Sylvia Plath
Sylvia Plath taka, jaką ją pamiętamy – święta patronka cierpienia i wrażliwości fot. Granger/BE&W
Ida Świerkocka luty 2026

Piękna, wciąż trzydziestoletnia

Popkultura to uwielbia: martwa artystka nie pisze dalej, nie zmienia zdania, nie komplikuje obrazu. Sylvię Plath można zamrozić w jednym kadrze, w jednym wieku, w jednej pozie – i bez końca powtarzać historię o „obiecującej, młodej poetce, która odeszła zbyt wcześnie”. Ale może da się powiedzieć coś jeszcze?

Artykuł z numeru

Walczę o życie bez strachu

Walczę o życie bez strachu

Czytaj także

Wojciech Mamak

Miarokracja

Sylvia Plath jest wszędzie. Rory z Kochanych kłopotów pochłania jej dzienniki, a Lisa Simpson poezję. Alvy Singer „objaśnia jej świat” Annie Hall, a jeden z odcinków serialu Mad Men nosi tytuł Lady Lazarus, zaczerpnięty ze słynnego wiersza (polski tytuł: Lady Łazarz lub Kobieta Łazarz). Teksty poświęcone biografii Plath pojawiają się tak często, jakby chodziło o gwiazdora futbolu, nie zaś o poetkę – od monumentalnej Czerwonej komety Heather Clark, po całe rzędy publikacji o jej małżeństwie, rodzinie, dziennikach, listach, a czasem po prostu… jej podobieństwie do Taylor Swift (książka na ten temat autorstwa Maggie Nelson ukazała się właśnie na rynku brytyjskim i amerykańskim).

Istnieje pewien rodzaj kulturowej ironii, który polega na tym, że im głośniej mówimy o jakimś twórcy (a może twórczyni przede wszystkim), tym bardziej samo dzieło oddala się od nas w stronę symboli, projekcji i wyobrażeń. Arthur Rimbaud na zawsze pozostanie chłopcem, który uciekł od literatury do karabinów i kolonialnych interesów, a Emily Dickinson – zamkniętą w pokoju „pustelnicą”. Jednak nawet nad Wisłą, gdzie – jak wiadomo – poezję lubią chyba dwie osoby na tysiąc, mitologia działa podobnie jak nad Mozą czy w dolinie rzeki Connecticut. Słowacki, rzecz jasna, wielkim poetą był, Ginczanka funkcjonuje częściej jako „poetka zamordowana” niż jako autorka jednych z najprecyzyjniejszych wierszy międzywojnia, Miłosz był „tym od Nobla”, a Zagajewski „tym bez Nobla”. Te narracje wciąż krążą, wygodnie mieszcząc się w popularnym wyobrażeniu poety jako osoby „skrajnej” – nie tylko trochę natchnionej czy trochę szalonej, ale też biograficznie naznaczonej: chorobą, przemocą, nagrodą albo krzywdą. A do tego najlepiej przedwcześnie zmarłej.

Ikona i figura

W przypadku Sylvii Plath to zjawisko przybrało formę niemal laboratoryjnie czystą. Paul Mitchell w książce Sylvia Plath. The Poetry of Negativity przytacza, że do 2000 r. wydano 104 publikacje poświęcone jej życiu bądź twórczości.

Jej nazwisko stało się skrótem – emocjonalnym piktogramem, niosącym cały zestaw skojarzeń. Depresja, samobójstwo, toksyczny związek i swoista rywalizacja z Tedem Hughesem, poezja konfesyjna, głos kobiety zniszczonej przez świat…

Współczesność dopisała do tej listy nowe kategorie: diagnozy z TikToka, język psychoterapeutyczny, który przeniknął do kultury popularnej. W czasach, gdy emocje są monetyzowane szybciej niż idee, Plath staje się „produktem” – symbolem cierpienia, które można skonsumować w formie krótkiego cytatu na tle chmur. Pojawiają się nawet chatboty stylizowane na Sylvię Plath, oferujące rozmowy z „poetką”, np. o samobójstwie i chorobach psychicznych. To nie tylko znak naszych czasów, ale też nowa odsłona problemu: kultura przerabia Plath na zestaw danych, który można dowolnie przetwarzać. Dyskursy dodatkowo ją medykalizują – redukują autorkę do zestawu diagnoz, jakby jej twórczość była przypadkiem klinicznym, który trzeba rozpoznać, a nie językiem, który należy czytać. Zamiast poetki widzimy pacjentkę – podobny proces spotkał zresztą przed laty Halinę Poświatowską (minus internet, oczywiście).

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się