Jonathan Haidt, Greg Lukianoff marzec 2020

Rozpieszczony amerykański umysł

W imię emocjonalnego dobrostanu studenci college’ów coraz mocniej domagają się ochrony przed słowami i ideami, które im się nie podobają. Wyjaśniamy, dlaczego ma to niszczycielski wpływ na edukację i zdrowie psychiczne.

Artykuł z numeru

Jak mówi prawica?

Jak mówi prawica?

Coś dziwnego dzieje się w amerykańskich college’ach i na uniwersytetach. Narasta ruch – napędzany na oślep w większości przez studentów – szorowania kampusów do czysta ze słów, idei i zagadnień, które mogą wywoływać niepokój albo obrażać. W grudniu 2014 r. Jeannie Suk opublikowała w sieci artykuł napisany dla „The New Yorkera” o studentach prawa, którzy poprosili jej kolegów wykładowców o to, aby nie uczyli ich o przepisach prawa dotyczących gwałtu – a w jednym przypadku, aby nawet nie używali słowa „przemoc” (np. „przemoc wobec prawa”), ponieważ może to wywołać u studentów przygnębienie. W lutym 2015 r. Laura Kipnis, profesor Uniwersytetu Północno-Zachodniego, napisała esej dla „The Chronicle of Higher Education”, w którym scharakteryzowała nową politykę kampusów – politykę seksualnej paranoi. Została poddana długiemu dochodzeniu na wniosek studentów, którzy poczuli się obrażeni artykułem oraz zamieszczonym przez nią tweetem i zarzucili jej naruszenie Tytułu IX [to tzw. poprawka edukacyjna, podpisana przez prezydenta Richarda Nixona w 1972 r.: „Żadna osoba w Stanach Zjednoczonych nie może być, ze względu na płeć, wykluczona z udziału w jakimkolwiek programie edukacyjnym lub działalności otrzymującej federalną pomoc finansową, nie może być pozbawiona korzyści z tego tytułu ani nie może być dyskryminowana” – przyp. red.]. W czerwcu profesor, ukrywający się pod pseudonimem, przygotował esej dla „Vox”, w którym opisał, z jaką ostrożnością musi teraz uczyć.

„Jestem liberalnym profesorem, a moi liberalni studenci przerażają mnie”, informuje nagłówek. Wielu popularnych komików, np. Chris Rock, przestało występować na kampusach college’ów. Jerry Deinfeld i Bill Maher publicznie potępili nadwrażliwość studentów, mówiąc, że zbyt wielu nie rozumie dowcipów.

W słowniku kampusów szybko pojawiły się dwa terminy. Mikroagresje to drobne działania lub zestawienia słów, za którymi na pierwszy rzut oka nie kryją się złe intencje, ale mimo to zostają uznane za swego rodzaju przemoc. Na przykład według wytycznych z niektórych kampusów mikroagresją może być postawienie Amerykanom pochodzenia azjatyckiego lub latynoamerykańskiego pytania: „Gdzie się urodziłeś / -aś?”, ponieważ może ono im sugerować, że nie są prawdziwymi Amerykanami. Ostrzeżenia przed bolesnymi treściami (ang. trigger warnings) to ostrzeżenia, które wykładowcy mają zgłaszać, jeśli coś w programie nauczania może wywoływać silne reakcje emocjonalne. Część studentów np. została uprzedzona, że powieść Wszystko rozpada się Chinuy Achebe opisuje przemoc na tle rasowym, zaś Wielki Gatsby Francisa Scotta Fitzgeralda portretuje mizoginię oraz przemoc fizyczną, w związku z czym studenci, którzy doświadczyli rasizmu albo przemocy domowej, mają prawo unikać tych dzieł, bowiem mogą one „wyzwolić” (ang. trigger) powroty minionej traumy.

Część obecnych działań na kampusach graniczy z surrealizmem. W kwietniu 2015 r. na Uniwersytecie Brandeisa stowarzyszenie amerykańskich studentów pochodzenia azjatyckiego chciało zwiększyć świadomość narastania mikroagresji skierowanej przeciwko Azjatom, przygotowując instalację na schodach uczelnianego holu. Instalacja dawała przykłady mikroagresji, takie jak: „Czy nie powinieneś być dobry z matematyki?” albo „Jestem ślepy na kolory! Nie widzę ras”. Wywołała ona jednak odwrotną reakcję wśród pozostałych amerykańskich studentów tej samej mniejszości, którzy ją samą uznali za mikroagresję. Stowarzyszenie usunęło instalację, a jego przewodniczący wystosował e-mail do wszystkich studentów, w którym przeprosił każdego, kto „poczuł się zagrożony albo zraniony treścią mikroagresji”.

Ten nowy klimat z wolna nabiera form instytucjonalnych i zaczyna wpływać na to, co można mówić w salach lekcyjnych i wykładowych, nawet jako punkt wyjścia do dyskusji. W roku szkolnym 2014–2015 dziekani i dyrektorzy wydziałów z dziesięciu uczelni tworzących Uniwersytet Kalifornijski (UCLA) uczestniczyli w sesjach treningowych dla liderów, w trakcie których podawano im przykłady mikroagresji. Na liście agresywnych wyrażeń znalazły się m.in. „Ameryka to kraj możliwości” czy „Wierzę, że pracę powinna dostać osoba o najwyższych kwalifikacjach”.

Prasa na ogół opisuje te wydarzenia jako odrodzenie politycznej poprawności. Częściowo ma rację, choć istnieją poważne różnice między tym, co się dzieje teraz, a tym, co się działo się w latach 80. i 90. Tamten ruch dążył do ograniczenia mowy (zwłaszcza mowy nienawiści skierowanej do marginalizowanych grup), ale też zmienił kanony literackie, filozoficzne i historyczne, poszerzając je o bardziej zróżnicowane punkty widzenia. Obecny ruch koncentruje się głównie na emocjonalnym dobrostanie. Bardziej niż ten wcześniejszy zakłada nadzwyczajną wrażliwość wspólnej psychiki, a w efekcie stawia na czołowym miejscu ochronę studentów przed psychologicznymi krzywdami. Nadrzędnym celem wydaje się przemiana kampusów w „bezpieczne przestrzenie”, w których młodzi ludzie będą chronieni przed słowami i ideami, mogącymi sprawić, że poczują się niekomfortowo. Współczesny ruch okazuje się też mocniej niż poprzedni nastawiony na karanie wszystkich, którzy utrudniają osiągnięcie tego celu, nawet przypadkowo. Można by nazwać ten impuls mściwą ochroną. Tworzy to kulturę, w której każdy musi zastanowić się dwa razy, zanim cokolwiek powie, bo w przeciwnym razie spotka się z niewrażliwością, agresją albo czymś jeszcze gorszym.

Przez pewien czas badaliśmy rozwój tego zjawiska z narastającym niepokojem. Niebezpieczeństwa, jakie te trendy niosą dla osiągnięć naukowych i jakości amerykańskich uniwersytetów, są znaczące; moglibyśmy poświęcić cały esej na ich szczegółową prezentację. Skupimy się jednak na innej kwestii: jaki jest wpływ tych nowych form ochrony na samych studentów? Czy przynoszą korzyści ludziom, którym z założenia powinny pomagać? Czego tak naprawdę uczą się studenci, kiedy spędzają co najmniej cztery lata w społeczności, która karze za nieświadome przejęzyczenia, umieszcza ostrzegawcze etykiety na klasycznych dziełach literackich i na różne inne sposoby rozprzestrzenia poczucie, że słowa mogą być formami przemocy, jaka wymaga ścisłej kontroli ze strony władz uczelni, mających działać równocześnie jako obrońcy i jako oskarżyciele.

W kręgach edukacyjnych często słyszy się: „Nie ucz studentów, co myśleć; ucz ich, jak myśleć”. Idea pochodzi co najmniej z czasów Sokratesa. Dzisiaj to, co nazywamy „metodą sokratejską”, jest sposobem nauczania, który zmusza do krytycznego myślenia zarówno poprzez zachęcanie uczniów i studentów do kwestionowania własnych niesprawdzonych przekonań, jak i przyjmowanie wiedzy od tych, którzy są wokół. Takie kwestionowanie czasami prowadzi do dyskomfortu, a nawet do gniewu, na drodze do zrozumienia.

Jednak mściwa ochrona uczy młodych ludzi myślenia w zupełnie inny sposób. Słabo przygotowuje ich do życia zawodowego, często wymagającego intelektualnych potyczek z osobami czy ideami, które mogą się wydawać nieprzyjazne lub błędne. Krzywda może być także bardziej bezpośrednia. Kampusowa kultura nastawiona na kontrolowanie mowy i karanie mówców ma duże szanse stworzyć wzorce myślenia zaskakująco podobne do tych, które terapeuci poznawczo-behawioralni długo interpretowali jako przyczyny depresji i lęku. Nowa opiekuńczość może uczyć studentów patologicznego myślenia.

 

Jak się tu znaleźliśmy?

Trudno powiedzieć, dlaczego mściwa ochrona tak bardzo nasiliła się w ostatnich latach. Ten fenomen może się wiązać z aktualnymi zmianami w interpretacjach krajowych przepisów antydyskryminacyjnych (o czym nieco później). Odpowiedź jednak powinna zapewne obejmować także zmiany pokoleniowe. Już samo dzieciństwo uległo zmianom na przestrzeni jednego pokolenia. Wiele osób z generacji Baby Boomers i pokolenia X pamięta, jak w wieku ośmiu czy dziewięciu lat ścigały się na rowerach po rodzinnych miasteczkach, wolne od nadopiekuńczości rodziców. Po szkole dzieci miały się same sobą zajmować i uczyć z własnych doświadczeń, co prowadziło do niewielkich obrażeń. W latach 80. jednak „beztroskie” dzieciństwo było już mniej powszechne. Wzrost przestępczości od lat 60. do początku lat 90. sprawił, że rodzice z pokolenia Baby Boomers stali się bardziej opiekuńczy niż ich właśni ojcowie i matki. Media coraz częściej publikowały historie o porwanych dzieciach, a od 1984 r. ich wizerunki zaczęły się nawet pojawiać na pudełkach z mlekiem. W odpowiedzi wielu rodziców ograniczyło dzieciom swobodę i pracowało ciężej na rzecz ich ochrony.

Dążenie do bezpieczeństwa opanowało także szkoły. Niebezpieczne urządzenia zostały usunięte z placów zabaw; masło orzechowe zniknęło z uczniowskich posiłków. Po masakrze w Colombine w 1999 r. [dwaj uczniowie miejscowej szkoły średniej zastrzelili w czasie zajęć 12 kolegów oraz jednego nauczyciela, a także ranili 24 osoby, po czym popełnili samobójstwo – przyp. red.] wiele szkół wzięło się za bullying, wprowadzając politykę „zero tolerancji” wobec przejawów znęcania się.

Na różne sposoby dzieci urodzone po 1980 r. – milenialsi – otrzymywały stały przekaz od dorosłych: życie jest niebezpieczne, ale dorośli zrobią wszystko, co w ich mocy, aby chronić was przed skrzywdzeniem nie tylko przez obcych, ale też przez kolegów i przyjaciół.

Te same dzieci dorastały w kulturze, która była (i wciąż jest) bardziej spolaryzowana politycznie. Republikanie i demokraci nigdy za sobą nie przepadali, ale badania prowadzone w latach 70. pokazywały, że obopólna niechęć jest zaskakująco łagodna. Jednak negatywne uczucia konsekwentnie narastały, zwłaszcza od początku obecnego stulecia. Politolodzy nazywają ten proces „afektywną polaryzacją partyjną”, i stanowi on poważny problem dla wszystkich demokracji. W miarę jak każda ze stron coraz bardziej demonizuje drugą, kompromis między nimi staje się coraz trudniejszy. Aktualne badania pokazują, że ukryte lub nieświadome uprzedzenia między partiami politycznymi są co najmniej tak samo silne jak między rasami.

Nietrudno więc zrozumieć, dlaczego studenci przybywający dzisiaj na kampusy mogą bardziej domagać się ochrony i być bardziej wrogo nastawieni wobec ideologicznych oponentów niż poprzednie pokolenia. Ta wrogość i przekonanie o własnej nieomylności, napędzane silnymi subiektywnymi emocjami, mogą wzmacniać wszelkie moralne krucjaty. Zasada psychologii moralności głosi, że „moralność wiąże i oślepia”. Częścią procesu dokonywania osądów moralnych jest wyrażanie przynależności do grupy. Może to jednak osłabiać naszą zdolność do krytycznego myślenia. Przyznanie, że odmienny punkt widzenia drugiej strony może mieć sens, jest ryzykowne – członkowie twojej grupy mogą cię uznać za zdrajcę.

Media społecznościowe niewiarygodnie ułatwiły podejmowanie takich krucjat, wyrażanie solidarności i gniewu, a także piętnowanie zdrajców. Facebook został uruchomiony w 2004 r., a od 2006 r. mogą na nim zakładać konta 13-letnie dzieci. Oznacza to, że pierwsza fala studentów, którzy spędzili okres dorastania na Facebooku, przyszła do college’ów w 2011 r. i nie tak dawno go opuściła.

Te pierwsze prawdziwe „plemiona mediów społecznościowych” mogą różnić się od poprzednich generacji tym, jak podchodzą do dzielenia się moralnymi osądami i wzajemnego wspierania się w moralnych kampaniach i konfliktach. Widzimy wiele dobrego w tych trendach; współcześni młodzi ludzie są zaangażowani we wzajemne relacje, w aktualne tematy i prospołeczne działania w znacznie większym stopniu niż wtedy, gdy dominującą technologią była telewizja.

Media społecznościowe jednak zasadniczo zmieniły równowagę sił pomiędzy studentami i pracownikami naukowymi; ci drudzy coraz bardziej obawiają się tego, co ci pierwsi mogą zrobić z ich reputacją i karierą, gdy zaczną wykorzystywać internet przeciwko nim.

Nie chcemy sugerować prostego związku przyczynowego, ale w ostatnich latach wyraźnie wzrosła liczba przypadków zaburzeń psychicznych u młodych ludzi, zarówno na kampusach, jak i poza nimi. Część tego wzrostu wynika z pewnością z lepszego diagnozowania i większej gotowości na poszukiwanie pomocy, niemniej znaczna część ekspertów uważa, że jest on rzeczywisty. W 2013 r. Stowarzyszenie Doradcze Amerykańskich College’ów (ang. American College Counseling Association) przeprowadziło badania ankietowe wśród dyrektorów niemal wszystkich kampusów. Pokazały one, że przybywa studentów cierpiących z powodu ostrych problemów psychologicznych. Sami studenci także oceniają jako wysoki poziom swojego emocjonalnego dyskomfortu. Co gorsza, ta grupa rośnie. Jak pokazały badania, przeprowadzone w 2014 r. przez Amerykańskie Stowarzyszenie ds. Zdrowia w College’ach (ang. American College Health Association), 54% uczestników informowało o „poczuciu przytłaczającego lęku” w ciągu 12 miesięcy poprzedzających badanie, podczas gdy pięć lat wcześniej ten odsetek wyniósł 49%. Wydaje się, że studenci informują o narastaniu kryzysów emocjonalnych; wielu sprawia wrażenie bezbronnych, i to z pewnością zmieniło sposób, w jaki pracownicy naukowi i władze uniwersytetów odnoszą się do nich. Pojawia się jednak pytanie, czy te zmiany przynoszą więcej dobrego czy złego.

Myślenie jako lekarstwo

Od stuleci filozofowie rozumieją, że nie widzimy życia takim, jakie ono jest; widzimy jego wersję, przefiltrowaną przez nasze nadzieje, lęki i inne dodatki. Budda powiedział: „Nasze życie jest wytworem naszego umysłu”. Marek Aureliusz stwierdził: „Nasze życie jest takim, jakim uczyniły je nasze myśli”. W wielu tradycjach poszukiwanie mądrości rozpoczyna się od takiego wglądu. Wcześni buddyści i stoicy rozwinęli praktykowanie ograniczania przywiązań, jaśniejszego myślenia i uwalniania się od zawirowań zwykłego życia psychicznego.

Terapia poznawczo-behawioralna jest ucieleśnieniem starożytnej mądrości. To najszerzej zbadana, bezlekowa terapia zaburzeń psychicznych, powszechnie wykorzystywana w leczeniu depresji, zaburzeń lękowych, zaburzeń jedzenia i uzależnień. Bywa pomocna nawet w leczeniu schizofrenii. Nie stwierdzono, aby jakakolwiek inna forma psychoterapii mogła być tak szeroko wykorzystywana. Badania generalnie pokazują, że w leczeniu lęków i depresji jest ona tak samo skuteczna jak antydepresanty (np. prozac). Terapia jest szybka i łatwo się jej nauczyć; po kilku miesiącach treningu wielu pacjentów może stosować ją samodzielnie. W przeciwieństwie do leków efekty terapii poznawczo-behawioralnej utrzymują się długo po zakończeniu jej stosowania, ponieważ uczy ona ludzi umiejętności myślenia, które mogą ciągle wykorzystywać.

Celem tej terapii jest zminimalizowanie zniekształconego myślenia i bardziej realne postrzeganie świata. Zaczynasz od nauki nazw co najmniej dziesięciu powszechnych zniekształceń poznawczych (takich jak nadmierne uogólnianie, odrzucanie pozytywów czy emocjonalne uzasadnianie; patrz lista na końcu tekstu). Za każdym razem gdy zauważysz, że stajesz się ofiarą jednego z tych zniekształceń, nazwij je, opisz szczegóły sytuacji, rozważ alternatywne interpretacje, a potem wybierz taką, jaka będzie zgodna z zaistniałymi faktami. Twoje emocje podążą za tą interpretacją. Z czasem ten proces będzie się odbywał automatycznie. Gdy ludzie poprawią swoją higienę psychiczną w ten sposób – a więc uwolnią się od natrętnych nieracjonalnych myśli, zajmujących wcześniej tak znaczną część ich świadomości – będą mniej zestresowani, mniej lękliwi i mniej rozgniewani.

Podobieństwo z formalną edukacją jest oczywiste: terapia poznawczo-behawioralna uczy umiejętności krytycznego myślenia, a więc czegoś, co edukatorzy od dawna starają się rozbudzić. Według niemal wszystkich definicji krytyczne myślenie wymaga oparcia przekonań bardziej na dowodach niż na emocjach czy pragnieniach oraz nauczenia się poszukiwania i oceniania dowodów, które mogłyby stać w opozycji do pierwotnych założeń. Czy jednak współczesne życie w kampusach wymusza krytyczne myślenie? Czy też skłania studentów do myślenia w sposób bardziej zniekształcony?

Przyjrzyjmy się aktualnym trendom w szkolnictwie wyższym pod kątem zniekształceń, jakie identyfikuje terapia poznawczo-behawioralna. Nazwy i opisy tych zniekształceń zaczerpnęliśmy z popularnej książki Davida D. Burnsa Feeling Good (Dobre samopoczucie), jak również z drugiego wydania Treatment Plans and Interventions for Depression and Anxiety Disorders (Plany leczenia oraz przykłady interwencji podczas depresji i zaburzeń lękowych) autorstwa Roberta L. Leahy’ego, Stephena J. F. Hollanda oraz Laty K. McGinn.

 

Szkolnictwo wyższe w uścisku „uzasadniania emocjonalnego”

Burns definiuje uzasadnianie emocjonalne jako założenie, że „negatywne emocje z całą pewnością odzwierciedlają prawdziwą naturę rzeczy: »Tak to czuję, więc to musi być prawda«”. Z kolei Leahy, Holland i McGinn definiują je jako zgodę na to, aby „twoje uczucia kierowały twoją interpretacją rzeczywistości”. Oczywiście subiektywne odczucia nie zawsze są godnymi zaufania przewodnikami; mogą skłonić ludzi do potępiania tych, którzy nie zrobili nic złego. Terapia często wymaga odwiedzenia samego siebie od idei, że każda emocjonalna reakcja reprezentuje coś autentycznego lub ważnego.

Uzasadnianie emocjonalne dominuje w wielu kampusowych debatach i dyskusjach. Twierdzenie, że czyjeś słowa są „napastliwe”, nie jest tylko wyrazem subiektywnego odczucia bycia zaatakowanym. Jest raczej publicznym oskarżeniem, że mówca zrobił coś obiektywnie złego. Jest domaganiem się, aby mówca przeprosił albo został ukarany przez odpowiednie władze za dokonanie napaści.

Zawsze byli ludzie, którzy uważali, że mają prawo nie być atakowanymi. Niemniej w historii Ameryki – od czasów wiktoriańskich do swobody wypowiedzi w latach 60. i 70. – radykałowie przekraczali granice i kpili z dominującej wrażliwości. Jednakże gdzieś w latach 80. kampusy college’ów zaczęły koncentrować się na zapobieganiu napastliwej mowie, zwłaszcza takiej, jaka mogła krzywdzić kobiety i grupy mniejszościowe. Idea stojąca za tym celem była godna pochwały, ale wkrótce dała absurdalne rezultaty.

Do najsłynniejszych przykładów z wczesnego okresu należy tzw. incydent z bawołami z Uniwersytetu Pensylwanii. W 1993 r. uczelnia oskarżyła urodzonego w Izraelu studenta o przemoc rasową po tym, gdy krzyknął „Zamknijcie się, bawoły!” do tłumu ciemnoskórych kobiet, które nocą hałasowały pod jego oknem w akademiku. W tamtym czasie wielu pracowników naukowych i uczonych nie mogło zrozumieć, jak określenie „bawół” (przybliżone tłumaczenie hebrajskiego wyzwiska pod adresem bezmyślnej albo hałaśliwej osoby) mogło być rasistowskim oszczerstwem wobec Afroamerykanek, więc sprawa nabrała międzynarodowego rozgłosu.

Żądania prawa do tego, aby nie być zagrożonym, wciąż narastały, zaś uczelnie konsekwentnie im sprzyjały.

W szczególnym przypadku z 2008 r. Uniwersytet Indiana–Uniwersytet Purdue w Indianapolis uznał białego studenta za winnego rasistowskiego prześladowania, bowiem czytał on książkę Notre Dame vs. The Klan. Książka oddawała cześć studenckiemu sprzeciwowi wobec Ku Klux Klanu, wyrażonemu podczas marszu studentów Uniwersytetu Notre Dame w 1924 r.

Mimo to wizerunek Klanu na okładce uraził co najmniej jednego z kolegów studenta (był portierem i równocześnie uczył się) i to wystarczyło, aby Biuro ds. Działań Afirmacyjnych (ang. Affirmative Action Office) uznało go za winnego.

Te przykłady mogą wydawać się skrajne, jednak kryjące się za nimi rozumowanie staje się w dzisiejszych czasach coraz bardziej powszechne na kampusach. W 2014 r. na Uniwersytecie św. Tomasza w Minnesocie zostało nagle zakazane wydarzenie zwane Hump Day, podczas którego można było poklepać i pogłaskać wielbłąda. Studenci stworzyli na Facebooku grupę protestującą przeciwko okrucieństwu wobec zwierzęcia, marnowaniu pieniędzy oraz braku wrażliwości wobec mieszkańców Bliskiego Wschodu. Inspiracją dla tego happeningu była niemal na pewno popularna reklama telewizyjna, w której wielbłąd przechadza się po biurze w środę, celebrując „dzień garbu”; w żaden sposób nie odnosiło się ono do mieszkańców Bliskiego Wschodu. Niemniej jednak grupa organizująca wydarzenie poinformowała na Facebooku, że zostało ono odwołane, ponieważ „program podzielił ludzi i mógł przyczynić się do powstania nieprzyjemnej i potencjalnie niebezpiecznej sytuacji”.

Ponieważ kręgi akademickie powszechnie odrzucają „obwinianie ofiar”, za niedopuszczalne uważa się pytania o zasadność (z wyjątkiem oczywistych przypadków) czyjegoś stanu emocjonalnego, szczególnie jeśli emocje dotyczą identyfikacji z grupą. Słaby argument „Czuję się urażony / -a” stał się kartą nie do pobicia. Prowadzi to do tego, co Jonathan Rauch, redaktor tekstów w „The Atlantic”, nazywa „loterią obrażania”, w której przeciwne strony korzystają z zarzutów o obrazę jak z pałek. W tym procesie coraz niżej znajduje się poprzeczka dla tego, co uważamy za niedopuszczalną mowę.

Od 2013 r. ten trend wzmacniany jest przez politykę rządu. Państwowe regulacje antydyskryminacyjne określają, czym jest prześladowanie na kampusach oraz nierówne traktowanie, mające swoje źródło w płci, rasie, religii i narodowości. Do niedawna Wydział Biura Edukacji ds. Praw Obywatelskich (ang. Department of Education’s Office for Civil Rights) uznawał, że mowa musi być „obiektywnie obraźliwa”, zanim zostanie potraktowana jako prześladowanie seksualne – powinna zaliczyć test „odpowiedzialnej osoby”. W 2003 r. biuro napisało, że aby obraźliwa mowa została zakazana, musi ona „wykraczać poza zwykłe wyrażanie poglądów, słów, symboli lub myśli, co osoba może uznać za obraźliwe”.

W 2013 r. jednak departamenty sprawiedliwości i edukacji znacznie poszerzyły definicję seksualnego prześladowania, włączając w nią słowne zachowania, które są po prostu „niepożądane”. Ze strachu przed rządowymi dochodzeniami uniwersytety stosują obecnie ten standard – definiowania niepożądanej mowy jako prześladowania – nie tylko w związku z seksem, ale też rasą, religią, a nawet statusem weterana. Oczekuje się, że każdy będzie polegał na własnych subiektywnych odczuciach i na ich podstawie zadecyduje, czy komentarz profesora lub kolegi jest niepożądany, a tym samym, czy jest podstawą do zarzutu prześladowania. Uzasadnienie emocjonalne stało się dowodem.

Skoro uniwersytety uczą swoich studentów, że mogą używać własnych emocji jako broni – a przynajmniej jako dowodu w procedurach administracyjnych – to uczą też ich pielęgnowania swego rodzaju nadwrażliwości, która doprowadzi do niekończących się konfliktów na uczelniach i poza nimi. Przygotowują studentów do stylów myślenia, które zniszczą ich kariery i przyjaźnie, nie mówiąc o zdrowiu psychicznym.

 

Przepowiadanie przyszłości i ostrzeżenia przed bolesnymi treściami

Burns definiuje przepowiadanie przyszłości jako „przewidywanie, że sprawy źle się potoczą”, i „przekonanie, że twoje przewidywanie jest już niemal faktem dokonanym”. Leahy, Holland i McGinn określają je jako „negatywne przewidywanie przyszłości” lub dostrzeganie potencjalnych zagrożeń w codziennych sytuacjach. Obecne coraz powszechniejsze domaganie się ostrzeżeń przed bolesnymi treściami w dziełach literackich o kontrowersyjnej zawartości jest przykładem przepowiadania przyszłości.

Pomysł, że słowo (albo zapach czy którykolwiek bodziec zmysłowy) może wyzwolić dojmujące wspomnienia o minionej traumie – oraz powtarzający się, intensywny strach – narodził się mniej więcej w okresie I wojny światowej, kiedy psychiatrzy zaczęli leczyć u żołnierzy zaburzenie, znane dzisiaj jako zespół stresu pourazowego (PTSD). Uważa się jednak, że ostrzeżenia przed bolesnymi treściami mają swoje źródło we współczesności, a dokładnie: w forach internetowych, popularnych we wczesnych stadiach internetu. Ostrzeżenia szczególnie rozpowszechniły się na forach samopomocowych i feministycznych, pozwalały bowiem czytelnikom, którzy cierpieli z powodu traumatycznych wydarzeń, takich jak przemoc seksualna, unikać graficznych treści, które mogłyby wyzwalać wspomnienia lub ataki paniki. Trendy w wyszukiwaniach pokazują, że to określenie weszło do powszechnego użycia około 2011 r., osiągnęło ogromną popularność w 2014 r., a w 2015 r. ustanowiło swój rekord. Stosowanie ostrzeżeń przed bolesnymi treściami na kampusach wydaje się mieć podobną trajektorię; niemal z dnia na dzień studenci uniwersytetów w całym kraju zaczęli domagać się, aby profesorowie ostrzegali ich przed prezentowanymi treściami, które mogą wywoływać negatywne reakcje emocjonalne.

W 2013 r. grupa robocza z Oberlin College w Ohio, złożona z pracowników administracyjnych, studentów, alumnów oraz pracownika naukowego, opracowała i zamieściła w sieci przewodnik dla pracowników naukowych (później zdjęty z powodu nacisków środowiska), który zawierał listę tematów dających podstawy do ostrzeżeń przed bolesnymi treściami. Na liście znalazły się m.in. klasowe uprzedzenia i przywileje. Grupa robocza zalecała, aby unikać materiałów, które mogą wyzwalać negatywne reakcje u studentów, chyba że „odnoszą się bezpośrednio” do celów nauczania. Sugerowała też, aby opcjonalne było prezentowanie prac „zbyt ważnych, aby je pominąć”.

Trudno sobie wyobrazić, jak powieści ilustrujące klasowe uprzedzenia i przywileje mogłyby wywoływać albo reaktywować ten rodzaj przerażenia, który jest typowy dla PTSD. Ostrzeżenia o bolesnych treściach są czasami oczekiwane w przypadku długiej listy idei i postaw, które część studentów może odebrać jako politycznie obraźliwe – w imię ochrony innych studentów przed doznaniem krzywdy. Oto przykład tego, co psychologowie nazywają „rozumowaniem umotywowanym” – spontanicznie tworzymy argumenty na rzecz wniosków, które chcemy wspierać. Jeśli ty uznasz coś za krzywdzące, łatwo będzie ci dowodzić, że ekspozycja na tę rzecz może zrobić krzywdę innym ludziom. Uważasz, że wiesz, jak zachowają się inni i że ich reakcje będą katastrofalne. Zapobieganie takim katastrofom staje się moralnym obowiązkiem całej społeczności.

Wśród książek, wymagających zdaniem studentów ostrzeżeń, w ciągu ostatnich lat znalazły się Pani Dalloway Virginii Wolf (z powodu „skłonności samobójczych”; Uniwersytet Rutgers) oraz Metamorfozy Owidiusza (z powodu napastowania seksualnego; Uniwersytet Columbii).

W eseju dla „The New Yorkera” Jeannie Suk opisuje trudności z uczeniem prawa związanego z gwałtem w czasach ostrzeżeń przed bolesnymi treściami. Jak napisała, niektórzy studenci chcą zmusić profesorów do zaprzestania uczenia tego tematu, aby chronić samych siebie i swoich kolegów przed ewentualnymi cierpieniami. Suk porównuje to do próby uczenia „studenta medycyny, który chce być chirurgiem, ale boi się, że będzie cierpiał, gdy zobaczy krew albo jej dotknie”.

Jest jednak głębszy problem z tego typu ostrzeżeniami. Zgodnie z najbardziej podstawowymi założeniami psychologii fałszywa jest każda idea pomagania ludziom z zaburzeniami lękowymi unikania rzeczy, których się boją. Osoba zamknięta w windzie na skutek awarii zasilania może panikować i być przekonana, że umrze. Takie przerażające doświadczenie może zmienić połączenia neuronalne w jej ciele migdałowatym, prowadząc do pojawienia się strachu przed windami. Jeśli chcesz, aby bała się do końca życia, pomóż jej unikać wind.

Jeśli jednak chcesz pomóc tej osobie wrócić do normalności, powinieneś skorzystać ze wskazań Iwana Pawłowa i przeprowadzić ją przez proces znany jako „ekspozycja”. Możesz zacząć od poproszenia tej osoby o zwykłe spoglądanie na windę z pewnego oddalenia – niech staje np. w holu budynku – aż jej obawy zaczną ustępować. Jeśli nie dzieje się nic złego, gdy ta osoba stoi w holu – jeśli jej strach nie „wzmacnia się” – wtedy zacznie się ona uczyć nowego skojarzenia: windy nie są niebezpieczne (taka redukcja strachu poprzez ekspozycję nazywana jest habituacją). W kolejnych dniach możesz poprosić ją, aby podchodziła coraz bliżej do windy, potem, aby nacisnęła guzik przyzywający windę, a wreszcie, żeby weszła do środka i wjechała piętro wyżej. W ten sposób ciało migdałowate może ponownie przestawić się na kojarzenie dotychczas przerażającej sytuacji z bezpieczeństwem lub normalnością.

Studenci domagający się ostrzeżeń o bolesnych treściach mają rację, że część ich kolegów przechowuje wspomnienia traumy, które mogą zostać reaktywowane przez lektury. Robią jednak źle, próbując zapobiegać takim reaktywacjom. Oczywiście studenci z PTSD powinni się leczyć, ale nie wolno im unikać normalnego życia, bowiem stracą mnóstwo okazji do dostosowania się. Dyskusje podczas zajęć są obszarem bezpiecznej ekspozycji na przypadkowe „wyzwalacze” traumy (jak słowo „przemoc”). Mało prawdopodobne, aby po dyskusji o przemocy nastąpił jakiś akt przemocy, zatem taka wymiana zdań to dobry sposób, aby pomóc studentom zmienić przykre dla nich skojarzenia. W college’ach lepiej też opanują sztukę dostosowywania się, ponieważ świat zewnętrzny jest znacznie mniej skłonny do przyjmowania wniosków o dołączanie ostrzeżeń o bolesnych treściach.

Nadmierne stosowanie tego rodzaju ostrzeżeń może także wymusić niezdrowe nawyki umysłowe u bez porównania większej grupy studentów, którzy nie cierpią na PTSD czy inne zaburzenia lękowe. Ludzie czerpią swoje strachy nie tylko z minionych zdarzeń, ale także z uczenia społecznego. Jeśli wszyscy wokół ciebie zachowują się, jakby coś było niebezpieczne – winda, określone sąsiedztwo, książki poświęcone rasizmowi – to ty także jesteś narażony na to, że przejmiesz ten strach. Psychiatra Sarah Roff wskazała na to w opublikowanym w 2014 r. w internecie artykule dla „Chronicle of Higher Education”. „Jedną z moich największych trosk dotyczących ostrzeżeń o bolesnych treściach” – pisze Roth – „jest to, że stosują się one nie tylko do tych, którzy doświadczają traumy, ale do wszystkich studentów, tworząc atmosferę, w której zachęcani są oni do uwierzenia, że jest coś niebezpiecznego albo niszczącego w dyskusjach o trudnych aspektach naszej historii”.

W artykule opublikowanym w 2014 r. przez „Inside Higher Ed” siedmiu profesorów humanistyki napisało, że ruch na rzecz ostrzeżeń już „wywarł szkodliwy wpływ na [ich] nauczanie i pedagogikę”. Informują, że ich koledzy otrzymują „telefony od dziekanów i pracowników administracyjnych, którzy sprawdzają skargi studentów na to, iż włączyli »bolesne« treści do swoich kursów, i nie ma znaczenia, czy o tym ostrzegali czy nie”. Jak piszą, ostrzeżenia „służą jako gwarancja, że studenci nie doznają nieoczekiwanych trudności, i sugerują, że jeśli tak się stanie, kontrakt zostanie rozwiązany”. Kiedy studenci zaczynają oczekiwać ostrzeżeń przed każdym materiałem, który może wywołać u nich dyskomfort, dla pracowników naukowych najłatwiejszym sposobem na to, aby nie mieć kłopotów, staje się unikanie treści mogących zaniepokoić najbardziej wrażliwych studentów.

 

Wyolbrzymianie, etykietowanie i mikroagresje

Burns definiuje wyolbrzymianie jako „przypisywanie sprawom nadmiernego znaczenia”, zaś Leahy, Holland i McGinn określają je jako „przypisywanie sobie oraz innym całościowych negatywnych cech”. Obecnie panujący w college’ach trend do ujawniania rzekomego rasizmu, seksizmu, nierówności klasowej czy innych rodzajów dyskryminującej mikroagresji nieprzypadkowo uczy studentów skupiania się na drobnych czy niezamierzonych potknięciach. Jego celem jest skłonienie studentów do skupiania się na takich zdarzeniach, a potem etykietowanie ludzi, którym się one przytrafiły, jako agresorów.

Termin mikroagresja został stworzony w latach 70. i odnosił się do subtelnych, często nieświadomych rasistowskich afrontów. W ostatnich latach tę definicję poszerzono o wszystko, co na dowolnej podstawie można uznać za dyskryminujące. W 2013 r. grupa studentów UCLA przeprowadziła siedzący protest w trakcie zajęć profesora edukacji Vala Rusta. Protestujący odczytali list, w którym wyrazili swoje zaniepokojenie występującą na kampusie wrogością wobec kolorowych studentów. Choć Rust nie został wymieniony z nazwiska, grupa w dosyć oczywisty sposób skrytykowała jego nauczanie jako przykład mikroagresji. Podczas zajęć poświęconych korygowaniu wymowy i gramatyczności wypowiedzi u studentów Rust zwrócił jednej ze słuchaczek uwagę, że niepotrzebnie pisze wielkie „I” na początku słowa indigenous (pol. rdzenny). Protestujący uznali, że zmiana litery na małą była poniżająca dla studentki i jej przekonań.

Termin mikroagresja został stworzony w latach 70. i odnosił się do subtelnych, często nieświadomych rasistowskich afrontów. W ostatnich latach tę definicję poszerzono o wszystko, co na dowolnej podstawie można uznać za dyskryminujące. W 2013 r. grupa studentów UCLA przeprowadziła siedzący protest w trakcie zajęć profesora edukacji Vala Rusta. Protestujący odczytali list, w którym wyrazili swoje zaniepokojenie występującą na kampusie wrogością wobec kolorowych studentów. Choć Rust nie został wymieniony z nazwiska, grupa w dosyć oczywisty sposób skrytykowała jego nauczanie jako przykład mikroagresji. Podczas zajęć poświęconych korygowaniu wymowy i gramatyczności wypowiedzi u studentów Rust zwrócił jednej ze słuchaczek uwagę, że niepotrzebnie pisze wielkie „I” na początku słowa indigenous (pol. rdzenny). Protestujący uznali, że zmiana litery na małą była poniżająca dla studentki i jej przekonań.

Jesienią 2015 r. Imar Mahmood, student Uniwersytetu Michigan, napisał satyryczny felieton dla konserwatywnego studenckiego czasopisma „The Michigan Review”, w którym zażartował z tendencji do dostrzegania mikroagresji niemalże wszędzie. Mahmood był także zatrudniony w uczelnianym dzienniku „The Michigan Daily”. Redakcja uznała, że sposób, w jaki Mahmood „satyrycznie obśmiał doświadczenia współpracowników »Daily« oraz mniejszościowych społeczności w kampusie, (…) stworzył konflikt interesów”. Dziennik zwolnił Mahmooda po tym, jak ten opisał incydent na dwóch stronach w sieci – The College Fix oraz The Daily Caller. Wkrótce potem grupa kobiet zniszczyła drzwi mieszkania Mahmooda, obrzucając je jajkami, hot dogami, gumą do żucia i notesami, w których widniały wieści w rodzaju: „Wszyscy cię nienawidzą, ty brutalny ciulu”. Kiedy mowa zaczyna być uznawana za formę przemocy, mściwa ochrona może usprawiedliwiać wrogą, a nawet przemocową reakcję.

W marcu 2015 r. samorząd studencki w Ithaca College na południu stanu Nowy Jork posunął się tak daleko, że zaproponował stworzenie systemu anonimowego informowania o przypadkach mikroagresji. Pomysłodawcy wyobrażali sobie jakąś formę postępowania dyscyplinarnego wobec „oprawców”, dopuszczających się poniżającej mowy. Jedna ze studentek powiedziała, że ponieważ „nie każde zdarzenie będzie wymagało postępowania albo surowej kary”, to ona chce, aby program tworzył „ewidencję spraw mogących tego wymagać”.

Bez wątpienia ludzie pozwalają sobie na kampusach na subtelne lub zawoalowane rasistowskie czy seksualne aluzje. Studenci mają absolutne prawo do stawiania pytań i inicjowania dyskusji na temat takich zdarzeń.

Jednakże narastająca koncentracja na mikroagresjach, połączona z akceptacją emocjonalnego uzasadniania, to przepis na stan ciągłego gniewu, nawet wobec pełnych dobrych intencji mówców, którzy próbują się angażować w szczerą dyskusję.

Co robimy naszym studentom, skoro tuż przed wyjściem z kokonu rodzicielskiej ochrony i wkroczeniem na rynek pracy zachęcamy ich do pielęgnowania wyjątkowo cienkiej skóry? Czy nie byliby lepiej przygotowani do rozkwitnięcia, gdybyśmy nauczyli ich kwestionować własne reakcje emocjonalne i przekazali im dar wątpienia?

 

Uczenie studentów katastrofizowania i nietolerancji

Burns definiuje katastrofizowanie jako rodzaj wyolbrzymiania, które zamienia „zwyczajne negatywne zdarzenia w straszliwe potwory”. Leahy, Holland i McGinn określają je jako przekonanie, „że to, co się zdarzyło lub zdarzy”, jest „tak straszne i nie do zniesienia, że nie sposób tego wytrzymać”. Domaganie się ostrzeżeń przed bolesnymi treściami zawiera w sobie katastrofizowanie, ale ten rodzaj myślenia zabarwia także inne obszary życia umysłowego kampusów.

Katastrofizująca retoryka odnośnie do zagrożeń fizycznych jest wykorzystywana przez władze kampusów znacznie cześciej, niż można się spodziewać – wydaje się, że czasami z cynizmem i premedytacją. W zeszłym roku władze Bergen Community College w New Jersey zwolniły swego profesora Francisa Schmidta po tym, jak zamieścił zdjęcie swojej córki na własnym koncie na Google+. Pokazywało ono dziewczynę w jednej z póz jogi, ubraną w T-shirt ze zdaniem: „Ogniem i krwią odbiorę to, co do mnie należy”, pochodzącym z serialu HBO Gra o tron. Mniej więcej dwa miesiące wcześniej Schmidt zgłosił skargę przeciwko uczelni, ponieważ nie pozwoliła mu wziąć urlopu naukowego. Władze kampusu zinterpretowały cytat jako groźbę. Skargę Schmidta otrzymały już po tym, jak profesor zamieścił zdjęcie, wysłane automatycznie do całej grupy kontaktów. Według Schmidta przedstawiciel ochrony college’u, obecny na spotkaniu władz z profesorem, uznał, że słowo „ogień” odnosi się do karabinu maszynowego AK-47.

Już ósmy rok ciągnie się saga na Uniwersytecie Stanowym Valdosta w Georgii. Jeden ze studentów został usunięty, ponieważ zaprotestował przeciwko budowie wielopoziomowego parkingu, umieszczając na Facebooku kolaż rzekomo „zawierający groźby”. Kolaż prezentował planowaną konstrukcję jako „parking upamiętnienia” – był to żart nawiązujący do słów rektora uniwersytetu, który powiedział, że parking stanie się częścią jego spuścizny. Rektor zinterpretował kolaż jako groźbę odebrania mu życia.

Nic dziwnego, że studenci okazują podobny rodzaj wrażliwości. Na Uniwersytecie Florydy Środkowej (UCF) w 2013 r. Hyung-il Jung, nauczyciel księgowości, został zwolniony na skutek informacji przekazanej przez studenta, który twierdził, że wygłaszał on niebezpieczne komentarze podczas zajęć powtórkowych. Jung wyjaśnił dziennikowi „Orlando Sentinel”, że powtarzany materiał był trudny, więc gdy zobaczył znużenie na twarzach studentów, zażartował. „Wygląda na to, że te pytania powoli was zaduszą”, wspominał swój dowcip. „Wpadłem w szał zabijania czy co?”

Po informacji o komentarzu Junga grupa niemal 20 studentów wysłała do władz UCF e-mail, w którym tłumaczyła, że to był tylko żart. Mimo to władze uczelni zwolniły Junga z wszelkich obowiązków i zażądały, aby dostarczył od psychiatry diagnozę, że „nie stanowi zagrożenia dla siebie ani dla wspólnoty uniwersyteckiej”, zanim otrzyma zgodę na powrót na uczelnię.

Wszystkie te zdarzenia dają ogólną lekcję: inteligentni ludzie faktycznie reagują nadmiernie na nieszkodliwe wyrażenia, robią z igły widły i chcą karać każdego, kogo słowa sprawiły, że ktoś poczuł się niekomfortowo.

 

Filtrowanie mentalne i sezon niezapraszania

Według Burnsa filtrowanie mentalne to „wyszukiwanie negatywnych szczegółów w jakiejś sytuacji i interpretowanie tylko ich, co prowadzi do przekonania, że cała sytuacja ma negatywny wydźwięk”. Z kolei Leahy, Holland i McGinn piszą o nim jako o „negatywnym filtrowaniu”, czyli „skupianiu się niemal wyłącznie na negatywach i sporadycznym dostrzeganiu pozytywów”. W odniesieniu do życia kampusów filtrowanie mentalne umożliwia naiwną demonizację.

Zdecydowana większość studentów i pracowników naukowych modelowała to zniekształcenie poznawcze podczas „sezonu niezapraszania” w 2014 r. To okres w roku – zazwyczaj na wiosnę – kiedy ogłaszane są listy osób zapraszanych do wygłoszenia wykładów zamykających rok akademicki, zaś studenci i pracownicy naukowi domagają się, aby niektórych skreślić z powodu tego, co zrobili lub powiedzieli. Według danych zgromadzonych przez Foundation for Individual Rights in Education od 2000 r. na amerykańskich uniwersytetach przeprowadzonych zostało co najmniej 240 kampanii na rzecz zakazania osobom publicznym udziału w tego rodzaju wydarzeniach; większość z nich przypada na okres od 2009 r.

Rozważmy przypadki dwóch najbardziej znaczących osób, które w 2014 r. nie otrzymały zaproszeń: Condolezza Rice, a więc była sekretarz stanu USA, oraz Christine Lagarde, szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Rice była pierwszą czarną kobietą na stanowisku sekretarza stanu; Lagarde to pierwsza kobieta minister finansów w kraju z grupy G8 i pierwsza szefowa MFW. Obie mogłyby stanowić modele kobiet sukcesu dla studentek, a Rice także dla mniejszości. Krytycy zdyskredytowali jednak wszystkie pozytywy, które mogłyby przynieść wykłady obu tych kobiet.

Oczywiście członkowie społeczności uniwersyteckiej powinni swobodnie pytać o rolę Rice w wojnie irackiej czy być sceptyczni wobec polityki MFW. Czy jednak niechęć wobec jakiejś części życiorysu danej osoby powinna decydować o uniemożliwieniu jej podzielenia się swoimi poglądami?

Jeśli kultura kampusu rozprzestrzenia ideę, że zapraszani goście muszą być czyści, z życiorysami, które nigdy nie naruszą lewicującej zazwyczaj wrażliwości kampusów, to szkolnictwo wyższe wykonuje kolejny krok w stronę intelektualnej homogeniczności i tworzenia środowiska, w którym studenci rzadko będą mieli do czynienia z odmiennymi punktami widzenia. A uniwersytety będą wzmacniać przekonanie, że czymś pozytywnym jest odrzucanie pozytywów. Skoro studenci coraz mocniej wierzą, że niczego nie mogą się nauczyć od ludzi, których nie lubią albo z którymi się nie zgadzają, to znaczy, że wyrządzamy im niedźwiedzią przysługę intelektualną.

 

Co możemy zrobić?

Szkodliwe są próby chronienia studentów przed ludźmi, słowami i ideami, mogącymi wywoływać u nich emocjonalny dyskomfort. Są szkodliwe dla zakładów pracy, które zostaną uwikłane w niekończące się spory prawne, jeśli nie spełnią oczekiwań studentów co do bezpieczeństwa. I są szkodliwe dla amerykańskiej demokracji, już paraliżowanej przez pogłębiające się podziały polityczne. Gdy idee, wartości i język drugiej strony postrzegane są nie jako błędne, ale jako świadomie agresywne wobec niewinnych ofiar, to trudno sobie wyobrazić ten rodzaj wzajemnego szacunku, negocjowania i kompromisu, który jest niezbędny do prowadzenia politycznej gry o sumie dodatniej.

Zamiast próbować chronić studentów przed słowami i ideami, z którymi nieuchronnie się spotkają, uczelnie powinny robić wszystko, co w ich mocy, aby przygotować swoich wychowanków do prosperowania w świecie pełnym słów i idei, których nie są w stanie kontrolować.

Jedna z wielkich prawd buddyzmu (a także stoicyzmu, hinduizmu i wielu innych tradycji) głosi, że możesz nigdy nie osiągnąć szczęścia, jeśli będziesz próbował dostosować świat do swoich pragnień. Możesz jednak zarządzać swoimi pragnieniami i nawykami myślenia. Oczywiście taki jest cel terapii poznawczo-behawioralnej. Pamiętając o tym, zapoznajcie się z kilkoma krokami, które mogą pomóc odwrócić falę szkodliwego myślenia na kampusach.

Najważniejszy krok we właściwym kierunku powinny wykonać nie władze wydziałów czy uczelni, ale władze centralne, uwalniając uczelnie od strachu przed nieuzasadnionymi dochodzeniami i sankcjami ze strony Departamentu Edukacji. Kongres powinien zdefiniować osobiste prześladowanie zgodnie z wykładnią Sądu Najwyższego z 1999 r., podaną w sprawie Davis kontra Monroe County Board of Education. Standard Davisa stanowi, że pojedynczy komentarz czy nieprzemyślana wypowiedź studenta nie spełnia wymogów prześladowania; prześladowanie wymaga wzorca obiektywnie agresywnego zachowania studenta, które utrudnia innemu studentowi dostęp do edukacji. Usankcjonowanie standardu Davisa powinno pomóc w eliminacji nie do końca przemyślanego dążenia uniwersytetów do szczegółowego kontrolowania wypowiedzi studentów.

Uniwersytety powinny podnosić świadomość na temat potrzeby równowagi między wolnością wypowiedzi a pragnieniem, aby wszyscy studenci czuli się potrzebni. Otwarte mówienie o kontrowersyjnych, ale ważnych wartościach jest w końcu rodzajem wymagającego ćwiczenia, które każda podzielona, ale tolerancyjna społeczność musi nauczyć się wykonywać. Kodeksy ograniczające swobodę wypowiedzi powinny zostać odrzucone.

Uniwersytety powinny także oficjalnie i zdecydowanie zniechęcać do ostrzeżeń przed bolesnymi treściami. Powinny zaaprobować raport Amerykańskiego Stowarzyszenia Profesorów Uniwersytetów (ang. American Association of University Professors) na temat tych ostrzeżeń, którego autorzy zauważają: „Założenie, że w salach wykładowych studenci powinni być chronieni przed wyzwaniami, a nie mierzyć się z nimi, jest infantylizujące i równocześnie antyintelektualne”. Profesorowie powinni mieć swobodę w przekazywaniu ostrzeżeń, ale poprzez zdecydowane zniechęcanie do ich stosowania uniwersytety mogłyby zabezpieczyć wydziały przed żądaniami studentów.

Wreszcie, uniwersytety powinny przemyśleć umiejętności i wartości, które najbardziej chcą przekazać nowym studentom. Obecnie wiele programów skierowanych do pierwszoroczniaków usiłuje wynieść ich wrażliwość na niemal nieosiągalny poziom. Uczenie studentów unikania niezamierzonej agresji to wartościowy cel, zwłaszcza gdy pochodzą oni ze zróżnicowanych kręgów kulturowych. Powinni jednak dowiadywać się także, jak żyć w świecie pełnym potencjalnej agresji. Dlaczego zatem nie umożliwić nowym studentom praktykowania terapii poznawczo-behawioralnej? Jeśli weźmiemy pod uwagę wysoką i wciąż rosnącą liczbę przypadków chorób psychicznych, ten prosty krok znalazłby się wśród najbardziej humanitarnych i wspierających rzeczy, które uniwersytet może zaoferować. Koszty i poświęcony czas dadzą się utrzymać na niskim poziomie – grupowe sesje terapeutyczne można by wspierać korzystaniem ze stron internetowych i aplikacji. Efektem będą rozliczne korzyści. Na przykład wspólne słownictwo dotyczące sposobów uzasadniania, najczęstszych zniekształceń oraz wykorzystywanie dowodów do wyciągania prawidłowych wniosków mogłyby wspomóc krytyczne myślenie i autentyczną dyskusję. Złagodziłyby także permanentny stan gniewu, który współcześnie zdaje się zalewać kampusy, bowiem umożliwiłyby studentom szersze otwarcie umysłów na nowe idee i nowych ludzi. Większe zaangażowanie w formalną publiczną debatę na kampusach – i większe polityczne zróżnicowanie wydziałów – także służyłyby temu celowi.

Thomas Jefferson, założyciel University of Virginia, powiedział: „Ta instytucja będzie stać na fundamencie nieograniczonej wolności ludzkiego umysłu. Dlatego nie bójmy się podążać za prawdą bez względu na to, dokąd może nas zaprowadzić, ani nie tolerujmy żadnego błędu, dopóki rozum może z nim swobodnie walczyć”.

Wierzymy, że wciąż jest to – i zawsze będzie – postawa najlepsza dla amerykańskich uniwersytetów. Wydziały, władze, studenci i rząd centralny mają do odegrania rolę w przywracaniu uniwersytetom ich historycznej misji.

 

Tłumaczenie Piotr Żak

 

© 2015 The Atlantic Media Co., as first published in The Atlantic Magazine. All rights reserved. Distributed by Tribune Content Agency

 

Publikowany artykuł wzbudził w Stanach Zjednoczonych ogromną ogólnonarodową dyskusję, po której autorzy rozbudowali swój tekst do rozmiarów całej książki pt. The Coddling of the American Mind: How Good Intentions and Bad Ideas Are Setting Up a Generation for Failure (2018)

Kup numer