70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kryzys? Ani pierwszy, ani ostatni…

Błędem jest myślenie, że dopóki tropu nie zwietrzyli dziennikarze – problem nie istnieje. Prędzej czy później bowiem to następuje, a wtedy oskarżenia mediów o pogoń za sensacją brzmią jak płacz nad rozlanym mlekiem. Rozwiązywanie problemów Kościoła nie musi dokonywać się przed kamerami. Wystarczy, że w porę zadziałają mechanizmy wewnętrzne, które wygrają z układami koleżeńskimi i zwykłym strachem przed utratą pobożnego „image’u”.

Druga część starego przysłowia „Młyny Kościoła mielą powoli…” – nomen omen mniej popularna – brzmi: „… ale skutecznie”. To „powoli” boleśnie nieraz dawało się odczuć w sytuacjach kryzysowych. A spóźniona skuteczność niekoniecznie była doskonała.

Trudno dziwić się tej ostrożności – Mater Ecclesia rządzi się innymi prawami niż instytucja świecka. Żądanie, by działała jak jednostka policji, byłoby absurdem. Ale Kościół ma swoje sposoby na zażegnanie kłopotów. Oczyszczeniem bywało ujawnianie – także na życzenie duchownych – bulwersujących spraw opinii publicznej.

Do największego ostatnio kryzysu w Kościele powszechnym doprowadziły przetaczające się od lat przez jego szeregi skandale seksualne. Dochodzenie w sprawie księży-pedofilów zachwiało wiarygodnością Kościoła w Irlandii. W ciągu kilkudziesięciu lat księża z diecezji dublińskiej mogli dopuścić się około tysiąca gwałtów na dzieciach, najczęściej z katolickich szkół – takie szokujące informacje obwieściła w zeszłym roku organizacja One in Four, która broni praw ofiar przemocy seksualnej. Organizację tę założył Colm O’Gorman, w dzieciństwie zgwałcony przez ks. Seana Fortune’a. Gdy w 1999 roku O’Gorman wystąpił na drogę sądową, Fortune popełnił samobójstwo, a do sądów masowo zaczęły zgłaszać się ofiary księży-pedofilów. To wtedy nastąpił przełom: od dawna, tyle że po cichu, mówiono, że Kościół ukrywał przypadki pedofilii wśród księży.

Co na to irlandzka hierarchia? Sprawa drgnęła dopiero kilka lat później: wraz z opublikowaniem tzw. raportu z Ferns w 2005 roku wyszła na jaw skala przestępstw. Według rządowej komisji w latach 1960-2002 ponad 20 księży dokonało kilkudziesięciu aktów molestowania seksualnego. Z raportu wyłonił się ponury obraz Kościoła irlandzkiego. Okazało się, że hierarchia nie reagowała na alarmujące sygnały: księża byli na jakiś czas przenoszeni do innych parafii, a potem wracali. Ten wstrząs był jednak ozdrowieńczy. Po ujawnieniu raportu Kościół hierarchiczny wziął sprawę w swoje ręce. Specjalnie powołana komisja wszczęła własne śledztwo. Jego efekty zaprezentował w 2005 roku arcybiskup Diarmuid Martin. Ogłoszono, że od 1940 roku w diecezji działało 102 księży-pedofilów. Liczba ofiar sięgnęła 400. Wydaje się zatem, że Kościół irlandzki poradził sobie z problemem pedofilii we własnych szeregach: w licznych diecezjach powstały komisje – złożone nie tylko z duchownych, ale także świeckich. Ich zadaniem jest natychmiastowe reagowanie na każdy przypadek pedofilii.

Przez podobną próbę musiał przejść Kościół w USA. Skandal z molestowaniem seksualnym księży wybuchł w 2002 roku w Bostonie. Okazało się, że ofiarami księży-pedofilów padły dzieci w całej Ameryce. Większość przypadków wydarzyło się w latach siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Dopiero po wielu latach ofiary odważyły się opowiedzieć o tym głośno. Amerykańskie diecezje zaczęły wypłacać odszkodowania. Niebotyczne sumy szybko przekroczyły możliwości parafialnych budżetów. Niektóre diecezje ogłosiły wówczas bankructwo. Przy okazji wyszły na jaw uchybienia Kościoła: księży-pedofilów nie usuwano ze stanowisk, ale próbowano leczyć i przenoszono z parafii do parafii. Kardynał Bernard Law z Bostonu podał się do dymisji, oskarżony o tuszowanie zbrodni seksualnych. W 2004 roku na zlecenie episkopatu USA śledztwo wszczęli emerytowani agenci FBI, księża i prawnicy. Zbadali archiwa Kościoła i przesłuchali tysiące ofiar i samych księży. Ich raport mógł budzić grozę: między rokiem 1950 a 2002 działało co najmniej 4,4 tys. księży-pedofilów. A hierarchom Kościoła w USA zarzucono „lekceważenie doniesień o przypadkach molestowania, niedocenianie wagi problemu lub martwienie się głównie o to, by nie nagłaśniać skandalu”. Na szczęście amerykańscy biskupi zaostrzyli politykę wobec podejrzanych księży, których stopniowo odsuwano ze stanowisk. Oprócz kardynała Law na emeryturę odeszło jeszcze wielu wpływowych hierarchów, którzy w tej sprawie dopuścili się zaniedbań.

Zdaniem wielu komentatorów, Watykan zbyt wolno reaguje na problemy lokalnych Kościołów. Jednak to zaczyna się zmieniać. W październiku 2006 roku Papież na spotkaniu z biskupami irlandzkimi jednoznacznie dał do zrozumienia, że Kościół nie powinien kryć księży-pedofilów, i podkreślił, iż „ważne jest, aby ustalić prawdę o tym, co działo się w przeszłości”. Znaczącym gestem była decyzja Benedykta XVI, podjęta niedługo po objęciu przezeń tronu papieskiego: nałożył karę na założyciela zakonu legionistów Chrystusa o. Marciala Maciela Delgado, który – jak wynika ze śledztwa prowadzonego przez osiem lat przez Stolicę Apostolską – w latach pięćdziesiątych XX wieku dopuścił się licznych aktów pedofilii. Papież zakazał mu wszelkiej działalności publicznej. Resztę życia o. Delgado ma spędzić „na modlitwie i pokucie”.

Milczenie na temat skandali seksualnych niejednokrotnie zarzucano Janowi Pawłowi II. Papież przełamał je w 1999 roku na spotkaniu z irlandzkimi biskupami. Wezwał wtedy księży, którzy dopuścili się nadużyć seksualnych wobec nieletnich, ,,do uznania diabelskiej natury swych czynów i proszenia o przebaczenie”. W 2002 roku biskupi amerykańscy – to był precedens! – zostali wezwani do Watykanu. Jan Paweł II wystąpił wówczas z najostrzejszą krytyką skandali seksualnych wśród duchowieństwa, nazywając je „wstrząsającym grzechem”.

Lekarstwem na wyjście z tego kryzysu okazywały się nierzadko radykalne „zmiany kadrowe”, na przykład w przypadku burzy w austriackim Kościele w 2004 roku, kiedy media ujawniły skandal w seminarium duchownym w St. Pölten. U kilku kleryków znaleziono zdjęcia z dziecięcą pornografią i fotografie seminarzystów w niedwuznacznych pozach – razem z wykładowcami. Prokuratura wszczęła proces wobec polskiego kleryka z tamtejszego seminarium. Lokalny biskup Kurt Krenn początkowo bagatelizował sprawę, nazywając ją „sztubackimi wygłupami”, niemniej Jan Paweł II przysłał do St. Pölten wizytatora apostolskiego, biskupa Klausa Künga. Ten papieski wysłannik, członek Opus Dei, do sprawy podszedł poważnie: po trzytygodniowym dochodzeniu zdecydował o zamknięciu seminarium. Czy ta interwencja nastąpiła we właściwym momencie? Zdaniem niektórych austriackich hierarchów, stało się to za późno. Gorzkie słowa można było usłyszeć z ust kard. Christopha Schönborna, który dziwił się, że „Rzym kazał tak długo czekać”. Kościół austriacki wyszedł jednak z tych kłopotów obronną ręką. Inna rzecz, iż miał on miał wówczas pewne doświadczenie w rozwiązywaniu spraw tego typu. To, co wydarzyło się w St. Pölten, przypominało skandal z połowy lat dziewięćdziesiątych, którego ,,bohaterem” był metropolita wiedeński kard. Hans Hermann Groër. Kardynała o molestowanie seksualne oskarżył jego wychowanek. Różnica między reakcjami w obu tych sprawach była jednak ogromna. Kardynał Groër nie przyznawał się do winy – zapalczywie bronił go też episkopat. Ale po kilku miesiącach hierarcha podał się do dymisji i odszedł na emeryturę. Od tego czasu Kościół austriacki już więcej nie zwlekał. W wielu diecezjach otwarto poradnie dla ofiar nadużyć seksualnych księży.

Jednak to nie tylko skandale obyczajowe sprawiły, że Kościół hierarchiczny musiał odpowiedzieć na silny front świeckich. W 1988 roku Papież mianował ks. Wolfganga Haasa biskupem pomocniczym szwajcarskiej diecezji Chur. Ks. Haasa, znanego z zachowawczych poglądów, nie chciało zaakceptować lokalne duchowieństwo i świeccy, także teologowie. Dwa lata później Haas, mimo protestów, objął rządy w diecezji. O jego przeniesienie Stolicę Apostolską prosił wówczas nawet szwajcarski rząd, twierdząc, że arcybiskup dzieli społeczeństwo. Ordynariusz Chur miał tu coraz więcej przeciwników. Jego styl zarządzania diecezją uważano wręcz za dyktatorski. Jan Paweł II zakończył ten spór dopiero w 1997 roku, mianując kontrowersyjnego hierarchę arcybiskupem nowo utworzonej archidiecezji Vaduz w księstwie Liechtenstein. Notabene, i tu na protesty nie trzeba było długo czekać…

Przypadek Chur to pretekst do dyskusji nad kościelną polityką personalną. Ks. Haas został mianowany biskupem bez porozumienia z tamtejszą kapitułą katedralną. Czy hierarcha mianowany arbitralnie, może być dobrym pasterzem całej wspólnoty? Czy bardziej wnikliwe wsłuchiwanie się w głos ludu (nawet jeśli odbiega od tradycyjnej linii Kościoła) i analiza jego potrzeb nie pozwoliłyby uniknąć niepotrzebnych spięć?

Zarządzanie kryzysowe przydaje się Kościołowi także w zmaganiach z trudną przeszłością, o czym przekonał się Kościół w Polsce „po 7 stycznia”. Przy tej okazji warto przywołać casus Czech, gdzie lustracja duchowieństwa miała podobnie jak u nas dramatyczny przebieg. Ale rozliczenie z przeszłością wydawało się tu trudniejsze niż w Polsce: w komunistycznych Czechach istniały de facto dwa Kościoły: oficjalny – kontrolowany przez państwo, w którym współpraca duchownych z SB była na porządku dziennym, i podziemny – prześladowany. Po 1989 roku Kościół stanął przed trudnym zadaniem: chodziło o to, żeby zażegnać podziały wewnętrzne i próby oceniania jednych duchownych przez drugich. Poradził sobie z tym, dobitnie podkreślając jedność. Pierwszym krokiem była pokutna pielgrzymka księży, także biskupów. Padły też słowa przeprosin za czyny niektórych duchownych w czasach komunistycznych. I już na początku lat dziewięćdziesiątych dokonano dyskretnych zmian kadrowych. Księży, którzy w przeszłości kolaborowali, usunięto z eksponowanych stanowisk – dotyczyło to przede wszystkim proboszczów i pracowników kurii biskupich.

Kardynał Miloslav Vlk podkreślał, że na apele o wyznanie win odpowiedziało ponad 40 księży. Ponieśli oni stosowne konsekwencje. Zażegnało to problemy jedynie częściowo: gdy w 1991 roku opublikowano w Czechach odpowiednik naszej listy Wildsteina, znaleźli się na niej także duchowni. Niektórzy wszczęli procesy, by odzyskać dobre imię. Ale spory toczą się do dziś, między innymi na temat biskupa opawsko-ostrawskiego Franciszka Lobkowicza. Prawicowi publicyści zarzucają mu, że nie tylko podpisał zobowiązanie do współpracy, ale aktywnie współpracował ze Służbą Bezpieczeństwa. On sam odpiera zarzuty. A jego proces trwa już kilkanaście lat.

Jakie wnioski płyną z tego niewesołego kalejdoskopu bolączek Kościoła? Primo – zabrzmi to jak truizm, który warto jednak powtarzać jak mantrę – tuszowanie bolesnych spraw zwykle kończy się katastrofą: podskórny wrzód pęcznieje i prędzej czy później pęka. Konsekwencje bywają bolesne: po sprawie kard. Groëra z austriackiego Kościoła masowo odchodzili wierni. A sami pokrzywdzeni cierpią podwójnie: lekceważenie ich sygnałów, brak szybkiej reakcji sprawia, że narasta w nich gorycz i podejrzliwość w stosunku do struktur kościelnych.

Secundo, zmiany personalne wpływają zbawiennie na atmosferę w poranionych wspólnotach Kościoła. Trzeba jednak dokonywać ich z wyczuciem, by zamiast uleczyć, nie pogorszyć sytuacji.

Tertio, błędem jest myślenie, że dopóki tropu nie zwietrzyli dziennikarze – problem nie istnieje. Prędzej czy później bowiem to następuje, a wtedy oskarżenia mediów o pogoń za sensacją brzmią jak płacz nad rozlanym mlekiem. Bo rozwiązywanie problemów Kościoła nie musi dokonywać się przed kamerami. Wystarczy, że w porę zadziałają mechanizmy wewnętrzne, które wygrają z układami koleżeńskimi i zwykłym strachem przed utratą pobożnego „image’u”. Nie udało się to w Polsce, w sprawie arcybiskupa Paetza: episkopat przez długi czas pozostawał głuchy na apele poważanych poznańskich księży. Papieża o sprawie poinformował jeden z jego przyjaciół z Polski.

O tym jak ważną rolę odgrywa dobra komunikacja wymownie świadczy postawa biskupa Künga, który wizytował seminarium w St. Pölten. Apelując o wszelkie sygnały o nieprawidłowościach, natychmiast udostępnił swój numer telefonu komórkowego i adres mailowy. Jednakże większa przejrzystość w obrębie samego Kościoła wymaga głębszych zmian, już w formacji kleryków. Dlatego niewątpliwie kanały komunikacyjne w wielu seminariach duchownych powinny być przewietrzone. Przyszli księża nie mogą być wychowywani w duchu oblężonej twierdzy, w której każdą skazę trzeba przykryć grubą warstwą milczenia.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata