70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kapłaństwo – powołanie czy uprawnienie?

Nie ma żadnego „prawa” mężczyzny do kapłaństwa. Jedyne, co możemy zrobić, to potwierdzić, że Bóg powołał kapłanów spośród mężczyzn a Kościół trzyma się tego kryterium. Kłopot polega na tym, że rzeczywistość powołania w naszej mentalności coraz częściej jest zastępowana perspektywą subiektywnego „poczucia”.

Spośród różnych argumentów przytaczanych na poparcie idei kapłaństwa urzędowego kobiet w Kościele katolickim najistotniejsze merytorycznie wydają się dwa. Pierwszy z nich mówi, że odmawianie kapłaństwa kobietom nie licuje z ich godnością, a drugi – że nie daje się ono uzasadnić Biblią. Takie stanowisko jest z pewnością teologiczną ekstrawagancją. Trudno wspomniane argumenty utrzymać na gruncie teologii katolickiej, choćby z tego względu, że nie jest ona prostym biblijnym fundamentalizmem skojarzonym ze współczesnym językiem uprawnień, ale opiera się na nieco innych podstawach. Wiele wskazuje, że właśnie „język uprawnień” jest faktyczną „teologią” szerokiego nurtu publicystyki religijnej przynajmniej wtedy, gdy mówi ona o godności kobiety i kapłaństwie.

Pismo i Tradycja

II Sobór Watykański potwierdził prawdę podstawową dla teologii katolickiej. Jest ona ufundowana na przekonaniu, że do Objawienia Bożego należy zarówno to, co otrzymaliśmy w Piśmie Świętym, jak i Tradycji. Jak to dosłownie sformułowali Ojcowie Soboru w Konstytucji dogmatycznej o Objawieniu Bożym Dei Verbum: „Tradycja święta i Pismo święte obu Testamentów są jakby zwierciadłem, w którym Kościół pielgrzymujący na ziemi ogląda Boga, od którego wszystko otrzymuje, aż zostanie doprowadzony do oglądania Go twarzą w twarz, takim jaki jest (por. 1 J 3, 2)”. Nie zmieniły tego przekonania, krytyka historyczna ani też biblijna, które przeżywając kolejne „fale”, nie znalazły w świetle wiary wielu nowych zadowalających i prawowiernych odpowiedzi na stawiane przez nas pytania. Większość tych ujęć metodologicznie pozostaje przeważnie trudna do pogodzenia z chrześcijańskim logosem.

Jedno jest pewne: na twierdzenie, że „zarezerwowanie kapłaństwa tylko dla mężczyzn nie znajduje uzasadnienia w Biblii”, możemy odpowiedzieć zdaniem przeciwnym. Jednak sam tekst Pisma Świętego nie może być wystarczający dla teologii. Nie dlatego, żebyśmy mieli go lekceważyć, ale dlatego, że historia chrześcijańskich denominacji uczy nas, jak odpowiednio „przyrządzonymi” tekstami biblijnymi można uzasadnić prawie wszystko, jeśli odrywa się je od Tradycji Kościoła, „drugiego skrzydła” Objawienia.

Benedykt XVI pisze w adhortacji apostolskiej Verbum Domini: „Ostatecznie więc żywa Tradycja Kościoła pozwala nam zrozumieć we właściwy sposób Pismo Święte jako Słowo Boże”. Tradycja, która swoje źródło ma w Słowie, jest bowiem szersza od spisanych ksiąg, a nawet je poprzedza . Bez niej pozostają nam zamiast Słowa Bożego „przychodzącego z góry” tylko niezliczone subiektywne interpretacje i rekonstrukcje. To właśnie Tradycja potwierdza męską specyfikę kapłaństwa od czasów Ojców Apostolskich aż do dziś. Możemy też śmiało powiedzieć, że Pismo Święte nie sprzeciwia się temu w żaden sposób, a nawet daje silne oparcie. Ciągłość i kontynuacja są podstawowymi zasadami, jakie obowiązują w hermeneutyce pomiędzy wspólnotą Kościoła – Ciałem Chrystusa, działaniem Ducha Świętego a Słowem Bożym . Tradycja zatem jest nie tylko rzeczywistością, którą możemy ująć socjologicznie jako zespół nawyków i wzorów zachowania „ulegających zmianie w swej prawdzie”, ale jest także przestrzenią działania Ducha Świętego (por. Verbum Domini), a jak powiedział nasz Pan – „On Was wszystkiego nauczy” (J 14, 26). Kapłaństwo kobiet nie byłoby kulturowym problemem dla rodzącego się i wchodzącego w świat pogański Kościoła, kultura antyczna wręcz temu sprzyjała , a jednak Duch Święty nauczył Kościół czegoś zupełnie innego.

Godność kobiety

Drugim ważnym tonem, jaki słyszymy w argumentacji zwolenników kapłaństwa kobiet, jest teza bardzo nas dziś obchodząca i oddziałująca na wrażliwość „tego pokolenia”, czyli wspomniana już kwestia godności kobiety, a szerzej: także godności każdej osoby. Dlaczego opisałem na wstępie tę godnościową argumentację jako element języka uprawnień i dlaczego miałoby to być tak niewłaściwe? Każdemu przecież przynależy się godność jako osobie. Otóż argument ten, jak sądzę, wykracza poza to, co możemy powiedzieć w ramach refleksji teologicznej, ponieważ wychodzi on z odmiennego modusu myślenia, niezgodnego z samorozumieniem Kościoła. Stanowi raczej inwazję pewnego świeckiego nominalizmu do języka wspólnoty wiary. Taka swoboda w refleksji religijnej przynosi wiele zamieszania, które jednak wcale nie jest płodne, ponieważ zaciera prawdę o tym, kto jest Panem Kościoła.

O konieczności formacji filozoficznej teologów już nieraz wspominano. Braki w tej dziedzinie wydają się niemal gorszące wobec świadomości Kościoła Ojców silnie kształtowanej przez poczucie, że jako wyznawcy Prawdy stoimy po stronie rozumu, a nie zabobonu i pomieszania pojęć. Opieranie godności kobiety, czy godności jakiejkolwiek osoby, na „uprawnieniu” do spełniania takiej lub innej „funkcji” nie ma nic wspólnego z godnością, która jest dana nam od Boga. Godność „funkcjonalna” może być jedynie określona jako forma „uznania”, którą otrzymujemy od społeczeństwa. Jednak prawdziwa godność jest niezależna od społecznych czy życiowych przypadłości. Zatem „godność” pojmowana jako „uznanie” bliska jest fałszywemu pomieszaniu Kościoła z Lewiatanem, który mocą swojej suwerenności decyduje o życiu i śmierci jednostek, o ich godności lub odrzuceniu bez liczenia się z wolą Boga.

Trudno inaczej interpretować w tym kontekście argument godnościowy. Siłą rzeczy ma on jedynie charakter ideologii społecznej, której przejawy dobrze widzimy w świecie. Polega ona na nadawaniu charakteru „prawa” („uprawnienia”) subiektywnym oczekiwaniom jednostek lub grup interesów. Warunkiem tak rozumianej godności jest pozbawiona granic, będącą poza społeczną władzą Lewiatana, samorealizacja. Stawianie w ten sposób kwestii godności umniejsza i zniekształca zarówno właściwy sens tego, czym jest godność, jak i sens tego, czym jest kapłaństwo. Tam gdzie godność, a za nią kapłaństwo, jest uprawnieniem, nie mamy już do czynienia z religią Boga, ale z religią społeczną czy może po prostu polityczną.

By to dobrze zrozumieć, warto sięgać do tekstów klasyków myśli sekularnej poświęconych religii: Dantego, Marsyliusza z Padwy, Tomasza Hobbesa czy Jana Jakuba Rousseau. Ta część problematyki wydaje się nawet ważniejsza od interpretacji tekstu biblijnego, którą to sprawę dość wyraźnie określiła dla nas Tradycja w wypowiedziach Magisterium i praktyce Kościoła, takich jak deklaracja Inter insigniores czy list apostolski Ordinatio sacerdotalis. Kłopot polega bowiem na tym: czy chcemy, by u podstaw naszego myślenia leżał sensus catolicus, który – jak wierzymy i rozumem poznajemy – jest odbiciem tego, co Bóg mówił i mówi do Kościoła wszystkich czasów, czy secular reason, w którym każda religia jest jedynie plastycznym narzędziem władzy nad niszami społecznymi, a także czymś, co samo podlega władzy różnych form naszej subiektywności.

Ojcowie Kościoła opowiedzieli się przeciw religiom swojego czasu, wybierając pierwszą z odpowiedzi, i zachowali jedynie męskie kapłaństwo. Czy my dziś chcemy odrzucić to dziedzictwo? Byłoby to coś o znacznie większych konsekwencjach niż zmiana pojedynczej kwestii dyscyplinarnej. Co więcej, trzeba pamiętać, że dawne pogańskie kapłaństwo kobiet nie miało wiele wspólnego z ich godnością w żadnym ze współczesnych sensów. Było wynikiem naturalistycznej metafizyki wiążącej religijność z przejawami męskich zmagań o uznanie, w których kobieta pojawiała się jedynie jako narzędzie.

Kapłaństwo i macierzyństwo

Katrina J. Zeno, amerykańska autorka, propagatorka nowego feminizmu i teologii ciała, w swojej książce Podróż kobiety formułuje taką oto myśli: „Kapłaństwo nie stanowi ostatniego bastionu męskiej wyższości, tak samo jak macierzyństwo nie jest ostatnim bastionem wyższości kobiecej. Kościół katolicki odróżnia kapłaństwo urzędowe od kapłaństwa powszechnego. Każdy chrześcijanin poprzez sakrament chrztu włączony jest do kapłańskiej, prorockiej i królewskiej misji Chrystusa. Kobiety mają również swój udział w kapłaństwie powszechnym i dlatego powołane są do ofiarowania swego ciała jako żywej ofiary (zob. Rz 12, 1), tak jak i mężczyźni powołani są do podtrzymywania życia. Jednakże zgodnie z Boskim objawieniem, które również odnajduje swoje odzwierciedlenie w strukturze ciała, głównym charyzmatem kobiet jest duchowe i biologiczne macierzyństwo, tak jak głównym charyzmatem mężczyzn jest duchowe i urzędowe kapłaństwo” (s. 173). Oczywiście takie rozumienie spraw dalekie jest od precyzji, jaka wydaje się tu konieczna. Czy kapłaństwo i macierzyństwo nie należą do innych porządków? Czy mężczyzna nie jest także powołany do ofiary?

W swojej treści powyższy cytat okazuje się w znacznej mierze retoryczną formułą wymagającą wyjaśnienia. Jednak nawet z tego pomieszania różnych rzeczywistości, jednej wynikającej z łaski sakramentalnej i drugiej wynikającej z natury człowieka, możemy zaczerpnąć pożyteczne dla nas myśli. Zarówno zdolność do macierzyństwa kobiety w porządku natury, jak i kapłaństwo mężczyzn w porządku łaski leżą nie w obszarze ludzkiej kreatywności i subiektywnie pojętej samorealizacji, ale określonego wybrania, jakie w człowieku złożył Bóg niezależnie od powszechnie darowanej nam godności. Oczywiście godność też jest wybraniem spośród innych stworzeń i warto o tym pamiętać w dzisiejszych sporach etycznych. Co więcej „wybranie” jest wybraniem nie do „uznania”, „uprawnienia”, „godności”, ale do „służby” . Śmiem twierdzić, że cała wiara biblijna nie zna innego rozumienia „wybrania”.

Zostawmy na boku macierzyństwo i zostańmy przy kapłaństwie: „Sakramentalny wymiar tego jedynego trwałego elementu strukturalnego Kościoła oznacza także to, że musi on być ciągle na nowo stwarzany przez Boga. Nie jest on w rękach Kościoła, nie może on nim rozporządzać jak swoją własnością” . Jeśli uświadomimy sobie, że odpowiedź na pytanie o kapłaństwo kobiet jest uzależniona właśnie od odpowiedzi na pytanie, kto jest prawdziwym Kyrios, Panem Ludu Bożego, prawdziwym Sprawcą i Podmiotem, to lepiej będziemy rozumieć fragment listu apostolskiego Ordinatio sacerdotalis, w którym Jan Paweł II mówi: „Oświadczam, że Kościół nie ma żadnej władzy udzielania święceń kapłańskich kobietom oraz że orzeczenie to powinno być przez wszystkich wiernych uznane za ostateczne”. Zarówno Pismo, jak i Tradycja są pod tym względem klarowne – kapłaństwo urzędowe kobiet byłoby niezwykłym przykładem samowoli człowieka.

Ojcostwo jako kapłaństwo?

Powróćmy jeszcze do trudności, jaką znaleźliśmy w tekście Katriny Zeno. Chodzi o owo pomieszanie, które pojawia się, kiedy autorka buduje analogię pomiędzy macierzyństwem a „macierzyństwem duchowym”, a także pomiędzy ojcostwem a „kapłaństwem”. Łatwo tu wychwycić pewnego rodzaju naturalizm – jakby kapłaństwo „wynikało z natury” i było równoznaczne z „duchowym ojcostwem”. Owszem, kapłaństwo ma związek z naturą, ale jest darem łaski. Trudno jednak wprost powiedzieć, by w naturze były zalążki łaski kapłańskiej.

Perspektywa Zeno zdaje się zapożyczać nieco z mentalności wspólnot, gdzie doszło do zerwania z łaską sakramentów i gdzie w taki sposób próbuje się uzasadnić rolę (właściwie „funkcję”) mężczyzny. Dlatego w Kościele katolickim było i jest możliwe, by kobiety wchodziły w rolę „kierowników duchowych”, mówiąc inaczej, „ojców”, nawet jeśli nie jest to praktyka dominująca . Mamy tu bowiem do czynienia z czymś innym niż w przypadku kapłaństwa. Możemy różnicę odnieść do teologii Trójcy Świętej, w której mówi się, że symbole „Ojciec” i „Syn” opisują przede wszystkim relację pomiędzy pierwszą i drugą Osobą Bożą. Bóg Ojciec przecież nie ma płci. Nie znaczy to, że powinniśmy te symbole traktować instrumentalnie, ponieważ mają one swoje znaczenie. „W religiach, które posługiwały się symbolem bóstwa macierzyńskiego, następowała transformacja idei stworzenia, które przeobrażało się w emanację, poród, skutkiem czego niemal natychmiast pojawiał się panteistyczny model. Natomiast Bóg, którego przedstawieniem jest symbol Ojca, stwarza słowem – i właśnie w tym punkcie ukazuje się specyficzna różnica między aktem stworzenia i owocem stworzenia” . Możemy zatem wyobrazić sobie np. osobę konsekrowaną, kobietę, wchodzącą w tę relację „ojcostwa duchowego”, tak jak możemy sobie wyobrazić prorokinie, głosicielki słowa, święte pouczające papieży. Dzieje zbawienia dają wiele takich przykładów.

Akcent kapłański leży zatem gdzieś indziej, czyli w tym, co Bóg dał, w sposobie, w jaki „skanalizował” łaskę. Nie możemy ignorować pytań o to, dlaczego Bóg przyszedł jako „Syn”, nie tylko w relacji, ale i w męskim ciele. Dlaczego ten sam Syn, niezwiązany kulturą, do której przyszedł i którą także sam wybrał, pouczył nas, by Boga nazywać Ojcem? Równocześnie wydał się za swoją Oblubienicę, Kościół – lud ochrzczony. Kobiecość zostaje oddana przez samego Boga Ludowi Wybranemu. Jeśli liturgia, Ofiara Mszy Świętej, sens istnienia kapłana, uobecnia prawdziwie Ofiarę Pana na Krzyżu, to uobecnienie takie domaga się zachowania tego, co wybrał Bóg. Sakrament jest w końcu widzialnym znakiem rzeczy niewidzialnych i zakłada konkretną, a nie tylko narracyjną, odpowiedniość tych rzeczywistości . Pytań pod adresem zwolenników kapłaństwa kobiet jest oczywiście więcej, jednak odkrycie znaczenia łaski i niezależności Boga pozwala spojrzeć na kapłaństwo urzędowe inaczej niż na przedłużenie opresji kultury patriarchalnej.

Kapłaństwo jako zawód

Powyższe rozważania prowadzą do wniosku, że to nie „kapłaństwo kobiet” jest kluczem do interesującej nas problematyki, a dyskusja na ten temat jest tylko symptomem głębszych wstrząsów. Kwestia ta nie pojawiała się nigdy wcześniej w dziejach Kościoła przed XX w. i to nie dlatego, że dopiero dziś dostąpiliśmy szczególnego oświecenia na temat teologii kapłaństwa urzędowego. Wracamy tu raczej do wcześniejszego problemu i pytania, czy Kościół Chrystusowy, czyli Kościół katolicki, ma „swój rozum”. Jeśli się temu przyjrzymy, zdamy sobie sprawę, że dyskusje o kapłaństwie kobiet są odpryskiem kryzysu rozumienia katolickiego kapłaństwa rozgrywającego się nie tylko na poziomie pytania: „Kim jest kapłan?”, ale też „Kim dla Kościoła jest Bóg?”.

„Język uprawnień” stawia nas wobec fałszywie zdefiniowanej, właściwie marksowskiej alternatywy – mężczyźni „mają prawo” być księżmi, a kobiety nie; możemy odnieść wrażenie, że następuje jakaś forma alienacji godności. Pomija to oczywiście sprawę podstawową – nie ma żadnego „prawa” mężczyzny do kapłaństwa. Jedyne, co możemy zrobić, to potwierdzić rzeczywistość: Bóg powołał kapłanów spośród mężczyzn i Kościół trzyma się tego kryterium powołania – takie nam pozostawił światło, które może wynikać choćby z realizmu Wcielenia . Kłopot polega na tym, że rzeczywistość powołania w naszej mentalności coraz częściej jest zastępowana perspektywą subiektywnego „poczucia”, co już zostało powiedziane, ale także, co równie ważne, perspektywą „funkcji”. Jeśli bycie księdzem jest tylko zawodem, czyli należy do ustaleń ludzkiego prawa, to powołanie odbywa się jedynie na poziomie wspólnoty i jest podobne do nominacji urzędniczej. Taka sytuacja oznacza jednak, że Bóg nie jest już bezpośrednio zaangażowany w sprawę. Nie oczekujemy od Niego wezwania, ale radzimy sobie sami. Tak z perspektywy katolickiej rozumiana będzie posługa we wspólnotach protestanckich. Odwołajmy się do słów Josepha Ratzingera z roku 1970: „Bardziej jaskrawa i ważka jest natomiast zmiana kryjąca się pod pojęciem: funkcjonalne pojmowanie urzędu. Sam pomysł czysto funkcjonalnego pojmowania urzędu pochodzi przede wszystkim z próby bezpośredniej instytucjonalnej interpretacji tezy o równości. Odnosi się ono już konkretnie do określenia urzędu nowotestamentalnego jako »służby«. To, że »urząd« jest w Kościele Nowego Testamentu przede wszystkim »służbą«, interpretuje się nie tylko jako potwierdzenie koncepcji społeczeństwa bez władzy i niepostrzeżenie umieszcza w kontekście obcym historycznie, lecz również jako dowód na wyłącznie punktowy charakter urzędów wczesnochrześcijańskich: jako służba są pojedynczymi świadczeniami, niczym więcej. Tak więc w miejscu ojca, z którym następuje wymowne pożegnanie (co prawda Paweł nie odrzucał takiego wizerunku samego siebie), kreuje się funkcjonariusza (…). Konsekwencja takiego postępowania jest taka, że w miejscu ideału służebnej gotowości, tak jak pojmowano do tej pory urząd kościelny na podstawie jego analizy chrystologicznej, pojawia się obraz funkcjonariusza, który nalega na szczegółowe ograniczenie swoich obowiązków, przy czym świadomość własnych praw zaczyna odgrywać u niego główną rolę (…) Posługując się pojęciem funkcji, zgrabnie przekręcono znaczenie słów »służba« i »służyć«, nadając im wręcz odwrotny wydźwięk”.

Przytoczyłem ten dłuższy fragment, by pokazać, w jakim kontekście funkcjonują postulaty kapłaństwa urzędowego kobiet – subiektywne pragnienie „służby” obiektywnie jest domaganiem się „praw”, chęcią uczynienia Kościoła czymś innym, niż uczynił go Chrystus. Jakże często postulat kapłaństwa kobiet pojawia się razem z postulatami zniesienia celibatu i wyświęcania żonatych mężczyzn. Głosiciele takich propozycji rzadziej dociekają biblijnych podstaw swoich oczekiwań, częściej po prostu szukają praktycznych odpowiedzi na problem braku księży w swoich lokalnych wspólnotach. Nie mówią niczego innego jak: „Bóg nas zostawił. Poradźmy sobie sami”. Powyższa analiza dotyczy jednak szczególnie istniejącej posługi kapłańskiej, która zarówno w oczach księży, jak i świeckich po prostu się funkcjonalizuje i jest odbiciem tego, co secular reason sądzi o religii katolickiej, a nie tego, czym ona jest naprawdę.

Powrót do myślenia w kategoriach podmiotowości Boga, kapłaństwa, czyli uobecniania Chrystusa, pasterzowania, różnorodności powołań jako szczególnego wybrania każdego z nas, wierzących, jest jedynym sposobem, by uwolnić się od fałszywego, choć kulturowo zrozumiałego resentymentu, jaki niektóre kobiety mogą odczuwać wobec męskiego kapłaństwa.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter