70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Inteligencja. W poszukiwaniu nowego wzoru

Konstytutywną cechą inteligencji była jej samowiedza, to jest przekonanie ludzi wykształconych i trudniących się pracą umysłową, że tworzą odrębną formację w społeczeństwie.  W tym znaczeniu pisałem, że inteligencja – w połowie XIX wieku – sama się (nie wszędzie) wymyśliła, a wymyśliwszy się, czyli samą siebie i nazwę swoją powoławszy do istnienia, przypisywała też sobie rozmaite cechy i powinności, a to już, oczywiście, wymaga weryfikacji.

Parę lat temu w tekście Abdykacje i restauracje Magdalena Gawin pisała, że po odtrąbieniu abdykacji inteligencji w latach dziewięćdziesiątych, współcześnie nastąpiła jej cicha restauracja. Czy Pan coś takiego też dostrzega?

Magda Gawin konfrontowała publicystyczne pamflety i treny („głośna abdykacja”) z wynikami  badań socjologicznych i swoją oceną aktualnej sytuacji („cicha restauracja”).

W tym samym artykule podkreślała jednak, że „etos i tradycja inteligencka są jednymi z najtrwalszych wartości w polskim życiu publicznym” i że współczesnych publicystów piszących o zmierzchu zaangażowanej inteligencji „charakteryzuje niechęć zarówno do polityki, jak i do państwa”. 

Publicyści są od tego, żeby efektowne tezy formułować „na oko”, więc też wiele już razy inteligencję to grzebali, to znowu wskrzeszali, i etos wraz z nią.

To jasne, mnie zastanawia sprawa ogólniejsza. To, że etos zaangażowania łączy się tu z inteligencją, a nie przynależy po prostu obywatelom.

Oczywiście, to powinien być etos obywatelski, ale kiedy opisujemy rzeczywistość, na nic nam takie określenia jak „powinien”. Etos to jest coś, co jest bardzo trudno uchwytne, nie da się tego zmierzyć, zważyć, ustalić w sposób stanowczy. Gdy pewien etos, a więc zespół  motywów i norm zachowania, przypisujemy jakiejś klasie społecznej, na przykład inteligencji „w ogóle”, to też jest to raczej postulat niż wiedza sprawdzona. W różnych czasach jednocześnie się słyszy, że etos inteligencji nie istnieje, a inteligencja jako warstwa zanika albo że inteligencja powraca, a jej etos się odradza. Trzeba być bardzo ostrożnym z takimi stwierdzeniami.

Mówi się jednak o tym – można to też przeczytać w Pańskich tekstach – że to sama inteligencja się wymyśla, sama nakłada na siebie różne zobowiązania i jednocześnie oczekuje poszanowania swojego statusu. Czy to nie jest idealizacja inteligencji? 

Nie. Ja jestem zwolennikiem socjologicznego definiowania klas społecznych, wolnego zatem od wartościowania. Idealizacja tak zdefiniowanej inteligencji nigdy nie była moją intencją.  Niemniej konstytutywną cechą inteligencji była jej samowiedza, to jest przekonanie ludzi wykształconych i trudniących się pracą umysłową, że tworzą odrębną formację w społeczeństwie.  W tym znaczeniu pisałem, że inteligencja – w połowie XIX wieku – sama się (nie wszędzie) wymyśliła, a wymyśliwszy się, czyli samą siebie i nazwę swoją powoławszy do istnienia, przypisywała też sobie rozmaite cechy i powinności, a to już, oczywiście, wymaga weryfikacji.

Mówi Pan o etosie zaangażowania. To ładnie brzmi, ale przecież wiele zależy od tego, w co jest się zaangażowanym. W latach mojej młodości, to jest u zarania Polski „Ludowej”,  partia apelowała do młodzieży, do inteligencji, o „zaangażowanie w budowę socjalizmu” i wielu z nas odpowiedziało na ten apel, ale nie sądzę, iżby to był dzisiaj powód do dumy. Teraz też są bardzo różne zaangażowania.

Socjologowie, np. Maria Hirszowicz, pisali już dawno temu, że zbiór tradycyjnej, etosowej, zaangażowanej inteligencji, nazwijmy ją starą inteligencją, z roku na rok pomniejsza się na rzecz nowego zbioru, tzw. nowej inteligencji, która już niekoniecznie posiada ten szczególny etos służby, myślenia w kategoriach całości, wolna jest też – co ważne – od wad tamtego wzoru. Tymczasem co jakiś czas dochodzi w Polsce do odrodzenia dyskusji na temat etosu. Ostatnio to zasługa nie tylko wspomnianej tu Magdaleny Gawin, ale i – po raz drugi – Bohdana Cywińskiego, autora słynnych Rodowodów niepokornych.

Rzeczywiście te dyskusje pojawiają się co jakiś czas – sam już w nich raczej nie uczestniczę. Bo wydaje mi się, że to są trochę czcze debaty, jeśli się nie bierze pod uwagę zmieniającego się kontekstu społecznego i politycznego. Przecież zawarty w Rodowodach niepokornych opis etosu niepokory ma sens w społeczeństwie opresjonowanym, zniewolonym, w którym tworzy się jakiś opór, w którym jako obywatele nie akceptujemy narzuconej ideologii, a niekiedy nawet obowiązujących praw i instytucji. Wszelako dzisiejsze polskie społeczeństwo nie jest  zniewolone, przynajmniej nie w takim sensie, w jakim było w dziewiętnastym wieku. Można być najbardziej krytycznym wobec neoliberalizmu, ale nikt nie powie, że żyjemy w zniewolonym społeczeństwie.

Dlaczego zatem odradza się dyskusja o zaangażowanej inteligencji? W latach 70. odwoływanie się do etosu zaangażowanego inteligenta – z tym zastrzeżeniem, jakie Pan wprowadził – mogło mieć jeszcze jakieś uzasadnienie. Dziś wydaje się, że jest to wzór, który absolutnie nie ma racji bytu.

Dobrze, ale czy to jest jedyny możliwy wzór? Owszem, w latach dziewięćdziesiątych zdawało się nam –  powtarzaliśmy to za Giedroyciem – że Polską rządzą te dwie trumny:  Piłsudskiego i Dmowskiego. Dziś dziedzictwo Piłsudskiego zanika, bo nie jest funkcjonalne.  Pomimo licznych upamiętnień traci swój apel wzór walki o niepodległość, bo tę już mamy, a nie będziemy przecież gloryfikować zamachu majowego albo twierdzy brzeskiej. Natomiast dziedzictwo Dmowskiego jest wciąż żywe, patronuje współczesnemu nacjonalizmowi i antysemityzmowi.

Wracając jednak do pytania: takie nawiązywanie do tradycji wydaje się dzisiaj mniej ważne niż kiedyś, dlatego że świat nabrał takiego przyspieszenia cywilizacyjnego, że dawne idee, wzory i emocje coraz mniej dają się przystosować do nowej rzeczywistości. To jest też problem dla zaangażowanego inteligenta, którego myślenie i odczuwanie jest zacieśnione do rejestru narodowego, do polskiej tradycji. Ale czy to jest żywe, czy to wciąż trwa jako wzór  zaangażowania?  Niech Pan weźmie pod uwagę, że w dziedzinie kultury, muzyki, piosenki, filmu dominują wzory amerykańskie, w mniejszej mierze europejskie, a w najmniejszej  narodowe polskie. Transformacja ta ogarnia też teatr i odbiór literatury. Dzisiaj coraz rzadziej przychodzi komuś do głowy, żeby wystawiać Dziady czy Kordiana, a cóż dopiero tak wiernie, jak je autorzy napisali, i nawet nie wiem, czy one byłyby zrozumiałe dla Pańskiego pokolenia. Więc to się w oczach zmienia i będzie ogarniało, jak sądzę, myśl polityczną także, no i styl działania publicznego. Mówię to pomimo, że mamy wszyscy w oczach i w świeżej pamięci publiczne nawroty jakiegoś romantycznego epigoństwa.

Zatem jaki rodzaj działań publicznych ma Pan na myśli? Słyszy się bowiem, że poziom tzw. kapitału społecznego jest w Polsce bodajże najniższy w Europie.

Zgoda, ale jeżeli weźmiemy ten kapitał społeczny, który jednak istnieje, a najlepiej to mierzyć członkostwem w ochotniczych organizacjach pozarządowych, to niech Pan zobaczy, jacy ludzie tam wchodzą. To jednak przeważnie były i są organizacje inteligenckie.

Chciałbym coś tutaj dodać. Jeżeli słyszę, że inteligencja zanika, to zgadzam się z tym, ale wszystkie klasy dawnego społeczeństwa są dziś w zaniku. Klasa robotnicza zanika i chłopi jako klasa też zanikają. Inteligencja jest w podobnej sytuacji.  Społeczeństwo przekształca się ze społeczeństwa klasowego w jakieś zupełnie inne. Jeśli w dziewiętnastym wieku lista zawodów typowo inteligenckich ograniczała się do kilkunastu, to dzisiaj nie są to nawet setki, to są tysiące różnych zawodów. Denominacje różnych profesjonalnych specjalności inteligenta i do tego ogromna różnorodność dyplomów i nieostrość kryteriów oceny  sprawiają, że można mówić zasadnie o tym, że inteligencja jako pewna klasa społeczna traci kontury, rozpływa się. A jednocześnie mamy rzeszę absolwentów wyższych uczelni, którzy nie mogą znaleźć pracy, mamy nawet znakomitych bezrobotnych intelektualistów. Coś nam to jakby przypomina: czy nie „inteligentny proletariat” z końca XIX wieku?

Opis nowego uwarstwienia społecznego to jest zadanie dla socjologów, ale tutaj też pojawia się pytanie: komu przypisać dzisiaj te cechy etosowe, o których mówimy? To trudno powiedzieć. Jakiejś cząstce owej zanikającej inteligencji zapewne, ale również cząstce innych zbiorów, innych środowisk społecznych.

Tak czy inaczej: byli, są i zapewne zawsze będą ludzie, którzy chcą się zwoływać, organizować, zrzeszać, zbierać środki po to, żeby odrobinę poprawić nasz świat. Żeby solidarnie pomóc ubogim, chorym, niesprawnym, niezdolnym albo, przeciwnie, szczególnie utalentowanym, żeby pomóc zbudować szkołę, szpital, hospicjum, walczyć z rasizmem, nietolerancją, niesprawiedliwością… Żeby nie polegać tylko na obowiązkach władz, ale zrobić coś na własną rękę, bez żadnego przymusu i bez żadnej chwały. Nieważne, jak się taki etos nazwie. Ważne, żeby nie zmarniał.


JERZY JEDLICKI – historyk XIX i XX wieku, w latach 1954–2009 pracował w Instytucie Historii PAN

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata