyły na uwzniośleniu „niepolityczności polityki”, czyli tego, co wyszydzano jako mesjanistyczny romantyzm.

Owa „niepolityczność”, na którą Havel bardzo często i w różnych miejscach się powoływał, to efekt przemyśleń z lat dysydenckich. Manifestem takiej postawy jest bodaj najbardziej znany esej Czecha, czyli Siła bezsilnych. Pisał w nim: „W systemie posttotalitarnym najgłębszym zapleczem i podstawą wyjściową ruchów stopniowo nabierających znaczenia politycznego nie są zazwyczaj wydarzenia czysto polityczne ani starcia różnych wyraźnie politycznych sił i koncepcji – ruchy te rodzą się przeważnie całkiem gdzie indziej: w znacznie rozleglejszej sferze »przedpolitycznej«, gdzie dochodzi do konfrontacji życia w kłamstwie z życiem w prawdzie”. Najlepszym tego przykładem była Praska Wiosna. To właśnie ją uznaje Havel za triumf „niepolityczności”, bo przecież jedną z iskier, która sprowokowała Czechów do wystąpień przeciw komunistom, było wydarzenie nie mające żadnych ambicji politycznych, czyli proces muzyków rockowych z zespołu The Plastic People of the Universe, których władza oskarżyła o pasożytnictwo.

To Praska Wiosna przekonała go, że w tym apatycznym społeczeństwie, osadzonym między autoironią Szwejka a fatalizmem Kafki, może z dnia na dzień odrodzić się prawdziwa postawa obywatelska. A opozycyjność „dokonuje się [przecież – przyp. D. K.] na płaszczyźnie ludzkiej świadomości i sumienia, na płaszczyźnie egzystencjalnej” (Siła bezsilnych). Siła potencjału społecznego, który nagle i zupełnie nieoczekiwanie może wybuchnąć, powinna być zatem przestrogą dla wszystkich polityków, spętanych myśleniem w kategoriach manipulacji i walk partyjnych.

Havel pozostał wierny tym przekonaniom także po aksamitnej rewolucji. Już w pierwszym przemówieniu, jakie wygłosił w roli prezydenta Czechosłowacji, powiedział, że przyczyna ewentualnego sukcesu państwa tkwić będzie w rozwoju samoświadomości obywatelskiej. To nie klasa polityczna, która jest przecież tylko ograniczonym i narażonym na pokusy władzy narzędziem kierowania sprawami kraju, ma kluczowe znaczenie dla pomyślności jego losów, ale silne, samodzielne i solidarne społeczeństwo obywatelskie. Od rodaków domagał się jednak nie tylko dołączenia do chóru krytyków starego ustroju, ale także – postulat znany z Siły bezsilnych – wzięcia odpowiedzialności za lata komunizmu. Apelował: „Musimy przyjąć to dziedzictwo jako coś, czego sami się dopuściliśmy. Jeśli tak to przyjmiemy, to zrozumiemy, że tylko od nas zależy, aby coś z tym zrobić. Nie wolno nam zrzucać wszystkiego na poprzednich władców – nie tylko dlatego, że nie odpowiadałoby to prawdzie, lecz również dlatego, że osłabiałoby to odpowiedzialność, która stoi dziś przed każdym z nas. (…) Najlepszy rząd, najlepszy parlament czy najlepszy prezydent sami wiele nie zdziałają. Byłoby bardzo niewłaściwe tylko od nich oczekiwać powszechnej poprawy naszej sytuacji. Wolność i demokracja oznaczają bowiem współuczestnictwo, współodpowiedzialność nas wszystkich”.

Zupełnie tak jakby powtarzał po Josifie Brodskim: „człowiek wolny różni się od człowieka zniewolonego właśnie tym, że w wypadku katastrofy, niepowodzenia, klęski nigdy nie obwinia okoliczności, kogoś innego, władzy – on obwinia samego siebie” .

Samodzielne przezwyciężenie demonów przeszłości, politycznych, gospodarczych i duchowych, to wielki wysiłek. Ale – zdaje się mówić Havel – jeśli podołamy, wzmocnimy się jako państwo i naród. Owa samodzielność w wymiarze praktycznym ma przełożenie także na stosunki z partnerami zewnętrznymi. „Nasz kraj już nigdy nie powinien być czyimś poplecznikiem czy ubogim krewnym. Musimy co prawda wiele od innych przejąć czy wiele się nauczyć, ale – po raz pierwszy od wielu lat – jako równoprawny partner, który sam też ma coś do zaproponowania” (Twoja władza, narodzie, powróciła do ciebie!).

„Między aureolą a swetrem”

Havel-polityk mógł sobie pozwolić na takie wypowiedzi nie tylko ze względu na szczególną rolę, jaką zawsze odgrywał w czeskiej polityce, ale także z powodów ustrojowych. Prezydent w systemie politycznym Czech pozostaje wprawdzie najwyższym przedstawicielem kraju na zewnątrz i arbitrem w konfliktach wewnętrznych, ale jego pozycję osłabia brak formalnego mandatu społecznego (jest wybierany przez parlament). Zdystansowanie do bieżących sporów i – wyniesione jeszcze z czasów międzywojennych – oczekiwanie, że głowa państwa będzie koncentrowała się raczej na sprawach wartości i moralności, działały na korzyść Havla. Tak widział swoją rolę na początku pierwszej kadencji: „Bardziej niż autorem konkretnych rozwiązań politycznych powinien być prezydent gwarantem stabilności politycznej kraju, reprezentantem integralności i tożsamości państwa, stałym czynnikiem systemu politycznego, jego »stabilnym punktem« czy »ostateczną instancją odwoławczą«, strażnikiem kultury politycznej” (Trzy lata – dzieje dramatu). Pozbawiony zapędów autorytarnych, silnie zanurzony w sferze metapolitycznej i obdarzony realnym autorytetem społecznym Havel wydawał się idealny na to stanowisko, a zarówno jego cechy osobowościowe, jak i sposób myślenia o polityce, pozwoliły mu uniknąć niebezpieczeństwa pokus, którym uległ inny wybitny dysydent i intelektualista, Zwiad Gamsachurdia, pierwszy prezydent wolnej Gruzji.

W filmie Pavla Koutecký’ego Obywatel Havel, dokumentującym trzynaście lat prezydentury Havla, częściej aniżeli w starciach politycznych widzimy tytułowego bohatera przechadzającego się wśród mieszkańców Pragi, spędzającego czas na dyskusjach ze współpracownikami, wygłaszaniu wykładów i przyjmowaniu zagranicznych gości. W partyjnych rozgrywkach nie czuje się dobrze. Kiedy zostaje sam, zwierza się reżyserowi, że funkcja, którą przyszło mu pełnić, sytuuje się „gdzieś między aureolą a swetrem”.
Wejście Havla do wielkiej polityki było równie zaskakujące i nieoczekiwane, co naturalne. Czechosłowacja nie doczekała się swojego Wałęsy. Antysystemowy ruch oporu w kraju rządzonym przez komunistyczną biurokrację organizowany był w środowisku intelektualistów. Ich awans na najwyższe stanowiska w państwie w pierwszej fazie transformacji wynikał nie tylko z zasług i osobistych ambicji, lecz także z personalnej próżni, jaka wytworzyła się po obaleniu komunizmu. Także tradycje polityczne Czechosłowacji skłaniały Havla, subtelnego inteligenta od dawna nawołującego swoich kolegów do większego zaangażowania, do objęcia najwyższego stanowiska w państwie. Miało to symbolicznie nawiązywać do czasów i idei Tomáša Masaryka, socjologa i filozofa, którego los również w pewnym momencie zaprzągł w służbę państwu.

Ten twórca politycznych i etycznych podstaw czechosłowackiej demokracji przewija się przez całe intelektualne i polityczne życie Havla. To właśnie Masaryk oparł czeski program narodowy na idei „pracy organicznej”, o której autor Siły i bezsilności pisał jako „uczciwej i odpowiedzialnej pracy w ramach istniejącego ustroju, w najrozmaitszych sferach życia, mającej na celu rozwój sił twórczych narodu i świadomości narodowej” (Siła bezsilnych). Havel szanował masarykowski humanizm i – podobnie jak jego przyjaciel Jan Patočka – uważał, że przy całym swoim idealizmie „był Masaryk człowiekiem śmiałym, zdecydowanym, a po dojrzałej rozwadze konsekwentnym i pryncypialnym działaczem” . Nieprzypadkowo Patočka i Havel chcieli, aby czechosłowacki ruch dysydencki nawiązywał właśnie do jego myśli. Aby nie tylko organizował się w narzuconym komunistycznym świecie i analizował go, lecz także sprytnie wykorzystywał zaproponowane przez niego reguły gry do obrony pokrzywdzonych i budowania dogodnych warunków dla społecznej samoorganizacji. W owym humanizmie nie ma jednak nic ze ślepego dostosowywania się czy bierności. Havel za to właśnie krytykował Milana Kunderę, który w 1968 r. udowadniał, że sowiecka interwencja jest elementem odwiecznego przeznaczenia Czechów. Autor Nieznośnej lekkości bytu twierdził, że – jak pokazuje historia – czeski los polega na ciągłej adaptacji do warunków dyktowanych przez wielkie mocarstwa. Przyszły prezydent dostrzegł w tym pochwałę pasywności i zniechęcenia .

Kiedy w tamtym czasie Havel-dysydent wynotowywał zagrożenia „polityczności”, to ostrze krytyki skierowane było głównie w stronę dyktatury komunistycznej. Ale nie tylko. Havel nie miał dobrej opinii o całym otaczającym go świecie, także o tym z drugiej strony żelaznej kurtyny. W swoim sceptycyzmie pozostał zaskakująco konsekwentny. Komentując powieść Ludvika Vaculika Sennik czeski, pisał w 1983 r.: „[to – przyp. D. K.] książka o kryzysie współczesnej ludzkości, której świat wymknął się z rąk i która wymyka się z rąk również samej sobie; ludzkości, której grunt usuwa się spod nóg; ludzkości wykorzenionej, zaniepokojonej chaosem świata, którego nie rozumie i który napawa ją przerażeniem” (Odpowiedzialność jako los). Prawie dwadzieścia lat później – już jako prezydent – powie niemal dokładnie to samo: „w dzisiejszym świecie – stanowiącym jedną globalną, w istocie materialistyczną i w znacznym stopniu zagrożoną przez samą siebie cywilizację – jedną z dróg uniknięcia nasilających się niebezpieczeństw jest systematyczna budowa ogólnoświatowego społeczeństwa obywatelskiego” (Społeczeństwo obywatelskie jest opłacalne).

Po odzyskaniu wolności Havel ostrożnie podchodził do popularnych haseł natychmiastowego zlania się z Zachodem, nie tylko dlatego, że jego zdaniem relacje między Europą niekomunistyczną a byłymi krajami bloku wschodniego powinny opierać się na zasadach partnerskich i wzajemności, ale także z tego powodu, że o owym legendarnym Zachodzie nie miał najlepszego zdania. Już w połowie lat 80. pisał, że to on dał światu „wszystko na czym władza [bezosobowa – przyp. D. K.] się opiera: od nowożytnej nauki, racjonalizmu, scjentyzmu, rewolucji przemysłowej, w ogóle rewolucji jako fanatyzmu abstrakcji, przez uwięzienie świata naturalnego w łazience, aż po kult konsumpcji, bombę atomową i marksizm” – tak notował w eseju Polityka a sumienie, wielkim pamflecie na Europę Zachodnią, w którym krytykował jej krótkowzroczność, pychę, nihilizm i tworzenie innego typu systemów przymusu w rodzaju zwodniczych kontrideologii. Oskarżał ją o lekceważenie Wschodu w przeszłości i ubolewał, że jego mieszkańcy muszą liczyć tylko na siebie. Ale jednocześnie – co znamienne – to właśnie Zachód uważał za sojusznika we wspólnej batalii o „politykę niepolityczną”. Jako prezydent myślał tak samo, bo z jednej strony, zdając sobie sprawę z faktycznego braku alternatywy wobec zachodnich mocarstw (Rosja nigdy nie stanowiła konkurencji), wzmacniał integrację Czech z ich strukturami, ale z drugiej, przekonany o unikalnym charakterze środkowoeuropejskiej tożsamości, dążył do pogłębiania stosunków z sąsiadami z regionu, stając się współinicjatorem i chyba jedynym czeskim politykiem wierzącym w powodzenie Grupy Wyszehradzkiej.

Tren Fortynbrasa po czesku

Propozycje Havla nierzadko spotykały się w Czechach ze skrajnymi reakcjami. W Polsce nie zdajemy sobie chyba sprawy, że w swoim kraju jest on postacią wywołującą podobne emocje, co u nas Michnik (notabene jego serdeczny przyjaciel). Lewica krytykowała go za naiwność, a jego politykę nazywała złośliwie „humanitarną” i „marzycielską”. Populiści różnej maści widzieli w nim grabarza Czechosłowacji, co jest częściowo prawdą, bo decyzje o jej podziale zapadały w gabinecie premiera. Prawica nie mogła mu wybaczyć niejednoznacznej postawy w czasie dyskusji o powszechnej lustracji i rozliczeniach. Od Havla-prezydenta odwróciło się kilku jego dawnych druhów, a wiele decyzji, jakie podjął w czasie swoich dwu kadencji – od masowej amnestii więźniów i częstych ułaskawień po skandal z reprywatyzacją wielkiego kompleksu gastronomiczno-rozrywkowego Lucerna, w który zamieszana była jego szwagierka – wywoływało żywe dyskusje wśród zwykłych obywateli. Puryści na spółkę z dziennikarzami tabloidów oskarżali go o niemoralność, kiedy rok po śmierci pierwszej żony Olgi ożenił się z młodszą o ponad dwadzieścia lat aktorką, Dagmar Veškrnovą. Jednak żadna z wymienionych spraw nie zaciążyła na czeskim życiu publicznym tak bardzo, jak spór ideowy toczony z Václavem Klausem przez całe dwudziestolecie. Dotykał on właściwie wszystkich elementów rzeczywistości społeczno-gospodarczo-politycznej.

Polityk ów jest uosobieniem wszystkiego, co Havel rozumie pod pojęciem „polityczności” – bezdusznej technologii władzy i rządów aparatu. Według swojego oponenta, Klaus to wzór zimnego technokraty, gustujący w intrygach i partyjnych przepychankach, a jego premierostwo (w latach 1992–1997) było „materialistyczne i mało duchowe” . „Nie toleruje nawet najmniejszej próby jakiegoś osłabienia władzy znajdującej się w rękach centrum państwowego”, mówił Havel. „Dlatego do ostatniej chwili bronił się przed decentralizacją państwa, dlatego walczył ze społeczeństwem obywatelskim, dlatego walczy z Unią Europejską” . Podobnie konflikt między nimi tłumaczyła znana socjolożka Jiřina Šiklová: „W zamyśle Havla przestrzeń między władzą a obywatelem ma wypełniać sieć stowarzyszeń i organizacji non profit. Ludzie mają sami zadbać o swój los, organizując się i wykazując maksimum inicjatywy. Klaus uważał natomiast, że w polityce jest miejsce tylko dla partii – jeśli będą się w nią angażować organizacje społeczne, będzie to podważać prawo do rządzenia tych, którzy wygrali wybory” .

Różnią się właściwie we wszystkim. Klaus w polityce zagranicznej opowiada się za tzw. koncepcją „czeskiej wyspy”, która zakłada rezerwę wobec wspólnych inicjatyw środkowoeuropejskich. Rozsądny dystans Havla wobec Zachodu zamienił na otwarcie manifestowaną niechęć, a nieufność wobec Moskwy – na energiczną politykę zbliżenia. Trudno także znaleźć polityków bardziej niezgodnych pod względem osobowości. Havel to łagodny intelektualista, nieśmiały, obdarzony ironicznym humorem, nie przywiązujący wagi do dóbr materialnych, silnie zanurzony w życiu czeskiej bohemy. Ekonomista Klaus – z rozbuchanym ego, autorytarny i introwertyczny, jeden z najbogatszych na czeskiej scenie politycznej. Swego czasu telewizje z lubością pokazywały fragment z ponownego wyboru Havla na prezydenta w 1998 r., kiedy Klaus był jedynym parlamentarzystą, który nie przywitał wyniku głosowania oklaskami. Stał i z kamienną twarzą wpatrywał się w przestrzeń przed sobą.
Dziś to on jest głową państwa.

Roman Graczyk pisał: „Pierwszy i ostatni prezydent Czechosłowacji, Masaryk i Havel, reprezentowali rzadki typ ludzi, którzy zajmują się wprawdzie polityką, ale dla których polityka nie jest ani najważniejszym zajęciem, ani pierwszorzędnym celem ich zaangażowania w życie publiczne” . W Sile bezsilnych Havel mówił o dysydentyzmie jako postawie życiowej, a nie zawodzie wykonywanym przez kilka godzin, o wewnętrznym imperatywie odpowiedzialności, który każe wyrazić sprzeciw wobec niesprawiedliwości i głupoty rządzących oraz – Havel nigdy nie wahał się używać wielkich słów – daje impuls do zmieniania świata na lepsze. Po aksamitnej rewolucji ów imperatyw ochronił go przed pustymi bitwami partyjnymi i pokusami władzy. Narażał go też jednak na ostrą krytykę. W latach komunizmu zarzucano Havlowi przesadną koncentrację na etycznym wymiarze walki z reżimem, później mówiono, że jest pięknoduchem, oderwanym od rzeczywistości. Niektóre jego tezy czytane po latach rzeczywiście rażą naiwnością i przesadnym kaznodziejstwem. Trudno jednak znaleźć dziś drugą taką postać, która w swoich przekonaniach byłaby tak niezłomna i tak skuteczna we wdrażaniu ich w życie. Która zdołałaby – jak sam Havel mówił o Františku Krieglu, komuniście, który poparł Praską Wiosnę – „być politykiem i pozostać sobą” (Rozmyślania o Františku Krieglu).
„Odejście Vaška będzie wielką stratą dla całego narodu. Ale uświadomimy sobie to pewnie, jak go na Hradczanach już nie będzie” , napisał na zakończenie ostatniej kadencji Havla komentator konserwatywnego dziennika „Mladá fronta Dnes”.

Havlowi udało się coś jeszcze: chociaż konsekwentnie stawiał się w opozycji do polityki, to jednocześnie pozostał jej najbardziej szanowaną i rozpoznawalną czeską twarzą.

Esej ukończony dwa tygodnie przed śmiercią Havla.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter