70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Małe podróże

Wyjazdy do babci do Mirkowic to pierwsze podróże, które odcisnęły w mej jeszcze nie do końca rozwiniętej korze mózgowej ślad bieżnika, tak dzisiaj zamazany. Do Mirkowic było siedem kilometrów, prawie cały czas pod górę, bo jechało się w stronę Gór Świętokrzyskich.

To „pod górę” pamiętam bardzo dobrze z czasów, kiedy zdarzało mi się posuwać tam rowerem. A nie licząc dziecinnego „Bobo”, pierwszy rower był to czarny „Ural” mojego brata, kobylasta maszyna o wiele dla mnie za duża, na której najpierw jeździłem „pod ramę”, czyli w idealnej do zniekształcenia kręgosłupa i zwyrodnienia stawów biodrowych pozycji z nogą przełożoną właśnie pod ramą. Potem dosiadałem „Urala” już normalnie, górą, ale wciąż nie sięgałem siodełka, więc jeździłem cały czas stojąc na pedałach i boleśnie dostając ramą po jajcach, kiedy stopa omsknęła się z pedału. Jednak z tą pozycją znakomicie sobie radziłem za pomocą wyobraźni: wystarczyło wyobrażać sobie, że jest się samotnym uciekinierem z peletonu Wyścigu Pokoju, a już sposób jazdy na stojaka znajdował należyte uzasadnienie.

Ale zanim potrafiłem dotrzeć do Mirkowic rowerem, jeździłem tam z rodzicami: początkowo na motorze lub ciężarówką, potem pekaesem, emkaesem i, jakże by inaczej, „okazją”. Na motorze marki „Pannonia” Ojciec woził mnie na baku przed sobą. Były to fajne podróże, podczas których doznawałem stanów euforycznych, zapewne głównie za sprawą szybkości, ale nie można wykluczyć, że wlew paliwa, który miałem pod nosem, nie był całkowicie szczelny. Z podróży ciężarówką – chyba był to „Star 25” – pamiętam tylko jedno wrażenie, krótkie jak błysk i też związane z szybkością. Wracaliśmy z Mirkowic, a więc z górki, i spojrzałem na licznik, który pokazywał prędkość 50 km/godz. i pomyślałem sobie: „Ależ my pędzimy!”. I proszę się nie śmiać, bo było to ładnych parę lat przed publikacją w „Płomyczku” wierszyka, który z niewiadomych powodów znam do dziś na pamięć, a w którym napisane było m. in.: „Sześćdziesiątką na liczniku fiacik sobie mknie, piąte koło w bagażniku strasznie nudzi się”.

Adam Bartosz, ten od Cyganów, zamieścił w książce Jakuba Czupryńskiego „Autostop polski” wspomnienie swoich podróży, a w nim następujący fragment: „Kiedy opuściłem Ziemie Odzyskane i przeprowadziłem się do Tarnowa zdziwiło mnie pewne zjawisko: »jeżdżenie łokazją«. Kierowcy chcieli ode mnie pieniądze, a ja nie wiedziałem, o co im chodzi. Okazało się, że w Małopolsce zwyczajowo wielu ludzi jeździło »na łebka« i dawało kierowcom zawsze parę złotych”. Zgadza się. Kawałek w górę od Małopolski zwyczaj ten był równie powszechny i nie dziwił nikogo. Dla mojego Ojca „łebki” były regularnym źródłem dodatkowych dochodów. Ceny były oczywiście umowne, ale dość ściśle określone. Jak się jechało okazją do Mirkowic, to wiadomo było, że jakiś datek trzeba kierowcy zostawić, ale w żadnym razie nie tyle, ile zapłaciłoby się za bilet w autobusie – po prostu obie strony musiały na tym zarobić, to logiczne. Jazdy okazją były zawsze ciekawsze, niż telepanie się zatłoczonym autobusem z zatrzymywaniem się na licznych przystankach. Z podróży autobusem dobrze wspominam tylko oczekiwanie na niego na przystanku w Mirkowicach, gdzie było pole, na którym zawsze rosło coś ciekawego, na ogół porzeczki.

Zupełnie innymi wyjazdami były prawdziwe wycieczki turystyczne. Też ledwie je pamiętam i mogę o nich opowiedzieć tylko wyrywkowo. Może powinienem zrobić to wierszem, bo pamiętam nawet nie tyle epizody, ile obrazy, a te ludzkim językiem opowiedzieć trudniej. Pamiętam atmosferę wesołego autobusu i nastrój rodziców zupełnie inny od codziennego. Pamiętam nazwy odwiedzanych miast, choć nie pamiętam samych miast. Baranów, Sandomierz, Nisko, Ulanów, Oblęgorek, Kazimierz, Puławy, Łańcut, Leżajsk, Zakopane… Zresztą w takim Nisku nie musieliśmy się nawet zatrzymywać, mogłem je zapamiętać tylko dzięki niepowtarzalności nazwy i częstotliwości powtarzania jej na trasie. „To co, panie Mieciu, pojedziemy na Nisko i w Nisku odbijemy na Leżajsk?” Tak właśnie mogło być.

Wycieczki zakładowe były w tych zamierzchłych czasach powszechną rozrywką mas pracujących. Jeździło się zazwyczaj całymi rodzinami. Pracownicy mogli się przy tej okazji zintegrować i należycie docenić nieznane im dotąd strony osobowości koleżanek i kolegów, czemu służyły zewnętrzne okoliczności oraz wódka pchająca wszystkich do brawurowych czynów od wewnątrz. Ponadto wspomniany pan Miecio był to mój Ojciec, kierowca PKS-u, który czasem zabierał mnie dla towarzystwa w podróże dla niego służbowe. Jeździłem więc całkiem sporo, przynajmniej w porównaniu z moimi rówieśnikami z okolicy.

Konfucjańska sentencja mówiąca, że Droga sama w sobie jest celem, sprawdzała się w moim wypadku co do joty. Najmocniej wryły mi się w pamięć niekończące się jazdy autobusem. Zawsze trwało to bardzo długo i zawsze było przyjemne. Niewygód nie pamiętam. Lubiłem, kiedy dorośli mościli się na swoich miejscach i dla niektórych trzeba było rozkładać dodatkowe siedzenia bez oparć w przejściu prowadzącym przez środek nieśmiertelnego jelcza. Lubiłem pić drżącą ręką herbatę nalewaną z termosu. Uwielbiałem klęczeć na ostatnim siedzeniu tyłem do kierunku jazdy i machać rączką kierowcą jadącym za nami. Często zdarzało się, że taki kierowca uśmiechał się i też mi machał! Kiedyś na początku podróży odkryłem gitarę leżącą na półce pod tylną szybą i na wiele godzin machanie i uśmiechy kierowców straciły swój czar. Byłem do instrumentu za mały i całą Drogę brzdąkałem na nim jak na psalterium, mając go poziomo ułożony przed sobą. Po powrocie do domu na kciuku miałem potężny bąbel, a słuchu muzycznego nie odzyskałem już nigdy.

Pamiętam, że pewien gatunek wódki, nie wiem, czy nie żubrówkę, można było kupić w piersiówce wraz zestawem turystycznych kieliszków. Były blaszane, srebrnego koloru. Piękno ojczystych krajobrazów w połączeniu z alkoholem tworzyło miksturę, dzięki której po pewnym czasie autobus zaczynał śpiewać. Wykonywano repertuar klasyczny, wszystkie te niezbędne wiokoniki, szłydzieweczki i czycinieżale, oraz utwory okolicznościowe w rodzaju „Panie szofer gazu, panie szofer gazu, bo pół litra jest w garażu, jeszcze po kropelce, jeszcze po kropelce, póki wódka jest w butelce”. Opowiadano kawały, których w większości nie rozumiałem. Zaś jeden z moich wujów wsławił się błyskotliwym dowcipem, który na zawsze został utrwalony w formalinie rodzinnej pamięci. Otóż na jednej z wycieczek, domyślam się, że po otworzeniu pierwszych butelek, pasażerowie stanęli przed odwiecznym dylematem, czy w autobusie można palić. I mój siedzący z przodu wujek obwieścił w pewnej chwili: „Kierowca powiedzioł: palta!”. A kiedy już wszyscy sięgnęli po klubowe i sporty, wujek dokończył: „Kierowca powiedzioł: palta popowiszać!”.

„Niektóre trasy wycieczkowe stały się bardzo popularne. Wycieczki samochodowe do Tarnowa, Baranowa, Klimontowa miały zawsze dużo chętnych. Poza Oddziałem PTTK, urządzały też wycieczki zakłady pracy, ale przeważnie z pominięciem swoich kół PTTK, które nie były na poziomie. Tego rodzaju wycieczki w terenie robiły naogół fatalną renomę organizacji krajoznawczej. (…) Zarządy tych kół nie miały jeszcze rozwiniętej wiedzy krajoznawczej, potrzeby zwiedzania zabytków, brak im było kultury krajoznawczej” – to oczywiście opinia Stanisława Jeżewskiego ze znanego nam już „Zarysu historii oddziałów P.T.K. i P.T.T.K. w Ostrowcu Świętokrzyskim 1913-1973”. Potrzeba zwiedzania zabytków, kiedy już wesołe towarzystwo opuszczało autobus po dotarciu na miejsce przeznaczenia, rzeczywiście okazywała się potrzebą drugorzędną, ale z całą mocą oświadczam na podstawie własnych doświadczeń, że nigdy nie wygasła całkowicie. Pamiętam muzealne powozy zgromadzone w Łańcucie i mam zdjęcie z tegoż Łańcuta, na którym osobiście stoję w krajoznawczej pozie obok pustej rycerskiej zbroi. Pamiętam rajskie jabłuszka rosnące przy alejkach wokół muzeum Sienkiewicza w Oblęgorku. Ruiny zamku w Kazimierzu i rejsy statkiem wycieczkowym z tegoż Kazimierza do Puław i z powrotem, niezapomniane wrażenie żeglowania przez świat lekko uniesiony i ruchomy, jak gdyby dostał kół (dopiero fantastyczna pigwówka w puławskim mieszkaniu Bohdana Zadury przyćmiła po latach to wspomnienie). Ciupaskę z Zakopanego z wyrytym na niej moim imieniem i odpadającym od styliska uchwytem.

Ciupaska ciupaską, ale z wycieczki do Zakopanego najmocniej utkwiła mi w pamięci góralska biesiada pod gołym niebem połączona z ogniskiem i pieczeniem dla turystów barana. Ognisko pachniało przygodą, czycinieżale brzmiały bardziej przekonująco, zaś mięso z barana było ohydne i potwornie słone. Było tak ohydne, że do dziś pamiętam jego smak, nie pamiętam natomiast smaku piwa, które w ów jakże romantyczny i słony wieczór piłem pierwszy raz w życiu. O piwie wiem od matuchny (nawiasem mówiąc pierwszego głosu w niejednym autobusowym chórze), której wybiórcza pamięć z pietyzmem przechowuje wszelkie wspomnienia o wydźwięku choć trochę antyalkoholowym. Otóż miało być tak, że po tym kawałku barana bardzo chciało mi się pić, a nie było do picia nic oprócz rozmaitych napojów procentowych. Mama dała mi wtedy do ugaszenia pragnienia piwo, co dziś bez wstydu przyznaje. To trochę tak, jakby to Maryja podała swojemu Synowi gąbkę nasączoną octem, ale niech będzie, pretensje i żale jakoś wyparowały ze mnie z wiekiem. Natomiast moja rodzicielka zawsze z dumą powtarzała, że powiedziałem wtedy, że jeśli piwo ma taki smak, to ja już w życiu go do ust nie wezmę. Owa piwna inicjacja przypomina mi inny jeszcze obraz, zapamiętany z wycieczki na Dymarki Świętokrzyskie. Dymarki to coroczny ludyczny karnawał, gdzie konieczność wypitki i hulanek uzasadniał fakt, iż niegdyś w tych okolicach prahutnicy trudzili się wypalaniem rudy. I pomnę upalny dzień podczas tego wielkiego świeckiego odpustu, kiedy wypito tyle, że na wszystkich straganach zabrakło wody sodowej i oranżady, a do ogólnej zwałki było jeszcze daleko. Spowodowało to nagły wzrost kapitalistycznej inwencji u chłopa sprzedającego ogórki kiszone z beczki. Pod wieczór, pozbywszy się ostatniego ogóra, jął sprzedawać spragnionej gawiedzi wodę po tych ogórkach po 50 groszy za szklankę, co było wspaniałym finansowym perpetuum mobile aż do momentu, gdy beczka pokazała zasolone dno. I więcej juz nic z tych ekstremalnych eskapad nie pamiętam.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata