70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Ryba czy wędka, czyli jak pomagać krajom Południa

Sytuację, w jakiej znajduje się obecnie świat, można nazwać wielobiegunowością, która oznacza, że nie mamy już jednego czy dwóch mocarstw, którymi do tej pory były Stany Zjednoczone i Rosja. W tym momencie funkcjonują liczne „mocarstwa lokalne”, których znaczenie rośnie – są nimi Chiny, Indie, Republika Południowej Afryki. Coraz częściej nawiązywana jest współpraca między krajami Południa. Martwi jednak to, jak mało uwagi te państwa poświęcają kwestii praw człowieka.

Często w dyskusjach o rozwoju i krajach rozwijających się używa się ogólnego określenia „kraje Południa”. Czy sądzi Pani, że kraje Afryki, Ameryki Południowej i południowej Azji mają rzeczywiście jakiś wspólny mianownik?

Południe może nie jest najbardziej precyzyjnym określeniem, ale na pewno kraje, o których mowa, mają dużo wspólnego, ponieważ dzielą podobną historię. Ich obecna sytuacja wyrosła z przeszłości naznaczonej kolonizacją. „Kraje Południa” tak samo w Afryce, jak i w Azji miały problemy związane z uzyskaną niepodległością i uprzemysłowieniem. Teraz podążają różnymi ścieżkami i nie należy spłycać różnic między nimi, jednak na początku drogi rozwoju, czyli w latach 50. dwudziestego wieku, ich sytuacja była bardzo podobna, co w dużym stopniu ukształtowało problemy, z jakimi się dziś borykają.

Mówi Pani o różnych ścieżkach, którymi podążają kraje rozwijające się. Kto Pani zdaniem ustala priorytety rozwojowe dla tych państw?

Kwestia wskazywania kierunku jest rzeczywiście złożona. W latach 50. w teorii i w praktyce głównym rozgrywającym było państwo. W późniejszych latach państwa straciły swoją pozycję z powodu neoliberalizmu rozprzestrzeniającego się bez żadnych ograniczeń, Konsensu Waszyngtońskiego i wszystkich tych politycznych i ekonomicznych sposobów na organizowanie gospodarki na poziomie globalnym. Teoria neoliberalizmu zakłada, że to wolny rynek powinien być główną siłą ekonomiczną i stosunkowo łatwo osiągnął on taką pozycję. Okazało się jednak, że ta sytuacja niekoniecznie przynosi dobre rezultaty. Coś musiało się zmienić, ale zgodnie z zasadami neoliberalizmu państwo nie powinno za bardzo ingerować w sprawy gospodarcze. Dlatego pojawiła się na arenie jeszcze inna siła – organizacje międzynarodowe, czyli wysłannicy zewnętrzni, tacy jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy czy Organizacja Narodów Zjednoczonych. Natomiast wewnątrz państw ustalanie priorytetów rozwojowych zostało przekazane organizacjom pozarządowym, co miało czasem dobre, czasem złe skutki.

Organizacje międzynarodowe, o których Pani mówi, reprezentują głównie perspektywę Zachodu. Czy zgodzi się Pani z tezą, że udzielana przez dziesięciolecia pomoc rozwojowa była nieskuteczna? Jeśli tak, czy Zachód wyciąga z tego jakieś wnioski?

Tak naprawdę nie wiemy, jak bardzo nieskuteczna była ta pomoc. Nie da się ukryć, że była często wykorzystywana jako narzędzie władzy, używano jej, żeby wywierać naciski polityczne, ale mimo wszystko miała też pozytywny wymiar, którego nie można ignorować. Na pewno poprawił się dostęp do opieki medycznej i edukacji. Oczywiście po szeroko zakrojonej pomocy, jaka została udzielona krajom Afryki i Azji, mogliśmy spodziewać się lepszych rezultatów. Być może niepowodzeń było tak dużo, że sukcesy są mało widoczne. Patrząc z innej strony – to też prawda, że spośród krajów rozwijających się najlepiej radzą sobie te, w których pomoc zewnętrzna nie była znacząca. Chiny osiągnęły swoją pozycję bez wsparcia z Zachodu, podobnie jak Indie albo inne kraje południowo-wschodniej Azji – jedyna pomoc płynęła tam ze Stanów Zjednoczonych w latach 50. w ramach zapobiegania komunizmowi, ale później te państwa same stanęły na nogi. Mimo to nie jestem zwolenniczką rezygnowania z pomocy rozwojowej. Należy ją jedynie dobrze ukierunkować. Nie stosować jej jako narzędzia kontroli, ale upewnić się, że trafia do tych, którzy jej potrzebują.

Czy w międzynarodowej dyskusji na temat rozwoju pojawia się punkt widzenia krajów, których ta kwestia dotyczy najbardziej? Czy kraje Południa przyjmują wyznaczoną im ścieżkę, czy może mają swoją własną wizję rozwoju?

To również ulega zmianie. Od lat 50. do lat 70. ubiegłego wieku głos krajów rozwijających się był jasno określony na arenie międzynarodowej. Działała wtedy Grupa 77, kraje Północy i Południa prowadziły ze sobą dialog i panowała atmosfera nadziei na poprawę sytuacji gospodarczej. Zmianę przyniósł kryzys ekonomiczny końca lat 70., kiedy zobowiązania kredytowe krajów Ameryki Południowej przerosły ich rentowność. Wtedy załamała się pozycja krajów rozwijających się i ich głos stracił swoją wagę. Dzisiaj znowu ich znaczenie rośnie dzięki współpracy państw Południa, znaczeniu Chin, Indii czy Brazylii, które potrafią wywierać naciski na kraje Północy.

Jak wygląda dokładnie współpraca między państwami Południa? Brzmi to bardzo optymistycznie.

Sytuację, w jakiej znajduje się obecnie świat, można nazwać wielobiegunowością, która oznacza, że nie mamy już jednego czy dwóch mocarstw, którymi do tej pory były Stany Zjednoczone i Rosja. W tym momencie mamy liczne „mocarstwa lokalne”, których znaczenie ciągle rośnie – są nimi Chiny, Indie, Republika Południowej Afryki. Świat staje się więc wielobiegunowy i coraz częściej kraje Południa pomagają sobie nawzajem. To ciekawe zjawisko, ale wiążą się z nim również pewne trudności. To, co łączy te społeczności, to ich wspólna przeszłość, podobne doświadczenia, co może ułatwiać prowadzenie rozmów i współpracę gospodarczą. Natomiast tym, co w naszych oczach może wydawać się niebezpieczne, jest to, że nie mają one żadnych politycznych oczekiwań dotyczących pomocy. Przykładem jest obecność Chińczyków w krajach afrykańskich – prowadzą interesy, wcale nie przejmując się tym, czy szanowane są tam prawa człowieka, jak traktuje się pracowników etc. Dlatego może to stanowić problem.

Pojawiają się głosy, mówi o tym na przykład Dambisa Moyo, autorka głośnej książki „Dead Aid”, że krajom Afryki najbardziej potrzebne jest uczciwe traktowanie ich jako partnera w interesach i że przykładem takich relacji są właśnie kontakty z Chinami. Czy według Pani obecność chińskich inwestorów w Afryce jest szansą czy zagrożeniem?

Rzeczywiście głosy są w tej kwestii podzielone. Ja uważam, że jest to zagrożenie. Oczywiście dzięki takim inwestycjom szeroki strumień pieniędzy napływa do krajów afrykańskich, ale jeśli przyjrzymy się bliżej Demokratycznej Republice Konga albo Mali, wtedy staje się jasne, że jest to zagrożenie. Przywódcy mogą teraz mówić, że budują infrastrukturę, ale przyszłość tej współpracy jest nie do przewidzenia. Umowy są pisane w sposób korzystny dla Chin, nie dla krajów Afryki, nie mówiąc o tym, że wcześniejsze ustalenia często są łamane. Inwestor chce na przykład kupić ziemię i, jak twierdzi, uprawiać zboża na lokalne rynki, ale kiedy dochodzi już do transakcji, wykorzystuje grunt w innym celu i niewiele można wtedy zrobić. Dlatego nie sądzę, żeby interesy z Chinami miały napawać optymizmem. Sytuacja Afryki naprawdę zależy od ustaleń przywódców, a te nie rokują najlepiej, bo liderzy polityczni myślą jedynie o najbliższej przyszłości, nikt nie przewiduje skutków długoterminowych. Podam przykład Mali. Chińczycy są tam wszechobecni i nie są tak wymagający jak ludzie Zachodu. Jedzą, mieszkają, funkcjonują jak Malijczycy. Nawet sprzedają lokalne jedzenie. Z tą różnicą, że sprzedają je całą dobę, nawet kiedy Malijczycy śpią. Są bezwzględną konkurencją.

Czy zgodzi się Pani z tezą, że w pewnym sensie kraje rozwijające się są wciąż traktowane jak kolonie silniejszych państw – krajów zachodnich czy Chin?

Na pewno pomoc płynąca do krajów rozwijających się nie zawsze jest czysto humanitarna. W większości przypadków w grę wchodzą różne interesy, walka o wpływy i kontrolę rynków. Ale mimo wszystko możemy mówić też o wspólnych celach krajów bogatych i biednych, takich jak rozwiązywanie problemów dotyczących ochrony środowiska czy bezpieczeństwa międzynarodowego. To leży w interesie każdego państwa, żebyśmy sobie wspólnie radzili z takimi problemami globalnymi. Poza celami wspólnymi istnieją też oczywiście interesy partykularne państw wysyłających pomoc do krajów rozwijających się, ale nie znaczy to, że skoro ktoś na tym korzysta, to ta pomoc musi zostać automatycznie zakończona.

Spróbujmy przyjrzeć się temu bliżej. Pomoc rozwojowa jest też interesem. Kto czerpie największe korzyści z relacji zależności krajów rozwijających się od ogromnych pożyczek płynących z Zachodu?

W tym momencie zdecydowanie nie są to kraje Południa, ponieważ pieniądze powracają do państw, które pożyczek udzielają. Niektórzy nazywają to zjawisko mianem przemysłu pomocowego. Nie musi to być złe, o ile pozostają zachowane właściwe proporcje między korzyściami, jakie obie strony czerpią z tej wymiany.

Ale czy napływ pieniędzy z Zachodu nie hamuje rozwoju lokalnej przedsiębiorczości? Wspomniana już Dambisa Moyo pisze, że środki, które trafiają z zagranicy do klasy rządzącej w krajach afrykańskich, są poważnym wrogiem sektora prywatnego.

W pewnym sensie to prawda, bo kiedy kraje biedniejsze otrzymują dużo pomocy na przykład w formie taniej żywności, jej produkcja na miejscu może stać się nieopłacalna. Ale niekoniecznie musi to być pomoc płynąca z krajów rozwiniętych. W Senegalu czy Mali cena ryżu importowanego z Chin lub innych krajów południowej Azji jest o wiele niższa niż cena zbóż uprawianych na miejscu. Nie dotyczy to jedynie roślin, ale też na przykład hodowli drobiu. W rezultacie tamtejsi rolnicy przestają produkować żywność. Co ciekawe, bardzo podobne motywy kierowały Stanami Zjednoczonymi, które w latach 50. pod wpływem nacisków ze strony producentów kukurydzy, zaczęły wysyłać ją w ramach pomocy humanitarnej. Po prostu nie wiadomo było, co zrobić z nadmiarem tego zboża. Traktowanie krajów rozwijających się jako łatwego rynku zbytu bez liczenia się ze szkodliwymi konsekwencjami, jakie tego typu wymiana niesie dla ich gospodarki, doprowadziło do nasilenia głosów nawołujących do zawieszenia tak rozumianej pomocy. Dochodzimy w ten sposób do ciekawej sytuacji, w której dwie grupy posługujące się różnymi argumentami przedstawiają te same wnioski. Z jednej strony neoliberałowie nawołują, żeby pozwolić wolnemu rynkowi na samorzutną regulację sytuacji gospodarczej. Z drugiej – mamy myślicieli nurtu postdewelopmentalizmu, którzy również twierdzą, że należy porzucić kontrolę nad rynkiem. W ich oczach jest ona wyrazem hegemonii bogatych państw Północy i narzuconego niepotrzebnie innym krajom zachodniego punktu widzenia. Czyli dwie zupełnie różne perspektywy prowadzą do podobnych zaleceń w kwestii pomocy rozwojowej.

Czy można zatem powiedzieć, że istnieje jakiś rodzaj konsensu w tej sprawie?

W tych dwóch grupach – tak. Ale to też może się zmienić, szczególnie w obozie neoliberalnym, w którym jakiś czas temu zaczęto zajmować się kwestiami bezpieczeństwa. Państwo według przedstawicieli tego nurtu powinno kontrolować migracje ludności i starać się niwelować w jakiś sposób zagrożenia płynące z braku stabilności na arenie międzynarodowej. To oznacza, że poglądy neoliberałów na rolę państwa powoli się zmieniają. Nie da się tego zauważyć w obozie postdewelopmentalistów, którzy cały czas widzą ingerencję państw Zachodu jako błąd. Ich wizja jest bardzo jednostronna – problemu nie stanowią biedni, lecz bogaci.

W takim razie, jak rozumie Pani rolę państw Zachodu – Stanów Zjednoczonych i Europy?

Zachód, tak samo jak Południe, nie jest monolitem. Każdy kraj ma inny potencjał. Niestety niewiele się dzieje na poziomie państwowym, ale za to powstaje dużo organizacji pozarządowych i fundacji, które potrafią niekiedy zdziałać dużo dobrego. Jednym z bardziej znanych przykładów jest Fundacja Billa i Melindy Gatesów i jej ogromny wkład w programy ochrony i promocji zdrowia.

Jak w tym kontekście należy oceniać wpływ globalizacji na kraje rozwijające się?

Widzimy, że w zglobalizowanym świecie najłatwiej się wzbogacić bogatym, najprościej wzmocnić swoją pozycję silnym. Dlatego różnice się pogłębiają. Kraje rozwijające się nie wybrały tego scenariusza, nie brały udziału w kształtowaniu globalnego świata. Przy takim układzie sił, kiedy otwierają się granice, kraje biedne mają bardzo słabą pozycję i łatwo popadają w zadłużenie. Model świata zglobalizowanego został im narzucony. W teorii globalizacja nie jest ani dobra, ani zła. W praktyce zwiększa ona bogactwo krajów, ale jednocześnie pogłębia nierówności ekonomiczne. Nie chodzi tu jedynie o nierówności między państwami Południa i Zachodu. Bardzo podobne procesy możemy zauważyć wewnątrz naszych społeczeństw. Globalizacja daje wielkie szanse, ale trzeba pamiętać, że najwięcej zyskują bogaci.

Czy kraje rozwijające się mają szansę dołączyć do tego systemu globalnego i funkcjonować w nim na równych prawach z innymi?

Niektórym już się to udało. Nie sądzę, żeby było możliwe zamykanie granic i izolowanie pewnych krajów od procesów globalizacyjnych, jakie zachodzą. Tego nie da się zrobić. Pozostaje jednak problem pozycji państwa, która na obszarach rozwijających się jest bardzo słaba. Tam, gdzie państwowość jest dobrze ukształtowana i utrwalona, na przykład w krajach europejskich, procesy globalizacyjne nie są takim zagrożeniem. Ale w krajach rozwijających się powoduje ona wiele problemów. Chodzi tu głównie o sektor prywatny i prywatyzację. W środkowej Azji, w krajach byłego Związku Radzieckiego, kiedy przedsiębiorstwa są prywatyzowane, politycy sprzedają je swoim znajomym i rodzinom, wzrasta korupcja i tylko pewne grupy mają szansę skorzystać na tych zmianach. Natomiast większość społeczeństwa w tych krajach, a często jest to ludność wiejska, nie ma możliwości wzbogacić się w podobnym tempie, przez co rozwarstwienie się pogłębia. Dlatego należy pamiętać, że silna państwowość jest jednym z ważniejszych mechanizmów mogących ochronić daną społeczność przed szkodliwymi skutkami globalizacji.

Pani wykłady w Polsce są częścią projektu Polskiej Akcji Humanitarnej „Wiedza prowadzi do zmian!”. Jest on odpowiedzią na przejawy kryzysu zaangażowania, który nastąpił po fali aktywności na polu ekologii, pomocy humanitarnej i zwykłego zainteresowania wyzwaniami globalnymi. Czy to rzeczywiście brak wiedzy jest problemem?

Zjawisko, o którym mowa, ma nawet swoją nazwę w języku angielskim: „donor fatigue”. Darczyńcy zaczynają czuć się po prostu jak dojne krowy, od których wymaga się ciągłej wydajności, a działalność organizacji pomocowych nie zawsze spełnia w oczach opinii publicznej standardy przejrzystości. Dlatego właśnie tak ważna jest konkretna wiedza na temat potrzeb różnych regionów, możliwych rozwiązań i działania organizacji pozarządowych. Tylko wiedza może doprowadzić do tego, że pomoc będzie skuteczna i dobrze ukierunkowana, co, jak wiemy, nie zawsze jest łatwe do osiągnięcia.

FIROUZEH NAHAVANDI, prof. nauk społecznych, dyrektor Centrum Studiów nad Współpracą Międzynarodową i Rozwojem Université Libre w Brukseli.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter