70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Moje świętych obcowanie

Pamiętam rozmowę z księdzem Tischnerem, ostatnią chyba, kiedy już właściwie wcale nie mówił. Leżał, a ja powiedziałem: „Słuchaj, ja właściwie myślę, że tutaj, po tej drodze, to Pan Jezus ze świętym Pietrem i Pawłem idą sobie i z ludźmi gadają…”. A on wyszeptał: „Tak”.

Chronologicznie rzecz biorąc, moim pierwszym kontaktem ze świętymi było spotkanie z Teresą z Lisieux (jak się miało okazać, jest ona lekarzem pierwszego i ostatniego kontaktu). Moja matka była wówczas ciężko chora i u Teresy z Lisieux szukała ratunku, żeby to cierpienie jakoś sobie wytłumaczyć i znieść. Widziałem, że jej to pomagało. Plącząc się koło jej łóżka i biblioteki, czytałem Łaski i cuda Teresy z Lisieux[1], gdzie najbardziej fascynowały mnie obrazki przedstawiające działania św. Teresy w czasie I wojny światowej: ktoś tonie, a ona go ratuje, ktoś ma urwaną nogę, a ona ją przykleja itp. I te wizje: że jest ta okropna rzeczywistość wojenna – bomby, szrapnele, Niemcy, Francuzi, a obok inna rzeczywistość, która interweniuje. Taki był mój dziecinny kontakt ze Świętą.

Jako starszy chłopak zacząłem czytać pisma św. Teresy z Avila, zwłaszcza Autobiografię i Twierdzę wewnętrzną. Na początku ta lektura wywierała na mnie wpływ raczej niszczący: św. Teresa wypowiada się bowiem przeciwko modlitwie ustnej, a zaleca modlitwę myślną. Przestałem więc najpierw nawet odmawiać pacierz, a potem nie byłem w stanie nawet się przeżegnać. Ale Benedykt, następny święty, po którego pisma sięgnąłem, nauczył mnie, że modlitwa ustna jest potrzebna, bo słowo ma sens i powoduje, iż myśl nie ucieka. Wagę słowa zrozumiałem na stare lata i dlatego odmawiam pacierz, jak Pan Bóg przykazał. Ale ogromny konstruktywny wpływ na mnie miała wizja „twierdzy wewnętrznej” św. Teresy z Avila, która do dziś mi została jako coś w rodzaju teorii budowy ludzkiej psyche.

Kolejna moja święta jest również karmelitanką – to Edyta Stein (s. Teresa Benedykta od Krzyża). Była świętą „inteligencką” i udowodniła mi, że również „wykształciuchy” mają w Kościele świętym swoje miejsce. Notabene dziwi mnie, że w kościołach karmelitańskich, w każdym razie w Krakowie, nie widziałem kaplicy Edyty Stein. W Edycie Stein nie było taniej, dewocyjnej pobożności; to „święta uniwersytecka”.

Antidotum na ten karmelitański ekstatyzm jest dla mnie św. Benedykt, którego czczę nieustannie od kilkudziesięciu lat. To święty zdroworozsądkowy: rób tyle, ile możesz; jeśli modlitwa, to nie za długa, aby przypadkiem nie przyplątał się diabeł; nie leż krzyżem trzy godziny, bo oszalejesz; rób wszystko na miarę swoich możliwości, ale stale, nie zaniedbuj się. I myśl!– św. Benedykt kładzie nacisk na lekturę i w ogóle na kulturę. Żeby myć ręce przed jedzeniem czy – jak powiedział mi jeden z ojców w opactwie tynieckim: „Pierwsza rzecz, jaką uczymy nowicjusza, to jak trzymać łyżkę i widelec”. To wszystko jest w regule św. Benedykta.

Jak już wspomniałem, św. Teresa z Lisieux towarzyszy mi także w moim dorosłym życiu. Jest tym, co Francja ma najlepszego. Ma w sobie egzaltację, w najlepszym sensie, duchowy płomień, który buzuje, choć go nie widać, ale buzuje po francusku, czyli w sposób zdyscyplinowany. Oto fragment jej pism – tłumaczę a vista. Teresa mówi do Jezusa mniej więcej te słowa:

Być Twoją małżonką. Być karmelitanką. Być w zjednoczeniu z Tobą matką dusz. To mogłoby mi wystarczyć… A jednak nie jest całkiem tak. Bez wątpienia te trzy przywileje są moim powołaniem: karmelitanki, małżonki i matki. Tymczasem jednak czuję w sobie inne jeszcze powołania: wojownika, kapłana, apostoła, doktora i męczennika. (…) Czuję pragnienie spełniania dla Ciebie wszystkich czynów najbardziej heroicznych[2].

To jest święta Teresa.

Najważniejszą świętą jest jednak dla mnie Faustyna. Może to zabrzmieć  heretycko, ale dzięki jej wizjom zapisanym w Dzienniczku, czyli rzeczywistości, która się przed nią odsłoniła, pojąłem sens „świętych obcowania” – oni są tutaj, tylko my ich nie widzimy. Dzięki Dzienniczkowi wierzę w Jezusa jako Chrystusa. Dobrze się czyta Ewangelie i starożytne teksty hermeneutów i dzisiejszych biblistów, ale ciągle Ewangelia jest odległa – nie tyle niewiarygodna, ile daleka. A tu się nagle okazuje, że Chrystus – jak pokazywał się w Palestynie, tak pokazuje się dalej, gdzie chce i komu chce. Faustynie pokazał się w sposób tak dla mnie przekonujący, że ona, prosta kobiecina z wioski pod Łodzią, nie byłaby w stanie tego wymyślić – tych wizji Chrystusa promieniującego, Trójcy Świętej czy życia wewnętrznego Pana Boga… Dla mnie to było niezwykle przekonujące. W moim przypadku wręcz… nie tyle Ewangelia uzasadnia Faustynę, ile Faustyna uzasadnia Ewangelię. Dzięki jej świadectwu trzymam się Kościoła rzymskiego, Biblii etc. Może wynika to z moich potrzeb artystycznych i z tego, że umysł mam mniej spekulacyjny, ale te wizje i to, co ona pisze, mnie przekonują.

Faustyna jest w pewnym sensie „nadczłowiekiem”, podobnie jak w ogóle święci. Dokonali transgresji, przekroczyli czysto ludzką biologię. Pokazali, że człowiek to nie jest tylko lepiej ukształtowane w ewolucji zwierzę, ale że jest w nim jeszcze inny pierwiastek, najważniejszy, który w nich ujawnił się w sposób zdecydowany. Dlatego – bez względu na pochodzenie – tworzą według mnie arystokrację Kościoła rzymskiego.

Faustynie też zawdzięczam wizję sądu ostatecznego. Mieszkając w dzieciństwie w Gdańsku, sam siebie straszyłem obrazem Memlinga. Patrzyłem, jak nieszczęśni potępieni usiłują się wydrapać w górę, a diabły ściągają ich na powrót do piekła. Ogarniało mnie rozpaczliwe przerażenie na myśl o wieczności potępienia. Faustyna zmienia nieco tę wizję sądu, bo koniec końców stajemy przed Jezusem, z którego serca wypływają promienie miłosierdzia. Oczywiście, jak ktoś się stawia, to mu Chrystus będzie sędzią, ale jeśli wyciąga rękę z piekła (Faustyna pisze o tej ostatniej chwili, ostatniej decyzji!), nie jest nieodwracalnie potępiony, Chrystus wyciągnie doń rękę i pociągnie go do góry. Dla mnie Faustyna ma inną niż Memling wizję sądu ostatecznego.

I wreszcie – last, but not least – Jan Paweł II. Tu krótka przypowieść. To działo się w okolicy tegoż Gdańska, gdzie – z racji choroby matki – mieszkałem  u obcych ludzi. Z jakichś powodów tłukli mnie tam rozwydrzeni młodzieńcy. I pamiętam, jak pewien rybak, imieniem Hinz, wielki i potężny w barach, zobaczył kiedyś, jak wrzucili mnie do rowu i okładali kamieniami, pokręcił głową i jednym ruchem odsunął napastników, po czym wziął mnie na ręce i wyniósł z tego miejsca. Jan Paweł II jest dla mnie jak tamten rybak Hinz – to dla mnie wzór, starszego brata, opiekuna, ojca. Jak Schutzengel (anioł stróż) z obrazków: dzieci idą nad przepaścią, a on je prowadzi. W mojej świadomości Jan Paweł II pełni taką rolę.

Wszystko, o czym piszę, można by jednak między bajki włożyć, gdyby nie to, iż osobiście mam głęboką świadomość, że może tu ktoś siedzi obok mnie i patrzy, co wypisuję, że istnieją przenikające się wzajem warstwy rzeczywistości, że jednak rzeczywistość duchowa przenika materialną i że niebo jest tu i święci też. Krótko mówiąc, najważniejsza jest zatem świadomość, że communio sanctorum jest. Pamiętam rozmowę z księdzem Tischnerem, ostatnią chyba, kiedy już właściwie wcale nie mówił. Leżał, a ja powiedziałem: „Słuchaj, ja właściwie myślę, że tutaj, po tej drodze, to Pan Jezus ze świętym Pietrem i Pawłem idą sobie i z ludźmi gadają…”. A on wyszeptał: „Tak”.

A więc podsumowując: święci to Űbermensche, arystokracja Kościoła rzymskiego, przeciwieństwo ochlokracji, której się boję. Jest to poza tym rodzaj towarzystwa, przyjacielskiego kręgu, w którym się obracamy i który umożliwia inne spojrzenie na rzeczywistość i jednak interwencję. Byłem w życiu świadkiem interwencji, których skutkiem nie było, co prawda, przenoszenie szafy z miejsca na miejsce, ale jednak autentyczna zmiana losu. Moje życie szło w bardzo złym kierunku (w sensie zewnętrznych okoliczności byłem w trudnej sytuacji) i nagle „wajcha” się przestawiła i los się naprawił. Rozpoznawałem to w modlitwie. Mam więc odczucie (ale nie intelektualne) obecności świętych tu i teraz, tylko że w ukrytym przede mną w tej chwili wymiarze rzeczywistości.

To poczucie bliskości świętych wzięło się ze spotkań z ludźmi. Duże znaczenie miało dla mnie spotkanie z dwiema zakonnicami – pewną karmelitanką i franciszkanką w Laskach. Poprzez te kobiety rozumiem inne, nieżyjące święte. Ich bliskość jest nie tyle oczekiwaniem na jakąś interwencję, ile raczej pewnym – nieoczekiwanym – spotkaniem, poczuciem głębokiego porozumienia. Pamiętam, jak – dawno temu, kiedy byłem bardzo młody –  wybrałem się na Świnicę i nie wziąłem ze sobą prowiantu. Nagle pojawił się jakiś człowiek, który powiedział mi, że jestem głupi, idąc z pustym plecakiem w góry, i dał mi coś do jedzenia. Rozstaliśmy się i więcej go nie widziałem. Ale miałem przeświadczenie, że znałem go od zawsze, że się w pełni rozumiemy, że jest między nami niezwykle głęboka wspólnota. Miałem poczucie spokoju i odprężenia.

Tak się jakoś złożyło w moim życiu, że niby nic mi się nie działo, ale zarazem nieustannie coś mi zagrażało – wojna, Niemcy, Rosjanie, potem komuniści… Ciągle czuło się może nawet nie zagrożenie aresztowaniem, ale jakiś ciągły nacisk. Spotykałem niekiedy zakonnicę czy zakonnika, którzy byli od tego zupełnie wolni, na przykład ojca Piotra Rostworowskiego u kamedułów, kpiącego sobie z ubeka, który go przesłuchiwał i przed którym inni drżeli… No bo co on mu mógł zrobić… Całkowity dystans i kompletne lekceważenie tamtych struktur. Jak siadałem gdzieś w kościele i myślałem na ten temat, przed św. Teresą czy innym obrazem, to nabierałem tego właśnie dystansu: no, co mogą mi zrobić? Jak na Podhalu góral jadący wierzchem, by dołączyć do banderii powiedział do milicjanta, który pytał go, dokąd i po co jedzie: „koń mój, dusza moja, a gówno was to obchodzi…”[3].

Większość świętych ma w sobie rys szaleństwa. W tym sensie niektóre z ich zaleceń odczytujemy jako zalecenia nie dla siebie. Tłumaczę sobie to powołaniem. Ktoś jest do czegoś powołany, a ja nie. Ale mogę się od niego czegoś nauczyć: żeby nie być małostkowym, drobnomieszczańskim. Czy mieć taką kresową szerokość spojrzenia. A nie ostrożność i centusiowatość.

Jeden ma powołanie na redaktora „Znaku”, inny na artystę czy profesora uniwersytetu. Ja oczywiście nie będę wstępował do Karmelu, taternikiem nie zostanę, bo mam za słabe serce, ale widzę te perspektywy – podziwiam tych, którzy idą na Mount Everest – widzę, że istnieje taka możliwość. Sam tam nie wchodzę, ale nie stoję i nie patrzę w podłogę, tylko patrzę na szczyt.

W dążeniu do świętości nie należy wyznaczać sobie granicy. Św. Benedykt jest zdroworozsądkowy, ale też prowadzi na Mount Everest. Ja nie wchodzę tam błyskawicznie, jak karmelita na Górę Karmel, ale staram się coś robić stale – w jednakowym tempie, jednakowym krokiem. To metoda benedyktyńska – paulatim summa petuntur, szczyty osiąga się powoli. Trzeba iść powoli, ale stale w wyznaczonym kierunku – bo kierunek jest ten sam, różnią się tylko powołania, a przez to i drogi. I całe szczęście, bo gdyby wszyscy byli karmelitami czy karmelitankami i nosili habity, to też nie byłoby wesoło.

Czasami powołania zderzają się w jednej osobie, jak u św. Brata Alberta. Ale w tym albertynizmie jest właśnie przemieszanie owego paulatim – bo w końcu trzeba było pracować, zajmować się garnkami, jedzeniem – z radykalizmem. Myślę, że tu rozstrzyga powołanie. Zauważyłem zresztą (i podobną refleksję odkryłem później w książce ks. Konstantego Michalskiego), że Brat Albert przeszedł drogę podobną do Van Gogha, tyle że w odwrotnym kierunku. Jeden ze społecznie zaangażowanego pasterza stał się artystą, a drugi odwrotnie. Jeden medal, dwie strony.

Cud, jakiego wymaga Kościół, żeby uznać kogoś za świętego, dla mnie osobiście nie odgrywa tak dużej roli. Myślę jednak, że może być ważny jako dowód ujawnienia się tego drugiego sposobu istnienia: że w tym innym sposobie istnienia kości będą zdrowe, a nie zniszczone gruźlicą. Jak to ciało będzie wyglądać, to Bóg raczy wiedzieć, aczkolwiek wizje Faustyny czy Bernadetty mówią, że będzie to rodzaj jakiegoś ciała duchowego, ukonstytuowanego przez duszę. W końcu Jezus Chrystus czy Najświętsza Panna pojawiają się w ciele – tylko innym, nowym. Z ewangelicznych opisów wynika, że ciało Chrystusa po zmartwychwstaniu nie było takie jakie przed ukrzyżowaniem: uczniowie idący do Emaus nie poznali Go.

Cuda są dla mnie ujawnieniem się tego innego sposobu istnienia, które nas czeka, ale, jak powiedziałem, nie odgrywają dla mnie tak wielkiej roli. Najważniejsza jest unio mystica – nagła więź z kimś, kto mnie absolutnie rozumie, a ja jego, o ile to jest możliwe.

Procesy beatyfikacyjne czy kanonizacyjne traktuję jak coś w rodzaju promocji doktorskich: ktoś pracuje, pisze, działa, zamyka rozprawę, a potem uzyskuje akceptację, pieczęć korporacji. Podobnie Kościół poświadcza o czyimś świętym życiu – że nie ma w tym oszustwa.


[1] Ani autora, ani wydania nie udało mi się zidentyfikować.

[2] Thérèse de Lisieux, Oeuvres complètes, Paris 2006, s. 224.

[3] Cyt. za ks. prof. Józefem Tischnerem.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter