Neapol, 1956 r. Fot. Getty
Walter Benjamin, Asja Lacis wrzesień 2020

Neapol

Kawiarnie neapolitańskie są małomówne. Dłuższe w nich przesiadywanie jest raczej wykluczone. Filiżanka supergorącego espresso i do widzenia, drogi gościu.

Artykuł z numeru

Gdy choruje nasza psychika

Gdy choruje nasza psychika

Czytaj także

z Adamem Lipszycem rozmawia Marek Maraszek

Walter Benjamin. Ekstatyczny podróżnik

Przed paroma laty pewnego księdza, winnego czynów nieobyczajnych, obwożono na wózku po ulicach Neapolu. Szedł za nim złorzeczący tłum. Zza rogu wyłonił się orszak weselny. Ksiądz podnosi się, czyni znak błogosławieństwa, a wszyscy idący za wózkiem padają na kolana. Tak oto religia katolicka w tym mieście bezwzględnie, w każdej sytuacji, usiłuje odzyskać swoje pozycje. Gdyby kiedyś miała zniknąć z powierzchni ziemi, to na samym końcu chyba nie z Rzymu, lecz właśnie z Neapolu.

Nigdzie indziej, jak tylko na łonie Kościoła, ten lud nie mógłby bezpieczniej żyć bogactwem swych barbarzyńskich upodobań, zrodzonych wszak w samym sercu wielkiego miasta. Potrzebuje on katolicyzmu, bo wiąże się z nim legenda, tudzież data dotycząca pewnego męczennika legalizującego nawet wszelkie jego ekscesy. Tu urodził się Alfons Liguori, święty, który praktykę Kościoła katolickiego uelastycznił tak, by mógł on ze znawstwem śledzić rzemiosło szalbierzy oraz dziwek i kontrolować je surowymi bądź komicznymi karami kościelnymi poprzez spowiedź, o której napisał trzytomowe kompendium. Jedynie Kościół, nie policja, może równać się z samorządem przestępczym – camorrą.

Tak tedy ktoś poszkodowany, komu zależy na powrocie do swoich, nawet nie pomyśli o wzywaniu policji. Jeśli już nie osobiście, to przez pośredników cywilnych albo kościelnych zwraca się on do członków camorry.

Przez nich uzgadnia wysokość okupu. Od Neapolu do Castellammare, przez proletariackie przedmieścia ciągnie się główna kwatera kontynentalnej camorry. Otóż dzielnic, w których można by się odwołać do policji, przestępczość unika. Rozdziela się ona na miasto i przedmieścia. Skutkiem tego stają się one niebezpieczne. Podróżny, któremu drogę aż do Rzymu znaczą dzieła sztuki niby sztachety w płocie ślepcowi, w Neapolu nie czuje się zbyt dobrze. Dowodem na to, groteskowym jak mało który, niech będzie zwołanie tu międzynarodowego kongresu filozofów. Bez śladu rozpłynął się on w ognistej kurzawie miasta, gdy wśród zgiełku ludowego święta odbywały się uroczystości 700-lecia uniwersytetu, w którego blaszaną aureolkę jubileusz został wpisany. W sekretariacie stawiali się biadający zaproszeni goście, w jednym okamgnieniu okradzeni z dokumentów i pieniędzy. Wszelako nie lepszy okazał się los zwyczajnego podróżnego. Nawet Baedeker nie potrafi go udobruchać. Kościołów nie sposób odnaleźć, wielogwiazdkowe arcydzieła plastyczne nieodmiennie są pod kluczem w zamkniętym skrzydle muzeum, przed dziełami zaś miejscowego malarstwa ostrzega napis „Manieryzm”.

Do użytku nadaje się jedynie słynna tutejsza woda pitna. Nędza i bieda działają zaraźliwie, tak jak przedstawia się je dzieciom, a wariacki strach przed byciem pokrzywdzonym to tylko marna racjonalizacja tego uczucia. Jeśli, jak powiadał Péladan, XIX w. odwrócił średniowieczny naturalny porządek życiowych potrzeb biedaka, przenosząc akcent z jedzenia na mieszkanie i ubranie – to tutaj ta umowa została zerwana. Żebrak leży sobie na jezdni wsparty o krawężnik trotuaru i macha pustym kapeluszem, jakby żegnał kogoś na dworcu. Tu bieda prowadzi w dół, tak jak przed dwoma tysiącami lat wiodła do krypt; jeszcze dziś droga do katakumb biegnie przez „Ogród Męczarń” i jeszcze dziś przewodnikami po niej są wydziedziczeni. Do szpitala San Gennaro dei Poveri wchodzi się przez kompleks białych budynków z dwoma dziedzińcami; przejście obramowane jest po obu stronach ławami z nieuleczalnie chorymi. Wychodzącego odprowadzają oni spojrzeniami czepiającymi się jego ubrania – może w nadziei, że zostaną uwolnieni, albo może folgując sobie na nich jakimś niewyobrażalnym apetytom. Wyjścia przy drugim dziedzińcu są opatrzone kratami; za nimi kaleki demonstrują swoje ułomności, a przestrach zamyślonych przechodniów sprawia im uciechę.

Jeden z oprowadzających starców, zbliżając latarnię do fragmentu wczesnochrześcijańskich fresków, wypowiada uświęcone tradycją, czarodziejskie hasło „Pompeja”. „Pompeja” to wszystko, czego cudzoziemiec pożąda, co podziwia i za co płaci. Na dźwięk słowa „Pompeja” w nieodparty urok stroją się gipsowe imitacje obłamków Świątyni, spiętrzone bloki lawy, tudzież parchata osoba przewodnika cudzoziemców. Cudotwórcza moc tego fetysza jest tym większa, że oglądało go bardzo niewielu spośród tych, którzy z niego żyją. Zrozumiałe jest, iż słynna cudami i tam tronująca Madonna otrzymuje własny nowiutki i drogi kościół pielgrzymkowy. W tej właśnie budowli, nie zaś w Domu Wettiuszów[1], żyje Pompeja dla neapolitańczyków. I w końcu szalbierstwo wraz z biedą, zawsze tam, jak do domu, powracają.

Barwy i formy

Fantazyjne relacje z podróży podretuszowały to miasto. W rzeczywistości jest ono szare: szarawa czerwień lub ochra, szarawa biel. I całkowita szarość w zestawieniu z niebem i morzem. Bynajmniej nie psuje to nastroju obywatelowi. Albowiem ktoś, kto nie uchwytuje form, niewiele ma tu do oglądania. Miasto jest podobne do skały. Widziane z góry, z Castell San Martino, dokąd nie docierają żadne głosy, leży w wieczornym zmierzchu jak wymarłe, wrośnięte w opokę. Gładką wąską wstęgą ciągnie się tylko wybrzeże; za nim piętrzą się jedne nad drugimi budynki. Sześcio-, siedmiopiętrowe czynszówki na skarpach ze schodkami wyglądają przy willach niczym drapacze chmur. W skalistym zaś podłożu, tam gdzie styka się ono z morskim brzegiem, wydrążono jaskinie. Tu i ówdzie w skalnej ścianie widać drzwi, całkiem jak na XIV-wiecznych ilustracjach eremów. Gdy są otwarte, można zajrzeć w głąb obszernej piwnicy, będącej zarazem sypialnią i magazynem. Dalej schodki wiodą nad morze, do rybackich tawern w naturalnych grotach. Wieczorami płyną stamtąd ku górze mętne światło i wątła muzyczka.

Porowata jak ta skała jest architektura. Budowa i działanie przenikają się nawzajem na podwórkach, pod arkadami i na schodach. Wszędzie zostawia się wolną przestrzeń mogącą posłużyć za widownię dla nowych, nieprzewidzianych konstelacji. Unika się wszelkiej definitywności, jednoznaczności. Żadna sytuacja nie jawi się taka, jaka jest, raz na zawsze pomyślana, żaden kształt nie oznajmia, że jest „taki właśnie, a nie inny”. Tak urzeczywistnia się tutaj architektura, ten najbardziej przekonujący element rytmu wspólnotowego. Cywilizowany, prywatny i uładzony jedynie w wielkich budynkach hotelowych i magazynowych na nabrzeżach; anarchiczny, splątany i włoskowaty w centrum, gdzie dopiero przed czterdziestoma laty przebito długie ciągi uliczne. Tylko w nich dom w sensie północnym stanowi komórkę architektury miejskiej. Natomiast wewnątrz jest nią blok domów, spinają go bowiem w narożach, niby żelaznymi klamrami, obrazy Madonny na murach.

Nikt tu nie orientuje się podług numeracji domów. Punktami odniesienia są sklepy, studnie i kościoły.

Nie zawsze zresztą prostymi. Otóż zwykły neapolitański kościół nie jest okazałą budowlą stojącą na obszernym placu, widoczną z daleka, z nawą poprzeczną, chórem i kopułą. Tkwi on wciśnięty między inne; wysokie kopuły widoczne są tylko z niektórych miejsc, toteż bywa, że niełatwo go znaleźć, a już wyodrębnić bryłę kościoła spośród przylegających doń budynków świeckich wprost nie sposób. Gość mija go, nie widząc. Niewidoczne drzwi, często tylko zasłona, są tajemną furtką dla wiedzącego. Jeden krok przenosi go z labiryntu brudnych podwórek w szlachetną samotność pobielonej wysoko przestrzeni kościelnej. Jego prywatna egzystencja jest barokowym ujściem dla zintensyfikowanej jawności. Albowiem upływa ona nie w czterech ścianach, wśród żony i dzieci, lecz w skupieniu bądź rozpaczy. W bocznych uliczkach wzrok ześlizguje się po brudnych schodkach aż do szynku, w którym trzech–czterech mężczyzn, schowanych za beczkami jak za filarami kościelnymi, siedzi w pewnych odstępach od siebie i pije.

W takich zakamarkach trudno ustalić, czy nadal coś tam się buduje, czy też zaczął się już rozpad. Albowiem nic nie jest tu dokończone i zamknięte. Porowatość spotyka się nie tylko z gnuśnością południowych robotników, lecz nade wszystko z pasją do improwizacji. Stąd też rezerwa przestrzeni i sposobności musi być zachowana na wszelkie sytuacje. Budowle mogą pełnić funkcję estrad na ludowe widowiska. Wszystkie dzielą się na mnóstwo pomniejszych hałaśliwych scenek funkcjonujących jednocześnie. Balkon, placyk, okno, przejście bramne, schody, dach bywają zarazem widownią i lożą. Nawet najlichsza, stłamszona egzystencja ma jednocześnie królewską świadomość współudziału w kreowaniu jakiegoś niepowtarzalnego obrazu neapolitańskiej ulicy, w rozkoszy – wbrew własnej nędzy – leniwego kontemplowania rozległej panoramy. To, co rozgrywa się na schodach, jest wyższą szkołą reżyserii. Te schody, nigdy porządnie niesprzątane, a tym bardziej niepozamykane w zatęchłych skrzyniach północnych domów, urywanymi ciągami wyskakują z budynków, robią ostry zakręt i znikają, aby raptem wyłonić się gdzie indziej.

Teatr ulicy

Uliczne dekoracje również w sensie materialnym wykazują ścisłe pokrewieństwo z teatrem. Główną rolę gra papier. Czerwone, niebieskie i żółte packi na muchy, ołtarze z barwnego błyszczącego papieru przy murach, papierowe różyczki na czerwonych połciach mięsa. Następnie popisy i sztuczki rodem z variétés. Każdy klęczy na asfalcie, obok ma skrzyneczkę – a to wszak jedna z najruchliwszych ulic. Kolorowa kreda na kamieniu rysuje Chrystusa, poniżej może głowę Madonny. Tymczasem zamyka się wokół niego krąg, artysta prostuje się i staje obok swego dzieła; czeka kwadrans, pół godziny, podczas gdy skąpo odliczone monety padają z kręgu widzów na członki, głowę i tułów jego figury. Zanim je zbierze, wszyscy się rozchodzą, a wizerunek zostaje w parę chwil rozdeptany.

Spośród owych kuglarskich sztuczek nieostatnią jest jedzenie makaronu rękami. Za pieniądze demonstruje się ją turystom. Inne są płatne podług taryfy. Przekupnie oferują stałe ceny za niedopałki papierosów wydłubywane ze szczelin chodnika po zamknięciu kawiarń. (Ongiś szukano ich przy pochodniach). Sprzedaje się je na straganach w dzielnicy portowej obok resztek z jadłodajń, wygotowanych kocich czaszek[2] i muszel.

Naokoło rozbrzmiewa muzyka – nie ta smętna, podwórkowa, lecz promienna, uliczna. Pękaty wózek, coś w rodzaju ksylofonu, obwieszony jest kolorowymi tekstami piosenek. Tu można je nabywać. Jeden kręci korbą, drugi pojawia się z talerzem przy każdym, kto zwykł w rozmarzeniu przystawać obok. Tak więc wszystko, co radosne – muzyka, zabawki, lody – jest artykułem obwoźnym, krąży po ulicach.

Ta muzyka wybrzmiewa z końcem ostatniego święta i jest przygrywką do następnego. Dzień świąteczny niepowstrzymanie przenika w każdy dzień powszedni. Tym życiem rządzi porowatość jako prawo wciąż na nowo, bez końca odkrywane. Gran niedzieli kryje się w każdym dniu tygodnia – a ileż tych dni w niedzieli!

A przecież żadne miasto nie więdnie tak szybko jak Neapol w ciągu paru godzin niedzielnego spokoju. Pełno w nim motywów świątecznych, zagnieżdżonych w najbardziej szarej niepokaźności. Gdy tutaj spuszcza się żaluzje w oknach, to jest to tak, jak gdyby gdzie indziej wciągano na maszt flagę. Chłopięca zbieranina łowi ryby w ciemnoniebieskich potokach i zadziera głowy ku uszminkowanym na czerwono kościelnym wieżom. Wysoko ponad ulicami ciągną się sznury na pranie, z których, niczym szeregi proporców, zwieszają się sztuki bielizny. Blade słońca rozbłyskują w słojach z zimnymi napojami. W dzień i w nocy te pawiloniki rozpylają delikatne aromatyczne soki, od których nawet język dowiaduje się, co to takiego owa porowatość.

Jeśli jednak w grę wchodzi tylko polityka albo kalendarz, to wszystko, co skrywane bądź rozproszone, splata się w jedno głośne święto. Jego uwieńczeniem jest z reguły pokaz ogni sztucznych nad morzem. Od lipca aż do września wieczorami jednolita wstęga ognia biegnie wzdłuż wybrzeża między Neapolem i Salerno. Raz nad Sorrento, to znów nad Minori albo Praiano, zawsze zaś ponad Neapolem stoją ogniste kule. Tutaj ogień otrzymuje kształt i sens. Rządzą tym mody i fortele. Każda kościelna gmina musi przebić święto sąsiadki nowymi efektami świetlnymi.

Przy tym element najstarszy pochodzenia chińskiego, czarodziej od pogody w postaci rakiet wybuchami rysujących kształt smoka, wyraźnie okazuje swą wyższość nad przepychem tellurycznym – nad słońcami przywartymi do ziemi i krucyfiksem w aureoli ogni św. Elma. Na wybrzeżu pinie w Giardino Pubblico tworzą krużganek procesyjny. Jadąc dalej w świąteczną noc, widzimy krople ognia wtulone w wierzchołki wszystkich drzew. Ale i tu nic z nastroju rozmarzenia. Dopiero hałasem wszelka apoteoza zyskuje sobie uznanie ludu. W Piedigrotcie, centrum neapolitańskiego święta, to dziecinne upodobanie do zgiełku przybiera oblicze wręcz dzikie. W noc 8 września gromady liczące nawet stu mężczyzn przeciągają wszystkimi ulicami. Dmą oni w ogromne papierowe trąby, których wyloty przysłaniają groteskowe maski. Gwałtownie, mówiąc raczej oględnie, jest się otoczonym, a z mnóstwa ich trąb wyrywa się ponury dźwięk raniący uszy. Widowisko jest bazą rozlicznych fachów. „Roma”, „Corriere di Napoli” – gazeciarze przeciągają swoje krzyki w nieskończoność, jakby mieli kawały gumy w ustach. Ich wrzask jest głosem miasta-fabryki.

Jak się prowadzi interesy?

Swoiste dla Neapolu sposoby zarobkowania graniczą z hazardem i splatają się ciasno ze świątecznymi uroczystościami.

Znana lista siedmiu grzechów głównych pychę umieściła w Genui, chciwość we Florencji (dawni Niemcy byli innego zdania i nazywali Florencją to, co nosi miano greckiej miłości), lubieżność w Wenecji, gniew w Bolonii, obżarstwo w Mediolanie, zawiść w Rzymie, a w Neapolu lenistwo.

Loteria liczbowa, fascynująca tutejszych ludzi i rujnująca ich jak nigdzie indziej we Włoszech, pozostaje arcywzorem zarobkowania. Każdej soboty około czwartej robi się tłoczno na placyku przed domem, w którym losowane są numery. Neapol to jedno z nielicznych miast z własnym ciągnieniem. Lombard i loteria są kleszczami, w których państwo trzyma ten proletariat: co podsunie mu z jednej strony, wnet odbiera z drugiej. Bardziej rozważne i liberalne odurzenie hazardem, w którym uczestniczy cała rodzina, wypiera to alkoholowe.

Dostosowuje się do tego sposób prowadzenia interesów. Na rogu ulicy stoi na wyprzężonej kolasce mężczyzna. Wokoło kłębi się stłoczony tłum. Klapa kozła jest uniesiona, spod niej zaś handlarz, nie przerywając reklamy, coś wyciąga. Nim zdołamy zauważyć, co to takiego, ów przedmiot znika, owinięty różowym lub zielonym papierkiem. Człowiek unosi go wysoko i natychmiast jest on sprzedany za parę soldów. Czy w papierku są losy? A może ciastka z monetą w co dziesiątym? Co sprawia, że ludzi ogarnia taka pożądliwość, a ten pan jest nieprzenikniony jak sam Mograby[3]? Sprzedaje pastę do zębów.

Nieocenionym narzędziem takiego interesu jest aukcja. Gdy uliczny hand larz już około ósmej rano rozpakowuje towar, prezentując swej publiczności po kolei parasole, płótno na koszule, chustki – nieufnie, jak gdyby musiał wpierw sam sprawdzić ich jakość – następnie stopniowo się rozgrzewa, rzuca fantastyczne ceny, oferując pokaźną sztukę sukna za 500 lirów; gdy rozkłada ją, z powrotem składa i za każdym ruchem spuszcza z ceny, aby w końcu, gdy już jako szczupły tobołek trzyma ją na ręce, wziąć za nią 50 – wówczas okazuje się wierny prastarym jarmarcznym praktykom. Śliczne historie krążą o osławionej namiętności neapolitańczyków do handlu. Na ruchliwym placu pewna otyła pani upuszcza wachlarz. Bezradnie rozgląda się wokół, sama z powodu swej nieforemności niezdolna się poń schylić. Ale oto staje przy niej dżentelmen deklarujący chęć pomocy – za 50 lirów. Targują się, dama odzyskuje swój wachlarz za 10.

Błogie roztargnienie w składzie towarów! Gdyż i on tworzy całość ze straganem: bazar. Uprzywilejowany jest długi pasaż. Jeśli przeszklony, to marny w nim sklep z zabawkami (w którym można też kupić perfumy i kieliszki do likierów), mogący wytrzymać porównanie z bajkowymi galeriami. W Neapolu jako galeria funkcjonuje główna ulica, Toledo. Jedna z najruchliwszych na Ziemi. Po obu stronach tego wąskiego korytarza leży porozkładane bezczelnie, prostacko i ponętnie wszystko, co trafiło do portowego miasta. Zaiste, tylko baśnie znają takie długie korytarze, które trzeba przemierzać, nie spoglądając ani w lewo, ani w prawo, jeśli nie chce się trafić na diabła. Jest dom towarowy, w miastach ponadto magnetycznie przyciągający plac handlowy. Ale nie ma on uroku, więcej jest go we wszelkiej zbieraninie spiętrzonej na szczupłej przestrzeni. Ale oto w innym miejscu wynurza się znów, z natłoku małych kramów, jakiś niewielki sklepik – z piłkami do gry, mydłami i czekoladą.

Egzystencja to sprawa kolektywna

Rozproszone, porowate i splątane jest życie prywatne. Tym, co wyróżnia Neapol spośród wszystkich wielkich miast, jest jego podobieństwo do hotentockiego krala; wszelkie zachowania i urządzenia prywatne przenika nurt życia zbiorowego.

Egzystencja, coś dla północnego Europejczyka najprywatniejszego, tutaj jest, jak w kralu Hotentotów, sprawą kolektywną.

Tak więc dom to bynajmniej nie azyl, w którym ludzie się chronią, lecz niewyczerpany ich zasobnik. To, co żyje, wylewa się nie tylko przez drzwi. I nie tylko na placyk przed domem, gdzie ludzie wykonują swoją pracę na stołkach (bo potrafią z własnego ciała zrobić stół). Gospodarstwa domowe zwisają z balkonów jak doniczkowe rośliny. Z okien najwyższych pięter zjeżdżają w dół na sznurach koszyki na pocztę, owoce i węgiel.

Jak izba ze swoimi sprzętami, paleniskiem i ołtarzykiem powraca na ulicę, tak też ulica wprowadza się do izby, tyle że o wiele głośniej. Nawet w najuboższej pełno jest świec woskowych, biskwitowych światków, fotografii na ścianach i żelaznych łóżek, tak jak na ulicy – wozów, ludzi i świateł. Za sprawą biedy nastąpiło rozciągnięcie granic i odbija się w tym, jak w lustrze, najpromienniejsza swoboda ducha. Na spanie i jedzenie nie ma żadnej określonej pory, często też miejsca.

Im uboższa dzielnica, tym więcej garkuchni. Z palenisk pod gołym niebem każdy, jeśli go stać, bierze to, czego mu trzeba. Ta sama potrawa u każdego kucharza smakuje inaczej; gotuje się nie na chybił trafił, lecz podług sprawdzonych przepisów. Kiedy w oknie najskromniejszej nawet trattorii wyłożony jest do oceny stos ryb i połci mięsa, to jest w tym pewien niuans przekraczający oczekiwania znawcy. Z myślą o tym żeglarski ludek powołał na rynku rybnym do istnienia imponującą republikę w niderlandzkim stylu. Rozgwiazdy, raki, polipy z wód zatoki rojących się od żywych stworów pokrywają lady; często łyka się je na surowo, z lekka tylko skropione cytryną. Fantastycznie zaczynają wyglądać nawet banalne zwierzęta lądowe. Na czwartym–piątym piętrze tych czynszówek ludzie trzymają krowy. Zwierzęta nigdy nie wychodzą na zewnątrz, a ich racice są już tak przerośnięte, że nie mogą one ustać na nogach.

Jak w ogóle da się spać w takich izbach? Co prawda, stoi w nich tyle łóżek, ile się zmieści, ale nawet jeśli jest ich sześć albo siedem, to lokatorów bywa często ponad dwakroć więcej. Dlatego dzieci widuje się na ulicach do późna w noc, około dwunastej albo nawet drugiej. Następnie, polegując za ladą albo na schodach, śpią one aż do południa. Taki sen zatem – który odrabiają również mężczyźni i kobiety w mrocznych zakątkach – niepodobny jest do osłoniętego snu na Północy. Także tu następuje przenikanie się dnia z nocą, hałasów ze spokojem, zewnętrznego świata z ciemnością wewnątrz, ulicy z domowym zaciszem.

Kontynuację mamy nawet w zabawkach. Załzawiona Madonna, z Dzieciątkiem o spełzłych monachijskich kolorach, wisi na mu rach domów. Chłopczyk, którego trzy ma przed sobą niczym berło, jest sztywny i ciasno spowinięty, pozbawiony rąk i nóg dokładnie tak samo jak drewniane lalki w najnędzniejszych sklepikach Santa Lucii. Z takimi zabawkami bachory mogą się rozkładać gdzie popadnie. One też dzierżą w swych piąstkach berła i różdżki magiczne, którymi jeszcze dziś bizantyjski Zbawiciel okazuje swą władzę. Z tyłu surowe drewno, parę maźnięć farbą tylko z przodu. Niebieska suknia, białe cętki, czerwona lamówka i czerwone policzki.

Jednak demon sprośności zagnieździł się w wielu takich lalkach, spoczywających w witrynach pod stosami taniej papeterii, drewnianych klamerek i blaszanych baranków. W przeludnionych dzielnicach również dzieci szybko zaznajamiają się ze sprawami płci. Ale jeśli gdzieś przychówek zostaje przetrzebiony, umiera ojciec rodziny albo matka mocno niedomaga – to nie od razu potrzebny jest bliższy lub dalszy krewny. Jakaś sąsiadka na czas krótszy lub dłuższy bierze dziecko na utrzymanie, i tak przenikają się wzajem rodziny w sytuacjach poniekąd równoznacznych z adopcją. Prawdziwymi laboratoriami tego wielkiego wzajemprzenikania są kawiarnie. Życie nigdy w nich nie osiada, nie wchodzi w stagnację. Są to prozaiczne, otwarte miejsca w typie ludowych kawiarń politycznych, których ciasnomieszczańska kawiarnia wiedeńska o literackim sznycie stanowi przeciwieństwo. Kawiarnie neapolitańskie są małomówne. Dłuższe w nich przesiadywanie jest raczej wykluczone. Filiżanka supergorącego espresso – w gorących napitkach to miasto jest nie do pobicia, podobnie jak w sorbetach, pienistych winach i lodach – i do widzenia, drogi gościu. Stoliki lśnią miedzią, są małe i okrągłe, a nieokrzesane towarzystwo już w progu niechętnie robi w tył zwrot. Tylko nieliczni zajmują tu miejsce przez chwilę. Kilka szybkich ruchów dłoni – i to jest całe zamówienie.

Język gestów ma tu zakres znacznie większy niż gdziekolwiek indziej we Włoszech. Ich mowa jest dla kogoś z zewnątrz zupełnie niezrozumiała. Uszy, nos, oczy, pierś i ramiona to maszty sygnałowe sterowane palcami. Ten podział powraca w ich wymyślnie specjalistycznej erotyce. Uczynne gesty, niecierpliwe dotyki przykuwają uwagę obcego swoją regularnością, która wyklucza przypadek. Tak, tutaj mógłby on zostać okpiony i sprzedany, ale neapolitańczyk dobrodusznie go odprawia. Parę kilometrów dalej, w stronę Mori. Vedere Napoli e poi Mori, mówi on za starym powiedzonkiem. „Zobaczyć Neapol i umrzeć” – wtóruje mu Niemiec.

 

Tłumaczył Ireneusz Kania

Na podstawie: Walter Benjamin, Gesammelte Schriften IV.I, red. T. Rexroth, Suhrkamp Verlag, Frankfurt am Main 1972. Pierwotnie tekst ukazał się w „Frankfurter Zeitung”, 19 sierpnia 1925.Śródtytuły zostały dodane przez redakcję.

[1] Domus Vettiorum, odkopany w latach 1894–1895 (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

[2] Wygotowane do czysta kocie czaszki grały jakąś rolę (amuletów bądź przedmiotów magicznych) w ludowych wierzeniach neapolitańskich.

[3] Tytułowy bohater popularnego w latach 20. XX w. zbioru baśni.

Kup numer