fot. Wikimedia Commons
Richard Kearney lipiec 2020

Bóg po Bogu

Co nastanie po Bogu? Jakie będą następstwa naszej zgody na odejście Boga? Co ujawni się z tej nocy nie-wiedzy, z tej chwili porzucenia i opuszczenia? Zwłaszcza tym, którzy – po pozbyciu się „Boga” – wciąż poszukują Boga?

Artykuł z numeru

Duchowość 2.0

Duchowość 2.0

Głębia, fizyczny grzmot, wymiar, w którym

Wierzymy bez wiary, poza wiarą.

Wallace Stevens, Upadek lotnika

Tym kwestiom poświęciłem książkę Anatheism, by w ten sposób zaproponować możliwość trzeciej drogi, poza ekstremizmami dogmatycznego teizmu oraz wojującego ateizmu: tych skrajnych przekonań, które okaleczyły wiele umysłów i dusz w naszej historii. Tę trzecią opcję, to założenie wiary poza wiarą, nazywam anateizmem. Ana-theos, Bóg po Bogu. Ana-teizm: kolejna nazwa dla kolejnej drogi poszukiwania i nazywania rzeczy, które uważamy za święte, ale które nigdy nie mogą być w pełni zgłębione ani dowiedzione. Kolejny idiom na odzyskanie tego, co zlekceważyliśmy podczas pierwszego spotkania. Tak jak Abraham odzyskał Izaaka jako dar, porzucając go wcześniej w ramach Bożego planu. Mówiąc w skrócie, to kolejny sposób na powrót do Boga za plecami lub pod stopami Boga, którego – jak nam się wydaje – posiedliśmy.

Moje założenie jest takie, że dopiero gdy ktoś przyzna, iż dosłownie nic nie wie o Bogu, może rozpocząć odzyskiwanie świętości w tkance zwyczajnej egzystencji.

Zasugeruję, że taka świętość była zawsze obecna – tyle że jej nie zobaczyliśmy, nie dotknęliśmy ani nie usłyszeliśmy. To właśnie odkrył Jakub po całonocnej walce z nieznajomym, pojmując o świcie, że oglądał twarz Boga. To samo odkryli uczniowie Jezusa, gdy szli z nieznajomym drogą do Emaus, a potem zrozumieli – po przełamaniu chleba – że ów wędrowiec był ich Nauczycielem (J 20, 16). Jest to także lekcja zapisana przez wielu mistyków, którzy przebrnęli przez mrok nocy duszy, zanim odkryli – jak Teresa z Ávili – że boskość mieszka w „garnkach i patelniach”. Ana-theos. Powrót Boga po zniknięciu Boga. Nowej i zaskakującej boskości, która w jednej chwili pokonuje całą powrotną drogę do miejsca, gdzie byliśmy, nie wiedząc o tym. Wieczność w epifanii każdego momentu. Wieczne powtarzanie, przywoływanie, powracanie.

*

Pozwolę sobie powiedzieć na początku, że chwila nie-wiedzy, która rozpoczyna anateistyczny zwrot, jest nie tylko epistemologiczna. Nie jest też przywilejem elit intelektualnych. Anateistyczny moment jest dostępny każdemu z nas, kto doświadcza chwil głębokiej dezorientacji, zwątpienia czy przerażenia, kiedy tracimy już pewność, kim dokładnie jesteśmy albo dokąd zmierzamy. Takie chwile mogą nas nawiedzić w środku nocy, w próżni znudzenia albo melancholii, w cierpieniu po stracie lub w depresji. Albo po prostu w „świętej niepewności” nagłego otwarcia na nieznane. Z dala od ochrony przez nadaktywne poznawczo umysły poczucie radykalnego opuszczenia staje się doświadczeniem każdej istoty ludzkiej głęboko zdumionej tym, co oznacza egzystencja. Chwile anateizmu odczuwamy całymi sobą – nastrojami, uczuciami, zmysłami, emocjami – zanim, przynajmniej w teorii, zajmą się nimi nasze umysły. Powiedziałbym, że są one znajome zarówno wierzącym, jak i niewierzącym. Żaden człowiek nie może mieć pewności co do Absolutu.

Dobrze, że tak jest. Mędrcy i święci nieustannie świadczą o spotkaniach z Bogiem w obłokach niewiedzy albo w jaskiniach mroku. Wierzący na ogół modlą się do Boga o „zaradzenie ich niedowiarstwu” (Mk 9, 24). I nawet sam Jezus cierpiący na krzyżu postawił zarzut swojemu Ojcu: „Czemuś mnie opuścił?”, zanim mógł powrócić do odzyskanej wiary: „W Twoje ręce powierzam ducha mojego”. Każdy bez wyjątku doświadcza chwil nie-wiedzy. Anateizm uznaje tę a-teistyczną chwilę za antidotum na dogmatyczny teizm.

Prawdziwa wiara, jak zauważył Dostojewski, „wypala się w tyglu wątpliwości”.

*

Pozwolę sobie coś wyjaśnić. Kiedy mówię o anateizmie, nie opowiadam się za jakąkolwiek nową religią. Broń Boże! Anateizm nie jest hipotetyczną syntezą w dialektycznym dążeniu od teizmu poprzez ateizm do ostatecznego celu. Anateizm nie wspiera metanarracji o dojrzewaniu ludzkości od prymitywnej religijności przez świecką krytykę do nowej duchowości III tysiąclecia (np. jakiejś postmodernistycznej wiary, skomponowanej z „najlepszych” składników wszystkich tradycji mądrościowych). Nie opiera się na podzielonym na okresy postępie od antycznej wiary do racjonalnej postwiary. Nie ma tutaj teologii spełnienia. Anateizm nie jest supersesjonizmem. Nie ma on świętych patronów, a jeśli nawet by miał, to na pewno nie można by było zaliczyć do nich Hegla czy Fukuyamy. Ani teozofów, którzy zatwierdzili duchowość New Age analogicznie do esperanto jako sztucznego języka. Anateizm wystrzega się teleologii w równym stopniu jak archeologii. Opiera się doskonałym Początkom i Końcom.

Czym zatem jest anateizm? Jak sugeruje przedrostek „ana-”, anateizm to powtarzanie i powrót. Nie w sensie przywrócenia wcześniejszego stanu doskonałości – jak w platońskim anamnesis, w którym przypominamy sobie niezliczone formy naszej poprzedniej egzystencji. Ani też w sensie powrotu do niewinnego stanu czystej wiary, zanim nowoczesność rozmyła odwieczne prawdy. Nie ma w nim nic nostalgicznego. Mówiąc za Kierkegaardem, mamy do czynienia z „powtarzaniem” do przodu, a nie ze „wspominaniem” wstecz. Przedrostek „ana-” sygnalizuje ruch powrotu do czegoś, co nazywam pierwotnym założeniem, do początkowego momentu sądu u podstaw wiary. Oznacza on ponowne otwarcie na tę przestrzeń, w której mamy wolność wyboru między wiarą a niewiarą. Jako taki anateizm staje się możliwością odzyskania wiary. Funkcjonuje zarówno „przed”, jak i „po” podziale na teizm i ateizm, i oba czyni możliwymi. Mówiąc w skrócie, anateizm jest zaproszeniem do powrotu do tego, co moglibyśmy nazwać pierwotną sceną religii: spotkania z ważnym Nieznajomym, którego decydujemy się – lub nie – nazywać Bogiem. W trakcie takiego spotkania odkrywamy, oczywiście, praktykowanie nieskończonej przemiany. Chwile epifanii zawsze są osadzone w uwarunkowaniach kulturowych, zawsze wymagają przedstawienia i odczytania. Zdarzenie z Nieznajomym to nie jedyna uwieczniona „scena”; np. większość opisów w religii Abrahamowej podkreślała inne decydujące momenty wiary – Stworzenie, Zbawienie, Cud, Wyzwolenie, Sąd. Jednak scena z Nieznajomym tkwi w centrum anateistycznego założenia, które dotyczy nas tutaj, nawet jeśli ten epifaniczny moment przebudzenia jest często negowany w oficjalnych teologiach.

Innymi słowy, anateizm nie jest niczym szczególnie nowym. To po prostu nowa nazwa dla czegoś bardzo starego i, śpieszę dodać, bez ustanku powtarzającego się w historii ludzkości i każdym ludzkim życiu.

Anateizm zyskiwał przeróżne nazwy w ludzkiej kulturze. Znajdujemy go w różnych momentach twórczej „niewiedzy”, które podkreślają zerwanie z głęboko zakorzenionymi nawykami myślenia oraz otwierają na nowe możliwości rozumienia. Bez rezygnacji z przyjętych z góry założeń nie będziemy bowiem w stanie otworzyć się na narodziny nowego. Bez porzucenia ogólnie przyjętych przekonań pozostaniemy nieuważni na przyjście inności; zignorujemy te chwile świętych przebłysków, kiedy przyszłość wybucha w kontinuum czasu.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer