70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Ile ekologii w „ekologii”? Nauka a hierarchie wartości

Zawodowi ekolodzy często muszą odpowiadać na pytanie: „Jak jest naprawdę?”. Czy powinniśmy martwić się ociepleniem globalnym? Co jest lepsze: elektrownia jądrowa czy gaz łupkowy? Czy popierać nowe wyciągi narciarskie czy ochronę świstaków? Rozterki pytających wynikają z pomieszania odrębnych obszarów ludzkiego poznania i działania: sfery materialnych faktów i wartości, domeny nauki i etyki.

Wieloznaczni ekolodzy

Często powtarzany termin „ekologia” obrósł w mnóstwo nieporozumień. Media, a za nimi ogół społeczeństwa, używają tego słowa, rozmywając jego znaczenie. Trzeba zatem zacząć od zdefiniowania pewnych pojęć. Ekologia jest eksperymentalną nauką podstawową, należącą do domeny biologii; zajmuje się zjawiskiem życia, w szczególności interakcjami pomiędzy organizmami oraz między nimi a środowiskiem. Jest bliska biologii ewolucyjnej, a od czasu, gdy biologom udało się odkryć, jak wielki wpływ żywe organizmy wywierają na całą biosferę (obieg pierwiastków i klimat), ekolodzy współpracują z geochemikami i klimatologami. Dziedziny te zachowują swoją autonomię, ale wszystkie należą do domeny przyrodniczych nauk eksperymentalnych (science), a zatem obowiązują w nich identyczne rygory co do metodologii badań i komunikowania.

W języku polskim „ekologia” może oznaczać ochronę środowiska albo powstrzymywanie jego zanieczyszczenia, uprawę roślin bez nawozów sztucznych albo zgodnie z fazami Księżyca, ochronę gatunków, promocję rowerów, kierunek filozofii, ideologię ruchów społecznych, wyznanie wiary etc. Najczęściej chodzi tu o przekonania i postawy oparte na systemie wartości, dotyczącym warunków życia i stosunku do przyrody, cechującym niektórych ludzi. W wielu językach reprezentanci takich poglądów nazywani są „środowiskowcami” (environmentalists), „zielonymi (greens), „ochroniarzami” (conservationists), jeżeli już „ekologami”, to „głębokimi” (deep ecologists), przy czym zakres znaczeniowy tych terminów nieco się różni. Po polsku ich wszystkich nazywa się ryczałtowo „ekologami”, wliczając do tego również techników zajmujących się ochroną środowiska (np. monitoringiem, ochroną przeciwpowodziową czy oczyszczaniem ścieków). Toteż kiedy telewizyjny redaktor zapowie rozmowę z „ekologiem”, to na ekranie prawie na pewno nie pojawi się naukowiec parający się wyżej zdefiniowaną dziedziną biologii.

Nie ma sensu walczyć z wiatrakami, rozmycie pola semantycznego terminu ekologia jest faktem nieodwracalnym. Dla odróżnienia w dalszym tekście będę używał słowa ekologia tylko dla oznaczenia nauki biologicznej, a w pozostałych przypadkach będę pisał „ekologia”. Cudzysłów nie ma tu znaczenia deprecjonującego – sam, będąc zawodowym ekologiem, często czuję się również „ekologiem”. Dopiero mylenie tych pojęć, traktowanie „ekologii” jako miarodajnej nauki przyrodniczej, a ekologii – jako dziedziny nacechowanej wartościami – prowadzi do skutków opłakanych. Ekologia i „ekologia” stykają się tam, gdzie ideolodzy poszukują wsparcia nauki dla uzasadnienia swojej hierarchii wartości. Ekolodzy też chcieliby wiedzieć, jaką społeczną wartość mają ich badania – a przynajmniej powołać się na nią, kiedy występują o dotacje. Poszukiwanie związków pomiędzy ekologią a „ekologią” jest produktywne, dopóki zachowany jest rygor pojęciowy. Ekologia naprawdę stanowi naukowy fundament działań praktycznych w zakresie ochrony środowiska i przyrody, wyzwania społeczne zaś rzeczywiście motywują ekologów do podejmowania badań, które mogą mieć praktyczne implikacje.


Czy nauka pomaga aktywistom?

Mylenie ekologii z „ekologią” nie tylko utrudnia społeczną debatę i podejmowanie racjonalnych działań, ale ma też jeszcze poważniejsze, dalekosiężne skutki: prowadzi do zwątpienia w wiarygodność nauki w ogóle. Nauki przyrodnicze wypracowały bezkonkurencyjnie skuteczną metodę wyjaśniania zjawisk naturalnych, zwaną niekiedy „mocnym wnioskowaniem” (strong inference), a wywodzącą się m.in. z postulatów metodologicznych Karla Poppera. Metodologia nauki sama jest domeną burzliwie się rozwijającą i niewolną od kontrowersji, ale nie wykrzywię zanadto obrazu, kiedy – bez dalszych uzasadnień – wymienię jej charakterystyczne cechy: rygor stawiania formalnie poprawnych i testowalnych empirycznie hipotez; wnioskowanie oparte na ilościowej analizie statystycznej; pragmatyka otwartości przy publikowaniu – ujawnianie nie tylko wyników i wniosków z badań, ale również drobiazgowo opisanych metod; instytucja krytykowania badań na wszystkich etapach – od projektu (konkursy grantowe) poprzez publikację (recenzje) po możliwość dyskusji nad każdym opublikowanym wnioskiem i uogólnieniem. Taka ewaluacja również podlega ścisłym rygorom – w naukach przyrodniczych nie ma miejsca na ustalanie konkluzji większością głosów, siłą autorytetu czy też sprawnością retoryki; na dłuższą metę nie są tolerowane sprzeczności wewnątrz ogólniejszych teorii. Ogromny postęp w rozwoju nauk przyrodniczych, polegający na coraz szerszym zakresie teorii wyjaśniających coraz większą liczbę zjawisk na Ziemi i we wszechświecie, przejawiający się również masą praktycznych zastosowań, dowodzi skuteczności tej metodologii i umacnia wiarygodność ustaleń nauki. Można podważyć ten obraz jako nazbyt wyidealizowany – każdy zna przecież przykłady błędów naukowych (nieraz uporczywych) czy zgoła korupcji, naginania wniosków badań dla poparcia czyichś doraźnych interesów. To prawda, taka patologia występuje, szczególnie na styku nauki z praktyką lub ideologią, są to jednak zjawiska marginalne, na dłuższą metę nieszkodzące rozwojowi wiedzy.

„Ekologia” jest w zupełnie innej sytuacji. Systemy wartości mają z natury charakter subiektywny, dlatego argumenty ideologiczne – opierające się na wybranej hierarchii wartości – również są subiektywne lub wręcz arbitralne. Spory o hierarchię wartości „ekologicznych” toczą się zwykle na płaszczyznach pragmatycznych, estetycznych, etycznych, lub ich kombinacji. Gdy ścierają się różne systemy wartości, ich adherenci poszukują „obiektywnych” uzasadnień, jakie spodziewają się znaleźć w domenie nauki, której wiarygodność jest powszechnie akceptowana. Jednak nauka nie ma kompetencji w dziedzinie rozstrzygania dylematów dotyczących ludzkich wartości. Może potwierdzić przyrodnicze fakty i dostarczyć wyjaśnień przyczynowo-skutkowych, a i to tylko w granicach ustalonego ilościowo stopnia wiarygodności (nigdy ze stuprocentową pewnością). Tak samo nauka nie potrafi rozstrzygnąć, jakie praktyczne działania w rozwiązywaniu „ekologicznych” problemów będą najbardziej zadowalające – może tylko wskazać, jakie mogą być skutki różnych posunięć, jak najefektywniej osiągnąć cel, jeśli zostanie on wcześniej sformułowany, a nauka nie uzna go za nierealny. Relacje ekologii i „ekologii” najlepiej pokazać na konkretnych przykładach – weźmy dwa problemy bardzo intensywnie badane przez ekologów i emocjonalnie dyskutowane przez „ekologów”: zagrożenie bioróżnorodności i ocieplenie globalne.


Świstaki i górale

Niepokoją nas doniesienia mówiące, że bezpowrotnie giną gatunki zwierząt i roślin. Znamy spektakularne przykłady gatunków wymarłych (dront dodo z wyspy Mauritius czy tur z europejskich lasów) lub takich, które w ostatniej chwili uratowano przed wyginięciem (jak choćby żubr). Mówi się o globalnej redukcji różnorodności biotycznej, a tempo tego procesu wydaje się dorównywać wielkiemu katastrofalnemu wymieraniu, jakie zdarzało się niejednokrotnie w zamierzchłej przeszłości biosfery. Takie oceny opierają się na wnioskowaniu pośrednim, a margines błędu przy ilościowym ustalaniu tempa wymierania gatunków jest bardzo szeroki, zarówno w odniesieniu do zjawisk współczesnych, jak i danych paleontologicznych. Jednak sam fakt wymierania gatunków jest bezsporny: mamy wiele udokumentowanych przypadków zniknięcia gatunków zwierząt i roślin, zarówno w czasach historycznych, jak i prehistorycznych. Dla wielu tych wydarzeń można z całą pewnością wskazać człowieka jako bezpośredniego lub pośredniego sprawcę. Wymieranie gatunków jest jednak przede wszystkim procesem naturalnym. Większość z tych, które kiedykolwiek żyły na Ziemi, już wymarła – bez udziału człowieka. Nauka potrafi wskazać rozmaite przyczyny stopniowego lub gwałtownego wymierania gatunków w przeszłości, związku tego zjawiska z interakcjami międzygatunkowymi w ekosystemach i zmian warunków środowiska. Badając dynamikę populacji, jej zmienność genetyczną i inne konkretne wskaźniki, ekolodzy nie tylko umieją wyjaśniać dawne wydarzenia, ale nawet przewidywać dalsze losy tych, które są obecnie zagrożone wymarciem. Wydaje się faktem dobrze potwierdzonym, że za sprawą ekspansji naszej cywilizacji tempo wymierania gatunków jest znacznie przyspieszone w stosunku do naturalnego tła.

Głosy „ekologów” bywają w tej mierze silnie nacechowane emocjonalnie: ich zdaniem, przyczyniając się do wymierania gatunków człowiek, „zaburza naturalną równowagę w przyrodzie”, co może spowodować nieobliczalne skutki – może zmniejszyć pulę obecnych i przyszłych (jeszcze nieznanych) korzyści, jakie sam czerpie z otaczającej przyrody, może zmienić swoje środowisko w stopniu pogarszającym jakość życia, a w skrajnym wypadku może nawet zniszczyć życie na Ziemi.

Wielu ekologów kwestionuje te twierdzenia: wszak w historii biosfery były już nieraz wymierania, i to wielkie, a życie trwa nadal. Pomysł, że człowiek mógłby wysterylizować planetę, jest przejawem groteskowej megalomanii. Od początku trwania życia na Ziemi, średnio rzecz ujmując, gatunków przybywa, nie ubywa, a epizody wielkiego wymierania nie zatrzymują tego trendu. Sceptycy twierdzą nawet, że nie ma dla nas praktycznego znaczenia liczba gatunków, bo w żywność, włókno, surowce dla farmacji i inne materiały zaopatrują nas te nieliczne z nich, które mamy pod kontrolą. W razie potrzeby potrafimy je zmienić i udoskonalić za pomocą genetycznych manipulacji albo zsyntetyzować nowe materiały metodami przemysłowymi. Przypisywane zaś obiektom przyrody ożywionej wartości etyczne i estetyczne to tylko subiektywny punkt widzenia miłośników przyrody. Inni nie muszą podzielać tego systemu wartości.

Jak powiadają starzy górale, „ważny jest człowiek, a nie świstaki”. W sporze o ochronę różnorodności przyrody i o to, kto ma ponieść ewentualne koszty, obie strony chętnie powołują na świadka naukę, ale nie ma tu ona wiele do powiedzenia. Spór nie dotyczy bowiem przyrodniczych faktów (w każdym razie trywialne przeinaczenia dokonywane przez obie strony łatwo sprostować). Nie ma konfliktu między ludźmi a świstakami, tylko pomiędzy tymi ludźmi, którzy większą wartość przypisują świstakom, a tymi, dla których większą wartość ma jazda na nartach albo zyski z niej czerpane.


Po co nam bioróżnorodność?

„Ekolodzy” słusznie domagają się respektowania prawa do obrony wartości etycznych i estetycznych, cenionych przez mniejszość społeczeństwa (ja sam do tej mniejszości należę), ale używane w tej debacie argumenty pragmatyczne, niekiedy odwołujące się do ustaleń nauki, są dla adwersarzy mało przekonujące. Hipotetyczne korzyści z bioróżnorodności (jeszcze nieodkryte leki, surowce, składniki pożywienia, pożyteczne geny) nie wytrzymują konkurencji z doraźnymi korzyściami uzyskiwanymi jej kosztem. Równie małe znaczenie dla stąpających twardo po ziemi praktyków ma zachowanie bioróżnorodności „dla nauki”, to znaczy po to, by nauka mogła lepiej poznać i wyjaśnić zjawisko życia na Ziemi.

Jest jednak faktem, że ekologia znajduje coraz więcej argumentów świadczących o tym, że funkcjonowanie ekosystemów zależy od stopnia ich biotycznego zróżnicowania, a nawet że bioróżnorodność sprzyja utrzymaniu ekosystemów w stanie dla nas korzystnym. Nie chodzi tu o żadną mityczną „równowagę w przyrodzie”, tylko o podtrzymanie funkcji ekosystemów w stanie takim, jaki nam się akurat podoba, ponieważ zapewnia nam lepsze warunki egzystencji. Czasem chodzi tu o stan zbliżony do pierwotnego, częściej – o taki stan ekosystemów, jaki ukształtował się przez tysiące lat koegzystencji człowieka z przyrodą. Zawodowy ekolog może więc potwierdzić, że różnorodność biotyczna intensyfikuje, a czasem stabilizuje pewne funkcje ekosystemów, potrafi też wskazać te parametry, których utrzymanie ma prawdopodobnie istotne znaczenie dla naszej cywilizacji (tzw. usługi ekosystemowe – ecosystem services).

Badania w tym zakresie są niezwykle trudne i kosztowne ze względu na skalę przestrzenną i czasową, unikatowość obiektów i ograniczone możliwości eksperymentowania, toteż wciąż są dalekie od rozstrzygającego umocnienia jednych i sfalsyfikowania innych hipotez szczegółowych. Lecz nawet gdyby postęp nauki był szybszy, i tak nie przyczyniłby się do jednoznacznego rozstrzygnięcia sporu o wartości. W nim bowiem chodzi o to, co dla kogo ma jakie znaczenie i czy różniące się wizje ludzi można ze sobą pogodzić.

Jeżeli jednak redukcja bioróżnorodności może spowodować upośledzenie usług ekosystemowych, wówczas na stratę są narażone wartości bardziej przyziemne, ale uniwersalne: dostatek żywności i wody, długie życie w dobrym zdrowiu etc., zatem dobro wspólne naszego i następnych pokoleń. W tej sytuacji argumenty racjonalne powinny jednakowo przemówić do wszystkich mieszkańców naszej planety. Niestety, w publicznym dyskursie naukowe przesłanki są mało przekonujące, a przede wszystkim trudne do zrozumienia.


Sprzeczne rozwiązania

Drugi przykład dotyczy zjawiska globalnego ocieplenia. Według hipotezy wyjaśniającej związek między zmianami klimatu a składem atmosfery, główną przyczyną tych pierwszych ma być zmiana parametrów bilansu termicznego atmosfery Ziemi, spowodowana wzrostem zawartości CO2 i innych gazów za sprawą działalności ludzkiej, przede wszystkim spalania ogromnych ilości paliw kopalnych i postępującego wylesiania. Hipoteza ta już od kilkudziesięciu lat poddawana jest intensywnym i wszechstronnym testom. Literatura przedmiotu jest gigantyczna i nie ma tu oczywiście miejsca na jej omówienie, można jednak z całym przekonaniem stwierdzić, że na gruncie badań naukowych znalazła ona potwierdzenie, co znaczy, że nie została sfalsyfikowana, a raczej silnie umocniona i nie ma dla niej poważnej alternatywy. Udział człowieka jest bezsporny: znamy tempo produkowania dwutlenku węgla , znamy tempo wzrostu jego zawartości w atmosferze, znamy prawa fizyki, z których wynika ilościowy model tego efektu. Obecny poziom dwutlenku węgla w atmosferze jest najwyższy od ponad pół miliona lat. Trzeba tu podkreślić, że omawiana hipoteza wcale nie wyklucza udziału innych mechanizmów kształtowania klimatu ziemi – działają również inne czynniki niż człowiek i zintensyfikowany przez niego efekt cieplarniany. Jednak udział tego ostatniego mechanizmu jest obecnie dominujący.

Skoro mamy diagnozę, możemy się pokusić o prognozę. Przewidywanie to stały element badań naukowych – wszak na tym polega stawianie kolejnych hipotez roboczych, testowanych następnie w eksperymentach i obserwacjach. Problem w tym, że nie ma sposobu wykonywania kontrolowanych eksperymentów na biosferze, i to w liczbie powtórzeń upoważniających do uwiarygodnionych statystycznie uogólnień. Można tylko snuć domysły „co by było gdyby”, ewentualnie testować hipotezę wstecz – stosując jako test dane paleoklimatyczne i paleogeochemiczne. Dzięki temu można dość dokładnie przewidzieć, jakie będą skutki, jeżeli stężenie dwutlenku węgla wzrośnie o następne 10 milionowych. Dużo trudniej zgadnąć, czy rzeczywiście wzrośnie i jak szybko – istnieje zbyt wiele niewiadomych, a najtrudniejszą do określenia jest rozwój ludzkiej działalności. Toteż produkowane na marginesie nauki prognozy muszą brać pod uwagę wiele różnych scenariuszy, a symulacje dla każdego z nich zaopatruje się w szeroki przedział możliwego błędu.

Czy globalne ocieplenie ma dla nas jakieś znaczenie? Jeżeli tak, to czy niesie nam nadzieję czy zagrożenie? Z dużą dozą prawdopodobieństwa można przypuścić, że ewentualne dalsze ocieplenie spowodowałoby obniżenie jakości życia większości ludzi na ziemi. W wielu rejonach pogorszyłyby się znacznie warunki produkcji żywności, dostęp do wody pitnej, niektóre niewielkie, ale nieraz gęsto zaludnione obszary znalazłyby się pod wodą wskutek podwyższenia poziomu morza, chociaż są też takie miejsca, gdzie ocieplenie globalne mogłoby się przyczynić do podniesienia komfortu mieszkańców.

„Ekolodzy” od lat nawołują do poczynienia kroków w celu zahamowania tej tendencji. Domagają się zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych (odejścia od paliw kopalnych na rzecz odnawialnych źródeł), oszczędzania energii, aforestacji itp. Uzasadnienie takich postulatów znajduje silne wsparcie w badaniach naukowych, chociaż naukowe oceny ich potencjalnej skuteczności są znacznie mniej optymistyczne, niż chcieliby „ekolodzy”. Naukowcy dobrze wiedzą, że zastosowanie na większą skalę energii biomasy i zastąpienie paliw kopalnych biopaliwami to mrzonka – tempo produkcji biomasy jest ograniczone, obszary nadające się pod uprawę również, zatem konflikt pomiędzy produkcją żywności a wytwarzaniem biopaliw jest nieuchronny. Stąd rodzi się kolejny „ekologiczny” postulat pod adresem nauki – aby szukała wydajniejszych metod zapobiegania ociepleniu globalnemu niż te, które są dostępne obecnie. Problem byłby rozwiązany, gdybyśmy potrafili bezpośrednio wykorzystywać energię promieniowania słonecznego, w obfitości dopływającą do powierzchni naszej planety (cała biosfera, razem z człowiekiem, wykorzystuje zaledwie ułamek procenta tego strumienia energii). Można mieć nadzieję, że wydajność fotosyntetycznego wiązania energii zwiększy się dzięki rozwojowi biotechnologii, łącznie z manipulacjami genetycznymi – skądinąd do tej pory żywiołowo zwalczanymi przez „ekologów”.

„Wartości” w polityce

Emocjonalna i frustrująca debata na temat zielonych rozwiązań trwa już od kilkudziesięciu lat, wygląda podobnie w wielu krajach, niezależnie od stopnia zamożności i poziomu cywilizacyjnego. Na razie próbujemy sami siebie nakłonić do zredukowania emisji dwutlenku węgla. Niestety, nieuchronne następstwa takich działań można przewidzieć z większą pewnością niż skutki niekontrolowanego ocieplenia globalnego: ogromne koszty ograniczenia emisji poniosą zarówno bogate międzynarodowe koncerny, jak i ubogie społeczeństwa krajów rozwijających się. Jedne i drugie bronią się skutecznie, o czym świadczą klęski kolejnych konferencji klimatycznych. Nawet jeśli politycy przyjmą do wiadomości potwierdzone hipotezy o ociepleniu globalnym, zgodzą się, że trzeba przeciwdziałać skutkom, i podpiszą odpowiednie konwencje, to przy najbliższym zachwianiu ekonomicznej koniunktury wszelkie działania zawieszą i znajdą argumenty, że tak będzie lepiej dla wszystkich. Wynika z tego, że debata toczy się na poziomie nie wiedzy naukowej, ale hierarchii wartości, w których pieniądze zajmują wysoką pozycję. Naprawdę skuteczne kroki zostaną podjęte dopiero wtedy, gdy bezpośrednie korzyści będą większe niż koszty.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata