70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Pokrewne dusze i duszpasterze

Pamiętacie jeszcze naszą przechadzkę szlakiem starych ostrowieckich widokówek? I jak to z lewej strony, znad rzeki i z Parku Miejskiego, wzywał nas Szlak Wagarowicza? Wtedy, strzymywani turystyczną powinnością, oparliśmy się tej pokusie, temu zewowi krwi. Za to dziś już Was tam zabiorę, i to z samego rana. Lecz czy będzie to spacer ku początkowi dnia, czy podróż do kresu nocy, to się dopiero okaże.

Jest wrzesień 1982 roku. Od niedawna jestem, wstyd to powiedzieć, pełnoletni. Zaczął się właśnie rok szkolny, ale już nie dla mnie namydla swe pedagogiczne ciało i pakuje je w kolejne za ciasne reformy. Zasadniczo moja bolesna kariera naukowa dobiegła końca dość dawno. Jednak presja ze strony rodziców spowodowała jeszcze jeden edukacyjny zryw po tegorocznych wakacjach, zresztą całkowicie pozorny; mój wkład weń stanowiły niesamodzielność, niedojrzałość, niezaradność, nieporadność w mówieniu „nie” i ogólne nieudacznictwo. Bodajże staraniem ciotecznej siostry, nauczycielki, zostałem dopisany do listy ofiar drugiego w mieście liceum ogólnokształcącego. I oto nagonka kolejnego dnia zapędziła mnie na przystanek autobusowy, gdzie jak bydlę szykowane na rzeź nie miałem innego wyjścia, jeno wejście do autobusu podążającego w kierunku mej nowej szkoły.

Zwykła Złota Polska Jesień byłaby może do zniesienia, ale tego słonecznego ranka prawdziwe Indiańskie Lato było obecne w chłodnym po nocy powietrzu. W powietrzu tym wszystkie przygody świata wisiały jak dojrzałe, zakazane jabłka czekające na śmiałka, który je zerwie. Nie musiały mnie długo prosić. Wysiadłem w połowie Drogi do profesury i togi, na przystanku „na Alei”. Przebiegłem na drugą stronę ulicy i za pocztą, a przed Zetdekiem, skręciłem ku zielonym oparom Parku Miejskiego. Żegnajcie, katedry, żyjcie długo, gronostaje.

Słońce wchodziło na palcach światła w parkowe mateczniki i nic nie zwiastowało mających nadejść wydarzeń. Nie lękajcie się tej narracji rodem z kryminału za dwa złote, moje zwłoki nie zostaną znalezione na ścieżce zdrowia, z zaciśniętym wokół szyi łańcuchem od huśtawki. Znaleziony zostanę na ławce, żywy i pogrążony w twórczości. W owych czasach składałem swoje pierwsze wierszyki o tytułach takich jak „Samotność”, „Miłość”, „Szczęście”, „Ból” itp. I aura tego przedpołudnia wyzwoliła we mnie moce twórcze domagające się natychmiastowego spożytkowania. Gryzłem się więc z myślami, gryzłem długopis i od czasu do czasu dopisywałem kolejną głęboką i piękną frazę do powstającego „wiersza”. W pewnej chwili grzecznie, z zapytaniem, czy można, przysiadł się do mnie nieznany mężczyzna, niesłusznej budowy ciała i taki bardziej czarniawy. Trochę mi to utrudniało skupienie, ale co poradzić, ławka była wspólną własnością ostrowieckiego społeczeństwa. Potem facet się odezwał. Było to chyba coś w rodzaju przepraszamczymogęspytaćcotampiszesz. Zdaje się, że odburknąłem coś zdawkowo i zniechęcająco. A wtedy on powiedział:

– Może wiersz?

Było to jak cios obuchem gdzieś między ciemieniem a uchem. Było to jak promień słońca w kopalni, pół kilometra niżej, niż chowa się trupy. Było to jak spotkanie Mickiewicza i Słowackiego, którzy cudem odnaleźli się gdzieś w kosmosie i połączyli w mistycznym pocałunku niczym jurny Sojuz z mitycznym Apollem. Oniemiałem. Jak on to odgadł? Jasnowidz? Detektyw? Pokrewna dusza?

– Skąd pan wie?

– Hm… A może ja też piszę?

Czyli pokrewna dusza. Po chwili toczyliśmy ożywioną rozmowę. Była to rozmowa niezwykła, dialog dwóch oświeconych i widzących więcej, toczony w samym środku bezdusznej miejskiej dżungli. No, w każdym razie w środku parku. Rozmawialiśmy o poezji. Jeśli chodzi o mnie, rozmawiałem o poezji pierwszy raz w życiu, bo przecież szkolne dukania moich polonistek i nieśmiałe dyskusje z koleżanką z klasy to nie było to. Toteż nie dziwcie się, iż ogarnęło mnie uniesienie.

– Norwid mnie nie przekonuje – rzekłem z mocą.

– A ja nawet opublikowałem jeden ze swoich wierszy w „Walce Młodych” – odparł lekko i skromnie mój duchowy brat.

Od słowa do słowa dowiedziałem się, że Adam jest polonistą w jednej z ostrowieckich podstawówek, erudytą, człowiekiem niezwykłej wrażliwości i prawdziwym poetą, oraz że zaprasza mnie do siebie celem kontynuowania tej niezwykłej rozmowy i dokonania oględzin wzmiankowanego wiersza z „Walki Młodych”, iżby nie wyjść na konfabulanta.

Nie miejcie mi za złe, że ukazuję dziś tamte wydarzenia z takiej a nie innej, niestałej perspektywy. Czuję się tak, jakbym poglądał na własną młodość z lotu kury. Są to wydarzenia i emocje odległe, a przecież każdy cios zadany wrażliwości młodzieńca, jego pierwszy wstyd, pierwszy duży gniew i pierwsze rozczarowanie zostają w nim na zawsze, choćby od tamtej pory co sto pięćdziesiąt kroków zabijał osiem smoków.

Odwiedziłem Adama K. w domowych pieleszach chyba po kilku dniach. Pobieżnie przedstawił mi żonę, pamiętam też, że po blokowym mieszkaniu snuło się ich dziecko lub dzieci. Niczego się nie domyślałem. Niczego nie podejrzewałem. Zaprosił mnie do pokoju, gdzie w ramach gry wstępnej nie tylko zaprezentował mi swój wiersz opublikowany w „Walce Młodych”, który traktował o fioletowych koniach wylatujących z siwej mgły i dostał którąś nagrodę w jakimś konkursie, ale też wręczył mi pamiątkową książeczkę. Był to, o dziwo, miniaturowy tomiczek heteroseksualnego jak smok Leśmiana. Dzięki dedykacji w nim mogę dziś z taką dokładnością określić datę tych niepamiętnych epizodów. „Jackowi, aby pokochał poezję B. Leśmiana, aby tym bardziej związał swe serce z naturą”. Czytelny podpis, data 21.IX.1982.

Zawsze myślałem, że jeśli spiszę kiedyś wspomnienia z mej młodości, jej czarni bohaterowie wystąpią w nich pod własnymi nazwiskami. Chyba nawet czerpałem z tej myśli satysfakcję, przypisaną przypadkom, kiedy doniosły akt dawania świadectwa Prawdzie jest jednocześnie psikusem. Było coś podłego w postępowaniu Adama K., ba, mimo mej świeżej pełnoletniości było to coś pedofilskiego, co nie brało pod uwagę mojej delikatności, mojej niedojrzałości i mojej nieporadności w mówieniu „nie”. Najbardziej żałuję właśnie tej nieporadności, że kiedy już jego łapsko w sposób jednoznaczny przesunęło się z mojego kolana na udo i kiedy zerwałem się na równe nogi, to powiedziałem coś tonem obrażonym, zamiast obraźliwym. Wiem przecież, jaką ulgę przynosi wykurwienie krzywdzicielowi prosto w oczy wiązanki kwiatów prawdziwie polskich. Ale cóż, minęły lata, wynaleziono internet i dziś niechęć i obrzydzenie mieszają się we mnie z litością, a nawet współczuciem. Co taki homoseksualista mógł zrobić ze sobą w takim Ostrowcu w takich latach osiemdziesiątych? No dobrze, mógł nie zakładać rodziny i nie dobierać się do chłopaków oddzielony od własnych dzieci i żony jednymi spaczonymi drzwiami, ale przecież pytanie nie brzmiało, czego mógł nie robić, ale co miał zrobić. Nie znam odpowiedzi. Wiem, że nawet z taką duchową sierotą jak ja niewiele mógł zdziałać. Niby miał w ręku wszystkie atuty, ale poza najważniejszymi, urodą i młodością. Nie mówiąc już o tym, że nie był kobietą.

Uśmiecham się, bo dobrze było być młodym.

Teraz znalazłem na wspomnieniowym forum internetowym wypowiedzi byłych uczniów Adama K. Mówią o nim jako o „dobrym i bardzo wrażliwym człowieku”. Nie są pewni, czy jeszcze żyje. „Wydaje mi się, że Pan Adam żyje, ale miał ogromne kłopoty i bardzo wielu ludzi obrzuciło Go błotem… Na pewno nie ma łatwego życia. Smutne to”.

Włączyły mi się więc litość i zrozumienie. Teraz chyba najbardziej mnie dziwi ta jego żona. Jak ona mogła to znosić? Domyślam się, że skoro „wielu ludzi” obrzuciło jej męża błotem, nie byłem jedynym nastolatkiem wybiegającym z jego pokoju z pąsem na policzkach i z Leśmianem w kieszeni, tulącym w objęciach cudem ocaloną cnotę homoseksualnej nieprzystępności.

– A co ten twój korepetytant tak nagle sobie poszedł, zupełnie jak tamten przedwczoraj? Ani do widzenia nie powiedział, ani nic… A wzrok to miał taki rozogniony!

– Wiesz, kochanie, rosną nam pokolenia wrażliwców… Bardzo się przejął losem Mickiewicza wśród stepów Akermanu.

To postać Adama K. pielęgnuję jako bohatera tego rozdziału pamięci, który nazywa się „mój pierwszy pedał”. Nie pamiętam, czy w owych czasach przyjaźniłem się już z księdzem Mieczysławem D., ale temu kapłańskie amory zajęły tak czy owak dużo więcej czasu, zanim odważył się przejść do szturmu bezpośredniego. Jego prawdziwego nazwiska też nie wymienię, nazwę go za to Mieczysławem Dupą, bo był duży, dupiasty i dupowaty. Podrywał mnie na to, na co zwykle podrywają księża: na głębokie rozmowy o życiu, sensie życia, Bogu i grzechach. Z czasem coraz mniej uwagi poświęcał życiu, a coraz więcej grzechom, szczególnie grzechom „nieczystości” :-). Ale po kolei.

Rodzina moja utrzymywała bliskie stosunki z miejscową plebanią i poczytywała to sobie za zaszczyt. Prywatne spotkania z kapłanem uchodziły w owych czasach i w owym środowisku za wyróżnienie, ale nie było w nich nic niezwykłego. Homoseksualizm za to był czymś niewiarygodnie dalekim i tak rzadko spotykanym, że mój tato mówił „chemoseksualizm”. Pedałów znało się właściwie tylko z kawałów o pedałach. Kiedy więc ksiądz Dupa przy jakiejś okazji zaprosił mnie do siebie na pogawędkę, nikt nie widział w tym nic niestosownego. Pewnie z daleka było po mnie widać młodzieńczy bunt, zdrowy rumieniec idealizmu i pragnienie wzniesienia się ponad płytką doczesność. Pragnienie rozmowy. Spotkaliśmy się więc na plebanii i gawędziliśmy. Koniaczku nie odmówiłem. Było miło. Spotkaliśmy się więc drugi raz, koniaczku nie odmówiłem, brudzia nie odmówiłem, za propozycję pożyczki podziękowałem, może byłem już hutnikiem i od biedy zarabiałem na siebie, nie skorzystałem też z propozycji noclegu, bo własny dom miałem przecież pod nosem. Pierwsze sygnały alarmowe odebrałem, kiedy Mieciu Dupa w sposób nadzwyczajny rozwodził się nad moralnymi dylematami prosto spod sutanny i z konfesjonału. Oto – opowiadał, dyskretnie przemilczając nazwiska omawianych parafian – na nauki przedmałżeńskie uczęszcza do niego młoda para charakteryzująca się niezwykłym dysonansem wzrostu, kawaler wysoki jak brzoza, a panna drobniutka jak koza. I cóż ma począć w tej sytuacji on, duppasterz, sorry, duszpasterz, ze swą odpowiedzialnością za los tych dwojga. Pragnie ich szczęścia z całego serca, widzi, iż kochają się uczuciem prawdziwym, nie tylko zmysłową pożądliwością, chciałby połączyć ich węzłem małżeńskim, co jednak stanie się z nimi podczas nocy poślubnej, kiedy przystąpią do spełniania małżeńskich powinności? Czy on jej, w najlepszej wierze, anatomicznie nie uszkodzi? I na kogo spadnie wówczas jej krew, czyje splami ręce? Albo przychodzi do niego do spowiedzi starszy pan, od lat spowiadając się z tego samego grzechu, którym jest nałóg, ale niestety nie alkoholizm, lecz nałóg autoerotyczny i co ty, Jacku, będąc tak młodym i mądrym mężczyzną, o tym sądzisz. I tak w kółko. Literatury poza religijnymi elementarzami nie znał, więc ciężko było zwieść go z tematu, kiedy się już w teologię płci mocno zapędził. Ale koniak miał taki, jakiego wówczas nigdzie indziej nie posmakowałem, zaś jego słowne zapędy brałem wprawdzie za dziwactwo, ale też nic więcej jak dziwactwo, w gruncie rzeczy śmieszne i nieszkodliwe. Bardziej mnie zaniepokoiło, kiedy odkryłem, że skrada się za mną, gdy podążam za nieduchową potrzebą do plebanijnej toalety. Jednak przyłapany wymyślił sobie usprawiedliwienie, iż stanął na czatach, bo obawiał się, że mógłbym się natknąć wieczorną porą na księdza proboszcza, osobę nienowoczesną i podejrzliwą, wszędzie wietrzącą występek i zabraniającą księżom spotykać się na wieczornych rozważaniach ze szlachetnymi, młodymi ludźmi. Proboszcz Popiel, lokalny święty, którego imię nosi w Ostrowcu most, bo zabrakło dlań ulicy, musiał widać wiedzieć o grzesznych ciągotach swego kapłana.

Kulminacja i rozwiązanie akcji nastąpiły już w czasach, kiedy zdecydowałem się na porzucenie ojczystych stron, zerwanie z rodziną i słodki los włóczęgi. Życie w pociągach i na dworcach, status kloszarda i wielki ciąg do przygód, któremu wreszcie mogłem pofolgować, w parę tygodni nauczyły mnie więcej, niż całe dotychczasowe życie. Między innymi błyskawicznie pozbyłem się nieporadności w wymawianiu świętej sylaby „nie”. Do Ostrowca jeszcze mnie ciągnęły ciągnące się jak roztopiony ser stare znajomości, jakieś niedokończone sprawy, wiadomo, a nie chciałem na razie krępować się świeżo zerwanymi więzami rodzinnymi, wręcz przeciwnie. I tu zwietrzył swą szansę ksiądz Mieczysław, bo wreszcie byłem prawdziwie zbłąkaną owieczką, taką bez dachu nad głową i strawy we żłobie. Znowu się spotkaliśmy, czy był koniaczek, nie pamiętam, natomiast skwapliwie skorzystałem tym razem i z pożyczki pieniężnej, i z propozycji noclegu. Pamiętam, że rozmowa się tym razem nie kleiła – byłem już innym człowiekiem, nagle miałem własne zdanie i śmiało przy nim obstawałem.

Gdyby Mietek Dupa czytał Londona, wiedziałby, że włóczęga śpi inaczej, niż ludzie prowadzący osiadły tryb życia, i nie da się wleźć mu do łóżka i bezkarnie grzebać w majtkach. Tej nocy ze dwa albo trzy razy musiałem opędzać się od niego jak od muchy, o której się wie, że dopiero co siedziała na gównie, a rano, niewyspany i zły, zapytałem wprost:

– Mieciu, czyś ty dzisiaj w nocy nie pomylił fiutów?

– Ależ jak możesz tak mówić?! Ależ o co ci chodzi?

Poszedł w zaparte, o niczym nie wiedział, całą noc spał. Wyparowałem z plebanii w gniewie, a jego wystraszoną, obleśną buźkę miałem zobaczyć, dzięki Bogu, dopiero po 25 latach. Oczywiście w internecie, gdzie znalazłem kopię kościelnej gazetki. Dowiedziałem się z niej, że Mieciu Dupa awansował i jest proboszczem w jednej z podradomskich wiosek. Szczęściarz, już jest ustawiony, już nie musi się po nocach stresować, że wyśledzi go konserwatywne oko przełożonego. Obok jego fotki jest zdjęcie grupki ministrantów stłoczonych jako owce w czas burzy z podpisem: „Największa radość proboszcza: grono ministrantów”. O, podradomskie ufne wy Matki, dajcież baczenie na swoje dziatki! Tak, właśnie dziatki; w czas jakiś po opisanych tu wydarzeniach me siostry podpytywały mnie, czy ksiądz Mieczysław się do mnie nie dobierał, bo ponoć molestował syna naszych sąsiadów, dobrych parę lat młodszego ode mnie.

Wraz z początkiem włóczęgowskiego życia moje akcje w związku łowieckim homoseksualistów znacząco poszły w górę. Chyba byłem ładnym chłopcem, skoro na dworcach i w parkach tak często uderzali do mnie w konkury panowie o twarzach naznaczonych zepsuciem, a niejednokrotnie skancerowanych nawet blizną niemoralności. Skończyło się to dość szybko i nagle, chyba wtedy, kiedy znikły z mej fizys resztki chłopięctwa. Szkoda tylko, że piękne młode kobiety nigdy nie były wobec mnie tak natrętne, jak owi faceci. Ale nie wymagajmy za wiele od swojej młodości.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter