70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Rozpieszczony amerykański umysł

W imię emocjonalnego dobrostanu studenci college’ów coraz mocniej domagają się ochrony przed słowami i ideami, które im się nie podobają. Wyjaśniamy, dlaczego ma to niszczycielski wpływ na edukację i zdrowie psychiczne.

Coś dziwnego dzieje się w amerykańskich college’ach i na uniwersytetach. Narasta ruch – napędzany na oślep w większości przez studentów – szorowania kampusów do czysta ze słów, idei i zagadnień, które mogą wywoływać niepokój albo obrażać. W grudniu 2014 r. Jeannie Suk opublikowała w sieci artykuł napisany dla „The New Yorkera” o studentach prawa, którzy poprosili jej kolegów wykładowców o to, aby nie uczyli ich o przepisach prawa dotyczących gwałtu – a w jednym przypadku, aby nawet nie używali słowa „przemoc” (np. „przemoc wobec prawa”), ponieważ może to wywołać u studentów przygnębienie. W lutym 2015 r. Laura Kipnis, profesor Uniwersytetu Północno-Zachodniego, napisała esej dla „The Chronicle of Higher Education”, w którym scharakteryzowała nową politykę kampusów – politykę seksualnej paranoi. Została poddana długiemu dochodzeniu na wniosek studentów, którzy poczuli się obrażeni artykułem oraz zamieszczonym przez nią tweetem i zarzucili jej naruszenie Tytułu IX [to tzw. poprawka edukacyjna, podpisana przez prezydenta Richarda Nixona w 1972 r.: „Żadna osoba w Stanach Zjednoczonych nie może być, ze względu na płeć, wykluczona z udziału w jakimkolwiek programie edukacyjnym lub działalności otrzymującej federalną pomoc finansową, nie może być pozbawiona korzyści z tego tytułu ani nie może być dyskryminowana” – przyp. red.]. W czerwcu profesor, ukrywający się pod pseudonimem, przygotował esej dla „Vox”, w którym opisał, z jaką ostrożnością musi teraz uczyć.

„Jestem liberalnym profesorem, a moi liberalni studenci przerażają mnie”, informuje nagłówek. Wielu popularnych komików, np. Chris Rock, przestało występować na kampusach college’ów. Jerry Deinfeld i Bill Maher publicznie potępili nadwrażliwość studentów, mówiąc, że zbyt wielu nie rozumie dowcipów.

W słowniku kampusów szybko pojawiły się dwa terminy. Mikroagresje to drobne działania lub zestawienia słów, za którymi na pierwszy rzut oka nie kryją się złe intencje, ale mimo to zostają uznane za swego rodzaju przemoc. Na przykład według wytycznych z niektórych kampusów mikroagresją może być postawienie Amerykanom pochodzenia azjatyckiego lub latynoamerykańskiego pytania: „Gdzie się urodziłeś / -aś?”, ponieważ może ono im sugerować, że nie są prawdziwymi Amerykanami. Ostrzeżenia przed bolesnymi treściami (ang. trigger warnings) to ostrzeżenia, które wykładowcy mają zgłaszać, jeśli coś w programie nauczania może wywoływać silne reakcje emocjonalne. Część studentów np. została uprzedzona, że powieść Wszystko rozpada się Chinuy Achebe opisuje przemoc na tle rasowym, zaś Wielki Gatsby Francisa Scotta Fitzgeralda portretuje mizoginię oraz przemoc fizyczną, w związku z czym studenci, którzy doświadczyli rasizmu albo przemocy domowej, mają prawo unikać tych dzieł, bowiem mogą one „wyzwolić” (ang. trigger) powroty minionej traumy.

Część obecnych działań na kampusach graniczy z surrealizmem. W kwietniu 2015 r. na Uniwersytecie Brandeisa stowarzyszenie amerykańskich studentów pochodzenia azjatyckiego chciało zwiększyć świadomość narastania mikroagresji skierowanej przeciwko Azjatom, przygotowując instalację na schodach uczelnianego holu. Instalacja dawała przykłady mikroagresji, takie jak: „Czy nie powinieneś być dobry z matematyki?” albo „Jestem ślepy na kolory! Nie widzę ras”. Wywołała ona jednak odwrotną reakcję wśród pozostałych amerykańskich studentów tej samej mniejszości, którzy ją samą uznali za mikroagresję. Stowarzyszenie usunęło instalację, a jego przewodniczący wystosował e-mail do wszystkich studentów, w którym przeprosił każdego, kto „poczuł się zagrożony albo zraniony treścią mikroagresji”.

Ten nowy klimat z wolna nabiera form instytucjonalnych i zaczyna wpływać na to, co można mówić w salach lekcyjnych i wykładowych, nawet jako punkt wyjścia do dyskusji. W roku szkolnym 2014–2015 dziekani i dyrektorzy wydziałów z dziesięciu uczelni tworzących Uniwersytet Kalifornijski (UCLA) uczestniczyli w sesjach treningowych dla liderów, w trakcie których podawano im przykłady mikroagresji. Na liście agresywnych wyrażeń znalazły się m.in. „Ameryka to kraj możliwości” czy „Wierzę, że pracę powinna dostać osoba o najwyższych kwalifikacjach”.

Prasa na ogół opisuje te wydarzenia jako odrodzenie politycznej poprawności. Częściowo ma rację, choć istnieją poważne różnice między tym, co się dzieje teraz, a tym, co się działo się w latach 80. i 90. Tamten ruch dążył do ograniczenia mowy (zwłaszcza mowy nienawiści skierowanej do marginalizowanych grup), ale też zmienił kanony literackie, filozoficzne i historyczne, poszerzając je o bardziej zróżnicowane punkty widzenia. Obecny ruch koncentruje się głównie na emocjonalnym dobrostanie. Bardziej niż ten wcześniejszy zakłada nadzwyczajną wrażliwość wspólnej psychiki, a w efekcie stawia na czołowym miejscu ochronę studentów przed psychologicznymi krzywdami. Nadrzędnym celem wydaje się przemiana kampusów w „bezpieczne przestrzenie”, w których młodzi ludzie będą chronieni przed słowami i ideami, mogącymi sprawić, że poczują się niekomfortowo. Współczesny ruch okazuje się też mocniej niż poprzedni nastawiony na karanie wszystkich, którzy utrudniają osiągnięcie tego celu, nawet przypadkowo. Można by nazwać ten impuls mściwą ochroną. Tworzy to kulturę, w której każdy musi zastanowić się dwa razy, zanim cokolwiek powie, bo w przeciwnym razie spotka się z niewrażliwością, agresją albo czymś jeszcze gorszym.

Przez pewien czas badaliśmy rozwój tego zjawiska z narastającym niepokojem. Niebezpieczeństwa, jakie te trendy niosą dla osiągnięć naukowych i jakości amerykańskich uniwersytetów, są znaczące; moglibyśmy poświęcić cały esej na ich szczegółową prezentację. Skupimy się jednak na innej kwestii: jaki jest wpływ tych nowych form ochrony na samych studentów? Czy przynoszą korzyści ludziom, którym z założenia powinny pomagać? Czego tak naprawdę uczą się studenci, kiedy spędzają co najmniej cztery lata w społeczności, która karze za nieświadome przejęzyczenia, umieszcza ostrzegawcze etykiety na klasycznych dziełach literackich i na różne inne sposoby rozprzestrzenia poczucie, że słowa mogą być formami przemocy, jaka wymaga ścisłej kontroli ze strony władz uczelni, mających działać równocześnie jako obrońcy i jako oskarżyciele.— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter